upalnego lata

Storczyki

Storczyki

Z powodu kidnaperstwa Hadesa, przez kilka miesięcy w roku, kiedy Persefona mieszka w królestwie podziemia, światem targa zima. Na szczęście córka Demeter, dzieląc czas między matkę, a męża, powraca na ziemię, co powoduje, że lód topnieje, a młode pędy pną się ku niebu.

Ku niebu pnę się także ja, może nie już taki młody, ale w pędzie, który jest owym szałem osobnika nie wypranego z atrakcji życia, a dążącego do wykorzystania odwiedzin małżonki dozorcy piekła. Jako dziecko biologii wciąż pokwitam, mimo zimowej depresji i jesiennego letargu i z tego względu uwielbiam gdy Demeter spędza urlop z matką.
Kobiety?
Powstały po to, by przypodobać się zwierzętom
Po co zeszliśmy z drzewa? Aby zapylić kwiatuszek.
Skąd wówczas mieliśmy wiedzieć, że to tylko oszustwo ukryte w płatkach.
Większość z nich nazywam storczykami; domalują sobie nawet skrzydełka, aby zwabić partnera. Są najlepsze jeśli chodzi o oszustwa seksualne, a co gorsze niemożliwością jest się przed nimi bronić, bowiem abstynencja seksualna nie wchodzi w rachubę.
Ale to jeszcze nic. Znam kobiety z gatunku rosiczek; znajomość z nimi kończy się powolną, bezlitosną śmiercią.

Przepełniony tkliwością, Ja, słomiany kochanek słucham cicho brzmiącej muzyki, następnie zapalam lekkiego papierosa i kiepuje go pod podeszwą buta.
Czuję się jak Adam, którego opuściła wiecznie nadgorliwa Lilit.
Jak bezlitośnie ogromny wybór grzechów oferuje mi teraz świat. Tylko czas ucieka. I sok pomarańczowy przywołujący kaskadę wspomnień z czasów kiedy dane było mi znać piękne kobiety jedynie ze stron ELLE i WOMAN, a które do dziś regularnie nabywam, aby napawać swój wzrok i próżność duszy nader boskimi wzorcami damskiej urody.
Ja, ten romantyczny samiec, pełen...ale cóż się dzieje? Tkliwość pryska, a ona postępuje naprzód z wbitym we mnie spojrzeniem, stąpając ostrożnie w białych skarpetkach i równie jasnych adidasach; zamierając za każdym razem, gdy dwie filiżanki umieszczone na tacy się zakolebały. Następnie sunie dalej, ostrożnym krokiem nakręcanej lalki. Ma czarne włosy i opaloną twarz, a już sam wyobraźnią szalbierza ubrałem ją w krótką spódniczkę jakie noszą tenisistki i pragnąłem, aby wślizgnęła się tym tajemniczym krokiem do mojego życia, gdzie przybrać mogłaby postać wesołej pięknotki i pocieszycielki skazanego.
Pięknotka ściąga brwi, osłaniając ciężkimi powiekami żar swych zielonych ocząt, a usta jej karmazynowe wykrzywia kontorsja gniewu.
- Trzy pięćdziesiąt.- wyśpiewuje, ściskając w dłoni filiżankę z arcorocu- Mile widziany napiwek- ponownie skąpała mnie w potędze swej namiętności, zamieniając w dygocącą powłokę, którą zapewne zaraz pożre w przyplażowej kawiarni.
Młoda, z pewnością inteligentna dziewuszka o filigranowym, pięknym ciele i znakomicie zarysowanej twarzy. Twarzy, na której malowały się łagodnie wyeksponowane usta nie mające w sobie żadnego piętna agresywności, czy też wyrachowania przewrotnej kobiety. Jej jasne, gładko podkreślone brwi znakomicie kontrastowały z długimi, czarnymi włosami i rzucały swój cień na duże, zielone oczy.
Aż trudno uwierzyć, że mógłbym temu wszystkiemu odmówić.
- Ależ proszę.
Myślałby kto, że jak wszelkie przeszkody znikną, odsłaniając przede mną perspektywę delirycznych rozkoszy z westchnieniem błogiej ulgi, pozwolę sobie na chwilę psychicznego relaksu.
Jednak zamiast kąpać się w promieniach życzliwego trafu, padłem pastwą najrozmaitszych wątpliwości i obaw.
-Mam coś na udzie, czy jesteś zboczeńcem?- umalowała swą twarz w kontorsji dyzgustu.
-Dlaczego od razu zboczeńcem. – żachnąłem się- To prawidłowość. Jesteś bardzo atrakcyjną kobietą, a ja zdrowym samcem.
-A co to? Okres godowy? Obsikałeś już ten port, aby mieć monopol na wyrywanie w tym obszarze?
-Masz jakieś imię, czy tylko zuchwałość?
-Mam ułatwiać ci zadanie?- uśmiechnęło się dziewczę o kobiecych kształtach i kamiennej twarzy. Wściekły wizerunek powleczony sporadycznymi ujadaniami jej przewrażliwionej duszyczki. Diablica prześwitująca skroś potulnej, młodziutkiej aniołeczki; zmienna, prawie że groteskowa. Przede wszystkim ponętna; niewyspana kelnerka.- Musisz ostrożnie zbliżać się do kobiety, szarpiąc pajęczynę w określonym rytmie, po którym ona rozpoznaje, czy aby należysz do tego samego gatunku. To bardzo ważne, gdyż jeżeli okażesz się przedstawicielem innego gatunku, z pewnością zostaniesz przez nią pożarty. Ale to nie wszystko. Jeśli będąc przedstawicielem tego samego gatunku, po zaczerpnięciu rozkoszy z jej ciałem, w porę nie uciekniesz, także prawdopodobnie zostaniesz przez nią zjedzony.- odparowała elokwentnie, po czym puszczając do mnie oko rzuciła się tanecznie w stronę baru- Cóż; ciężkie jest życie samców i jakby nie było wszystko przez biologię- dodała i znikła.
Takie jak ona są formą mego eskapizmu; narodzone z żebra ogrodnika jak głosi jedna z wielkich i najbardziej niedorzecznych ksiąg- mężczyzny, który ponoć zamieszkiwał Raj. Później prawdopodobnie była jego nałożnicą. Inna księga natomiast, tym razem semicka, mówi, że pierwszą kobietą tego samego Adama, była Lilit; sekutnica.
