zdefiniowałem samotność

Jonasz

Jonasz

Jego grota była czynszówką.
Trzy pokoje, niewielka kuchnia, toaleta i spory przedpokój. Kiedyś miał szansę na opuszczenie tego miejsca i zamieszkania w jaskini swych wyobrażeń, ale zmarnował ową okazję. Zresztą nie tylko to zmarnował w życiu.
Wracając kolejnego wieczoru wiedział, że nigdy nie będzie w stanie wyrwać się stąd, że brak mu będzie odwagi i utkwi tu na wieczność.
Ale może dzisiejszego dnia...
Rzucił firmowe torby z zakupioną garderobą na sofę i zdjął buty. Przemokły. Podniósł je z podłogi i ściskając za języki otworzył okno umalowane w kwiaty mrozu. Spojrzał poraz ostatni na obdrapane z lakieru trepy i wywalił daleko w śnieg.
Przez chwilę zdał sobie sprawę, że za jakiś czas zapuka do niego ta jędza z dołu i zacznie wrzeszczeć, a później wyzywać go od nieudaczników i bezbożników, tak jakby sama była bliżej Boga. Ale mężczyzna jak nigdy dotychczas miał ochotę się kłócić. Kłócić właśnie z nią i właśnie dzisiaj.
Zamknął okno.
Ściągnął płaszcz, który opadł na dywan, niczym w niepamięć; stanął na nim w mokrych skarpetkach, a duży palec jak natręt wystawał przez wścibską dziurę. Uśmiechnął się do niego, ale nie zareagował; zamarzł.
Pomyślał momentalnie, czy dziura w skarpetce w stanie psychicznym, do którego dotarł, oznaczała niechlujstwo, czy też roztargnienie. Uznał, że to zwyczajne niedopatrzenie, następnie począł kontynuować rytuał obdzierania się ze starych, już nie modnych ciuchów.
Stanął teraz nago pośrodku salonu, a Eric Clapton nucił to swoje „my father eys” jakby chciał powiedzieć mu coś konkretnego.
-oczy mojego ojca były puste sukinsynu.- warknął niemal z awersją, po czym sięgając do torby wyciągnął z niej flaszkę żubrówki i sok jabłkowy. Powędrował nagusieńki jak bobas i przyrządziwszy sobie drinka, poszedł się wykapać; wolny od syfu. Poczuł jak narasta w nim siła. Świat stanął otworem, a on miał go właśnie podbić i to wszystko.
Łatwizna- pomyślał i uśmiechnął się do tej myśli.
Marnował czas w wannie dłużej niż kiedykolwiek, a kiedy szykował się do wyjścia, pomyślał, że świat na niego zaczeka i opadł na powrót w toń wody z pianą; świat zawsze czeka na bogatych frajerów.
Tak, tak, bo stał się bogatym frajerem; człowiek wychowany w przytłaczającej biedzie, który w wieku dwudziestu jeden lat zdołał się z niej wyrwać i żyć dostatnio przestał się bać. Niedostatek go zahartował i przez kolejne lata był jedyną pamiątką po tamtych wstydliwych czasach. W końcu jednak zmarnował w życiu wszystko co zdołał osiągnąć i pozostały mu tylko długi i cierpienie.
A dzisiejszego dnia stał się bogatym człowiekiem; świat wyglądał teraz znacznie lepiej.
Spojrzał w sufit- niektórzy patrzą w gwiazdy; pomyślał.
Człowiek ten- tak go tymczasem nazwijmy; człowiekiem- mając lat czternaście stracił rodziców na pastwę śmierci. Umarli, ale nie dosłownie. Przez swój alkoholizm zaczęli egzystować.
Kiedy pewien dziennikarz, w chwilach jego chwały jako pisarza, zapytał co z jego rodzicami, on spojrzał w oczy tamtego człowieka i bez najmniejszego wahania w głosie rzekł:
-Oni już kurwa nie żyją...na moje nieszczęście jednak nie zdechli.
Tamtego dnia pierwszy raz stracił tysiące swych wielbicieli, a on nie mógł zrozumieć o co im chodzi. Dlaczego oceniają go na podstawie tego jednego wypowiedzianego zdania. Był niesamowicie inteligentny, a wielu okrzyknęło go genialnym, a teraz skazali na hańbę i katorgę.
-A kim wam się wydaje, że kurwa jesteście?- wszedł na mównicę podczas rozdania nagrody za esej roku i wykorzystał tą chwilę- Spróbujcie do kurwy nędzy zapłakać, leżąc w beciku i domagając się mleka, kiedy wasi starzy mają promila alkoholu we krwi.- mówił posyłając im pogardliwe wejrzenie- No dalej kurwa. Spróbujcie!- wrzaski, które wówczas rozbiegły się po sali nieco go zasmuciły, ale on szedł naprzód, bo ból nie pozwalał mu spojrzeć wstecz- Ja spróbowałem. – dodał i to były jego ostanie słowa jakimi obdarzył ludzkość.
Zrobił wiele dla ludzkości, a ona go pognębiła; i to skrzywdziło go najbardziej. Ta pieprzona, nieczuła niewdzięczność.
Opróżnił flaszkę do połowy i w jakiejś błogiej chwili zapadł w sen. Obudził go chłód wody, zanim zdążył się utopić, a kiedy otworzył oczy, wyglądał jakby tego właśnie pożałował; pożałował, że się nie utopił.
Wyszedł z wanny i spojrzał w okno. Było ciemno; no cóż. Świat nie poczekał.
Śnieg wciąż padał udowadniając mu, że wszystko toczy się tak jak dawniej, a człowiek drżącą dłonią zaczął się golić; nie bał się. Używał ostrzy zamkniętych za kratkami. Nałożył pianki na włosy i umodelował fryzurę; w tym zabiegu był nadzwyczaj skrupulatny.
Uśmiechnął się do gęby, a ona do niego:
-Żądaj od świata tego co ci się nie należy.- powiedziała gęba na co odparł tym samym- A od siebie tego czego nie jesteś w stanie dać.
Melancholia zimowych wieczorów polega na tym, że świat wydaje się wówczas potężniejszy i bardziej obcy; zimny i ciemny i przeraża jak głusza w kniei nocą; cóż mają powiedzieć sarenki?
Schyłek jedenastego lata miał być dla niego tragiczny; dziewczynka, z którą budował zamki na piasku, która jako jedyna z żyjących traktowała go jak człowieka i zapaliła dla niego świeczkę wpadła pod koła szalonego kierowcy. Tamtego dnia człowiek wszedł do jaskini i nie było na tej planecie nikogo, kto byłby w stanie go stamtąd wyciągnąć.
Zeus wtenczas spojrzał na niego swymi dostojnymi ślepiami z osnutego mgłą Olimpu, a jego nadobne rysy rozstąpiły się w kontorsji ubawu. Prawie, że słyszał jak mówi:- weź się w garść i zapnij pasy- mówi i wciąż się śmieje- droga będzie wyboista.
Założył spodnie, oblany promieniami purpurowego światła i przechodząc do barku mijał po drodze ramki ze zdjęciami kobiet. Były ich trzy; jedna, prawie jak tunezyjka, z ciemnymi jak mrok oczyma. Druga, smukła, oblana złotem i chyba smutna. Jej urok nazywał statecznym.
Trzecia po prostu tu tkwiła, przybierając raz wygląd demonicznego wampika, a raz dziewczynki z podstawówki; znak charakterystyczny to balejaż.
Żadnej z tych kobiet nigdy nie poznał, nigdy nie spotkał, a nawet nigdy nie widział.
Jego życie dręczyła pustka, a on po prostu nienawidził pustki. Dwadzieścia cztery godziny na dobę grało radio, nucąc przeróżne piosenki, a ściany pokoi ozdobione były fototapetami. Sypialnia otoczona była puszczą amazońską, a pracownia zdawała się być jakby częścią pałacu Heroda Wielkiego.
Nie to, aby wielbił miejsce, w którym dokonało się największe tchórzostwo w dziejach. Sądził, że kiedy zamieszka w murach życia Poncjusza Piłata, zrozumie co czuł tamten bojąc się sprzeciwić kapłanowi Kajfaszowi i tłumowi. Bo to tłum skazał syna Jahwe, Jezusa z Nazaretu na śmierć.
Salon natomiast nie posiadał żadnej tapety. Był popielaty, a na ścianach wisiały obrazy. Pod nimi na jednym ze stolików owe trzy fotografie, kobiet które człowiek całe życie kochał, a których miał nigdy nie spotkać. Kochał marzenie.
Coraz częściej jednak, patrząc na nie uzmysławiał sobie, że nie może roznosić swojego uczucia, w którym pokładał najlepsze swe cechy. Mógł kochać tylko jedną z nich i wydawało mu się, że wie która to i tak było naprawdę, lecz z sobie znanego tylko powodu bał się zdradzić tą tajemnicę.
A dlaczego kochał te wizerunki, miast szukać szczęścia w świecie? Przyczyna była bardzo prosta. Każda kobieta jaka stawała na jego drodze w efekcie wypaczała jego człowieczeństwo. Był dobry, a każda chciała go zmieniać. Pragnął spotkać tą, która wyzwoli w nim to co najlepsze, a spotykał te, które prowokowały do pójścia w przeciwnym kierunku; a ten człowiek nie mógł iść w tym kierunku, więc musiał odchodzić.
Nalewając soku do literatki, a później przyprawiając to cytryną i alkoholem, spojrzał na twarz tunezyjki, a ściany salonu wypełnił pusty głos:
-Chwilami udaję, że jesteś tu przy mnie. Leżę pośród mroku i wyobrażam sobie, że się całujemy. Nie kochamy, tylko całujemy. Czysta tkliwość. Pamiętam niemal każdy moment. I w owej chwili umysł mój jest klarowny, wyzbyty wszelkiej gwałtowności, tak jakby utajony strach, nareszcie realny i obecny, oczyścił mnie.
Pamiętam twój uśmiech i skupienie. Twoje ciemne oczy paraliżujące moje poczucie piękna i twą zawsze rozpromienioną twarz.
Pamiętam tajemnice, z których mi się zwierzałaś i twe usta, przez które się one przeciskały.
Leżę w ciszy i wspominam, każdy gest naszego szczęścia. I teraz to już nie są tylko marzenia. Naprawdę przeżywam tą radość.
Delektując się drinkiem, zatrzymał wzrok na dziewczynie z balejażem; posłał jej błogi uśmiech i rzekł:
-Wciąż udaję, że jesteś tu przy mnie. Spoczywam w bezruchu i wyobrażam sobie, że się całujemy. Nie kochamy, tylko całujemy. Czysta magia poskromiła wszelką namiętność.
Pamiętam niemal każdy moment naszego szczęścia. Pamiętam zapach twej satynowej skóry, drażniący moje drapieżne zmysły. Pamiętam twój taniec i wciąż czuję brak tchu, tę falę przelewającą się przez moje ciało, czegoś co nie jest pożądaniem ile szaloną zachłannością.
W owym momencie poraz pierwszy wiem, że cię naprawdę potrzebuję.
Leżę i wspominam, ale to już nie są tylko wspomnienia.
Realnie przeżywam namiętności szargające naszymi zmysłami i dostrzegam niespotykane u ciebie piętno żalu.
Kiedyś kochająca go ponoć kobieta, powiedziała w efekcie ich współzależności tylko jedno słowo, podczas kiedy on czuł jak opada w nim siła; spierdalaj.
Kiedy kochająca kobieta, która milcząc sprowadza cię do roli nędznika, jaki niemal czołga się w przerażeniu, coraz dokładniej zdając sobie sprawę z nadciągającej tragedii, wypowiada w finale jedno jedyne słowo i jest to słowo, spierdalaj, to już wiesz, że droga, którą przeszedłeś, aby dojść do punktu, w jakim się znalazłeś, była nic nie warta.
Syk cięciwy, i wytrawny łucznik wypuszcza strzałę rozpaczy w twe serce z najtwardszego granitu. Ty padasz, bowiem niekiedy najdumniejsze nawet serce łamie swą dumę i pada pokonane strapieniem.
Usiadł wygodnie w głębokim fotelu, bawiąc się literatką, w której stukał lód, wejrzał się w twarz kobiety ulepionej ze smukłości. Widział jej mądre oczy i smutek wypełniający twarz, ale nie sprawiający, że ta twarz była smutna.
-Wciąż siedzę pośród mroku nocy i udaję, że jesteś tu przy mnie.
Wyobrażam sobie, że się całujemy. Nie kochamy, tylko całujemy. Magia tkliwości pogrążyła nas na wieki.
Pamiętam twą gorycz i twe ciepłe łzy roniące się z twych oczu i opadające na moją twarz. Jeszcze o tym nie wiesz, ale zapłakałem.
Pamiętam ostatnie sentymenty, uciekające chwile, które przyspieszały niknący puls.
Wspominam wyraz twojej twarzy, gdy mówiłaś o odejściu i znów czuję tamten gwałtowny przypływ przerażenia.
Leżę pogrążony w goryczy i rozpamiętuję zatopione w czasie chwile naszej radości.
I teraz to już nie są tylko wspomnienia.
Teraz to już ból.

