przy piwie i kiełbaskach dawno,dawno temu

....................................................................

....................................................................

„Miłość jednostronna jest tragedią, wzajemna komedią.”
Seweryn Eugeniusz Barbag


Oto ostatni mój romans uwieńczony w blichtrze rozpaczy, awantury jak i tego czegoś, co zawsze kazało mi wątpić w uczciwość kobiet i walczyć z ich maniakalną wrednością. Tego co pomagało mi trzymać się życia za pomocą jednej, cienkiej nitki.
Lipiec, roku pańskiego 1994
Tak się złożyło, że od upokarzającej nudy uratował mnie Marcin z Jackiem. Dwie bliskie mi osoby, z którymi wiązałem wówczas swe życie towarzyskie.
Zawitali do mnie wczesnym wieczorem i jakoż, że kończył się piękny dzień i w tej chwili nadchodziła jeszcze piękniejsza noc, zaprosili mnie na grila.
Teraz; przebierając się nie miałem pojęcia, że zastanę tam osoby, z których jedna z nich uszczypnie sobie coś z mojego życia. Ale któż mógł o tym wiedzieć? Nawet jutro rano nie będę o tym wiedział.
Czarna magia.
Nie było ciemno, a płomień ognia dodatkowo oświetlał okolicę. Dzięki temu i sam nie wiem, czy na szczęście, ujrzałem jedną z tych boskich istot, zwących się jaskółeczką.
Jej zielone oczy (czyżby fatum?) rzuciły mi badawcze spojrzenie, a ciało mogłoby się zdawać, jakby drgnęło w misternie dopracowanym spazmie. Przez moment poczułem się tak jakby ta istota została zesłana tu przez najwyższych w celu oszołomienia mnie. Kolejna sztuczka bogów z Pandorą; ale ja już ten trik znałem i byłem dużo lepszy od Epimeteusza. Ja tej baby nie wpuszczę do domu.
Porwał mnie Michał i pierwsze co zrobił to polał Johny Walkera, którego po spróbowaniu wyplułem. Postanowiłem pić coś krajowego.
-Wiesz kto to jest?- uśmiechnął się do mnie posyłając ukradkowe wejrzenie na siedzącą tyłem do nas zielonooką blondynkę.
--Kobieta.- odparłem dywagacyjnie, ze znaną sobie przebiegłością.
-Nie tylko.- nadal się uśmiechał, a kobieta, o której nie wiedziałem kim jest, prowadziła rozmowę z jego żoną.
-Bogini?- odparłem opróżniając kieliszek.
-Nieee.- rzekł przeciągle- To Aleksandra.- klepnął mnie delikatnie w ramię i poszedł do swej małżonki.
-Muszę się napić.- powiedziałem do siebie samego i wychyliłem kolejną setkę.
-Wiesz kto to jest?- zadał pytanie Marcin, kładąc mi rękę na ramieniu.
-Aleksandra.- odpowiedziałem wpatrując się w blond włosy owej Oli, która siedząc do mnie tyłem, grzała się przy ogniu.
-Niee.- ten także się nabijał.- To Bogini.- połknął kawałek ogórka.
Spojrzałem na niego groźnie i już wiedziałem, że cały ten gril zorganizowany jest po to, aby utopić mnie w kolejnym bagnie.
-Spierdalaj.- syknąłem, polewając kolejkę- Muszę się napić.
Marcin załkał ze śmiechu, a ja się napiłem. Nim jednak zdążyłem odstawić kieliszek, pojawił się przy mnie Jacek.
Zatrzymałem na nim swe spojrzenie i oczekiwałem tego o co wiedziałem, że zapyta.
-Już wiesz kto to jest?
-Bogini o imieniu Aleksandra.- wymówiłem wkładając papierosa do ust.
-Niee.- spodziewałem się tego.- To moja kuzynka.- nadal szczerzył zęby.
Zniknął przy ognisku, gdzie teraz mieniły się sylwetki jego, Marcina i Michała, jak i jego żony. Nalałem wódki do literatki i nie chcąc zostawać sam, przysiadłem się do ognia. Byłem gotów stawić czoło ich ogólnemu sarkazmowi, lecz oni się wycwanili i wzięli mnie na najzwyklejsze emocje.
 