Gdzie indziej słyszałem, że ona i tobie podobne pochodzą z czwartej planety naszego układu słonecznego, a może ulepił Ją Hefajstos i przyodzianą przez Atenę zesłał na ziemię, by udręczyć ludzkość.
A „Teogonia” o niej głosi:
„Kiedy uczynił piękne zło w zamian za dobro
Tam, gdzie inni bogowie i ludzie Ją powiódł
Ucieszoną darami Zeusowej Ateny.
Dziw ogarnął śmiertelnych i bogów, widzących
Pułapkę, jakiej ludzie nie zdołają sprostać”. 

Jakże wyjaśnić ich siłę psychiczną i patologiczną eudajmonię? Hedonizm jak i sybarytyzm?
Tego nie posiadają śmiertelnicy Tylko kobieta potrafi się zakochać, a po trzydziestu sekundach z uśmiechem odejść. Tylko ona potrafi rozpaczliwie płakać, a po pół minuty rzewnie się śmiać.
Samica pająka nie przychodziłą, a moja kawa, nie mogła przecież stygnąc wiecznie, więc podreptałem do baru, aby zamówić kolejną i aby przyniosła ją kelnerka. Plan mój- dzieło sztuki prymitywnej ziścił się w pełni, z tym, że dostarczycielką używki okazała się również samica, tyle, że wyzbyta symetrii ciała jak i twarzy. Niby ta sama płeć, ale jakiś inny gatunek zwierząt.
-A ta druga?- zapytałem, nie dostrzegając mego laufra na szachownicy- metr sześćdziesiąt osiem wzrostu, zielone oczy, impertynencja w spojrzeniu?
-Trzy pięćdziesiąt- poinformowała, ale o tym już wiedziałem- coś jeszcze?
-Tak. Ją: metr sześćdziesiąt osiem, zielone oczy, impertynencja w spojrzeniu.- poprosiłem, czując jak mój głos się załamuje.
-nie mogę być ja? Mam równie dużo zalet.
-pewnie masz piękne wnętrze.- nie omieszkałem uraczyć jej komplementem- Z tym, że należałoby cię w co innego zapakować.
Wściekła się i zabierając pieniądze poszła w swoją drogę, roznosić swe zalety po wszystkich stolikach.
Nie odszedłem jednak z rozśpiewanej kawiarenki mimo zgubienia mego obiektu pożądania; możliwe, że nie byłem zbyt mądry, ale już dawno zdołałem się przekonać, że życie to nie romans pisany w prowansalskim „langue d’oc”
Jednak bardzo dobijały mnie te ucieczki; owe akty kokieterii, po których mam ochotę skończyć z kobietami. I wówczas chcę być niezłomny w swych postanowieniach. Wielbię życie w celibacie; ale czyż mogę dopuścić do tego, aby trwająca miliony lat ewolucja, która doprowadziła do takiego uformowania się plemników w mojej rodzinie, uległa nagle zahamowaniu? Skończy się linia genetyczna, a wraz z nią nieśmiertelność mego rodu. Nie mogę do tego dopuścić, nawet gdybym miał stracić swe podłe istnienie. W sztafecie życia rodzice przekazali mi pałeczkę chromosomów, a ja przyjąłem to wyzwanie i sam muszę stać się rodzicem.
Nadciągam deptakiem na szczyt wydmy; przede mną nagle w pełnej krasie swego blichtru ukazuje się Bałtyk. Rozglądam się w popłochu za duchem Wergiliusza, który pomoże odnaleźć mi ukochaną Beatrycze. Pablius jednak się nie zjawia, a ja stąpam ostrożnie po schodkach, aby zaraz poczuć pod nogami piach. Złoty lśniący piach, na którym w sennych pozach, w odwiecznym akcie nostalgii tulą się setki jaskółeczek.
Liczyłem na szczęśliwy traf, na kupidyna losu, który dzierży ster mej łodzi, a gorączka pożądliwości obudziła naiwność i wiarę w ułudę fortuny.
I kiedy najbliższa gwiazda poczyna różowić daleki zachód, dostrzegam ją, jak pokazuje słońcu prężne obrzmienie pośladków i puszek w żlebie grzbietu.
Jej oblicze powleczone snem wyglądało groteskowo niewinnie, a wyraziste o smagłym blasku oczęta, teraz zamknięte, pozbawiały tej ładnej twarzy przewrotności, a delikatnie rozchylone usta udawały, że są całkiem rozkoszne.
Subiektywnie, wyłącznie subiektywnie rzecz biorąc, śmiem twierdzić, że jest ona jedną z najpiękniejszych kobiet jakie kiedykolwiek moje oczy miały sposobność ujrzeć; posiadała doskonałe brwi, uciekające zmyślnym łukiem nad krystalicznymi ślepiami, co ważne; wiecznie napawającymi się zdumieniem ziemska urokliwością ( niejedną- co mnie niezmiernie cieszy- dane jest jej znać) szczupłe policzki, zmysłowe usteczka i zgrabność kociaka.
Oto grzech we śnie; drobna istotka, uciemiężniona pod patronem wielkiej bogini Bast- uosobienia seksu, bóstwa radości i zabawy.
Cień ciała mego przysłania złocień jej skóry, a ona nagle odwraca się, prężąc niczym kociak i wbijając we mnie lotne spojrzonko zielonych ocząt.
- szarpnąłeś pajęczynę w nieodpowiednim rytmie.- odezwała się- Nie boisz się zostać pożartym?
-Popęd kopulacyjny zabija w samcach strach równie skutecznie co ducha liryzmu.
Jej brązowa skóra i delikatny meszek wokół wcięcia, gdzie zamieszkał srebrny kolczyk, doskonałą linią rósł, aby zaraz skryć się pod ściągaczem stroju plażowego, doprowadzał skołatany mój umysł w stan krańcowego wyczerpania.
Moja Carmen,
Mea Diva.
Moja śliczna,
I szczęśliwa.

-Nie wiem jak Ty, ale ja wierzę w wyższość duszy nad ciałem.- usiadła na kocu- Wierzę w kosmiczne więzy miłości i pokutę dla grzechu. Natura nie odgrywa w tym miejscu istotnej roli.
-Grzech?- ściągnąłem podkoszulek i usadowiłem się dokładnie naprzeciw pięknotki- Masz na myśli, że to jest niemoralne.
-Całkowicie.