 

szerokoskrzydłego napuścił nań orła

szerokoskrzydłego napuścił nań orła

Człowiek wtulony w fotel, mroźnego wieczoru, kolejnego roku w marszu świata, teraz prawie że wyczerpany i zniewolony przez ból, był niegdyś ucieleśnieniem swej mądrości życiowej.
Mawiał spokojnie; bądź sympatyczny, ale jeśli ktoś napluje ci w kaszę, to zabij go w jednej chwili. I ta część ciebie może być bestią. Posiadał doskonały instynkt przetrwania. Mimo, iż nie zawsze miał taką chęć, wzbudzał w ludziach szacunek. Przy każdej okazji mawiał, że jest dobrym człowiekiem i oprócz tego, że była to prawda, napawał ten fakt ostatnią zachowaną cząstkę jego próżności. Chyba nie lubił ludzi, ale znakomicie sobie wśród nich radził. Nikt nie przechodził obok niego obojętnie i na każdego miał mniejszy bądź większy wpływ, co po części znaczy, że pewna ilość ludzi go nienawidziła.
Ta świadomość także stanowiła pieszczotę jego umysłu, ale co z tego? Niekiedy był boleśnie zuchwały, ale przebywając z nim, nie można go było nie lubić. Nie lubili go ci, którzy go nie znali. A takich było wielu. Wówczas, każdy prześcigali się w tym, aby udowodnić jakim małostkowym i aroganckim jest on człowiekiem, nie wiedząc, że człowiek ten ma w sobie małostkowości i arogancji tyle ile oni godności; zero.
Nie rozumiał ludzi, których życie składało się ze sztafety dokopywania innym. Sikali każdemu do basenu, nawet przyjaciołom.
-wszyscy jesteście debilami!- krzyknął pewnego razu do mikrofonu, podczas obchodów uroczystości z okazji rocznicy jego miasta. Wówczas już znany był ze swych odważnych opinii, dokopujących hołocie, tak więc kiedy pojawił się na scenie, tłum zaczął wrzeszczeć i manifestować, skandując jakiś złowrogi apel- Debilizm przemawia poprzez tłum! To wasze puste wrzaski skazały syna waszego Boga na śmierć. To miasto też składa się z tłumu, a mojego szacunku warci są tylko ci, którzy milczą.
Nie wiedzieć czemu ten szał wrzasków, jakby stracił swą pewność, i każdy ukradkiem, starając się być nie zauważony rozglądał się, kto milczy, a kto nie. I wówczas wszyscy czując spojrzenia innych, poczęli milczeć. Najpierw jeden, później drugi i kolejny, po czym ktoś widząc sąsiada milczącego, za nic nie chciał być gorszym.
Historia starożytnego Rzymu nauczyła go, że owe wieczne miasto było tłumem, a tłum był siłą. Siłą jednak, którą można było pokonać najprymitywniejszymi sposobami; spełnianiem ich najpłytszych potrzeb. Organizowano igrzyska, pokazywano im walki i śmierć, a tłum był wdzięczny. Napawali się emocjami, podczas kiedy możni świata bogacili się obok nich.
-I ponownie mogę spotkać Ciebie.- doszedł go delikatny kobiecy głos, po czym jego właścicielka- prawie, że Tunezyjka- wynurzywszy się z mroku salonu, przystanęła przy barku i nalewając soku do szklanki, usiadła naprzeciw mężczyzny- Pełnego niepohamowanej i niezrównoważonej inteligencji.- westchnęła kobieta z ciemnymi jak mrok oczyma- Dam ci dobrą radę. Zrezygnuj z kawy. Może wówczas spędzisz noc podczas snu.
Człowiek posłał jej mimowolne wejrzenie i traktując ją niemal jak sąsiadkę, która przyszła się na nim wyżyć, przybrał nieco zmęczoną pozę.
-To jedyna moja kochanka, na której mogę bezgranicznie polegać.- rzekł spokojnie- Wtulam się w jej ramiona i już jestem w wyśmienitym nastroju. Nie zrzędzi, nie ma pretensji do bałaganu, nie ciąga mnie po knajpach. Makijażu nawet nie robi; cały czas jest ze mną. No i zostawia mnie samego, kiedy mam ochotę.- westchnął- meritum szczęścia.
Przypomniała mu pewną kobietę, sprzed kilkunastu lat, którą zażył z obojętnością, z jaką desperat sięga po prozac. Niemal widział ją, jak wyciąga z fiolki i wrzuca pastylkę do buzi.
Pewnej podobnej zimy pokonywał samotność w towarzystwie Rotha i jego autoironii, Eurypidesa ze swą tragedią, czy też Szekspira z elokwencją; całą ta literacka wódka zapomnienia, która pomagała mu trzymać się życia za pomocą jednej, cienkiej nitki.
Upijał się tymi procentami tylko na kilka chwil, gdyż depresja zazwyczaj wracała przy pierwszym kultowym zdaniu naznaczającym podobieństwo do beznadziei losu.
W rzeczy samej najmocniejszą pigułką była ona i jej podobne, konsumowane przy akompaniamencie kostek lodu topniejących w blichtrze wódki z sokiem.
Tak było tamtym razem, kiedy sięgnął po ostateczne lekarstwo, wystawiając swoje człowieczeństwo na ciężką próbę; wtenczas prawdopodobnie odniosło pierwszą ranę w wieloletniej krucjacie przeciw życiu.
Rano jednak, ból powrócił ze zdwojoną siłą, kiedy za pocieszycielką skazanego zamknęły się drzwi. Nigdy więcej nie miał ochoty na seks-pigułkę i nie dlatego, że coś mu tamtej nocy nie wyszło. Skrzywdził samego siebie swą słabością. Brzydził się słabości; mógł ronić łzy i otwarcie się do tego przyznawał, że będąc twardym człowiekiem jest w stanie płakać. Natomiast okazywanie słabości, poddawaniem się chwilowym potrzebom uważał za niegodne jego osoby. Poczuł się jak głupiec z tłumu, któremu cezar zamknął oczy właściwym podarkiem, najlepszym do zaspokojenia potrzeby.
I cezar śmiał się z możności manipulowania człowiekiem, a człowiek okazał się po prostu mały.
-Jesteś podarunkiem Cezara?- zapytał kobietę o mrocznych oczach, spowitą ciemnością, jaka niesamowicie kontrastowała z jej urokiem.
Posłała mu nieco figlarny uśmiech i otworzyła usta, aby udzielić odpowiedzi.
-„Zeusa, który wprowadził śmiertelnych
Na drogę rozumu. Ustanowił
Prawo: przez cierpienie wiedza.
Zamiast snu kapią w sercu...”
Człowiek przerwał jej, z milczącym wejrzeniem wpatrzony w pustkę.
-„Krople bólu, który pamięta.
Wbrew sobie ludzie uczą się rozsądku,
To jest przemożna łaska bóstw
Siedzących u świętego steru.”
Dokończył, przypominając słowa „Agamemnona” Orestei.
-A więc On?
-Mimo, ze ukarał nie może patrzeć na samotność tytana.- pochyliła się w jego stronę, tak jakby chcąc wyczuć zapach jego osamotnienia- jestem tu po to, aby wręczyć ci ogień. Nie będziesz musiał tak jak Prometeusz go kraść. Dostaniesz płomień i zaniesiesz do ludzi.
-„przebiegłego łańcuchem spętał niezmożonym, Ciężkimi kajdanami, wbił klin w środek ciała i szerokoskrzydłego napuścił nań orła. Ten nieśmiertelną zżerał wątrobę, lecz nocą odrastało z niej wszystko co ptak za dnia wyrwał.”- uświadomił tunezyjkę jak Hezjod relacjonuje karę za kradzież ognia w swej „Teogonii”- Dziękuję za propozycje. Zawsze cierpią bohaterowie, czyż nie lepiej więc być głupcem i udać, że nic się nie dzieje?
-Pozwolisz umrzeć bliskim z zimna?- zapytała donośnie.
-Powiedzmy, że jestem w podobnej sytuacji.
-Co nie znaczy, że musisz przejść obojętnie.
-Za jaką nagrodę?- syknął gniewnie- za życie wieczne w tym pierdolonym pałacu Heroda?
-Za świadomość, że przeżyłeś swoje życie godnie.- odparła niemal równie gniewnie.
-Masz rację.- posmutniał i oparłszy się w fotelu, wyglądał jakby chciał zasnąć- Ja je przeżyłem.
Wszystko stało się jasne.
Znał swój początek i właśnie poznał swój koniec.
Tak niewiele to znaczyło. Niegdyś może by się bał, ale zbyt wiele życie z niego wyszarpało, aby odczuwał strach przed straceniem go.
Żal?
I to było najtrudniejsze do zrozumienia. Smutek z faktu natychmiastowej śmierci nawet nie targnął na moment jego wypaloną duszą.
Uniósł ciężar swego spojrzenia w monotonne oczy kobiety, a jego twarz umalowała się w kontorsji żartobliwego sceptyzmu.
I całe jego niepowodzenie, doznania jak i ten sceptyzm, który był formą walki z patetyczną głupotą motłochu, otworzyły mu usta w iście uroczym grymasie; i cały jego ból wypowiedział w tej chwili do całego świata tylko siedem słów:
-Wiesz co...nie zrobię nic. Zupełnie nic.
-Jeżeli już musisz odejść...- powiedziała kobieta spokojnie, tak jakby nie słysząc jego ostatnich słów- ...to czy koniecznie chcesz zabić wszystko co zostawiasz?- drgnął w spazmie znanego tylko sobie lęku- Czy musisz wszystko zbabrać? Czy musisz koniecznie zabić swego konia i bliskich, spalić siodło i zbroję?
Jego serce wypełnił niepojętny ból, który nie stoi w istocie wyobraźni, lecz niekiedy dosięga tych, jacy znają najmroczniejsze zakątki życia.
Opuścił delikatnie głowę w dół, po czym odczuwając jak pierwsza łza wypełnia jego oko wilgocią, poczuł drugą, a obie po chwili oderwały się od ciała i podążyły w drogę ku podłodze; obie były nie do opanowania. Obie były formą wyjścia z jaskini.
Zanurzył się w głębinach wypełnionych stu miliardami neuronów, wyposażonych we własne mikroosobowości. One zajmowały się przeprowadzaniem niezliczonej ilości kalkulacji. Głosy te pędziły w postaci impulsów elektrycznych przez osiemdziesiąt dziewięć bilionów synaps. Każdy zaczątek procesów myślowych musiał zostać zesłany z obszarów podświadomości do krainy świadomości, gdzie powstawała z niego prawdziwa myśl.
