własne podwórko

.....................................................................

Puknąłem dwa razy, a za trzecim drzwi otworzył średniego wzrostu blondyn.
- To ty żyjesz?- klepnął mnie w ramię, zapraszając do środka- Kiedy widziałem cię poraz ostatni miałeś cztery centymetr mniej wzrostu.
- Byłem malutki i uroczy.- skwitowałem rozbierając się.
- Malutki to ty kiedyś byłeś, ale czy uroczy?- wzruszył ramionami.
- Byłem w łóżku z twoja kuzynką.- urwałem- Musiałem być uroczy.
- Pewnie tak.- poprowadził mnie do salonu, gdzie przy kartach siedzieli jeszcze dwaj wspólni, moi byli przyjaciele- Co cię sprowadza w moje skromne progi.
- To co zawsze - przywitałem się - Samotność i wyobcowanie.- postawiłem na stoliku dużą wódkę.
- Samotność czterdziesto procentowa - uśmiechnął się Michał; mężczyzna, który w piaskownicy budował ze mną babki.
- Siadaj.- zaproponował młodzieniec o nieco odstających uszach- Ale nie dotykaj kart.
Z tobą nie gram. Powszechnie wiadomo, że kantujesz.
- A co ci się stało.- uśmiechnąłem się wskazując na jego twarz- Dopadli cię tatarzy i zamiast do nóg uwiązali ci konie do uszu?
- Ha, ha, h .- odparował natychmiastowo- Bardzo śmieszne.
- Dobra Vincent- zwrócił się do mnie blondyn, którego rzadkie włosy zdobiły infantylną twarz - Rozdawaj, jeśli masz oczywiście pieniądze.
- Wejście po dziesięć złotych.- orzekł palący peta, Michał, podczas, gdy Marcin poszedł po literatki.
Toczyło się to od dawien dawna; każdy potrzebuje przyjaciół. Jednego, trzech, czy czterech, bez różnicy. Przyjaźń to wielka rzecz, i jak pisał Szekspir, niezłomna we wszystkich sprawach oprócz miłości; niestety.
Jak już wspomniałem, Michała znałem od piaskownicy. Razem uciekaliśmy z zajęć szkolnych, gdy nie spodobały nam się pierwsze kroki w edukacji podstawowej i razem dzień w dzień doskonaliliśmy swój kunszt futbolowy. Byliśmy podstawowymi graczami zarówno w reprezentacji szkolnej jak i klubowej, a fenomenowi naszej gry towarzyszyło doskonałe zgranie.
Marcina poznałem w tym samym czasie co Jacka: w wieku nastoletnim i wraz z jeszcze jednym przyjacielem, Rafałem, zaczęliśmy żyć nader sielskim, i w miarę niebezpiecznym, oraz nieodpowiedzialnym życiem, aż w końcu doszło do tego, że każdy grosz, który zdołaliśmy uciułać, wspólnie marnowaliśmy.
Całą piątką dorastaliśmy w knajpach i na ulicy, podczas gdy lata mijały, i każdy chłopiec musiał wyrosnąć ze swego podwórka. Dlaczego? Wydaje mi się, iż z powodu jakiegoś wewnętrznego imperatywu, który każe każdemu rosomakowi zejść z gór i wtulić się w cudownie puszyste, dające poczucie bezpieczeństwa i władzy nad światem, futerko wiewiórki.
Wiewiórki miały jednak taką anormalność, iż nigdy nie chciały być szczęśliwe i wówczas gdy partnerstwo zagolopawało się na taki etap, iż metą miały być wspólnie oglądane seriale oraz picie porannej kawy, wiewiórki spierdalały...tak, tak, po prostu spierdalały z tym swoim futerkiem, w krucjatę po nizinach, a rosomak, wracał w góry do jaskiniowców i walczył z cierpieniem, pod wzrokiem przyjaciół, których tak nagle opuścił i zalewając się alkoholem, bądź kawą, kilka razy dziennie.
Jest to jednak odważny, silny i zdecydowany drapieżnik o niezwykłym haryzmatyzmie, który nawet kilku wilkom potrafi odebrać zdobycz, tak więc powraca w dolinę i wpędza się w same kłopoty, kopiąc dupę każdemu z adoratorów swej kochanicy. Zdeterminowany i zaganiany przez leśniczych, którzy nadzorują prawa leśnych odstępów, wraca na skały i zamyka się w grocie na tysiąc lat.