-Bo ja wiem.- zastanowiłem się- Miliardy ludzi uprawia miłość bazkarnie, a w świecie zwierząt pojęcie moralności nie istnieje.
- Człowiek to istota wyższa, duchowa...inteligentna. Nie deprecjonuj człowieczeństwa.
-„Istoty ludzkie są zwierzętami...-powiedziałem monotonnie, darząc ją równie suchym spojrzeniem, cytując zoologa Deysmonda Morrisa- ...Wolimy myśleć o sobie jako o upadłych aniołach, w rzeczywistości jednak jesteśmy dwunożnymi małpami.”
-Spójrz na mnie.- żachnęła się- Czy wyglądam jak zarośnięty goryl?
-Po pierwsze małpa to nie goryl.- odparłem spokojnie, co wprawiało ją w złość-
A po drugie, co możliwe, że wiesz, tyłek pawiana nie jest zarośnięty.
Chyba zrozumiała, bowiem dławiąc się własnym oddechem, pokryła lico ciemną czerwienią, a dłonie zacisnęła w geście walki.
-spierdalaj- wybuchła z nienawiścią.
-A jedno z moralnych przykazań mówi nie bluźnij -im bardziej była rozwścieczona, tym bardziej ja wdzierałem szaty opanowania- Wszak to grzech, a wśród grzechów nie ma priorytetów. Każdy grzech wedle ideologii teocentrycznej jest sobie równy. cudzołóstwo w ocenie moralnej kościoła nie różni się klnięciu przeciw człowiekowi- niby mimochodem dotknąłem dłonią jej kostkę- Brawo. Właśnie kopulowałaś z jakąś duchową, inteligentną istotą.
-Nie gadam ze skurwielami.- zapaliła nerwowo papierosa.
-Druga, nie owłosiona małpa zeszła z padołu ziemskiego, a zostało naukowo stwierdzone, że dzielimy z szympansami dziewięćdziesiąt osiem i cztery dziesiąte procent wyposażenia genetycznego. To zaledwie jeden i sześć dziesiątych procent różnicy, moja droga - spojrzałem na jej uda i pośladki ukryte pod czerwienią stroju kąpielowaego a ona drgnęła- Co ty na to?
-Spierdalaj.- syknęła- Jestem od ciebie lepsza, bo mam duszę.
-Widzisz.- powiedziałem spokojnie- To jest gówno, które wciskamy sobie do mózgu, aby usatysfakcjonować naszą moralność. Oszukujemy własną próżność twierdząc, iż inteligencja upoważnia nas do uszlachetniania kopulacji. Zwierzęta czują i oddychają tak jak my. Zakładają rodziny i bywają wierniejsze od ludzi. Takie są kojoty, ale ty zapewne o tym nie wiesz. Wznoszą państwa o bardzo rozwiniętej strukturze społecznej jak na przykład mrówki. Jednak co ja ci będę mówił...ludzie wolą o tym nie wiedzieć, bowiem łatwiej jest czuć się lepszym od istot, które uważa się za krwiożercze i prymitywne.
-Zwierzę, a człowiek to dwa różne światy.
- Dlaczego? Bo nie wznoszą kościołów i nie modlą się do Boga? - jej twarz stała się purpurowa- A czasy inkwizycji to krwiożercze safari. Najlepszy okres, w którym doskonale uwidacznia się jakim zwierzęciem jest jeden człowiek dla drugiego i w imię czego? Waszego boga, kiedy to kapłan oznajmiając, iż jego stwórca jest najmiłosierniejszym z Bogów, podpala jednocześnie stos z bliźnim swoim.- posłałem jej wyćwiczone spojrzenie greckiego mędrca, a ona jakby zaczarowana nie mogła zaoponować- I to było moralne? A było, gdyż czyniono tak w imię Boga. Wszystko jest kwestią usprawiedliwienia. Najgorszy grzech popełniany w imię Boga jest szlachetnym gestem poświęcenia- urwałem- To prawidłowość naszej cywilizacji.
Nogi, te piękne żwawe nogi, trzyma nieco rozstawione, a kiedy moje ślepia lubieżnie pajają się ich gracją, ona widząc to maluje na swej drżącej twarzy, marzycielski, niesamowity wyraz na poły bólu, na poły rozkoszy.
Jej moralną duszą targa ruch tektoniczny, a ciało reaguje naturalnym fizjologicznym odruchem i mimo, że nie pada wszystko do okoła jest mokre. Tego nie mogła ukryć, to była silniejsze od moralności, ideologii i przykazań.
Kelnerka wstaje, a próżnia mej duszy stara się wessać każdy detal jej promiennego piękna; widzę jej twarz na niebie, dziwnie wyraźną, jakby emanowała własną, jaskrawą poświatą.
-Jak to jest możliwe, iż przedstawicielka płci pięknej łącząca w sobie zalety zarówno fizyczne jak i intelektualne tak słabo dostrzega naszą zależność biologiczną?- posłałem jej usmiech wraz z komplementem-- Ja, uważam, że to dotkliwa dolegliwość, osoby okaleczonej, a nie mogącej schronić się w jaskini, bo jaskinię, właśnie zamienili w mauzoleum, które odwiedza codziennie dwa tysiące ludzi. I jak tu spocząć w grobowej samotności?- podał mi lbutelkę soku- No jak?
-To, aż tak widać?- chyba posmutniała, już nieco opanowana.
-Tak umierają dzikie zwierzęta. Tyle mówi się o kultowych pojęciach jak miłość i samotność w znaczeniu kosmicznym. Jakie to wszystko szlachetne. Miłość jest dobra i samotność także jest dobra, ale już seks jest zły. Dlaczego?- tu uczyniłem gest ręką, ściszając nieco głos- Kurestwo nie istnieje. To ludzki wymysł i tylko dla nas tak wiele znaczy. Zresztą, zwierze kapitalizmu nie jest ewenementem w tej dziedzinie. Gwałty, prostytucja, wszystko odbywa się w świecie zwierząt z równą częstotliwością, jak na ulicach naszego miasta. Samce pewnego gatunku amerykańskiej pszczoły, stoją na straży najlepszych kwiatów i kiedy samica chce być dopuszczona do nektaru, musi odbyć z samcem stosunek.- przyglądał się eleganckiej kobiecie, która na tle morza.-Kiedy czuję się samotny, wiem że nastał czas, aby przespać się z jakąś kobietą. Znam bardzo do tego odpowiednią, prawie jak malowidło, ale ma jeden feler. Interes męski traktuje jako szczoteczkę do zębów, a zęby myje trzy razy dziennie i nie zawsze tą samą szczoteczką. To moja długoletnia partnerka.- dopiero teraz potraktowała mnie poważnie, a jej zdeterminowane do niechęci spojrzenie wyrażało milczącą litość- I jak myślisz? Co mam do uczynienia?