.
-Hej.- z ramion melancholijnych wspomnień wyrwała go tunezyjka.- Jakaś jędza dobija się do drzwi.- powiadomiła, a on spoglądając na jej twarz zawieszoną tuż nad jego głową, wstał i otworzył drzwi.
Stała w nich ksantypa, najgorliwiej sikająca do jego basenu.
-Słuchaj no szatanie...- jęknęła-...znalazłam na podwórku twoje trepy, a w środku tej nory widzę jakąś dziwkę.- jej wzrok był pusty do tego stopnia, że nie potrafił nawet emanować wściekłością- A więc wywal ją z tego mieszkania, bo oprócz ciebie żyją tutaj sami poczciwi ludzie.
-A czy ty jędzo uważasz, że wspaniałej kobiecie, która spędza ze mną czas, w mojej jaskini, to ubliża?- człowiek zaczął zadziwiająco spokojnie. Jędza nie spodziewała się takiego toku wydarzeń- czasem okazujemy się potworami, głupia jędzo, czasem bywamy wspaniali, ale zawsze jesteśmy zwierzętami. Przyłazisz tutaj właśnie z tego powodu. Twój facet, ten zabity przez dewocję idiota, nie jest w stanie wnieść do waszego życia pierwiastka emocji. A twój żałosny instynkt się tego domaga...i przyłazisz tu stara ruro, korzystając ze sposobności mieszkania pod facetem, który cię oszałamia.- teraz posłał jej prawie, że oszałamiający uśmiech. Uruchomił swój urok, o którym dawno zapomniał- George Bernard Shaw pisał, że „kobiety zawsze będą wolały dziesiątą część mężczyzny pierwszej klasy, niż wyłączne posiadanie mężczyzny trzeciorzędnego” i to jest prawidłowość durna jędzo. Dlatego szmaciłaś się całe życie i pragniesz szmacić się dalej, ale czas, który zżera wszystko jak świnia pozbawił cię tej możliwości- stał się okrutny, ale od dawna postanowił każdemu człowiekowi dawać to na co zasłużył. Każdy dostawał to na co zasługiwał.- Nic z tego moja damo. ”Brzydzą mnie kobiety wulgarne, proszę pani. To jest takie, które mają w uśmiechu, w spojrzeniu, w każdym ruchu, na twarzy i na plecach, ergo wszędzie, wypisaną chęć rypania się bez przerwy. W środku ma to każda kobieta, ale istnieją różne formy okazywania tego, czyli różne kultury cywilizacji kobiecej. Pani niestety, jest przedstawicielką kultury barbarzyńskiej, a ja wolę kobiety Botticelliego, madame.”- jednym tchem zacytował jej Łysiaka, a kobieta należąca do kultury barbarzyńskiej wyraźnie zbladła.- Molestuje mnie pani na przeróżne sposoby.- postanowił jej nie oszczędzać- jednej nocy jest to stukanie w sufit, innym razem zbieranie części mojej garderoby z podwórka, której...o dziwo, nigdy pani nie zwraca. Chciałaby się pani wyzwolić z własnego losu i ciała i traktuje przy tym mnie, obiekt swego marzenia erotycznego jak głupiutkie, seksualne zwierzątko. Racja!- wykrzyknął jej w twarz- Jestem seksualny. Biologii nie da się oszukać. Oprócz chuci posiadam także bardziej rozwinięty od pani intelekt. Jak...co jest możliwe, że pani wie...podczas erekcji, krew odpływa zarówno z mózgu jak i ze stóp, tak więc głupiejemy i nie możemy uciec. To jedyny moment, kiedy staję się, jako mężczyzna kompletnym idiotą, a takie jak pani to wykorzystują. U zdrowego fizycznie samca wstrzemięźliwość seksualna nie wchodzi w rachubę. Ty, jędzo nazywasz to kurwieniem się, z czego pragniesz skorzystać. To standardowa procedura biologiczna; z tego też względu samce pająków zdając sobie sprawę z możliwości śmierci, zdecydowanie zmierzają do kopulacji z samicą. To jest potężniejsze od wszystkich praw moralności, przykazań jakiegokolwiek z kościołów, czy uprzedzeń.- urwał na moment, aby zaczerpnąć tchu, a jędza jak stała tak stała zaczarowana słowami człowieka- I masz rację. Jestem zwierzęciem, ale zwierzęciem dysponującym miliardami szarych komórek, zdolnych wysłać człowieka w kosmos i zapalić świeczki podczas romantycznej kolacji we dwoje. Wówczas widzicie w mężczyznach dżentelmenów, cokolwiek to znaczy. Szampan wypity, a świeczki nie mogą przecież palić się wiecznie; i w tym miejscu następuje proces atawizmu. Dążymy do zbliżenia i nie prawda, że na pierwszej randce. Przypominam, że tylko podczas erekcji stajemy się głupcami, przy świecach wciąż myślimy i potrafimy odwlekać. A jeśli kochamy szczerą miłością, to potrafimy nawet zamknąć się w jaskini na tysiąc lat i czekać, aż ukochana osoba odsunie głaz i wejdzie złożyć ofiarę swej miłości. Tak jest głupia jędzo, ale tego nie wiesz, bo twoje serce jest puste. Może i kochałaś, ale między kochaniem kogoś, a kochaniem kogoś na zabój jest niesamowita różnica. Tłum jednak nie doceni tego uczucia; tłum zaspokoi się spełnianiem pragnień i oczekując jeszcze więcej. A ty jędzo jesteś najgorliwszą krzykaczką w tym tłumie. Nawet nie wiecie ile tracicie. Dwóch jest na świecie największych poszukiwaczy Boga; to artysta i mnich. Obaj go znajdują, a Bóg jest kobietą jędzo, o czym pisał największy filozof w dziejach. Między miłością różnica jest tak wielka jak między kobietami. Spójrz na siebie i spójrz na tą istotę w mroku mego salonu; wszystko inne jest milczeniem. Pustka, tylko pustka wypełnia twe serce i umysł.- ponownie westchnął i przełykając ślinę, kontynuował- Różnica podczas zbliżenia tkwi w was, bowiem jeśli nie będziecie gotowe, a facet będzie nalegał, sklasyfikujecie go jako amatora swego ciała, ale jeśli będziecie napalone, a facet bojąc się spartania sprawy, nie poczyni żadnych kroków, uznacie go za samca tylko dziesięcioprocentowego. I w tym momencie żadne myślenie nie pomaga. Metodyczne rozpracowywanie waszych intencji jest niemożliwe, więc facet poddaje się i wychodzi na głupka. – postawił kropkę na końcu zdania , następnie oblekając swą twarz w nieco promienisty uśmiech, skłonił się delikatnie, a w kącikach ust zadrgało mu coś życzliwego, niemal współczującego.
-A teraz żegnam. Rozmawiam z Bogiem.
Wszedł na powrót do salonu, a kobieta tam siedząca, wydawała się rozbawiona.
-Byłeś okrutny.- rzekła, jednak bez pretensji.
-Mówiłem do niej jedynym językiem, jaki ta jędza zna.- poraz pierwszy spojrzał na nią przychylnym okiem. Trwało to tylko chwilę, ale już wiedział, że to kobieta ulepiona z marzeń i mądrości. A jednak coś go odpychało. Nie były to całkiem jego marzenia. Wydała się być jedną z tych cudownych nagród dla odważnych i posiadała jedną genialną cechę, bez względu na to co robiła i z kim była- wiedziała jak być kobietą.
Nic nie powiedziała i nawet na niego nie patrzyła, ale kiedy podawała mu drinka spowita całunem melancholii było w tym coś tak wielkiego, iż nawet wiara w Boga stanowiła tylko igraszkę.
-Kim jesteś?- zapytał odczuwając jak jego duszę wypełnia odczucie zdawkowej dumy.
-A co to zmieni?- odparła gładko- Czy nie wystarczy, że cię kocham? A wiem co to znaczy, bowiem tak jak i ty wierzę, w te pierdolone, kosmiczne więzy miłości, jak to ładnie nazywasz.
-obdarzyła go niewinnym uśmiechem.
-Chcesz być jedną z moich kobiet?- skosztował drinka wykrzywiając twarz w grymasie, który nigdy nijak do niego nie pasował; był to grymas wredności- Kłamliwą dziwką z koncesją?
-Cóż to znaczy, że czasem spada na człowieka nieszczęście?- pochyliła się ku niemu- Któż zdoła uniknąć smutku? Czy przeszedłeś przez życie nie zapłakawszy ani razu? Myślisz, że jesteś kimś wyjątkowym? Myślisz, że będę podziwiała błyskotliwego człowieka, jaki stał naprzeciw każdego nieszczęścia i patrzył mu prosto w oczy?- w tej chwili przybrała swą poprzednią pozę, jakby tracąc zainteresowanie rozmówcą- Nie. A wiesz kurwa dlaczego?
Ponieważ naprzeciw tego nieszczęścia nie potrafisz nawet klęknąć. Leżysz i wyglądasz jakbyś oczekiwał litości. A kim ty do cholery jesteś?
-Pięknej kobiecie nie pasuje rzucanie inwektyw.- zauważył obojętnie.
-Mówię do ciebie językiem, jaki znasz. – skwitowała wstając i robiąc krok w tył- Nie traktuj mnie wyjątkowo. – znikła w ciemności- Jestem tylko kroplą słodyczy zmieszaną z goryczą twojego życia. Utop się w niej.
Poczuł się jak Orfeusz, owy idiota, który poprzez niecierpliwość i arogancję stracił na pastwę śmierci swą ukochaną.
Kobietą, którą kochał była jedna z nimf; Eurydike. Niestety podczas ucieczki przed chcącym ją zniewolić Aristajosem, ukąsił ją śmiertelnie wąż ukryty w trawie.
Nad umarłą Eurydike płakały góry i rzeki, a Orfeusz w swej determinacji postanowił zejść jaskinią na lakońskim przylądku Tajnaron do piekieł.
Urzekł on swymi pieśniami cały Tartar i odzyskawszy ukochaną wracał do świata z surowymi nakazami Prozerpiny; obojgu nie wolno było się odwrócić, ani odezwać choćby słowem. Wystarczyło odziać się na chwilę w szaty cierpliwości, a czekało ich wieczne szczęście.
Orfeusz nie tylko się odwrócił, ale chciał ją pocałować.

