zwiastun

Jeżeli zechcesz, inne wyłożę ci teraz słowo
Składnie i umiejętnie, a ty przechowaj je w sercu.
Jak z jednego są szczepu bogowie i śmiertelni ludzie.”
„Prace i Dnie” Hezjod 


   Czasem przekonany jestem, że szczęście to przykurczony kloszard, co złożył się do snu na jednej z ulic mego miasta, wczesnozimową porą. I niemal, co roku o tej właśnie porze, zdzielam zmarzniętego włóczęgę kopniakiem w łeb (nie chcący rzecz jasna), a on ocknąwszy się posyła mi uśmiech trafu.
Do końca jednak pewności nie mam, czy aby szczęście usilnie stara się towarzyszyć mi gwoli podzięki za uratowanie mu życia- bo przecież, gdyby nie ja zamarzłoby niechybnie na bruku ulicznym w chłodzie nadchodzącej zimy- czy też planuje przewrotną zemstę, za zbudzenie ze słodkiego snu, jakby nie patrzeć kopniakiem towarzyszącym szybkiemu krokowi- bo przecież może być jak pijak, który zasypia na śniegu, aby odpocząć po trudach kultowania obrzędu religijnego zwanego alkoholizmem, nie pamiętający o swoim życiu, a co dopiero o nie dbający.
Z autopsji raczej wiem, iż nasze przypadkowe spotkanie okazuje się zbawienne dla niego, bowiem jednak w efekcie przysnął tylko biedak ze zmęczenia narażony na hipotermię, i ocalające dla mnie, gdyż wreszcie zdolny jestem wyleźć z bagna beznadziei wiedziony przez dłużnika na bardziej zielone tereny.
Układ od te chwili jest dobry; ono oferuje możliwości, a ja mam je tylko spragmatyzować. Nawet gorliwy Alladyn nie byłby bardziej przydatny. I życie wygląda teraz dużo lepiej.
Niestety włóczęga pozostaje włóczęgą i w efekcie po czasie, który on uzna za stosowny odchodzi w dalszą drogę- zawsze latem, cholera- zostawiając mnie na pastwę tego, co pomógł stworzyć i jakkolwiek udaje mu się mnie unikać, często potykam się o niego na jednej z ulic mojego miasta- zawsze zimą.

 