-Nic na to nie poradzę.- odrzekła tonem pojednawczym- Kobiety od awantury w raju cieszą się złą reputacją, ale to wina mężczyzn.
- Pomyśl jaki terroryzm wyrządza gepardowi tabu.. To okrutna pułapka.- patrzałem jak aprobuje kiwnięciem głowy.- Wyobraż sobie jak czuje się drapieżne zwierzę, zamknięte w klatce, która stoi pośrodku sawanny, po której biegają i pasą się setki zgrabnych gazeli.- zająkałem się- I te gazele zerkają na ciebie nieco podejrzliwie i wciąż zerkają, mrugając oczętami w kusicielskim geście i drażnią twoje opanowanie i dziką naturę i wszystkie wiedzą, że jesteś zupełnie bezużyteczny i niegroźny. Niektóre nawet podchodzą w pobliże, w ty widzisz jak to zwinne, delikatne i najwdzięczniejsze stworzenie, ukazuje twym spragnionym ślepiom prężne obrzmienie pośladków oraz delikatne szlaczki po obu stronach tułowia, makijaż z ciemności wokół nieprzeniknionych oczu i pstre, doskonale ukształtowane uszka. Dopadłabyś niemal każdą z nich, ale nie możesz się ruszyć, a wszystkie one, dorosłe i małe koźlątka merdają czarnymi kitkami, co zdradza podniecenie gazeli i wówczas białe pośladki, otoczone dwoma pionowymi, czarnymi pasmami i przedzielone ciemnym kroczem, spełniają rolę sygnału erotycznego. Wiesz, że gazela jest dla geparda naturalnym pokarmem, prawda?
-Mówisz o tym, że tego nie można oszukać?
-Dla kobiety bardzo swobodnie jest być ladacznicą. To naturalne, tak to zaprogramowała biologia. Monogamia jest wynalazkiem filozofów i poetów, a że prawie każdy chce być blisko ideału literackiego wszyscy próbują być monogamistami. Cóż, wychodzi to mało komu.
Nie być dziwką, to dla kobiety wysiłek. Większy, bądź mniejszy, zależny od każdej z osobna.
Niektóre budują zaporę dla biologii i popadają we frustrację, choroby, aż w końcu są wypaczeniem gatunku. Ja nazywam je kobietami bengalskimi. Od tygrysów, którzy są albinosami wśród swoich. Nie możesz być taką albinoską, to innowierstwo.
Fale, leżaki, ta korpulentka w czerwieni, która drepcze niemal przy mnie, zatrzymując menopauzyjny wzrok na mym szafocie rozkoszy; jakaś jaskółeczka akurat szturchnęła mnie, aby kucnąć u mych stóp w pogoni za szaloną lotką.
Korpulentka patrzy i pyta, czy jestem chory, natrętna wiedźma.
Idę sobie...
- „Wstąp no chłopcze, z serca radzę na mój kocyk letnich schadzek.”
Wymawia, a ja naprawdę w pewnych chwilach definitywnie chcę skończyć z kobietami, a w szczególności z tymi, które czytają Nabokova.
- Wyglądasz na świetną pływaczkę. Czy poprosisz mnie do towarzystwa, kiedy ponownie rzucisz się w toń Bałtyku?
- Nienawidzę facetów, którzy wciskają kity dziewczynie, aby tylko ją przelecieć. To zachowanie Cafona, wieśniaka, który chce uchodzić za faceta z klasą, a nie widzi, że mu słoma z butów wystaje. Naciąga dziewczyny jak złodziej. Zdolny jest opróżnić jej portfel z drobnych. Przeleci sziksę, a później zwinie jej biżuterię. Taki nie romansuje z kobietami. Kradnie im po prostu cipy. A bywa tak, że cipa jest najcenniejszą rzeczą jaką posiada kobieta. A już bezcenną u pięknej kobiety.
Teraz już wiem, że bezpośredniość twoja jest wynikiem rozszyfrowanej, uprzejmej grzeczności, połączonej z krwiożerczym temperamentem twej kobiecości.
Ty, w swoim żywiole; pośród tłumów gorących, roznegliżowanych ciał i ja; arlekin- tradycyjna postać wiecznie zakochanego, sprytnego sługi we włoskiej „ comedia dell’arte”
Więc, ja; Gnafron, spotykany w baletach i teatrzykach marionetek, potulnie oddaję swą dłoń twojej dłoni, a ty ciągniesz mnie ku wybrzeżu, aby zaraz zatopić się w nurt morskich fal; twoja dłoń na wpół ukryta w piachu pełznie ku mnie. Smukłe, smagłe palce kroczą lunatycznie, coraz bliższe; te niepełne zespolenia tak rozdrażniają nasze zdrowe i dygocące ciała, że nawet chłodna woda, pod którą wczepiamy się w siebie nie przynosi ulgi.
- Jesteś jak pudełko zajebistej ilości puzzli, z których żadne ogniwo do siebie nie pasuje.
Krzyczy, a ja całuję kącik jej rozchylonych warg i gorący płatek ucha.
- Ale pożądam cię. Pożądam tak jak niegdyś Clarensa, mojego pluszowego misia.
Jej zmysłowe usta prowadzące z początku subtelną tyradę po moich wargach, udostępniły przedpole soczystemu, jedwabistemu językowi jej namiętności.
- Co przytrafiło się Clarensowi?
- Zatonął w blichtrze fal Bałtyku.
-...Ups.

W mój układ z Carmen wkradł się pewien znamienny rys paranoi; otóż utopiła Clarensa- poczciwego, dwumiesięcznego misia. Zaledwie czterdzieści trzy centymetry wzrostu, rubinowe oczka i brunatna sierść. Ale jak mawiała, podczas gdy zimne fale zalewały moje drżące ciało- zrobiła to z miłości. Bo, mawiała- cała miłość jest jak pluszowy miś. Jesteś nim zachwycona, czujesz, że zabijesz, jeśli ktoś weźmie go w swoje brudne łapy. Później jednak plusz szarzeje. Następnie linieje futerko, w końcu odpada rubinowe oczko, a aromat którym pachniał nosi charakter powiewu zgnilizny.