....................................................................

....................................................................

-Nadal rzniesz tą blondynkę, Martę?- wiedziałem, że któryś wyskoczy z głupim pytaniem, ale sądziłem, że nie zrobi tego właśnie Marcin.
Czarnulka o imieniu Monika, zakrztusiła się, a Aleksandra zatrzymała na mnie nad wyraz zaciekawione spojrzenie.
-Piszę książkę.- odparłem bez namysłu- Ona ją wydaje.- wzruszyłem ramionami- Nie...to nie jest seks.- upiłem drinka z żubrówki i soku.
-Zdecydowanie.- doszedł do mnie cholernie mi znany głos- Pisanie książek nie jest seksem.- z mroku, z tyłu mnie wynurzyłam się doskonale utrwalona w mej psychice postać Femme.
Jej śliczna twarz nuciła coś w rodzaju roznamiętnionego uśmieszku, kiedy się odwróciłem. Musiałem drinka wypić do dna, aby nie krzyknąć z bólu i mieć czas na chwilę wytchnienia.
-Chociaż po przemyśleniu skłonny jestem stwierdzić.- postanowiłem się ratować.- Że w niektórych, wyjątkowych przypadkach sztuki, dostrzec można wręcz aporemiczną kwestię, to znaczy dopuszczającą do siebie dwa różne rozwiązania.- kręciłem jak mogłem, aby jak najdalej odbiec od odpowiedzi na pytanie czy nadal rznę Martę- Chodzi o to, iż wydawać by się mogło, liryczna sztuka posiada w sobie asumpty do apokryficznych zachowań danych, platonicznych nawet bohaterów.- sam nie miałem pojęcia jaki sens posiadają moje wypowiedzi, lecz jeśli ja tego nie rozumiałem, oni z pewnością nie wiedzieli o co chodzi.- Każda osoba wykazuje dosyć dyferencjalne skłonności, to znaczy zróżnicowane. I nie zawsze dychotomiczne, lecz nawet zdolne do większej ilości podziałów- gdyby słyszał mnie jakiś inteligentny prozaik, padłby ze śmiechu, ale to nie istotne. Ważne, aby słuchacze byli zaabsorbowani tą paplaniną. Jedynie Marta wydawała się być rozbawiona. Od tej strony znała mnie najlepiej- Supozycja ta zdaje się okazywać dosyć dyrektywna. Wyznaczająca, zobowiązująca formę działania pisarza- palpitacja chwilowo ustała. Właśnie przypomniałem sobie, że mam w ustach nieodpalonego papierosa.- Predylekcje autorów są zróżnicowane i pełne pietyzmu dla języka.- odpaliłem- Chociaż nie ukrywam znam wielu pisarzy...sam jestem jednym z nich, którzy szanują język, acz nie stronią od inwektyw.- zaciągnąłem się- chodzi o to, że prozaik nie jest w stanie wiarygodnie pisać o życiu nie używając słów codziennych, w tym wyzwisk i przekleństw.- wypuściłem dym z płuc- Ale wracając do tematu pisarstwa jako seksu, skłonny jestem powiedzieć, iż pewna ilość...są to przypadki bardzo sporadyczne.- podkreśliłem zupełnie oględnie- Są pisarze, których sam styl literacki jest formą seksualną, mimo, iż nie posiadającą języka, ani sytuacji, bezpośrednio nawiązujących do stosunków erotycznych.
-To znaczy- głos, który mnie doszedł usłyszałem poraz pierwszy- To znaczy, że istnieje pewna forma pisania, w której sam styl emanuje seksem, a zdania nie zawierają absolutnie nic z nieprzyzwoitości?
-Dokładnie.- posłałem Aleksandrze wdzięczny uśmiech- Doskonale.- komplementy dla kobiet o boskich skłonnościach, były tak ważne jak modlitwa straceńca; zarówno jedno jak i drugie miałem doskonale opanowane.
Rozmawiałem z Olą, a ona była wprost czarująca. Błyskotliwa w wyrażaniu swych myśli i elokwentna. Rezolutna, czym niekiedy mnie zadziwiała oraz pełna poczucia humoru. I to nie zdawkowego, czy też ironicznego; jej humor był aktem szczerego rozbawienia.
Jako, że oboje pogrążyliśmy się w polemice o sztuce, pisarzach i mojej osobowości, znudzona Marta i reszta zajęli się samymi sobą.
Ja, oczywiście sporo popijałem, a moja rozmówczyni niestety nie. Po godzinie rozmawialiśmy już o mniej istotnych sprawach. Ona dużo pytała, ja odpowiadałem, po czym musiała opuścić nas zaraz po północy i wraz ze starszą siostrą, która po nią przyjechała, wróciła do domu.
Femme dopiła, któregoś drinka z kolei i z widoczną manifestacją wydobyła peta z nowo otwartej paczki, leżącej na stoliku.
Spojrzała na mnie wzrokiem drapieżcy i zaciągnęła się.
-Nienawidzę cię. Boże jak ja cię nienawidzę.- ucięła- Nie ma na tym świecie nikogo, kogo bym tak nienawidziła.
Mówiła i mówiła, a ja już uspokojony patrzałem na nią jak na ofiarę własnej paranoi. Ale czyż nią była? Nie; sam osobiście, byłem ofiara własnej paranoi i obłędu; Ona tylko przy mnie żyła.
To kobieta całkiem normalna. Możliwe, że kiedyś skrzywdzona przez życie i skłonna do używek. Zasnęła. Chwyciłem ją w ramiona i ruszyłem do mieszkania, przechodząc przez ganek i przedpokój. Ułożyłem ją delikatnie na łóżku i ostatni raz spoglądając na jej śliczną, młodą, pełną boskości twarz, przykryłem kołdrą.
Zszedłem na dół, gdzie Ania spała na krześle, Agnieszka obok swojego kuzyna Marcina na kanapie, ktoś pod młodą wisienką, a Jacek pod murem.
Wziąłem butelkę niedokończonej wódki i usiadłem przy ognisku. Mimo młodego i narwanego wieku zachciało mi się na poważnie wyrwać z tego gnoju. Cała moja dzielnica, całe miasto, cały kraj to pieprzona patologia. Dzieciaki szukają Elpis w narkotykach, wódzie i kurestwie. Pieprzone bagno. Dorzuciłem kilka drewienek, przy czym zacząłem pić. Po chwili z mego lewego oka uleciała łza. Minął moment i pojawiła się druga. Obie były natrętne. Obie były nie do opanowania; obie były formą wyjścia z jaskini.

