żubrówka z sokiem jabłkowym

„Co? Ja mam kochać? Ja żony mam szukać,
którą potrzeba, jak niemiecki zegar,
wciąż reperować, bo ciągle się psuje,
Zawsze źle idzie, źle godziny znaczy,
Choć go pilnujesz wciąż i regulujesz.”
W. Szekspir: „Stracone Zachody Miłości”

„Kobieta jest uzupełnieniem dzieł Boga. Stworzył ją po tym wszystkim co istnieje,

jakby chciał przez to wyrazić, że zamyka owe wzniosłe dzieło arcytworem
stworzenia.”
Honore de Mirabear


- Jak daleko byłeś, że nie mogłam cię przez tydzień znaleźć- wyrazisty głos i jego właścicielka usiadły naprzeciw, przy kiepsko oświetlonym stoliku, a usta o intensywnym odcieniu cynobru z wybitną celowością wydmuchują dym nikotynowy w moją twarz.
Obdarzyłem ją życzliwym uśmiechem szarmanta i westchnąłem jak człowiek wyrywający się z przytłaczającego letargu.
- Byłem nie dalej jak na długość twoich paznokci.- zwinnym ruchem oczu, zerknąłem na jej dłonie o długich palcach i niemal dwucentymetrowych paznokciach.
- Uwielbiam cię za to.- ściągnęła brwi- Doskonale wiesz, że zapuszczam je, gdyż wzmagają doznania erotyczne.- kiwnęła palcem na kelnerkę, która po kilkunastu sekundach przyczłapała do nas na swych tłustych nogach- Chodzi plotka, że lubisz, gdy kobieta drapie cię po plecach w najlepszych chwilach karnawału.
- Nie wierz plotkom, siostro.- wzruszyłem ramionami, na co ona zamówiła dwie żubrówki z sokiem jabłkowym, za które to niby ja zobowiązałem się płacić.
- Powiedz mi bohaterze moich snów, kiedy nadejdzie owa noc spadających gwiazd?- pochyliła się w moją stronę przez co poczułem intensywną woń jej perfum.
- Gwiazdy nie spadają, Karol.- odparłem upijając drinka- To tylko kamienie.
- Obiecałeś.
- Byłem pijany.- widziałem jej ciemne oczy i śliczną twarz, jakby emanowała własną poświatą.
- To nie zmienia postaci rzeczy.- zauważyła i chyba miała rację.
Rozejrzałem się dookoła z głupkowatym przejęciem, po czym spojrzałem jej głęboko w oczy, zniżając przy tym głos.
- Karol. Piję po trzy kawy dziennie. Jestem impotentem.
- Podły z Ciebie drań...ale już o tym wiesz. Nie rozumiem facetów, którzy okłamują dziewczynę, aby nie iść z nią do łóżka.- zmarszczyła swe gładkie czoło- Gdybym cię nie znała, pomyślałabym, że jest z tobą coś nie tak...a ty jesteś tylko takim sobie grzesznikiem.
- Karol. Nie mam czasu na pierdoły.- pokazałem znajomej barmance, aby nalała to samo jeszcze dwa razy- Znajdź mnie, gdy będę zalany. To najlepszy sposób.
- Nie złociutki.- drgnęła chyba w gniewie i wstała- Tym razem to ty mnie znajdziesz.- wbiła smagły wzrok w kelnerkę, która postawiła na stoliku drinki.
- Nie napijesz się ze mną, Karol?- obserwowałem jak stoi nademną, pełna swej norwistej gracji i przeczesuje złociste włosy.
- Trafisz do mnie po paznokciach.- warknęła, po czym ruszyła do wyjścia, gdzie zostało po niej tylko trzaśnięcie drzwiami.

Dochodził koniec piątkowej nocy, listopada, na dwa lata przed tym jak wylądowałem w rynsztoku, dzień po tym jak poznałem Carmen, a ja znów zmuszony byłem do powrotu do swej groty, w której czekały na mnie z wystawionymi szponami, samotność i wyobcowanie. Wszystko to, co składa się na obłęd nieszczęśnika i na jego walkę z nieprzychylnością świata.
Czy się tego bałem?
Nie, chyba nie. Były to po prostu mdłości nachodzące mnie na samą myśl o walce ze swą paranoją w zaciszu swego mieszkania.
Ależ był na to sposób; Roth i jego autoironia, Eurypides ze swą tragedią, czy też Szekspir wraz z elokwencją; cała ta literacka wódka zapomnienia, lecz zaledwie na kilka chwil, gdyż depresja zazwyczaj wraca przy pierwszym kultowym zdaniu naznaczającym podobieństwo do beznadziei losu.
W rzeczy samej najmocniejszą pigułką była Karol i jej podobne, konsumowane w akompaniamencie kostek lodu topniejących w blichtrze wódki z sokiem. Tyle, że wówczas rano, ból powracał ze zdwojoną siłą gdy za pocieszycielką skazanego zamykały się drzwi.
Jednak dzisiejszej nocy, jeśli o mnie chodzi nie miałem ochoty na seks pigułkę. Już od dawna potrzebowałem czegoś innego. Czegoś stanowiącego wyzwanie, prześwitującego na skroś wrażliwej boginki, którą nawet pocałować jest ciężko jeśli nie wiąże tego pocałunku uczucie.
Być może, że była to potrzeba pewnego znamiennego rodzaju tkliwości, która nawiedza umęczonego, po czasach sztormów i żmudności brnięcia przez koleje wyskoków; albo po prostu chęć bycia dla kogoś coś wartym.
A propos; w ramach drobnych wyjaśnień pragnę nadmienić, iż Karol, owa ładniutka, dwudekadowa Szeherezada, absolutnie nie była łajdaczką.
Lubiła po prostu zadbanych, przystojnych mężczyzn i jako kobieta świadoma swej urody i władzy zmysłowej, rwała najbardziej szarmanckich i pociągających i spędzała z nimi wspaniałe chwile (tak to nazywała).
Ależ oczywiście, że była inteligentna; nie zawsze nonszalancki tupet idzie w parze jedynie z kurestwem.
Z ostatnim drinkiem uporałem się jako ostatni ze sfory siedmiu klientów i trzech klientek, a barmanka zabierając pustą literatkę nie omieszkała mi przypomnieć, że zawsze musi na mnie czekać.
Skwitowałem jej (aczkolwiek uprzejmą) aluzję, kontorsją życzliwego uśmiechu i opuściłem przytułek wszelkich rozrywek, aby za dziesięć minut być w grocie i zasnąć na kilka godzin, by później móc żyć wiecznie.
 

„Miłosne szały z mięsa bóstwo czynią
Głupiuchną gąskę zmieniają w boginią,
To bałwochwalstwo! Niech nam Bóg poradzi,
Na dobrą drogę zbłąkanych sprowadzi.”
Szekspir „Stracone zachody miłości



 

Zaloguj się