I co robisz? Rzucasz misia w kąt.
Cóż; ty wolałaś go zwyczajnie utopić.
Bałamucę się na osiemdziesięciu centymetrach między dnem, a powierzchnią morza, a carmen chichocze ściskając mi krtań i udając, że to tylko drobne figle. Za mgłą, za setkami litrów brudnej wody, zasłaniającej mi wizje jej twarzy, ulotnie dostrzegam blask jej śmiejących się oczu.
Teraz stopa jej; zgrabna o pięciu niedługich palcach, ozdobionych taką samą ilością pokolorowanych paznokci, zbliża się do mej twarzy, mych ust.; ja wypuszczam powietrze, które w szybkich bąbelkach umyka w przeciwieństwie do mnie w górę, drażniąc po drodze spód jej stópki, a Carmen wciąż chichocze.
Mógłbym ją ugryźć, złamać łydkę, roztrzaskać kolano, bądź wbić nos do mózgu. Mógłbym utopić tak jak ona niegdyś Clarensa i uratować się, lecz szlachetność ma, nie zdolna jest do pokrzywdzenia jaskółeczki. Ciało me; silne, męskie ciało nie ma w sobie na tyle siły, aby wyrządzić krzywdę ptaszynie.
Tak więc szlachetnościo moja; ma dumo, odwago, brawuro i głupoto. Och, głupoto. Winszuj mi idiotyzmie, a ona niechaj wciąż wgniata mnie swą smagłą stópką w dno Bałtyku, a ja niechcący jej sprawić przykrości, niechybnie za sekund kilka podzielę los Clarensa.
Koniec.
A propos: zastanawiam się co też sprawiło, że tuż przed moją agonią, zdjęła stópkę z mojej twarzy i najzwyczajniej w świecie odeszła.
Skołatany, wypaczony, zdruzgotany, rozczarowany, pogrążony w paroksyzmie lęku, drżący w konwulsjach, popijam mocnego drinka z mocnej wódki i usilnie staram się ochłonąć.
Poszukiwana: Mea Diva.
Blondynka- szafirowe ma usta.
Hobby? Intryga, a raczej dociekliwa,
niektóre wypaczone ma gusta.
Zawsze roześmiana, nigdy leniwa,
ma białe skarpetki, szyję opasa chusta.
Moja Femme; bardzo kochliwa.
Tropiąc Femme po z wolna zasypiającej plaży, spodziewałem się, iż kiedy się spotkamy, ona uraczy mnie świeżą kawą i słodkim pocałunkiem, zmuszony byłem odepchnąć ją, rzucić filiżankę z boskim nektarem o ścianę i wywołać karkołomną awanturę.
Nie chciałem jej krzywdzić, a jednak musiałem okazać burzę mego buntu. Plan urósł w mojej głowie do rozmiarów zdecydowania, lecz gdy ujrzałem ją i jej twarzyczkę, rozpromienioną z nikłym obrazem epitafium w zielonych oczach, całe moje zdecydowanie uciekło, a na jego miejsce wdrapała się przytłaczająca tkliwość.
Po prostu wymiękłem.
Subiektywnie, wyłącznie subiektywnie rzecz biorąc, śmiem twierdzić, że jest ona jedną z najpiękniejszych kobiet jakie kiedykolwiek moje oczy miały sposobność ujrzeć; posiadała doskonałe brwi, uciekające zmyślnym łukiem nad krystalicznymi ślepiami, co ważne; wiecznie napawającymi się
Femme wzdryga się, kiedy chłód wieczoru smaga gorący miąższ jej ciała. Odstawia krem w tubce na bok, następnie wstaje oblizując suche wargi, jedwabiem swego ciernia i jak dziecko, acz świadoma swej władzy cielesnej nad paranoją mej słabości, wślizguje się w moje ramiona.
Stateczność: jakże się to wszystko różni.
Zawładnęła mną zaduma od wyrafinowanych flirtów w komnatach mego plugawego życia.
Ustatkowanie: gdzie podzieje się ten romantyczny dreszcz spojrzeń wymienianych w obecności smętnego rogacza- nieświadomego mężczyzny, którejś z jaskółeczek?
Femme oszalała; oskarża mnie o flirt z jakąś przypadkową pięknotką o czarnych kędziorach, którą ponoć bałamuciłem w blichtrze fal spienionego morza.
Femme, kochanie! Płynąłem! Żabką! Tak, właśnie, żabką, kiedy stopa tej nieuważnej szelmy przypadkiem mnie przygniotła; brudna, duża, o długich paluchach i poobgryzanych paznokciach, wylądowała wprost na moich ustach i nosie, który musiał znosić bezpośredni kontakt z tą przeklętą stopą, której kościstość odbijała się na mojej szczęce.
Wyobraź sobie; te wszystkie kości: piętowa, łódkowata i klinowate. Śródstopia i skokowa jaka odegrała główna rolę w seansie wgniatania mnie w dno- brudne dno, brudnego Bałtyku.
Femme! Czy jesteś w stanie pojąć jaki koszmar przeżyłem?
Ale wydostałem się.
Wydostałem, kochana. Wiesz przecież jak dobrym jestem pływakiem.
Jak dobrym pływakiem...pływakiem.

Przepełniony tkliwością, Ja, owdowiały kochanek, słucham cicho rozbrzmiewającej muzyki, następnie zapalam mentolowego papierosa i wypalam go skrupulatnie do filtra.
Już nie czuję się jak Adam, którego opuściła wiecznie nadgorliwa Lilit; jestem nim. Rajskim trefnisiem na zawsze porzuconym przez podatną na emocje Femme.
Otóż po czasach żmudności naszych wspólnych dni, mijających w tle festiwalu spadających gwiazd; my, oboje brnący przez kolejne niepowodzeń i wypaczenia domysłów, usiłujący gorliwie znaleźć na końcu tęczy skarb, najzwyczajniej w świecie pogubiliśmy się w tym wszystkim.
Femme poddała się swej pochopności i wykorzystując odcień podstępnego mroku, parchnęła śmiechem wprost mi w oczy i wciskając mi w dłonie puszysty ręcznik ( zawsze prany z dodatkiem zmiękczacza, co niezwykle lubiła) zabrała swój wiklinowy koszyczek i swe ciało w krucjatę wzdłuż wybrzeża.