Bogowie znają wiele sztuczek. Zeus ma kilka sposobów na to byś jednak uległ Aidoie.
A Ona nie na darmo jest najdoskonalszym dziełem Hefajstosa. Możesz jej nie wpuścić do domu i rzeczywiście okazać się lepszy od Epimeteusza nie ulegając urokowi kobiety. Ale możesz też się upić w poczuciu bezpieczeństwa, a Pandora bezlitośnie wykorzysta twoją niedyspozycję, wejdzie, wyciągnie cię i co gorsza zbałamuci. I już ludzkość ma przechlapane po raz drugi. Nie ma żadnego sposobu, aby ustrzec się przed tym stworzeniem. Zawsze będziemy skazani na katorgę.

....................................................................

....................................................................

Powieki moje ociężale uniosły się, zrywając cienką nić między snem, a świadomością, a wzrok opadł na czymś czego nigdy nie widziałem.
O ile pamiętam tuż naprzeciw powinno być ognisko, którego w tej chwili nie było. Jego miejsce zajmował stolik i nocna lampka.
Rozejrzałem się dokoła, mrożąc oczy pod wpływem bólu głowy i starając się odnaleźć drzewa i winogrona, głęboko się rozczarowałem.
Zamknąłem oczy, aby zaraz je otworzyć. Nic się jednak nie zmieniło.