„Ona doznawszy przedtem surowości Monów
Szła wyznaczoną drogą, wstecz nie spoglądała
I nie zniszczyła daru bogini słowami.
Lecz Ty okrutny, okrutniejszy Orfeuszu,
Złamałeś wolę bogów, czułych ust szukając.”
Komar

-Jest miło.- powiedział do ciemności, po czym obrócił się w stronę zdjęcia z tunezyjką- Po prostu jest miło. – uśmiech radości rozświetlił jego oczy- Pozostawiłaś po sobie zapach kawy i drogich perfum; to zapach szczęścia. To mi chciałaś dać? Abym przypomniał sobie jak pachnie szczęście? Pamiętam, bo kiedyś chyba byłem szczęśliwy.- dojrzał jakby twarz na zdjęciu rozstąpiła się w życzliwej kontorsji- Pamiętam jak pachnie; to zapach ciszy, goryczkowych perfum i ładu, zmieszany z aromatem kawy ze śmietanką. Tak.- wydał się być szczęśliwy. Naprawdę szczęśliwy.- Tak właśnie pachnie mój pokój w tej chwili. Strapienia odeszły. Cisza, nareszcie realna, oczyściła mnie. I wiem, że znów mogę być szczęśliwy. To świadomość, że może być przecież lepiej. Kończąc coś, nie zakańczamy swego istnienia. Żyjemy, a to musi w nas pozostać. Podróż trwa. Nie możemy zatrzymywać się w miejscu, gdyż później możemy już nie ruszyć. Wszedłem jakiś czas temu ponownie do jaskini i usiadłem zapaliwszy ognisko. Ognisko się wypaliło, a ja siedziałem dalej. Czas mijał, pory roku się zmieniały, zmarszczki poczęły okalać mą twarz, a ja...ja się po prostu zasiedziałem, czując lęk przed życiem. Za wszelką cenę nie potrafiłem dopuścić do siebie myśli, że to wszystko się toczy, bez względu na mnie i jeśli się izoluję to jest to tylko moją tragedią. Tragedią jednostki. Tragedią liczby pojedynczej. Ta tragedia mnie powoli zabijała i już chyba umarłem nie mogąc wystawić się na szyderstwa świata ponownie. Szyderstwa, gdyż taki ten świat znałem. Toczyłem z nim walkę, a mogłem po prostu przywyknąć do bólu. Nie potrafiłem, albo po prostu nie chciałem zrozumieć, że świat to nie tylko szyderstwa i ból; świat to śpiew słowika o poranku, to wschód słońca nad oceanem, to lot jastrzębia na niebie. Czym jest życie? To nie strapienie. Tak być nie musi. Życie to błysk świetlika pośród nocy. To oddech bizona w zimowych chłodzie. Nikły cień, który przemyka i znika w zachodzącym słońcu. I ja, człowiek, mający przed sobą cały świat pozbawiłem siebie tego wszystkiego, świadomie skazując własną jednostkę na cierpienie, tak jakby na to zasłużyła. A świat ma mi do zaoferowania więcej, aniżeli mogę wziąć, aniżeli mogę zobaczyć, aniżeli mogę nawet zrozumieć. Skazałem siebie na banicję, dorównując w mściwości Bogu, który wywalił z raju moich rodziców. Tyle, że ja byłem nie tyle mściwy co on, lecz i głupi, bowiem zbrodnię tą popełniłem na samym sobie.
Najsmutniejsze jest życie tych, którzy nie mogą zapomnieć o przeszłości, lekceważą teraźniejszość i lękają się przyszłości.
-Podziwiam cię, wiesz?- doszedł go głos podobny do poprzedniego, lecz nieco bardziej chropowaty. To kobieta z balejażem, wyszła z pokoju obok i podchodząc pocałowała go w policzek- Znajdujesz wyraz dla swego smutku i staje się on ci drogi.- usiadła naprzeciw, częstując się trunkiem swej poprzedniczki- Znajdujesz wyraz dla swej radości i potęgujesz jej ekstazę.- mówiła cicho z wyrazem ulgi na twarzy- Ale nie za to cię podziwiam.- przestrzegła- podziwiam cię za wierność. To okrutna cecha. Okrutna, gdyż wymaga okrutnej siły. Wyobraź sobie jak czuje się drapieżne zwierzę, zamknięte w klatce, która stoi pośrodku sawanny, po której biegają i pasą się setki zgrabnych gazeli.- zająkała się- I te gazele zerkają na ciebie nieco podejrzliwie i wciąż zerkają, mrugając oczętami w kusicielskim geście i drażnią twoje opanowanie i dziką naturę i wszystkie wiedzą, że jesteś zupełnie bezużyteczny i niegroźny. Niektóre nawet podchodzą w pobliże, w ty widzisz jak to zwinne, delikatne i najwdzięczniejsze stworzenie, ukazuje twym spragnionym ślepiom prężne obrzmienie pośladków oraz delikatne szlaczki po obu stronach tułowia, makijaż z ciemności wokół nieprzeniknionych oczu i pstre, doskonale ukształtowane uszka. Dopadłbyś niemal każdą z nich, ale nie możesz się ruszyć, a wszystkie one, dorosłe i małe koźlątka merdają czarnymi kitkami, co zdradza podniecenie gazeli i wówczas białe pośladki, otoczone dwoma pionowymi, czarnymi pasmami i przedzielone ciemnym kroczem, spełniają rolę sygnału erotycznego.- przerwała na moment, aby pozwolić kostce lodu roztopić się na swym języku.- Wiesz, że gazela jest dla geparda naturalnym pokarmem, prawda?
-Tak to stworzyła natura.- odparł oględnie, acz życzliwie.
-Powiedz więc, dlaczego gazele winią go za to?
-Może wolą, aby gepard stał się jaroszem.- zauważył.
-Myślisz, że jest to możliwe?
-Myślę, że gepard mógłby się postarać.
-Ty się postarałeś, prawda?
- Może wina?- zerknął jak kiwa aprobująco głową i sięgnął po butelkę. Odkorkował wino i nalał do dwóch lampek.
-Jesteś silny, prawda? Jak monument z najtwardszego granitu.- odebrała wino i dziękując mu uśmiechem skosztowała- Podczas rejsu z Odyseuszem, nie musiano by przywiązywać cię do masztu, aby uchronić przed śpiewem syreny.
-Posłuchaj.- wpatrywał się, jak jej usta obejmują krawędź lampki- Jestem człowiekiem i jak człowiek odczuwam ciężar każdego popędu. I rzecz jasna, że biologia jest silniejsza od woli; z początku jesteś w stanie znosić napięcie, później ono cię dekoncentruje, a następnie drażni. Kolejny krok to niemal ślepe dążenie do zaspokojenia go. Ciężar, który z początku jest tylko dotkliwy, teraz przybiera obsesyjną formę.-postawił paterę z mandarynkami na stolik- Buddyzm uczy, że wróg jest najlepszym nauczycielem. Nauczmy się więc od niego.
-Wróg?- zainteresowała się kobieta- Czy koniecznie należy pociąg seksualny traktować jako wroga? Czy nie łatwiej po prostu go zaspokajać?
-Jasne.- rzekł sucho- Najłatwiej. W ten sposób asekurujemy się od umiejętności rozstrzygnięć. Można to po prostu robić i tłumaczyć, że tak musi być, a jakie konsekwencje wywoła to w osobie kochanej jeśli tak ową posiadasz?
-Tak jest to wszystko zbudowane.- uśmiechnęła się- Należy się z tym pogodzić.
-Tak. Obok jednak takiej struktury świata dany nam został intelekt. To coś co pomaga znajdować inne wyjście, podejmować inne decyzje i dostrzegać inne aspekty spraw, aniżeli ukazuje je nam instynkt. Wielu rzecz jasna, woli poddawać się instynktowi i ci mnie nie interesują. Ciekawią mnie ludzie, którzy umieją radzić sobie z tym.