A ja, ten ekstatyczny, dojrzały już ananasek, który przez owych naście miesięcy współżył z kobietą fatalną i nie śmiał zrobić niczego co mogłoby popsuć wizerunek własnej osoby jaki sobie wystawiła, aby go wielbić, kilkaset sekund wcześniej dopuściłem się wiarołomstwa, czego ona- tak mi się wydaje, że powiedziała; nie może tolerować, mimo, iż bardzo, ale to bardzo, by tego chciała.
Cóż, Femme; na końcu tęczy znaleźliśmy tylko śnieg.
Kiedy jestem niezadowolony milknę i ten mój zwyczaj, a raczej powściągliwy chłód mego gniewu zdawał się irytować wszystkie roznamiętnione jaskółeczki, co zostawało okazywane wyraźnym mnie unikaniem. Wszystkie one, które skrycie romansowały ze mną w jakiejkolwiek z kawiarni, posyłając mi smagłe spojrzenie, jakie wypełniał szczery zachwyt, teraz wyraźnie zerkały na mnie wzrokiem malującym zdawkowy, zawistny podziw.
Femme wraz ze swym odejściem, jednym precyzyjnym zerknięciem odebrała mi urok, co według niej- jak mi się zdaje- miało zniweczyć całe moje podstępne życie.
Mało tego; w wyniku całego owego kunsztownego aktu jej odejścia twarz ma, jeszcze niedawno emanująca sielskością, teraz wyraźnie biła jawna kontorsją na skroś prześwitującą naturę malwersanta
Ale coś się dzieje...
Zdrajczyni postępuje naprzód żwawym krokiem, dżwigając w każdej z dłoni po filiżance - jak przypuszczam z kawą- i siada dokładnie naprzeciw; następnie pochyla się ku mnie, a usta jej żywe i piękne, całują moje wargi od chwil kilku pękające i spragnione.
Popijając kofeinowy napój, opowiada mi, że po wczorajszej burzy była piękna tęcza i że poszła na jej koniec, gdzie znalazła szkatułkę.
Mówi i uśmiecha się do mnie. Mówi i wyjaśnia, że w szkatułce był skarb, a połowa jego przeznaczona była dla mnie (tak jej ponoć powiedział roziskrzony skrzat)
Oznajmiła mi to, a ja poczułem, że wszystko co wcześniej składało się na wizerunek mego uroku powraca na swe miejsce i w najdrobniejszych szczegółach napina każdy mięsień twarzy pod odpowiednim kątem i bez jakichkolwiek odchyleń.
Oto Ja; chciało mi się wyć- cyniczny impertynent. Być może, że impertynencki cynik. Możliwe, iż...a co mi tam. W każdym bądź razie sykofant; najzuchwalszy intrygant. Bezceremonialny oszczerca i obłudnik posiadający doktorat z przewrotności.
A Femme?
Panie i Panowie.
Nie jestem odpowiedzialny za to co zrobiła; moja frenetyczna, zawsze i na wieki lepsza ode mnie połowa, ukazała swe nieskazitelnie białe zęby temu samemu co wczoraj słońcu i z groteską z jaką dziecko sięga po lizaka, chwyciła kieliszek wypełniony po brzegi wódką (przyniesiony z uśmiechem przez kelnerkę, tez jaskółeczkę) i smagłym haustem wychyliła ją; wzdycha i nadal z białymi zębami sięga z nie mniejszą groteską po krajowego papierosa.
Patrzy na mnie i rzecze, że świat jest naprawdę piękny wtedy, gdy może mi dokopać, a żeby to zrobić najdotkliwiej, musi być ze mną.
I nic w tym zdrożnego, gdyby nie fakt, że Ona, kobieta fatalna od najwcześniejszych lat swego życia nie tolerowała tytoniu i pluła na samą myśl o szampanie, że nie wspomnę już o przemocy.
Jesteśmy sami; odgłosy dnia już przebrzmiały, a szmery nocy jeszcze się nie zbudziły, podczas gdy my wciąż jesteśmy sami.
Ach, cóż za przyjemność odczuwa oszczerca, kiedy ponownie staje się uczciwym człowiekiem. Już się tego nie boi. Chce powrócić do dzieciństwa. Ponownie mieć kilka lat. Ukazuje całą swoją dobroć, bez bzdur o obłudzie, o wyuzdanych wybrykach Freudowskiego libido.
Ten oszust to artysta.
Ale koniec już o tym. O moich potknięciach i zdobywaniu się na uczciwość. O staraniach jak i podejrzliwości, która w drodze swego przewrażliwienia wpada w popłoch i unaocznia mi jak Femme Fatalna ściska w obu swych dłoniach kij beisbolowy, a ja leżę między jej hebanowymi nóżkami i krzyczę, że owy przedmiot służy do grania, nie do zabijania. Czyż nie oglądasz afiszów reklamowych?
...no i nie ogląda.
Jednak spokojnie; to tylko gorączka mej wypaczonej przewidywalności, która w wyegzaltowany sposób reaguje na jej deklaracje o przemocy kiełkujące u stóp cholerycznego temperamentu.
Chyba gubię się w tym wszystkim, a Femme wciąż zdaje się być mym elfem; zgrabnym zwiastunem schyłku upału.
...dzień po...
Przepełniony tkliwością, Ja, słomiany kochanek słucham cicho brzmiącej muzyki, następnie zapalam lekkiego papierosa i kiepuje go pod podeszwą buta...
- Postawię ci kawę.- stała nade mną Metr siedemdziesiąt dwa absurdu. Nagie, złociste ramiona opasane długimi włosami i zielone oczy uśmiechające się do białych filiżanek. Naiwna plażowiczka.
- Musisz być bardzo zmęczony. Całą ostatnią noc spędziłeś w moich myślach.
Panie i Panowie. Oto ósmy cud świata; bezpośredniość kobiety.
Grzech; kwiat w locie na tle horyzontu, który łagodnie zlewa się z ultramaryną morza, obserwowany z bliska jak wznosi się z tacą, następnie opada posyłając mi intrygujące wejrzenie.
Siadając wygodnie naprzeciw, rzetelnymi słowami wyjaśniła mi, że jest niewinną, absolutnie niepożądliwą, naradzającą się kobietą i abym jej bezpośredniości nie mylił z tupetem łajdaczki.