Tak mu się przynajmniej wydaje, lecz czas leczy rany skuteczniej niż plaster i niestety jest też jak świnia, która zżera wszystko; najczęściej wiarę we własną wartość jak i nadzieję na lepsze jutro.
Uzbrojony w nowe doświadczenia oraz przezorny na słodkie obietnice ponownie pojawia się w kniei z wiarą, iż jest silniejszy i mądrzejszy, a później dziwi się jak mogło przytrafić się mu to drugi raz i znów z wielką szramą depresji w źrenicach powraca do przyjaciół.
Ale coś się stało; tabliczka na rozstaju dróg głosi, że rosomaki są gatunkiem zagrożonym, ponieważ wszyscy przyjaciele opuścili góry i spędzają noce wtuleni w futerka wiewiórek.
I zastanawiasz się dlaczego przyjaźń to proces tylko przejściowy. Dlaczego nie możesz nic na to poradzić i dlaczego każdy rosomak w towarzystwie wiewiórki robi z siebie kompletnego idiotę.
-Czas na prezent.- poinformował Michał, oczyszczając stół z pieniędzy, które znów wygrał- zarobiłem wystarczająco dużo, aby zafundować Marcinowi wieczór kawalerski.- wstał i skierował się do telefonu.
-Wieczór kawalerski?- spojrzałem na blondyna- czy to zapowiedź katastrofy?
-To zapowiedź życia u boku kochanej kobiety.- odparował- Ale nie mam ci za złe, gdyż wiem o twej chorobliwej sardonii. Mam to w dupie.
-I słusznie.- rozdałem kolejną partię- To nie ja zrobię z ciebie jelenia.
-Odpierdol się.- syknął strzepując popiół do popielniczki.- Kochamy się.
 

.....................................................................

- „Że mnie poczęła niewiasta wdzięcznym jej za to, że mnie wychowała- stokrotne składam dzięki. Ale żebym miał róg swój na niewidzialnym kołku zawiesić.”- zacytowałem Szekspira, ale dla nich co przypuszczam nie miało to najmniejszego znaczenia.
-Będą za dziesięć minut.- Michał okazał się orędownikiem dobrych wieści- Dwie, piękne, długonogie profesjonalistki.
-Wyskoczą z tortu?- zaciekawiłem się, wciąż nieco kpiarsko.
-Coś ty kurwa?- uzupełniliśmy pulę, a poirytowany Jacek, rozlał kolejkę zabójcy szarych komórek.
-Po prostu mam ochotę na słodkości.- dobierałem do pary dam.
-One są słodkie.
-I dwie.- doszły mi same blotki. Znów miałem przegrać.- A nas czterech.
-A czy ty wiesz ile taka przyjemność kosztuje?- Michał spasował.
-To nie ja funduję zakochanemu po uszy facetowi, parę dziwek, więc zrozum moją nieświadomość. – zacząłem się doskonale bawić. Ci faceci byli moimi przyjaciółmi, a jednak tak dalece odbiegaliśmy światopoglądem. A może ja po prostu byłem zbyt oziębły w stosunku do życia. Traktowałem życie jak pole bitwy, a oni zwyczajnie z niego czerpali.-A oni się przecież kochają.- o dziwo wygrałem z dwoma damami, co pozwoliło powiększyć mój budżet o kilkadziesiąt złotych.
-Vincent, spierdalaj.- wrzasnął Jacek, naprawdę na mnie oburzony.- Jedzie do nas para pięknych panienek, a ten facet jutro składa przysięgę małżeńską. – wskazał na Marcina- Pozwól więc, aby bez ociągania naczerpał z kosza rozkoszy, nim Bóg stanie nad nim i powie: to już koniec synu.
-Ogólnie pogardzam tym kabotyńskim zwyczajem, gdzie w odpowiedzi na nadciągające małżeństwo, facet gimnastykuje się z dziwkami w sposób tak drastyczny jakby już nigdy miał sobie nie użyć, a dziewczyna, zamawia nasterydowanego striptizera i robi mu laskę na widoku roześmianych koleżanek, które wiwatują i wzmagają doping.- odstawiłem kieliszek w postanowieniu przerwania owego mordowania mych szarych komórek.- Ale podoba mi się aprobata, jaką oboje przejawiają w stosunku do takiego toku wydarzeń i podoba mi się również wiara w kłamstwo, które powołują do życia, aby być przekonanym o nieszkodliwości tych poczynań. To znakomite remedium, aby wierzyć wciąż w swą miłość.