- Zaciągnąłem o tobie informacji.- wbił swe władcze spojrzenie w zmęczenie mych oczu- Znowu wyrzucili cię z pracy.
Chrząknąłem cicho, by powstrzymać kaszel.
- Zawsze skądś mnie wyrzucają.- zapaliłem papierosa- Ale to nie prawda.- urwałem aby jak najdłużej cieszyć się jego skupioną kontorsją- Sam się wyrzuciłem.
Skinieniem prezesowskiej ręki przywołał kelnerkę, a kiedy ta przyjęła zamówienie ruszyła w drogę powrotną z gepardzią gracją, nie uraczając mnie ani jednym, choćby przelotnym wejrzeniem.
To wkurwiało mnie najbardziej.
- Jestem tu po to, aby wyciągnąć cię z rynsztoku.- i ponownie kwitował umęczenie mego wzroku i chyba oczekiwał oklasków- Co ty na to?
- „Wszyscy leżymy w rynsztoku, ale niektórzy spoglądają w gwiazdy”- przypomniałem słowa Oscara Wilda.
- Więc spójrz w gwiazdy.- zaproponował.
Leniwie, z przejawem ociężałości wcisnąłem papierosa do popielniczki, a on uśmiechnął się w zadowoleniu.
- I oto pojawia się problem...ja nigdy nie patrzę w górę.
Obaj przyglądaliśmy się kelnerce jak człapiąc ku nam usiłuje powstrzymać kolebiące się na tacy filiżanki ze świeżo parzoną kawą.
- Posłuchaj. Chcę ci pomóc. Byłeś najbliższą osobą w życiu mojej córki.
Przez chwilę pozostawiłem kelnerkę i jej perypetie z tacą samej sobie i chyba poraz pierwszy zajrzałem temu mężczyźnie głęboko w oczy.
Miał dobre i łagodne oczy w przeciwieństwie do moich; moje były tragiczne.
- Tak.- wypowiedziałem cicho- To kolejna osoba, która skądś mnie wyrzuciła.
Wysoka, z przyciętymi na pazia włosami, czarnulka na niskich obcasach, świeżo pachnąca, udekorowana w białą, aksamitną koszulkę i czarną krótką spódniczkę; ze złotą bransoletką na przegubie lewej ręki; pięknotka, postawiła dwie filiżanki na stolik, a następnie cukierniczkę i dzbanek ze śmietanką.
I ponownie mnie wkurwiła.
- Nie wiń jej za to.- zdmuchnął opar błądzący tuż przy piance na powierzchni meksykańskiej, czarno parzonej.- Wybrała po prostu inną drogę i zrobiła to w imieniu rozsądku, najprawdopodobniej wbrew swym uczucią.
- Uwielbiam meksykańską.- wciągnąłem aromat kawy w zakamarki mych nozdrzy- Wie Pan, że poznałem czar tej kawy dzięki Pańskiej córce?- skosztowałem i jak zwykle przy delektowaniu się wyśmienitą kawą poczułem impet nostalgii wędrujący do mózgu i drażniący po drodze wszystkie z mych neuronów.
Na jego wciąż młodo wyglądającej twarzy zagościł grymas zdawkowej dumy.
- Wyrosła na obiecują kobietę.- wtrącił szybko- Jest w zarządzie firmy, którą sprzedałem szwedzkiemu inwestorowi. Idzie w moje ślady i to mnie cieszy.
„Była duszyczką lgnącą, potulną i łagodną. Jej miłość choć z gatunku lilii, buchała jednak co pewien czas płomieniem”- przywołałem wspomnieniem „Śmiech w ciemności”, Nabokova, lecz po chwili złapałem się na tym, że nic bardziej błędnego w przyoblekaniu córce tego człowieka jakiejkolwiek łagodności.
- Taa.- skwitowałem z nieuleczalnym sarkazmem- A ja wciąż tkwię w rynsztoku.
- Jestem tu po to, aby ci pomóc.
- Dwa miesiące temu wywalili mnie z pracy.- mój głos zabrzmiał ciszej aniżeli tego oczekiwałem- Nie mam nawet na czynsz. Zarabiam grosze od czasu do czasu waląc w pysk skurwieli na paskudnych dzielnicach. Ta robota nie popłaca, ale mam przynajmniej na świeży chleb.
- W tym nie o to chodzi.- zauważył i wiedział co mówi- Poddałeś się i nie wiem czy wówczas kiedy odeszła od ciebie moja córka, czy wtedy, gdy straciłeś ostatnia robotę. Wnerwiłeś się i zignorowałeś system. A system polega na poszukiwaniu pieniędzy.- urwał- Masz talent i ogromną umiejętność przeżycia. Mówiłem już, że zaciągnąłem o tobie informacji. Nawet bez pracy potrafiłeś załapać się na lepiej płatną fuchę, aniżeli na zachodzie. Wówczas w dwa dni wyrabiałeś średnią krajową pensję.
- To krótki metraż.- powiedziałem- Ogólny tego efekt to znak minus.
- Doszedłem do wniosku, że w najprostszy sposób skapitulowałeś. Bez walki. Oddałeś się depresji, zamknąłeś w grocie. Nie wiem. Może naśladujesz Hemingwaya, czy Bukowskiego? Lubisz literaturę, prawda? Kiedyś chciałeś zostać pisarzem. Pisałeś, dlaczego teraz tego nie robisz? Masz wielki talent.
- Talent to jedno, a cała reszta to drugie.- opróżniłem filiżankę.
- To już przeszłość- zapowiedział nieco mentorsko- Wyciągnę cię z tego. Od jutra ponownie będziesz roznosił wokół siebie czar. Co ty na to?
- Wrzuciłem Exkalibura na powrót do jeziora. Już nie jestem czarodziejem. wpatrzyłem się w jego oczy; wciąż były dobre.