Jesteś uwodzicielką z powołania.- skwitowałem w myślach- Proszę wybacz, że nie podam ci swoich dłoni i cierni, którymi mogłabyś je spętać. Ty, uosobienie gniewu bogów Nemezis i ja, Falstaff, komiczny bohater Szekspirowski.
- Żeby zdobyć mężczyznę nie musisz być istotą jego marzeń; długonogą, szczuplutką sziksą. Jasne, że gdy przypominasz takiego wampika, uwiedziesz z łatwością jego ciało. Ale to nie wszystko co ma mężczyzna. Posiada także ciekawość. Jest jak dziecko, które dostaje kolorowe puzzle. Jeżeli złoży je kto inny, zabawka przestaje być atrakcyjna. Pozostaw więc kawałek układanki do konstrukcji w jego świadomości. Ukryj to co właśnie samo z siebie się ukazuje. Bodźcem dla erotycznej wyobraźni mężczyzny jest zwodzenie.
Carmen przeczesała dłonią włosy, które opadały prostą linią, okalając jej smukłą, złocistą twarz i uśmiechnęła się.
- Więc?
- Więc dzięki za kawę i spróbuj raz jeszcze.
Pięknotka ściąga brwi, osłaniając ciężkimi powiekami żar swych zielonych ocząt, a usta jej karmazynowe wykrzywia kontorsja gniewu.
Czmycha, lecz wciąż jest tą samą dziewczyną, lat niedoświadczonych.
Chcąc ochłonąć od gorącego łyka, niezbyt dobrej kawy, spoglądam na przeciwległą stronę alejki portowej, gdzie przystanęła jakaś rozabudka. Miała na sobie czarne, obcisłe spodenki i białą bluzeczkę na ramiączka. Jej skóra była gładka i brązowa, a niedługie szatynowe włosy wiły się zmysłową linią nad czołem.
Przyglądała się niebu, a później jakby od niechcenia opuściła wzrok w moją stronę. Teraz dopiero dojrzałem jej ciemnoczerwone oczęta zatrzymujące się na mojej postaci. Zainicjowała coś w rodzaju zażenowanego uśmiechu i ruszyła dalej, na południe, nadal z tą samą zmysłowością na zjawiskowej, noszącej znamiona dzieciństwa twarzy.
Posiadłem dziewczę swym rubaśnym, dojrzałym wejrzeniem, a ona już o tym wiedząc kroczyła na szczyt wydmy.
A propos: znów dostrzegam Carmen, wyprostowaną przy krawędzi baru. Siłowała się z jakimś mocnym chyba drinkiem w kryształowej literatce.
Fretillement- spojrzałem na uda i biodra przechadzającej obok jaskółeczki- to zmyślne, sztuczne kręcenie tyłeczkiem; kiedy jeszcze nie była daleko, obróciła się i inicjując prowokujący uśmieszek, zmrużyła oko.
Usiłuję dokończyć kawę, gdy pojawia się kwiatuszek; to jest ta sama dziewczyna, która wcześniej uraczyła mnie swą bezpośredniością; te same satynowe i giętkie plecy. Ta sama, niby zwyczajna, acz pełna powabu fryzura, te same szczupłe ramiona w kolorze miedzi.
Sunie ku mnie. Śliczna. Po prostu śliczna.
Nieumęczona nomadka.
- Przepraszam.- wyśpiewuje, ściskając w dłoni filiżankę z arcorocu- Czy mogę się przysiąść?- ponownie skąpała mnie w potędze swej namiętności, zamieniając w dygocącą powłokę, którą zapewne zaraz pożre w przyplażowej kawiarni- Rozpaczliwie potrzebuję kofeiny, a nie znoszę siedzieć sama.
Młoda, zapewne inteligentna dziewuszka o filigranowym, pięknym ciele i znakomicie zarysowanej twarzy. Twarzy, na której malowały się łagodnie wyeksponowane usta nie mające w sobie żadnego piętna agresywności, czy też wyrachowania przewrotnej kobiety. Jej jasne, gładko podkreślone brwi znakomicie kontrastowały z długimi, czarnymi włosami i rzucały swój cień na duże, zielone oczy.
Aż trudno uwierzyć, że mógłbym temu wszystkiemu odmówić.
- Ależ proszę.
Myślałby kto, że jak wszelkie przeszkody znikną, odsłaniając przede mną perspektywę akrobatycznych zmagań, pozwolę sobie na chwilę psychicznego relaksu.
- Wiesz. Jesteś twardym mężczyzną. Zaufaj mi. Potrafię to rozróżnić. To jednak nie jest ważne. Obserwuję cię...zawsze zachowujesz się tak jakbyś spodziewał się niebezpiecznego ciosu w plecy. To dlatego zapewne nie odwracasz się plecami do ciemności, gdy zasypiasz.
Z tego też względu jesteś taki bystry. Nic nie uchodzi twojej uwadze. Mimo to cały czas widać napięcie w twoich oczach.
Muszę przyznać, że dzisiejszego popołudnia w rocznicę kolejnego lata, musiałem wyglądać nader podejrzanie z tym kilkudniowym, chłodnym zarostem oraz ponurym spojrzeniem zimnych oczu, dla tej pociągającej, świadomej swej władzy zmysłowej pięknotki.
- Kiedy natomiast będziemy razem, doświadczysz jak napięcie znika z twojej twarzy. Oczy staną się łagodniejsze. I wiem, że przez tą krótką chwilę będziesz naprawdę szczęśliwy. Tylko w łóżku ze mną będziesz mógł powiedzieć, że czujesz się bezpieczny. Spokojny.
Mogę odczyniać uroki i przekonasz się, ze znaczę coś. Będę boginią miłości. Jak Dafne w marmurze, a ty okażesz się Apollem . W chwilach, które spędzisz ze mną będziesz mógł skonać ze szczęścia. Będziemy dławić się rozkoszą i wzajemną obecnością. Wejrzymy się śmierci w oczy i uśmiechniemy się do niej.
Carmen poddała się muzie inwencji; między nami filiżanki z kawą, w jej smukłej, smagłej dłoni apaszka w kwiatki, a naprzeciw Ja- ponownie pochłaniam jej słowa; norwista, pogodna, zaradna, elokwentna, z nastoletnim wdziękiem, oszałamiająco ponętna od czarnych kędziorów na czubku głowy, po ściągacz białej skarpetki u dołu zgrabnej łydki.