-Tak, tylko, że w niektórych przypadkach jest to z góry przegrana bitwa. Sam mówiłeś, że natury nie można przezwyciężyć. Biologia jest bezwzględna.
-Tak. To niewątpliwie nasz instynkt, ale z drugiej strony mamy intelekt. Od nas zależy, którą z tych sił wykorzystamy do rozwiązania problemu. Pamiętaj, że zawsze istnieje więcej wyjść , aniżeli jedno, a napięcia seksualnego nie trzeba zaspokajać koniecznie wiarołomstwem.
I ponownie został sam, chyba bardziej chcąc wreszcie utracić tchnienie, aniżeli kontynuować wędrówkę tą jałową drogą.
Poczuł się zmęczony; zwyczajnie wyczerpany życiem; przeżył swe życie, może nie całkowicie tak jak chciał, ale godnie.
Kiedy przestał być dzieckiem, stał się łotrem: ale ciężko jest być łotrem, jeśli ma się za dużo honoru. Musiał porzucić łotrostwo i przeobrazić się w faceta w zbroi. Gdyby żył w starożytności zabijałby gorgony, a w średniowieczu polował na bestie, porzucając królestwa i ręce ich cór.
Kruszył kopie każdego dnia i na każdym kroku; z niedouczonymi snobami, którym wydawało się, iż ich erudycja zachwyca otoczenie, staczał potyczki analityczne, zdzierając ich brudne łachmany obłudy do ostatniej szmaty.
Z niedomytymi chamami, którzy przez wybryk losu, zamiast roztrząsać gnój w oborze, ubrali się w dresy i zaangażowali do sprzedawania pseudo szczęścia; a dzieci pragnęły szczęścia nie spodziewając się, że pod tą laurową powłoką kryje się wstyd, wypranie z godności, a w końcu złoty strzał.
A człowiek wyciągał dłoń do dzieciaków, nie pozwalając, aby bandy frajerów zarabiały na ich śmierci, czy przyszłości; uczył je jak trzeba żyć na świecie. Dawał szanse uzyskania odpowiedniej wiedzy i tego co w religii buddyjskiej nazywa się Sopa: umiejętności wytrzymywania.
Mocował się z kupidynem losu; zabawny gość jeśli nie wziąć pod uwagę depresji, którą w efekcie sprowadzał. Jednak lata nieszczęść, rozpaczy i pognębienia zahartowały człowieka i zamieniły w najtwardszy granit.
Kiedy odczuwał ból, mówił zupełnie zwyczajnie, jakby od niechcenie, ale zawsze z nutą sarkazmu, że już nie długo nie będzie bolało- Jeszcze trochę, a serce moje zmieni się w kawał granitu. Jeszcze trochę i nic mnie nie zaboli.
I rzeczywiście w to wierzył, ale nigdy się do tego nie przekonał. Wiedział, że będzie cierpiał i być może bardziej niż kiedykolwiek. Dlaczego? Dlatego, że pragnął wiedzy, a wiedza przysparza cierpień. Tylko głupcy i umarli nie cierpią. Ach, szczęśliwi głupcy i zmarli; on nie chciał być ani jednym ani drugim.
Cenił w sobie smutek i coraz częściej łapał się na tym, że smutne twarze, które obserwował w autobusach, na przystankach, w sklepach, naradzały w nim subtelną wież z taką osobą; a w smutnych kobietach zawsze trochę się zakochiwał.
Fascynowały go smutne twarze ładnych kobiet. I coraz częściej zdawał sobie sprawę, że nie wszystkie kobiety potrafią przybrać swą twarz w szaty smutku. Znał masę tych, które szły przez życie niczym nakręcane laleczki; nic ich nie przerażało. Nic sobie nie robiły z wojen, chorób czy śmierci tysięcy ludzi na sąsiednim kontynencie.
Zawsze na scenie, z pozerstwem na ładnej, acz pozbawionej charakteru twarzy; można byłoby kupić je w każdym sklepie zabawkowym.
Ciała konsumowane mechanicznie, abiturientki nocnych klubów, parków, wycieczek samochodowych i swobodnej atmosfery, jaka rozpanoszyła się w erze atomowej jak biały chciwiec nad Eldorado. Teraz wszystko sprowadza się do tego, aby uczynić ludzkość nader swobodną, by ta nie sprzeciwiała się niczemu co ma podtekst ekscentryczności.
Suwerenność moralna jest na topie, a kto czuje żenadę tego wykpiwają na głos.
Nie ma już ideałów, obietnic bez skazy, prawd pozbawionych złudzeń i darów bez oczekiwania rewanżu.
Każdy ma w dupie chęć bycia lepszym. Zapomniano o godności i honorze; nie kierują się ideałami, wrzeszcząc, że są one jak gwiazdy i nie można ich dosięgnąć. Jaki więc to ma sens?- pytają krzykacze. A no taki, że można się według nich kierować, głupcy.
Gdzie te kobiety, które mają najpierw duszę, potem skromność i łzy w kącikach oczu, a drżące wargi wyglądają całkiem uroczo mówiąc „nie” i to bardzo poważnie, a reszta, do czego biegnie małpa ludzka jest tam u dołu zarezerwowane dla jednego człowieka, który jest centralnym punktem dawczyni szczęścia.
Gdzie te kobiety z literatury? Gdzie Dafne, którą przemieniono w drzewo wawrzynu, aby nie utraciła ona niewinności. Nie dała się zniewolić podłemu Apollinowi; a teraz luksusowe bywalczynie nocnych knajp wyskakują z majtek w odpowiedzi na postawionego drinka. To jeden z najskuteczniejszych i najprostszych sposobów na skonsumowanie dziewczyny. Turnieje rycerskie poszły w zapomnienie; pół promila alkoholu i najładniejsza babka w mieście jest do twojej dyspozycji. A co z Małgorzatą, która kochała Mistrza za talent? To jest miłość- powiadam wam, uczcie się takiej miłości.
Pokażcie mi Amalteję, najgorliwszą z nimf opiekujących się Zeusem, która nie daje ciała tylko siedzi obok ciebie, i modli, abyś przeżył, jakbyś był ostatnim facetem na ziemi. Pragnę budzić się obok Nefretete, nago, śpiąc na dywanach z koziego futra, mając u boku piękno połączone z mądrością. Wieczorem zasnąć u boku „Piękności nadchodzącej”, aby móc później żyć wiecznie.
Raj rzeczywiście został utracony i jest już nie do odzyskania. Na każdym kroku wpadasz na śliczne kobiety, które dorabiają na czesne zdjęciami porno, zabijają czas białym ruskiem, i łakną życia na zapas jakby to wszystko miało się rozpieprzyć lada chwila; upychają piersi i tyłki do kamery telewizyjnej, reklamując wszystko na sprzedaż.
Marzę o kobiecie kochającej, miast kastrującej; o Eudene, która rzuca się ze skały w stos, na którym płonie jej mąż.
„Sztafety też nie dla mnie, pies je trącał, to jak sracz na dworcu, kolejka do jednej dziury, chromolę taki wyczyn, nie znalazłem kapucyna w śmieciach. Lubiłem sam na sam, bez świadków. A potem zachciało mi się innych dziewczyn, takich jak na filmie lub w knidze „Pan Wołodyjowski” Żeby nie wyskakiwały z majtek na gwizd, po jednym tańcu czy kieliszku, i żeby się wstydziły, kurwa mać, tak jak Ania z Zielonego Wzgórza i ta Oleńka, co ją zarwał Kmicic, ale wytentegować z marszu nie mógł.”
W. Łysiak