Tuż obok łóżka, na którym spałem, leżały czarne, koronkowe figi. Wolno uniosłem je i wbiłem w ich fason swój zbłąkany wzrok.
-To moje.- doszedł do mnie głos kobiety.
Wciąż trzymając jej majtki, zerknąłem na nią, w dosyć komicznej kontorsji. Wydała mi się ładną i jakość ponad dwudziestopięcioletnią kobietą.
-Przepraszam.- opuściłem figi na ich miejsce- Nie widziałaś gdzieś ogródka.- oblizałem wyschnięte wargi- Porośniętego trawą... dokoła drzewka i winogrona.- ton mojego głosu był poważny, acz nie wyzbyty komediowego akcentu.
-Nie.- odparła uśmiechając się.
-Ognisko też gdzieś ukradli.-zauważyłem opierając się o poduszkę.
-Zabawny jesteś.- pozbierała swą bieliznę i położyła na fotel.
-Przerażony.- wymówiłem.
-Nie udawaj.- usiadła obok swych majteczek- Nie sprzeciwiałeś się, aby tutaj przyjść.
-Z pewnością się sprzeciwiałem. Tylko tego nie pamiętam.
-Przyszedłeś ze mną z własnej nie przymuszonej woli,- zapaliła papierosa.
-Poważnie?- przetarłem dłonią swą przepitą gębę- Nie wzywałem policji.
-Nie.- widocznie ją bawiłem, gdyż jej usta wciąż nuciły uśmiech.
-To dobrze.
-Było bardzo dobrze.- teraz jej ciemne ślepia zabłysły podstępnym blaskiem.
Uniosłem kołdrę i spojrzałem pod nią.
-Mam nadzieję, że tak tutaj nie przyszedłem?- nie wiedziałem co powiedzieć widząc siebie nago.
-Spokojnie.- wypuściła dym z płuc- Twoje ubranie jest złożone. Nie chciałam, aby się wgniotło
-Majtek też nie chciałaś wgnieść?- o ile wiedziałem slipki nigdy się nie gniotły.
-Musiałam je ściągnąć.- poprawiła swe kasztanowe włosy.
-Jasne.- uniosłem się na ramionach- Nie będę pytał w jakim celu. Mógłbym nie uwierzyć.
Wpatrywała się we mnie z pasją nimfomanki, przy czym prawą dłonią delikatnie odsłoniła skrawek ud spod śnieżnobiałego szlafroku.
-Lubię cię.- teraz jej uda ukazały się mym oczom w całej okazałości- Moja sympatia jednak nie wywodzi się z szacunku do ciebie. Musisz wiedzieć, że to ma podłoże tylko erotyczne. To cała prawda. Nie oszukujmy się.- kiedy szła w moją stronę jej nogi wynurzały się spod wycięcia w szlafroku, a pełne piersi znakomicie falowały wraz z białym materiałem- Nie mieszaj w to miłości.
Poczułem bliskość jej ciała, a następnie gorąco, kiedy wślizgnęła się pod kołdrę. Po chwili, gdy rozłożyła się na mnie, a jej głowa znalazła tuż obok mojej, uśmiechnęła się promieniście.
Chciałem coś powiedzieć, lecz jej wilgotny język przeszkodził mi w tym, wdzierając się między moje wargi.
To rozpieprzało psychikę; wszystkie te deklaracje wobec samego siebie, że jest się uczciwym, dobrym facetem, zmieniały się w błoto.
Nie wykazywać inicjatywy do popadnięcia w romans, to nie to samo co nie ulegać ponętnej, dążącej do zbliżenia kobiecie. W pierwszym przypadku jest ogromna szansa na dochowanie wierności; mamy do czynienia z flirtowaniem, na neutralnym terenie, gdzie wciąż rozsądek i lojalność zdają się być panami sytuacji. Niestety przy drugiej sytuacji, gdy flirt zaczyna przybierać formę cielesną, rozsądek ustępuje miejsca hormonom, a lojalność wdziera szaty męskiej podatności na powaby jaskółeczek.
Dopiero kiedy hormony idą na odpoczynek po karnawale, rozsądek, uczciwość, charakter i to wszystko w co wierzyłeś, dokopują lojalności, aż ta poturbowana roni łzę, a oni wciąż kopią i kopią, a ona powoli umiera.
Można deklarować wszystko, ale nie można oszukać biologii; Wypada uciekać.
-Nie przeszkadza ci fakt, że ludzie którzy cię znają, twierdzą, że jesteś szalony?- kobieta, która przed chwilą mnie wykorzystała, teraz zakładała na siebie bieliznę.- Powiada się, że jeślibyś chciał...gdybyś zaczął walczyć z sobą, mógłbyś być całkowicie normalny.
-Normalny?- powtórzyłem, bowiem nigdy nie miałem pojęcia do jakich ludzi odnosi się to słowo.
-Nie musiałbyś kpić ze wszystkiego i wszystkich i nie byłbyś takim podłym malkontentem.
-Żeby być malkontentem i dobrze się z tym czuć, też trzeba stoczyć walkę.- wymówiłem cicho.
-Nie można przejść przez życie ze wszystkiego szydząc.- ona naprawdę była atrakcyjną kobietą.
-Ależ można, Rosie.- rzekłem, a ona posłała mi ciepłe, sprośne wejrzenie- Właśnie to robię.
Kobiety są niesamowite. Krzywdzą cię z dziecięcą beztroską, tyle, że dzieciom można wybaczyć.
- Fajny facet z ciebie.- rzuciła mi moje ubranie- Ale musisz już iść. Zaraz wraca mój mąż.- uśmiechnęła się jakby nigdy nic.
Cóż; nie chciałbym być jej mężem. Z tymi rogami, które ma nie zmieści się przez te drzwi.
-Kim ty w ogóle jesteś?- znalazłem majtki- I jak się tutaj dostałem?
-Poznaliśmy się siedem miesięcy temu. Przyjechałeś z Marcinem do Agnieszki.- tłumaczyła- Ja jestem jej siostrą.
-Magdalena?- westchnąłem opadając bezwładnie na łóżko.
-We własnej osobie.- znowu zapaliła.
-Nie ma w życiu nic zabawniejszego niż jego absurd.
-Nie rozumiem.
-I nie zrozumiesz- wstałem- Nie zrozumiesz.- coś mnie rozbawiło- A jak się tutaj znalazłem?
-Przyjechałam po siostrę, lecz rozmyśliłam się widząc ciebie. Byłeś zalany, ale udało mi się nieco cię ocknąć.-posłała mi wścibskie spojrzenie.
-Uwielbiam te jednostronne, pieprzone romanse, które jak się później okazuje, niszczą mi życie.- włożyłem spodnie.
-I bawi cię to?
-Kurewsko.
-Jesteś świetny.
-Też Magdaleno.
-jeśli chcesz to zrobię coś dla ciebie, spryciarzu?- patrzyła na mnie niemal z uwielbieniem.
-Jasne Magdaleno.
-Co?- oczekiwała.
-Pożycz mi broń.- moja twarz była podstępnie urocza.- Muszę się zastrzelić.