-Nawet entuzjazm zmienia się w pogardę, gdy się pojawiasz.- skonstatował Michał i w odpowiedzi na dzwonek u drzwi, wstał- Teraz postaraj się nie pognębić panienek. Ich dobry humor to wyznacznik naszej satysfakcji.
-Waszej satysfakcji.- uciąłem.- Ja mam to gdzieś.
-Nie rozumiem cię Vincent.- Marcin tasując karty, zerkał ukosem na mnie jak siedziałem i obracałem w rękach zapalniczkę.- Lubisz kobiety.
-Obserwuję ukradkiem nieświadomą tego kobietę i jest mi dobrze, a kiedy ona się w tym rozeznaje, czuję jak kaskada niesamowitej przyjemności opływa mój umysł. Po czym zaczynamy toczyć drobne gierki, subtelne podejścia, wymianę spojrzeń i atencję na twarzy. Fascynujemy się sobą i na tym etapie uczucie nabiera najlepszej barwy; liryzmu. – pierwsza, która znalazła się w pokoju, miała na sobie tweedową spódniczkę i skromną koszulkę. Włosy jej były koloru rdzy, a twarz smagła i pociągła. Wstał Marcin i chwytając ją za rękę podążył do jednego z pokoi. Drugiej w tej chwili nie ujrzałem, jak i Michała, który zapewne chciał być pierwszym zjadającym powoli to co jeszcze zostało z owocu- Staram się do tych istot nie zbliżać, aby nie utracić tego liryzmu. A traci się go za każdym razem, po przekroczeniu pewnej granicy bliskości. To już nie jest to wspaniałe uczucie. Może coś praktyczniejszego, może intensywniejszego i prawdopodobnie na dłuższą metę lepszego. Chwila w, której toczymy potajemnie marzycielskie uniesienia, uświadamiamy sobie co moglibyśmy sobie dać, gdzie być, co dostawać, jest najpiękniejszym przeżyciem w więzi ludzkiej. Później, gdy zamieniasz pierwsze słowo, czujesz, że coś jest nie tak. I opukujesz w poszukiwaniu sprzeczności. Po chwili rozmowy łapiesz się na tym, że nie jest to zgodne z twoimi wyobrażeniami. I anioł spada na bruk łamiąc wszystkie kości. Złoto zamienia się w tombak, a minuta kontaktu odbiera ci całą przyjemność z możności poznania danej osoby.- mówiłem grając z Jackiem, obstawiając niskie stawki. Nawet na niego nie spoglądałem. Po prostu gadałem- Seks jest jak karnawał. Adrenalina i mnóstwo czekolady. Gimnastyka i słodkości. Ale, aby było naprawdę przyjemnie musi być więź. Seks bez uczucia to zjadanie surowego kotleta schabowego. Jest to pożywny kawał mięsa i to wszystko. – z Jackiem nie trudno było wygrać i dlatego czyniłem to już poraz czwarty z rzędu.- Pomyśl teraz, jak przed tobą leży ciepły, złotobrązowy, a jego aromat unosi się i łechce z wolna twe zmysły. Już samo wyobrażenia o zjedzeniu go, napawa cię rozkoszą, a kiedy wsuwasz pierwszy kawałek do ust, wszystko inne przestaje mieć znaczenie.- pochwaliłem się trójką waletów, a on zapalił.- To zasadnicza różnica i ta różnica jest naprawdę ogromna. Seks bez uczucia rozpierdala moją psychikę. Męczy mnie i te wszystkie dziewczyny, które od poznania do orgazmu zapierdalają jak Lewis na sto metrów. – skoro wyrażałem się inwektywami, było to oznaką, iż traktowałem sprawę zbyt personalnie. Chyba osobiście mnie to dotykało. Ale taki już byłem.
-Więc mam rozumieć, że nie pójdziesz z tą rudawą o wilczych oczach i krwistych ustach, nawet wówczas jeśli przyjaciel ci funduje?
-A co to do cholery? McDonald’s? – wymieniłem mu trzy karty- Tylko tam serwują tak szkodliwe żarcie.