- Nie będzie ci potrzebny. Ja ci pomogę. Powiedzmy, że jestem ci to winien.- wstał i ściągnął z wieszaka płaszcz- Poza tym moja córka ma za cztery dni urodziny, a ja nie mogłem znaleźć dla niej prezentu.
Uśmiechnąłem się.
- Kogo mam zagrać? Kubusia Puchatka?
Wyciągnął z płaszcza czyściutki, prostokątny czek.
- Nie.- teraz on się uśmiechnął- Po prostu przeżyj.- położył czek przede mną- tego nam wszystkim najbardziej brakuje.- wciąż się uśmiechał- dziewiątego grudnia w Lubinie.- podał mi swą dłoń- I chcę być oczarowany. Ten czek pomoże ci w zrealizowaniu mojego życzenia. Kup też Katarzynie jakiś drobiazg. To jej urodziny.
Posłał mi ostatnią kontorsje szczerej radości, po czym widziałem jak płaci rachunek i chyba zamawia jeszcze jedną kawę dla mnie.
Rozejrzałem się dokoła. Było jeszcze przed południem i chyba dlatego zobaczyłem siebie jako jedynego konsumenta w tej ekskluzywnej restauracji. Pasowałem tu jak waran do terrarium z traszkami. Jedna z traszek właśnie się do mnie zbliżała, wciąż zachowując nieprzenikniony wyraz chłodu na swej twarzy; ona i jej obłędnie kąśliwa dziewczęcość.
Postawiła filiżankę z kawą i chciała odejść lecz coś ją zatrzymało. Obróciła się powoli i poraz pierwszy spojrzała na moją dwudziestodwuletnią twarz.
Brwi jej czarne powędrowały ku górze co było oznaką zdziwienia, a następnie drgnęły w dół i ponownie w górę, potwierdzając uczucie życzliwości
- Ten Pan powiedział, że jesteś najlepszym pisarzem w kraju.- orzekła- Czy to prawda?
Stała oczekując w milczeniu, a na mej wciąż zarośniętej twarzy pojawił się niesamowity wyraz na poły goryczy na poły rozkoszy.
- Skłamał.- odparłem- Jestem najlepszym pisarzem w Europie.
Kelnerka; pseudoceltycka, ponętnie oziębła, posłała mi pierwsze ciepłe wejrzenie i podążyła za bar, jeszcze bardziej tanecznym krokiem, aniżeli przedtem.
Wziąłem do ręki prostokątny skrawek papieru, pozostawiony przez człowieka, który jako jedyny z żyjących zapalił dla mnie świeczkę i zerknąłem na wypisaną słownie sumę wystawioną na moje imię i nazwisko.
„Cztery tysiące złotych”- przeliterowałem, a źrenice me rozchyliły się pod wpływem endorfiny i znów przeliterowałem i ponownie i robiłem tak jeszcze z kilkanaście razy, a wszystko to, włącznie z moim nazwiskiem brzmiało jakoś obco.
(Pracując uczciwie tam gdzie tyrałem zanim mnie nie wywalili musiałbym przetrwać siedem miesięcy, aby dojść do takiej sumy. I to przy pomyślnych wiatrach włażenia wyżej postawionym w dupę; problem tkwił w tym, że ja nigdy nie właziłem w dupę)
- No cóż.- powiedziałem do siebie, wstając i zakładając brudny płaszcz- Drogi prezent dla córeczki.
Ruszyłem do wyjścia: brudny, może nie całkiem. Raczej zakurzony, ale zawsze dobrze pachnący. Nigdy nie zapuszczałem się do beznadziejnego stanu.
Właśnie przechodziłem obok długiego baru, gdzie kelnerka ukradkiem mnie obserwowała, a wysoki, ulizany na dupka barman, wycierał blat.
- Hej, człowieku!- krzyknął dupek.
Przy normalnym stanie rzeczy za to hej dostałby w pysk, jednak nie był to normalny stan rzeczy i dlatego skłonny byłem zaadresować do niego cień uśmiechu.
Zniosłem deszcz, ujrzałem tęczę.
- Tak, to ja.- przystanąłem odwracając ku niemu głowę. Mój głos zabrzmiał nawet życzliwie.
- To jest porządny lokal.- warknął- Wolałbym cię tutaj więcej nie widzieć.
Wyciągnąłem papierosa z czerwonej paczki i włożyłem między wargi. Zapaliłem po czym zaciągnąłem się.
- Pierdol się.- powiedziałem sucho, patrząc na peta z niechęcią- To jest kurwa kamuflaż.- rzuciłem zapałkę na podłogę- Zbieram materiały do najlepszej powieści tego stulecia.- otworzyłem drzwi lewą ręką, a, prawą upuściłem papierosa na podłogę- Najszczęśliwsi w mieście nie muszą palić.- powiedziałem cicho do siebie i wyszedłem.
W restauracji został dupek, kelnerka i ostatni papieros tego tragicznego roku, a może jak się uda, ostatni cholerny papieros i ostatnie, cholerne, tragiczne lata.
Stanąłem na ulicy.
Tłumy: jak zawsze w grudniu. Padał śnieg, ale nie było zimno. Coś koło zera.
Doskonały zimowy dzień.
Spojrzałem w górę.
Niektórzy spoglądają w gwiazdy- pomyślałem.
Moje miasto miało co roku najpiękniejszy, świetlny, świąteczny wystrój ze wszystkich metropolii tego plugawego kraju. Przewyższało nawet wiele zachodnich stolic.
Naprzeciw największy dom handlowy w kraju, a w nim największa perfumeria na wschód od Berlina.
Pośrodku Ja, na najpiękniejszej ulicy tego miasta.
Wszystko dzisiaj było naj- moje miasto też; najbardziej zachodnie miasto po tej stronie Odry.