Jeżeli ktoś wypchnie cię z jakiegoś interesu, da się to przeżyć.
Jeśli jednak ktoś wypchnie cię z jakiegoś interesu bez spadochronu, łamiesz wówczas wszystkie kości, upadasz na łeb i krwawisz.
Masz tylko dwa wyjścia: albo pozwolisz ranie broczyć krew, albo dźwigniesz się z upadku i wyliżesz ją.
Korzystając z pierwszej alternatywy, odchodzisz nie przejmując się katastrofą; nie żyjesz i jesteś z tym szczęśliwy.
Z drugą koncepcja jest troszeczkę bardziej skomplikowanie. Najpierw cierpisz (i to kurewsko) Później cierpisz, a po czasie też cierpisz.
Liżesz rany i cierpisz. Później rany się goją, lecz blizny zostają i z tego względu cierpisz.
Owszem; możesz się tym nie przejmować i nie czuć bólu. Takie upadki nie muszą doprowadzać cię do cierpienia.
Ale powiem ci coś; skoro tak jest, jesteś wówczas głupcem. Kaleką!
Inwalidą, gdyż tylko inwalidzi nie czują bólu w miejscu, które zniewolił paraliż.
Ja niestety cierpię. Przyznaję się do swego bólu. Do tego, że potrafię załkać, będąc twardym człowiekiem.
Cóż; znowu muszę cierpieć za tę trochę więcej inteligencji.