-Są szkodliwe? Te dwie cizie?
-Oczywiście.- skwitowałem, witając ucieszonego Michała na powrót.- Kiedyś się o tym przekonasz.
-O czym się przekona.- zainteresował się, pokazując Jackowi, aby poszedł do dziwki.
-O tym, że właśnie zjadłeś hamburgera i będziesz go nosił przez kilka tygodni, zastanawiając się czy aby fast food to rzeczywiście to co powinieneś jeść. A później zwrócisz go w postaci zielonej papki, wiedząc, że nie wyszedł ci na zdrowie.
-Nie wiem o czym mówisz i nie wiem co chcesz mi powiedzieć.- zapalił, a następnie głęboko się zaciągnął. Wyglądał na zadowolonego- Ale jestem odprężony i cholernie mi dobrze więc nie trafiają twoje słowa. Nic nie jest w stanie mnie ruszyć. Nie dzisiaj. Nie teraz.- pochylił się i powiedział nieco ciszej- Spróbuj. One są śliczne.
-I to wszystko.- podsunąłem mu talię kart, aby rozdał.
-To bardzo wiele, Vincent.
-Mieszkam z czterema pięknymi kobietami. Ich urody są tak różne jak pory roku, a jednak każda jest wyjątkowa. Trzy wiszą na ścianach, a jedna tkwi pod ramką.- spróbowałem soku pomarańczowego- Ich piękno jest genialne, a mimo to nigdy nie myślałem o nich w kategoriach seksualnych. Z żadną nie chciałem iść do łóżka. Patrzą na mnie, a ja odwzajemniam tą adorację i jest nam ze sobą dobrze. Jedna spogląda bardzo ciepło. Ma młodą odrobinę szczenięcą twarz, a pod oczyma troszeczkę brokatu. Druga się uśmiecha, przycięta chłopięco, o długich, niesamowitych rzęsach. Nie śmieje się, ale uśmiecha, a to różnica. Ten uśmiech powoduje, że od nosa do kącików ust biegną delikatne zmarszczki. Jest wszystkim czego mógłbym pragnąć, a jednak nie podnieca mnie. Twarz kolejnej przyozdabiają duże, ciemne, niemal nieprzeniknione oczy. Skórę ma gładką, ułożoną w sennym ładzie koncentracji, ale wygląda tak swobodnie, jakby nic nie mogło jej dotknąć. Jest śliczna i o tym wie. O tej w ramce mógłbyś tylko marzyć, a nawet najbardziej wysublimowane z tych marzeń nie potrafiłyby spłodzić tak genialnej urody. Jej oblicze powleka na poły smutek, na poły skupienie. Niewielkie usta wraz z lekko zadartym noskiem stanowią o atrakcyjności, a niemal dziewczęce oczy sprawiają, że jest infantylna.
-Vincent.- posłał mi ironiczne wejrzenie- O czym ty właściwie mówisz?
-O tym, że nie piękno jest wyznacznikiem twojego postępowania, lecz to czego szukasz w życiu.- tym razem przegrałem- Ale ty tego nie zrozumiesz.
Kilka minut później przysiedli się Marcin z rudą, która miała ochotę na kawę, a Michał nie omieszkał ugościć dziewczyny i polał jej wódki.
-A Ty?- szturchnęła mnie w ramię, siadając obok.
-A Ja?- zaadresowałem ku niej czarujący uśmiech.
-Nie zamierzasz skorzystać z mojej obecności, czy czekasz na koleżankę?- poprawiła włosy opadające bezwładnie na ramiona.
-Kiedyś grałem w piłkę nożną, uprawiałem sporty walki i regularnie korzystam z siłowni.- zerknąłem na jej brązowe udo, jakie wystawione wulgarnie, nęciło mnie na pokuszenie.-Nigdy niestety nie biegałem.
-Przepraszam.- poczęstowała się papierosem- Nie rozumiem.
-Jestem jak kot.- skoncentrowałem się na kartach- chodzę własnymi ścieżkami.
-Koty nie uprawiają seksu?
-Uprawiają, ale nie biorą udziału w sztafetach.
Przekonany jestem, że gdyby ruda nie była kurwą, uraczyłaby mnie ciosem w pysk. Jednak jako ta, którą była nauczyła się opanowania w sytuacjach często dla niej żenujących. Nie chciałem rzecz jasna jej urazić. Robiła to co robiła i zupełnie była mi obojętna. Nie pogardzałem nią, ale tego nie umiała rozróżnić.