 

zawzięci Bogowie

zawzięci Bogowie

Wszyscy pędzą na szczyt, niby nakręcane laleczki, połykając hektolitry nasienia, albo rozsiewając jeszcze więcej; i droga jest przyjemna, bo natura doskonale to zaplanowała, czyniąc kopulację aktem rozkoszy, aby zwierzę gatunku ludzkiego chciało się szybko rozmnażać. Ale homo sapiens wykiwał mamusię naturę i zamienił akt prokreacji w akt spożycia. Każda prezerwatywa jest ciosem w plecy matki, a każda tabletka antykoncepcyjna to kolejne uderzenie w pysk. Zabijamy własny gatunek, wykorzystując umiejętność dawania życia, jako zabijanie nudy, bądź sięganie po przyjemność. Podziwiam tylko tych, którzy się kochają; też walą matkę po pysku, ale bynajmniej otwartą dłonią.
I może ci obsesyjni maniacy przypadkowego pieprzenia naprawdę dojdą na szczyt. Czemu nie, ale to z pewnością nie będzie szczyt, na którym ja chciałbym się znaleźć. Moje niebo wygląda inaczej i idzie się do niego inną drogą. Do mojego nieba żadna kurwa nie zapuka, a kurwiarz dostanie w łeb od Cheruba stojącego na straży raju.
Nie chcę później, przez pomyłkę celników dotykać i całować ciała, które oblizywała rzesza samców, w tym wszyscy chojracy na dzielnicy, albo kompania jednostki wojskowej. Nie chcę, przez niekompetencję straży granicznej mego edenu, aby kobieta, która znajdzie się w nim zupełnie niezasłużenie mówiła mi, że jestem jedyny, że kocha mnie nad życie, że jest jej ze mną najlepiej, że jestem najlepszym herosem w łóżku.
Nie chcę, aby raczyła mnie paplaniną, którą deklarowała pięć minut temu jakiemuś szmondakowi który jest wybitnie bystry na swoim podwórku, gdyż posiada trzy zdrowe szare komórki, jakich nie zdążył jeszcze zabić denaturat. I zawsze jesteś tym najlepszym, po tym najlepszym i przed tym najlepszym: i może i fajnie jest być najlepszym, ale jeszcze lepiej jedynym.
Oni wszyscy cieszą się życiem- tak to nazywają- nie wiedząc jak żyć. Pewnie rzeczywiście się cieszą, ale z pewnością nie życiem. Popierdoliła im się hierarchia wartości, a co bardziej prawdopodobne nie mają żadnej wartości.
Wreszcie zrzucił zbroję i stał się pielgrzymem. Chciał chodzić po świecie i pomagać ludziom. To wszystko. Poznał samego siebie, a im bardziej się do niego zbliżał tym bardziej go szanował. Wreszcie mógł spokojnie patrzeć w lustro i powiedzieć- lubię cię.
Nigdy nie pozwolił na to, aby zostać do czegoś przymuszonym. Nigdy nie dawał sobie wmawiać, że coś jest tak gdyż tak musi być. Nie mógł sobie wyobrazić dlaczego ludzie cierpiąc, pogrążają się w tym tunelu, skazując na dalsze cierpienie, gdyż twierdzą, że tak ma być i koniec; że nie mogą tego zmienić. A to nie prawda. Sam dzierżysz ster swej łodzi, więc kursu trzymaj. Nie pozwól, aby ktokolwiek, nawet osoba, którą kochasz, ktokolwiek wypaczył twoje człowieczeństwo. Powiedz do siebie, że poradzisz sobie z tym wszystkim, a ujrzysz jak narasta w tobie siła.
Nic nie jest wyznaczone; jesteś kowalem własnego losu. Zapamiętaj, że przez cierpienie wiedza. To coś co zdobędziesz za każdą krztę bólu. Naucz się cenić swój ból. Szanuj go, a będzie ci on drogi. Wówczas zrozumiesz, że ta droga ma dwa pasy ruchu.