Carmen wstaje.
Postępuje cztery kroki naprzód i pochyla się nade mną; próbuje ukoić ból miłosny zrazu szorstko trąc suchymi wargami o moje.
Carmen narobiła brzęku, prawie że kucając nade mną, żeby przypadkiem poprawić kłusą spódniczkę; ja zaś stopniałem w żenadzie, kiedy czarne kędziory opadły kaskadą na moje ramiona, a promień poświaty uśmiechniętego słońca, jaki z nią dzieliłem, rozpłynął się po naszych zroszonych potem ciałach.
Antrakt:
Carmen kieruje się swym smagłym krokiem alegro do wyjścia, a ja porzucony jak ofiara wielu oszustw jednej kobiety, drgam pośród jej podobnych; czyste, piękne i kruche, tłoczące się w ciżbie niewiniątek, dekorujące swą świętość w pożogę Lady Makbet; zamglony wzrok, czerwone usta i gwarantowana śmierć jeśli wejdziesz jej w drogę.
Co zrobiłem? Co zrobić mógłbym?
Niekiedy moje natręctwo męskiej leniwości na tyle mnie udręcza, iż nakazuje mi czyhać i poddać się wpływowi nieokiełznanego losu.
A Carmen?
Cóż; jest tutaj kolejna flama- rozpieszczona rozabudka.
Dziewczę o kobiecych kształtach i kamiennej twarzy, emanującej statecznością. Wściekły wizerunek powleczony sporadycznymi ujadaniami jej przewrażliwionej duszyczki. Diablica prześwitująca skroś potulnej, młodziutkiej aniołeczki; zmienna, prawie że groteskowa. Przede wszystkim ponętna; złotowłosa turystka.
Więc co zrobiłem?
Otóż nic. Wcale nie biegnę za Carmen. Śmieję się z tego; ma zgrabne brwi biegnące prostą linią nad oczami, nieprzeniknione ślepia od czasu do czasu spozierające na mnie z ciekawością, blade policzki, smagłe, pirytowe usta i pociągłą figurę gepardzicy; jeśli mityczna Makaria, owa mocarka wojny żyje do dziś, musi być nią.
Nadciąga ku mnie; roziskrzona nimfetka, umalowana i urocza, cała pogodna.
Chwyciłem filiżankę do połowy wypełniona kawą, a ona przekładając nogę przez moją potulną kończynę, oparła dłonie na mych policzkach w geście iście zwiastującym mającą nadejść batalie zmysłów.
- Człowiek nie powinien tak pomiatać swoim życiem jak ty.
Siedzi na mych nogach, zerkając czy aby należycie interesuję się powabem jej ciała, a ja usilnie staram się nie popaść w gonitwę marzycielskich uniesień. Jednak ten zagajnik wydm, mgiełka upału, ciarki, kurz i namiętność, dręczą mnie, a ona, dziewuszka o hebanowych ramionach i żarliwym języku, nawiedza kuluary mego nieopanowania coraz natarczywiej.
- Zupełnie jakbyś czerpał jakąś szczególna przyjemność, jakąś dumę, robiąc z siebie romantycznego nieudacznika. Obiekt własnego, niezwykle osobliwego poczucia humoru.
Racja femme.
Niech prostaki żyją sobie uczciwie w górach.
Niech pozamykają wszystkie swoje pragnienia w jaskiniach i przysypią je głazami.
Bądźcie sobie wzorem dla ludzkości.
Ja chcę się awanturować. Pławić w rozpuście
Ach, cóż za przyjemność odczuwa szarmant, kiedy wreszcie staje się łotrem.
Już się z tym nie kryje. Ukazuje całą swoją naturę. Bez bzdur o honorze. Ten człowiek to oszust. Jawny wróg społeczeństwa.
Tak, tak. Ten osobnik to łgarz- przerywa mi zawiść owo poezyjne uniesienie.
Panie i panowie. Czapki z głów; oto Femme, kolejna ikona.
Ależ nie porwałem jej. Nie wykręcam rąk i nie łamie nóg, by skłonić do zainteresowania się mną. Jestem mężczyzną i jak mężczyzna, jestem...ale przecież nie muszę się tłumaczyć.
Przepraszać? Za co?
Za to, że odczuwam pragnienia? Kogo to obchodzi? Panie Freud, przecież to Pan uczy, że nieświadomość może jedynie pragnąć i pragnąć. I jeszcze raz pragnąć.
(Chylę czoła Zygmuncie)
Nie moja to wina, że ta ma cudowne pośladki, a tamta niesamowite nogi. Że jedna ponętnie pachnie, a inna w ogóle nie pachnie, za to ma wielkie piersi.
Ale to zupełnie nic nie znaczyło jeśli o mnie chodzi. Nie interesuję się kobietami, jeżeli nie mają ślicznych twarzy.
A femme?
Ludzie. Była jak malowidło.
Rozpłynąłem w blasku, kiedy jej pełnokrwiste udo odsłoniło przede mną to wszystko co czyniło z mężczyzny ujadanego szakala; przecudny kontrast barw pod przewiewna spódniczką, zadartą teraz nieco na biodra, napawał mój zdruzgotany wzrok amokiem pożądania.
Femme; roziskrzona oblubienica.
Słyszę jak wymawia „chodź” swym jak nigdy dotąd uprzejmym głosem i wyciąga do mnie nagie ramię. Ponawia prośbę, a ja wciąż widzę jej uśmiech i żar młodzieńczych oczu, gdy ona rozciąga swe akrobatyczne ciało i pełna gracji, niby niezdarnie przygryza dolna wargę.
No i poszła.
Teraz wyraźnie odczuwam, iż palpitacja wywołana absolutyzmem Carmen i Femme, powoli, acz nieuchronnie utrwala we mnie frustrację tego rozpoczynającego się lata i zapewne notorycznie stawać mi będzie na drodze do jakichkolwiek radości w tych gorących dniach mego bytu.
Z tego też względu postanowiłem być niezłomny w swych poczynaniach ze wszystkimi jaskółeczkami; dziadek mi powtarzał, abym nie biegał za autobusami i kobietami, bo zawsze zostanę w tyle.
Więc, dziadku; wnuczek bynajmniej w tej sprawie zostanie ci wierny.








 

Zaloguj się