-Jesteś szowinistyczną łajzą.- wycedziła częstując się drugim kieliszkiem alkoholu, po czym postanowiła puścić mnie w zapomnienie.
-Nie wiem, czy dysponujesz zdolnościami umysłowymi zwanymi analitycznymi, ale fakt nie korzystania z usług prostytutek, nie świadczy o tym, że jestem szowinistą, a tym bardziej łajzą.- troszeczkę, co muszę przyznać, wkurzyła mnie ta szelma. Starałem się nikogo nie obrażać, a ona zaczyna mnie wyzywać.- Faceci tracą dla ciebie głowę, zdradzają kochające żony, wywalają języki i nie tylko na wierzch, a tu nagle jakaś chłopczyk nie uznaje twojej atrakcyjności. I ups...duma dostaje po dupie. – wpatrywałem się jej prosto w oczy, z czym nie umiała sobie poradzić- Nie nienawidzisz mnie dlatego, że traktuję cię jak kurwę, lecz dlatego, że potrafię ci się oprzeć.
-A kim ty kurwa jesteś? Główną postacią Casablanci?- chwyciła mnie delikatnie za podbródek i schyliła głowę, tak aby jej usta znalazły się naprzeciw moich.- Myślisz, że jesteś wyjątkowy? Bogart był wyjątkowy, to fakt.
-Jestem lepszy od Haumpreya.- ponownie obdarzyłem ją wyjątkowym uśmiechem- Jestem młodszy.
Wolter niegdyś pięknie ujął w swej dywagacji.- chciała dać popis- „Pewnego dnia sam diabeł, mając czasu chwilę, rzekł: Stworzę dla zabawy zwierzę, co na tyle
będzie swym charakterem, postacią, urodą
różnić się od wszystkiego, co zwiemy przyrodą,
że umysł nawet w sprawach tych nie obeznany
rozpozna w nim mój własny portret wykapany.”
-A Mefisto, Goethego na to- zripostowałem czarująco-„Oschłe wywody przerwać wolę, Wejdziemy znowu w diabła rolę.”
-Spadaj.- syknęła gniewnie- Wcale mnie nie pociągasz.
-I niech tak zostanie.- wrzuciłem do puli trzydzieści złotych.
-Dupek.- uraczyła mnie ostatnim słowem, po czym całą swą uwagę poświęciła możliwości upicia się za darmo -Ty chyba oglądasz za dużo telenowel.- zadrwiła ruda- A życie ma całkiem inne kolory. To kolor czerni.- zaciągnęła się i z niesamowitą satysfakcją wydmuchała całą zawartość płuc w moją twarz.- Jak cała, pierdolona Afryka
-Mylisz się.- zareagowałem bardzo spokojnie. Jedna arogancka kobieta nie była w stanie przyprawić mnie o emocje- Ja widziałem inne kolory.
-To jesteś szczęściarzem.- prychnęła.
Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie jej ton. Lubię kobiety i zawsze staram się być nie tylko uprzejmy, ale i szarmancki. Często pozwalam nawet, aby robiły ze mnie idiotę, ale jeśli któraś uważa, że jest wampem na scenie i szarżuje jak rozjuszony byk, nie pozostaje mi nic innego jak zostać matadorem; szczytem pseudobohaterstwa.
 

.....................................................................

-Posłuchaj.- zwróciłem się bezpośrednio do niej- Jesteś tylko głupią dziwką, nie męczennicą. I fakt, iż jesteś kurwą, zupełnie nie wpływa na moją ocenę ciebie jako osoby. Ale prawda, że jesteś głupia, ma już istotne znaczenie dla moich odczuć.- urwałem- Gdybyś była tylko dziwką, powiedziałbym sobie: trudno. Rynek pracy jest ubogi, a ona przynajmniej nie kradnie.- do pokoju weszła druga i ukontentowany Jacek. Ten facet miał fioła na punkcie seksu.