-Słucham- przerywając pisanie, odebrałem telefon.
-Przepraszam.- rozmarzony głos należał do kobiety- Przykro mi.
-Przykro?- zapytałem.
-Nie powinnam była tam iść.
-Nic się nie stało.- odparłem bawiąc się ołówkiem.
-Nie powinnam była tyle pić.- i ponownie człowiek rozpuszcza w alkoholu tysiące lat ewolucji.
-Naprawdę nic się nie stało.
-Wiem, że się stało.- moja Femme naprawdę była smutna- Przynajmniej dla mnie.
-Ja się dobrze bawiłem.
-Z Aleksandrą?
-Można tak powiedzieć.
-Spałeś z nią?
-Nie.
-Kłamiesz.
-Nie.
-A więc nie spałeś?
-Nie.
-Wierzę ci.- wydawało mi się, że się uśmiecha- Ty nie lubisz kłamać. To jest zbyt proste.
-Ależ kłamię Marto.
-Nie. Tak ci się tylko zdaje.- mówiła- Twierdzisz tak, gdyż chcesz uchodzić za szalbierza.
-Nie tylko, Marto.
-To twoja choroba. Kpisz z kobiet, chcąc uchodzić za gorszego niż jesteś w ich oczach.
-Możliwe.- zgodziłem się.
-Muszę coś ci powiedzieć.
-Jasne.- nalałem soku do literatki.
-To coś bardzo ważnego.- jej ton zdradzał obawę.
-Mi możesz mówić o ważnych rzeczach.
-Ale jeśli powiem o tym to się wkurzysz.
-Nieee.
-Wpadniesz w szał.
-Ja nigdy nie wpadam w szał.- była to prawda- Ale dla ciebie mógłbym to zrobić.
-To było na grilu.
-Zasnęłaś.- przypomniałem.
-Nie o to chodzi.- przerwała- Później się obudziłam.
-Normalne.- chyba wyczułem co chce mi powiedzieć, a puls mego serca miarowo wzrastał.
-Obudziłam się i poszłam z kimś do łóżka- tego się spodziewałem. Nauczyłem się w życiu, że jeśli kobieta uparcie chce ci coś powiedzieć, to jest to zapowiedzią katastrofy. I to nie jej, tylko twojej.
-Spałam z facetem.
Nie odezwałem się, bowiem przygryzłem ołówek.
-Z Marcinem.- dodała, a w słuchawce zaległo milczenie, a następnie głuchy sygnał.
Rozłączyła się.
Była śliczna. Po prostu śliczna.
I fatalna.
Metr siedemdziesiąt jeden o ile pamiętam i w spodniach. Posiadała oczy koloru zielonego, a figura jej emanowała ponętnością.
Zapewne pokochałbym ją, gdybym kiedyś, tego chłodnego styczniowego wieczoru, nie poznał Dolores. Albo mogłoby w ogóle jej nie być w moim życiu, gdyby owego tragicznego dnia odejścia Dolores, nie było tragedii.
Dziwne to uczucie, kiedy się kogoś nie kocha, a ma się z tym kimś romans i ten ktoś go zdradza.
Niby nie powinienem czuć złości, ani zazdrości. Chyba w ogóle nic nie powinienem czuć.
Wnoszę, że gniew, który mnie opętał spowodowany jest jej wspaniałością. Tym, iż ten przesmaczny owoc skosztował inny facet i to wówczas, gdy ja się nim delektowałem; a dwa ryje przy tym samym korycie, to o jeden za dużo.
Inny facet i to mój przyjaciel wgryzł zęby w soczysty miąższ mojego delikatesu.
Telefon zadzwonił ponownie wtedy, kiedy miałem w ręku pistolet i naboje.
-Vincent?- zapytał głos doskonale mi znany.
-Z Marcinem?- zagadnąłem cicho, lecz w moim tonie nie było smutku.
-Z nim.
-Cóż.- zacząłem ładować naboje do bębenka- Nawet najlepsi przyjaciele mają wady.- trzeci pocisk przeznaczony dla Marcina spoczywał na swoim miejscu.
-Gniewasz się?