Kiedy przymknął oczy pod wpływem impulsu nostalgii, wyłoniła się Ona; miała twarz pociągłą, przyozdobioną małym nosem i zielonymi oczyma, nad którymi brwi układały się niemal w prostej linii. Usta odznaczały się wyraźnie, acz nie wulgarnie. Komponowały się z twarzą w sennych, subtelnych zarysach.
Włosy jej okalały śniado- złotawą twarz równo, po obu jej stronach, tworząc wygięte na zewnątrz granice piękna ze zmysłowością.
Kochał Ją. Kochał Ją tak, jak każde ze swych marzeń, którego nie mógł spełnić.
-Wierzysz w Bogów?- rzucił cicho, jak zawsze z domieszką owego niechcenia, spoglądając jak płynnym ruchem, siadła naprzeciw i pochylając się w przód, położyła dłoń na jego, która ściskała filiżankę z kawą, tak jakby bał się utracić kontakt, z czymś co daje szczęście; niesamowite szczęście.
-W Bogów?- zapytała, malując twarz w nikłej zadumie.
-Kilku się na mnie uwzięło.- odparł z prostotą z jaką stwierdza się fakt, a jego spojrzenie pieściło kształt jej dłoni, która przełamała wszelkie granice, jakich on od dłuższego czasu nie miał ochoty przekraczać.
Miała dobre spojrzenie i widział to, a ona wiedziała, iż on tego właśnie potrzebuje; jednego drobnego gestu, który wart jest stu lat modlitw, a który chroni przed piekłem, jak żaden inny czar.
-Udało im się?- zadała pytanie aksamitnym głosem. Przez moment ich wzrok się spotkał, a świadomość tego co mogliby sobie podarować, skarciła wspólne dusze. Mogliby odważnie powiedzieć do bogów: spójrzcie jacy jesteśmy dobrzy. Jak bardzo siebie kochamy. Jak bardzo na siebie zasługujemy...
-Udało?- zainteresował się- Co miało im się udać?
-Złamali cię?- gładziła kciukiem wierzch jego dłoni, a on jakby nieobecny, zagubiony myślami daleko stąd, cichym, z domieszką wiecznej sardoni, której nie mógł się wyzbyć nawet w najpoważniejszych sytuacjach głosem, wymówił.
-Zniszczyli mi życie.
-Ale żyjesz.- chciała, aby ten człowiek dostrzegł wreszcie, że w tej batalii, on właśnie wygrywa.
-Pozbawili wszystkiego, co powinien mieć człowiek.
-Mówisz o szczęściu? –jej piękne usta, wykrzywiła kontorsja sceptyzmu.- Nie spełnili twych marzeń? – urwała- Oskarżasz ich o to?
-Szczęście?- uniósł delikatnie głowę- Melancholia czyni mnie szczęśliwym...i wspomnienia.- dodał- To coś co mam zamiast szczęścia...i nie pragnę niczego więcej.- nie chciał zrywać kontaktu, ale poczuł, że musi rozwiać nadciągający smutek, który pełzł ku niemu niczym uśmiechnięty gad, sprawiając, iż oczy musiała pokryć wilgoć, a myśli spętać bezmiar nieprzejednanego bólu. To wszystko z domieszką dotyku wspaniałej kobiety, osłabiało jego siłę na tyle, iż nie mógł pozwolić, aby ktokolwiek był świadkiem takiej kruchości. Zerwał więc kontakt, wiedząc, iż łyk kawy rozproszy słabość.- Marzenia?- postarał się uśmiechnąć, ale nigdy mu to nie wychodziło. Jego uśmiech zawsze skrywał dystans i ogrom bólu.- Nawet jeśli czegoś bardzo chciałem, nie prosiłem o jałmużnę. Nigdy nie zwracałem się do bogów o pomoc.- zrobił trzeciego łyka kawy i odstawiając filiżankę, uniósł się zmęczonym ruchem i podszedł do okna, gdzie mróz ulepił szyby w mozaice kwiatów.- Ale masz rację.- ponowił- Oskarżam ich. Oskarżam o nie bycie w pogotowiu, o zwichnięcie mego losu, o gniew i zemstę, którą się raczyli, po tym jak stanąłem do walki z ich fatum.- spoglądał jak płatki śniegu bezgłośnie opadają na ziemię, nie targane żadnym powiewem zimowego wiatru. – Oskarżam nie o pozbawienie mnie szczęścia i nie o nie spełnianie marzeń...stałem naprzeciwko każdego nieszczęścia i patrzałem mu prosto w oczy. Nigdy się nie wycofałem i ani razu nie uciekłem, ściskając ten pieprzony miecz jak idiota w zbroi, któremu wydawało się, że może wywalczyć sobie uczciwość bogów, bądź zjednać choćby jednego uczciwego boga.- obrócił się w jej stronę, podczas, gdy ona tak jak wcześniej siedziała i starała się wysłuchać człowieka, gdyż właśnie przyszła po to, aby wysłuchać tego człowieka.- Nie pałałem do nich nienawiścią, podczas gdy Oni, spojrzeli na mnie i uraczyli nieszczęściem. Wypaczyli drogę, tak oczywistą i prostą, jaką podążają miliardy mi podobnych i mijają te same stacje. Ale oni byli znudzeni i znaleźli sobie ofiarę zwichniętej uczty. – nalał pół wytrawnego wina do lampek i jedną podał pięknej kobiecie- A gdy ujrzeli, że nie upadłem od nieszczęścia dodali wszystko, to co zapakowali Pandorze do beczki. I jakby tego było mało, zaszczepili talent znakomitego pojmowania, tak abym mógł lepiej zrozumieć. Dostrzec i pogardzać gatunkiem ludzkim. – skosztował trunku, po czym zaczął obracać lampkę w dłoni, tak jakby czynność ta pomagała mu się skupić.- I zobaczyłem wszystko...widziałem, dwoje kochających się ludzi, z których on silny i bezpieczny pod skrzydłem jej miłości, a ona wystarczająco szczęśliwa u boku jego uczuć, budowało dom, w jakim zamieszkać miał związek. I każdy widział solidność murów, przestrzeń i radość wewnątrz tego gmachu.- zakaszlał cicho, utwierdzając się w fakcie, iż zaczął miewać alergię.