Poczęstowała się papierosem i usiadła na kanapie pod oknem usiłując odzyskać dobre samopoczucie. Wyglądała na taką, która traci je z każdym klientem i w przeciwieństwie do rudej brak jej było zuchwałości.-A ty jesteś głupia. Klasycznie głupia. Rozróżnij to, jak i aspekt, który świadczy o tym, że ty dajesz dupy, a nie dostajesz po niej. Nie jesteś wzorcem determinacji, ofiarą depresji. Dysponujesz znakomitymi predyspozycjami, do zawodu, który uprawiasz. W czasach deficytu na rynku pracy, prostytucja cieszy się niemalejącym popytem. Tak będzie zawsze, a teraz pomyśl o tych dziewczynach, którym natura dała brzydotę. Muszą zapierdalać w fabryce łożysk po dziesięć godzin dziennie za kwotę, którą ty wyciągasz w cztery dni. I nie stać je na czerwone stringi, a też chciałyby być atrakcyjne dla mężczyzn. Są brzydkie i śmierdzą smarem, po wyjściu z fabryki, albo są ładne i muszą dawać dupy kierownikowi, tylko za możliwość nie utraty pracy. Ty robisz to samo, ale nieźle się na tym bogacisz. Jesteś wielką szczęściarą dysponując tak wspaniałym zjawiskiem jakim jest urok kobiety. To stwarza ci niesamowite perspektywy. Kolor twego życia to biel, kochanie, a tamte podzielają los czarnej niewolnicy. – Michał grał przeciw mnie, Marcin spasował, a Jacek robił dwie kawy. Ruda mimo woli słuchała co miałem do powiedzenia, ale tylko blondynka siedząca pod oknem była naprawdę zainteresowana.- Ja użeram się ze szczurami, co traktują nadgodziny jak religię, a sposobność zadenuncjowania współpracownika niczym modlitwę. Mówią ci dzień dobry, ale ty wiesz, że to kłamstwo. Biegną zaślepieni wchodząc w każdą dupę, każdego wyżej postawionego, a ich laurem ma być awans, podwyżka i realizacja zawodowa. I ja tam jestem, pośród nich i obserwuję ten wyścig szczurów, za marne grosze i co dzień staram się nie przypieprzyć komuś prosto w ryj. Ty uprawiasz miłość i dostajesz za to świetne profity. Ja nie mam takiej szansy. To ty jesteś szczęściarą, nie ja.
-Zróbcie coś dla mnie.- przerwał nam Marcin- Sprawcie, aby ten wieczór był miły. Jutro się żenię.- posłał nam błagalne wejrzenie- Zrozumcie.
-A ty?- odezwała się z kanapy i chyba do mnie- Może kiedyś przyjedziemy na twój wieczór kawalerski.- jej twarz rozświetlił uśmiech.
-Taaa.- wyjąkałem cicho- Gdybym mógł ożeniłbym się z kojotem. Są wierniejsze.- ponownie wygrałem i byłem już naprawdę bogaty.
-Mówiłam, że jesteś skurwielem i miałam rację.- przypomniała ruda.
-Psy dingo lepiej wychowują małe.
-W takim razie przeleć psa dingo.- dodała afektywnie korzystając z dostatku wódki.
-Taka właśnie jest różnica między nami.- do kieszeni koszuli na lewej piersi schowałem plik banknotów, których nie przeznaczałem na hazard. – Ty na wszystko zapatrujesz się z perspektywy łechtaczki.- postanowiłem być okrutny. Dziwkę mogłem oszczędzić, ale nie arogancką idiotkę- To cały twój kapitał. Bez tego jesteś niczym. Kompletnym zerem. Jedyny sukces jaki odniosłaś w życiu to uświadomienie sobie tego faktu. Jesteś pokusą o mózgu suki i naturze złodziejskiej jak określił to Hezjod.- wstając rzuciłem na stolik sto złotych- To mój wkład na te dwa śliczne prezenty.- przetarłem dłonią twarz. Siedzieliśmy przy pokerze w jaskini samotników po przejściach, trwoniąc pieniądze i zalewając się alkoholem; tak wygląda powrót do dzieciństwa, chociaż tak naprawdę mężczyźni nigdy nie dorastają.
-Na wesele oczywiście przyjdziesz.-przypomniał Marcin nie wiedząc, że planowałem całkowicie inną rozrywkę.
-Zobaczę co da się zrobić- odparłem wymijająco- A teraz idę pomieszkać z...- zastanowiłem się z przejęciem, a następnie dotarła do mnie świadomość, że jestem przecież całkowicie sam-...kurwa...z moim pająkiem.

Zaloguj się