-Gniewać się?- powtórzyłem ironicznie- Ja?- nawet po wypierdoleniu mnie z interesu bez spadochronu potrafiłem dobrze się bawić. Jednak nie byłem inwalidą i dlatego czułem ciężar tej zdrady.- Ależ skąd. To, że rżniesz się z moim przyjacielem nie robi mi żadnej różnicy.- załadowałem broń- Szczerze mówiąc gówno mnie to obchodzi. -popadłem w klasyczny gniew zazdrosnego mężczyzny- Pieprzyłaś się z innymi, zanim zaczęłaś ze mną, więc co za różnica? Teraz, wcześniej, czy później? I tak bilans będzie się zgadzał.-przerwałem, aby upić sok- Nie obchodzi mnie fakt, że powinnaś być lojalna. Że Marcin nie powinien cię rżnąć. Nie obchodzi mnie to, że dałaś mu bez problemu i masz czelność mi o tym mówić.- wpatrzyłem się w broń.- Przecież to nikomu nie potrzebne zasady. wzajemnych, pierdolonych relacji międzyludzkich. Sama mówiłaś, że to tylko kosmiczne pojęcie; po co się ograniczać, skoro można mieć więcej za tą samą cenę.- dopiłem soku do dna i z impetem rzuciłem szklanka w ścianę- Nie. Wcale się nie gniewam.
-Powiedz to- jej ton stał się ostry i zdecydowany- powiedz po prostu, że jestem zwykłą kurwą i gdybyś mógł, naplułbyś mi w twarz.- niemal krzyczała- nie jesteś wcale lepszy. Nie stronisz od kobiet, a gdy Ciebie potrzebuję, zamykasz się w jaskini. - westchnęła- A tam świat jest zbyt ponury, jak na moje potrzeby.
-Niektóre miejsca są miejscami tylko samotników.
-Ale nie możesz wciągać mnie w ten mrok.
-Nigdy tego nie robiłem i nigdy nie wymagałem, abyś tam za mną szła.
-A co miałam robić. Czekać, aż odsuniesz głaz i wyleziesz?
-Najlepiej się wówczas puścić. To zabija nudę.
-Ty skurwielu!- dziwnie brzmią takie słowa w słuchawce aparatu telefonicznego- Jestem jak kwiat. Potrzebuję słońca, aby rozkwitać. Nie potrafię być przy tobie w zupełnej ciemności. Mogę uschnąć.- załkała- Wydaje mi się, że jeśli mnie kochasz, powinno ci zależeć na mym pokwitaniu.
-Jasne. Kwitnij.- przeładowałem pistolet i wpatrzyłem się w wylot jego lufy. Kolejny mrok- Tyle, że już nie przy mnie.
-Przy tobie?- parsknęła- Przy tobie, nawet chwast nie potrafi zakwitnąć. Najbardziej cnotliwa kobieta będzie wolała się zeszmacić, aniżeli zdechnąć w twojej jaskini.
-Jeszcze żadna nawet do niej nie weszła.
-I nie wejdzie.- płakała- Przynajmniej ja. Nie z takim skurwielem.
-Widzisz...i muszę żyć z sobą dwadzieścia cztery godziny na dobę.
-Zastrzel się. To jedyne rozsądne wyjście.
-Nie kuś losu- odparłem spokojnie.
-Wypłakałabym się porządnie na twoim pogrzebie, a później rozpoczęła nowe, wspaniałe życie.
-Myślisz, że to takie proste?
-A widzisz w tym coś trudnego?
-Kiedy byłem w armii, był ponury jak co dzień, dzień i odechciało mi się żyć.- mówiłem cicho- przyłożyłem lufę karabinu pod gardło i pociągnąłem za język spustowy- urwałem- Broń się zacięła...To nie takie proste.
-Mogłeś spróbować jeszcze raz.
-Nie pcham się tam gdzie mnie nie chcą.
-Sądzisz, że śmierć cię nie chce?
-Tak było kiedyś.
-Spróbuj teraz.
-Chciałbym, ale teraz się boję.
-Czego?
-Gdyby broń się zacięła, wiedziałbym, że mam pecha.
-Obiecuję ci, że się nie zatnie.
-Dobra.- zgodziłem się- Ale najpierw muszę załatwić co innego.
-Mianowicie?
-Muszę zabić Marcina.- oznajmiłem spokojnie- nie mogę pozwolić żyć facetowi, który wpierdolił się ze swym kutasem w moje życie.

Zaloguj się