- jakże oni byli szczęśliwi i jak wielcy, z poczuciem złapania życia w niewolę i rzucenia do swych stóp. Każdy, ale każdy świadek mógł im gratulować i zazdrościć, a Ja, miałem tą anomalię, iż nie potrafiłem dostrzec tego co wszyscy, lecz widziałem wszystko to, czego nikt się nawet nie spodziewał. Zamiast piękna widziałem fałsz, a miast szczerości, ułudę, która toczyła wszystko co tych dwoje ludzi stworzyło. Iluzja bezpieczeństwa, daleka od wyobrażenia o sanktuarium, do którego można się schronić, przed beznadziejnością świata. Iluzja ich toczyła, a szalbierze dzierżący ster świata, zmuszając mnie do bliższego poznania prawdy, wikłali w losy dwojga kochających się ludzi, a ja, nie czyniąc ich świadomymi, rozpierdalałem miłość, którą mieli zamiast Boga. – opróżnił zawartość kryształu i jakby opętany poczuciem winy, brzemieniem bezwartościowości i zmagań ze światem, szybkim, gwałtownym ruchem, rzucił nim o ścianę. I ten czyn, w pełni świadomy, przemyślany akt, był najekspresywniejszą formą jego determinacji.- Nie chcąc krzywdzić nikogo i nawet nie pukając do drzwi ich uczucia, zostawałem wpuszczany i w brudnych butach łaziłem tam i z powrotem, i nie w celu kradzieży czegoś cennego, ale z powodu daru niebios, jakim mnie obarczono, abym uświadomił samemu sobie i pokazał zarozumiałym jak bardzo zasługują na pogardę. I naprawdę nimi gardziłem, gardziłem ludźmi, jakim brak pokory, jacy uważali, iż są silniejsi od natury, jacy stawiając ten pierdolony domek z cegieł, rozgłaszali wszem i wobec, iż są doskonałymi murarzami i najwłaściwszymi lokatorami. I zawsze jedno z nich nie miało pojęcia jak łatwo jest dostać się do środka. Jak łatwo zostać wpuszczonym i ugoszczonym, i jak łatwo można to wszystko posprzątać, aby nie było jak najmniejszego śladu. – przeszedł się po salonie, aby na powrót usiąść i pochwycić filiżankę z już zimną kawą.- I nie frajda mnie pchała do tego, lecz jakiś wewnętrzny imperatyw, jakaś drobna zemsta wobec szczęśliwych i niepokornych. Przyprawiałem nonszalanckich o pochylenie głowy i zmuszałem do poczucia smutku. I nigdy nie chodziło o nich, lecz o to co zostawało mi; o świadomość kruchości zobowiązań, obietnic i przyrzeczeń. O świadomość, która za każdym razem pozbawiała mnie wiary w ludzkość, w jej intencje i w fakt, że Ja, kiedyś będę musiał stać się również budowniczym. Więc dali mi to, co nie może pozostawić mnie spokojnym. Co nigdy nie uczyni mnie szczęśliwym, co w żaden sposób nie ukoi mego zwątpienia; dali mi wiedzę o człowieku.
-Przez cierpienie wiedza.- odparła półgłosem, kiedy on przymknął oczy- To ich dewiza. Możesz jednak ich oszukać.- puściła do niego oko- Obróć każdą krztę bólu na swoją korzyść.
-trudno mieć korzyść z bólu.- sprostował z nieukrywaną ironią.
-„Zazdroszczę temu, kto zawsze cierpiał”. – ponowiła.
-Zazdroszczę temu...- urwał zbliżając głowę w jej stronę, aby wpatrzeć się w wyraz jej źrenic, i poczuć zapach ciała-... kogo kochają bogowie.
-A ja wiem, że człowiek, który siedzi naprzeciw, nie chce kompromisów i gardzi jałmużną.- kobieta w bieli także schyliwszy głowę, pozwoliła, aby chłonął jej urok, który mając w sobie jedynie liryzm, spowity mistycyzmem, daleki był od wulgarności, przez co nie skłaniał ku pożądaniom, tym bękartom biologii, jakie wszystko, nawet to co boskie obracają w niwecz.-Masz za nic miłość bogów i ich łaskę. Wyzwali cię na pojedynek, a Ty przyjąłeś to wyzwanie i nigdy nie pomyślałeś nawet o kapitulacji. Spójrz dookoła, na ludzi, co za cenę ulgi i wypełnienia czary potrzeb, oddają się w niewolę podłości i nikczemnością. Rodzą się i rosną nisko przy ziemi, aby los nie wypowiedział im wojny. W zamian za ukojenie bólu, uginają karki i padają na kolana, aby bogowie spojrzeli jacy są ulegli, a honor i siła pogrzebana wraz z godnością. Bo bogowie nie lubią herosów; bogowie kochają głupców.
-Oskarżam ich o nieuczciwość.- powiedział spoglądając jak końcówki włosów opadają na jej złote ramiona.- I nie ich litości potrzebuję, lecz ich łez.- opadł na powrót w toń fotela, rozkładając wygodnie ciało i westchnął.- Sprawię, że zapłaczą.
-Bogowie nie płaczą.- rzekła smutno.
-Tak jak kobiety.- głos jego był suchy, wyzbyty wszelkiej gwałtowności jak i afektu. Tak jakby dźwięk był narracją pustki.
-Nie widziałeś płaczu kobiety?
-Widziałem tylko łzy.
-A więc widziałeś jak płaczą.
-To pozór.- przegłaskiwał dłonią twarz, co było formą kojenia beznadziei.- Efekt uboczny nie spełnionej chęci.
-Jesteś niesprawiedliwy.
-Ci, w imieniu, których tu przyszłaś, nauczyli mnie jednego. Nauczyli, aby dawać każdemu to, na co zasługiwał.
-To nie ich nauka.- zauważyła- To konsekwencja udręczania ciebie. Mała zemsta wobec, nieuczciwych tobie.
-A więc efekt ich postępowania.
-Czy ty się uskarżasz?- zainteresowała się- Jaką to ma formę? Użalenia?
-Wiedzy.- odrzekł lapidarnie.- Skoro przyszłaś, możesz udzielić odpowiedzi.
-Po co?- posłała mu nikły uśmiech- nieświadomość broni przed cierpieniem. Świadomość wypiera z nadziei.
-Pieprzę cierpienie i pieprzę nadzieję.- syknął, lecz nie było w nim gniewu- pierwsze mam opanowane, a drugiego się pozbyłem...- wyciągnął papierosa z paczki i przyglądając się mu przez chwilę, włożył do ust- nie tego potrzebuję.
-A więc- spokojnie spoglądała jak przypala używkę, której nigdy nie potrzebował.
-Czy oni się męczą?
-Nie.
-A czy czasem się wycofują?
-Nigdy.
-Bywa, że przegrywają?- zaciągnął się, aby następnie spoglądać jak stęchły dym wypełnia pomieszczenie.
-Bitwy tak...wojny nie.
-Widzisz...- ponownie zakasłał- Udręczali mnie na różne sposoby...a ja...ja rosłem w siłę. Stałem się jak Cherub z najtwardszego granitu. Dokopywali mi, a ja wciąż byłem sympatyczny.”

„Nic nie jest straszne dla śmiertelnych
w głupocie swojej szturmujemy niebo
i nie możemy ścierpieć gromów,
które w odwecie ciska gniewny Jowisz”
Horacy 



 

Zaloguj się