Co za dzień; mógłbym nadać temu dniu imię naj, a była sobota.
Jutro przychodzi Mikołaj- pomyślałem- najlepszy facet w historii tej planety.
- Hej, kutasie!- dochodzi do mnie krzyk jakiegoś mężczyzny zmieszany z klaksonem czerwonego samochodzika, tego samego mężczyzny- Zejdź kurwa z ulicy!- wrzeszczy do, albo na mnie, stojącego na najpiękniejszej ulicy, najpiękniejszego miasta w kraju i jestem najszczęśliwszym facetem, najszczęśliwszego dnia w przedświątecznej gorączce.
Podchodzę pod drzwi czerwonego samochodzika i łapię Pana znerwicowanego obiema rękoma za kark i podciągam w górę ponad opuszczoną szybę.
- Normalnie złamałbym ci kark.- mówię mu, kiedy strach rozpływa się po jego pyskatej mordzie- Ale nie jest normalnie.- puszczam Pana znerwicowanego i przechodzę przed rozpędzonym tramwajem na drugą stronę ulicy.

W banku kasjerka mało co nie zaszczytowała, kiedy porównywała czyściutki czek z brudnym wizerunkiem jego właściciela.
Łaziła gdzieś, później gmerała przy komputerze i znów gdzieś łaziła. Kartkowała mój dowód osobisty, a po minucie kartkowała ten sam dowód w towarzystwie innej łaskawej kasjerki, albo czymś starszym i straszniejszym.
Dwie niezadbane rury, które odkryły właśnie największy szmugiel tego stulecia.
Minęło kilkanaście minut (zazwyczaj trwa to kilkadziesiąt sekund) a ja wciąż sterczałem przed kasą i z niezrozumieniem patrzyłem jak ten najlepszy dzień psuje najgłupsza kasjerka w mieście.
Po chwili przyszedł jakiś facet, aby stwierdzić orginalność czeku i mego dowodu, wydanego przez samego prezydenta miasta (ukłony panie Bogdanie), po czym wszyscy chcący znaleźć jakiś haczyk na moje cztery tysiące zmuszeni zostali przez ich własną bankowość na wypłacenie pieniędzy.
Wyszedłem na zewnątrz i spojrzałem na najpiękniejszy rynek w tej części Europy.
Śnieg wciąż padał, a tłumy nadal gdzieś spieszyły.
Odetchnąłem pełną piersią i ponownie zerknąłem w górę; życie wyglądało teraz nieco lepiej.

Zaloguj się