Pax in bello

Pocieszycielka skazanego

Pocieszycielka skazanego

„Jowisz przysiągłby przy Tobie
że Junona jest cyganką
O swym by zapomniał niebie
Został śmiertelnym dla Ciebie.”
Szekspir „Stracone zachody miłości.”

   Jest sobota, a Marta wreszcie przygotowała swój bankiet, jaki miał promować mój kunszt literacki i jej wydawnictwo.
Ze znajomych zaprosiła Michała i Jacka, a kiedy zapytałem, dlaczego nie zaprosiła trzeciego z moich przyjaciół, odparła, że nie chce, abym coś sobie pomyślał.
Na dworze mżyło, a ja popijając kawę przeglądałem notatki, dzięki którym mógłbym ruszyć z dobrą powieścią.
A propos; co muszę podkreślić- z całkowicie niewiadomych mi powodów, Marta zaprosiła również mą nie umarłą wówczas kochanicę, Karol, o czym dowiedziałem się z nieoficjalnych źródeł.
Nastała osiemnasta, kiedy pod budynek podjechał srebrny mercedes, a z niego wysiadła Karol. Po chwili pukała już do mych drzwi.
-Cześć kochanie.- weszła i pocałowała mnie w usta- Szykuj się. Jedziemy na bankiet.- podążyła do barku, otworzyła go i przyrządziła sobie drinka- Nie martw się. Marta wie, że przyjedziemy razem.- urwała- To ona poprosiła, abym cię przywiozła.
Ja naprawdę nie mam nic wspólnego z konszachtami tych dwóch bałamutek- powiedziałem do siebie w myślach- Obie są piękne i inteligentne. Obie jednak są kobietami, a ja niekiedy po prostu o tym zapominałem.
„Kobiety zawsze będą wolały dziesiątą część mężczyzny pierwszej klasy, niż wyłączne posiadanie mężczyzny trzeciorzędnego.”
George Bernard Shaw

Ja, nieszczęsny Polinejkes, któremu nie dane było spocząć w grobie. Która jednak z nich jest mą miłosierną siostrzaną duszą, Antygoną, a która nikczemną Ismeną.
A ten łajdak, Kreon; komediant wcielający się w przeróżne postacie? Kim jest ten bencfał?
-Dobry chłopak.- odezwała się szczerząc do mnie zęby, Karol- To znaczy, mój chłopak także tam będzie.- łyknęła trunku i mlasnęła swymi rubinowymi ustami- Zapomniałam ci powiedzieć, że jest on ulubionym kuzynem Marty.
Jest! Dorwałem Kreona i złapię go za mordę! Spójrzcie na ten splot wyuzdań. Kreon jest bratem ciotecznym mej ukochanej Femme i jednocześnie stałym mężczyzną, kochanki Karol.
Co za skurwiel; a ponoć miał być takim miłym, dobrym facetem, tymczasem ten kutas jest sprytniejszy ode mnie. Ma obie me boginie bez tak podłych zobowiązań z jakich wywiązywać muszę się ja.
Nie musi się ukrywać w przeciwieństwie do mnie.
Ja, Polinejkes, którego ten bencfał nie chce pochować; ja, zrobiłem z siebie większego idiotę, aniżeli kiedykolwiek, ktokolwiek zdołał tego dokonać. Nawet moja matka, nie ośmieszyła mnie tak dotkliwie, przekazując mi swą inteligencję.
-Stało się coś?- zapytała spoglądając na mnie spod ukosa, kocim spojrzeniem nimfomanki.
Ty podła szelmo. Awanturnico nie zdolna się awanturować. Wy i te wasze misterne zamysły czynione tylko po to, aby mnie uciemiężyć. Przynajmniej jedna z was walczy o to, abym godnie poległ w grobie.
Szarada rozwiązana.
Teraz już wiem, że wybryk Marty z Marcinem był konsekwencją naszego romansu. Wszystko jej powiedziałaś, głupia cipo...!
...ale chwileczkę. Nasz romans nawiązał się po wybryku Femme ...
- Źle się czujesz?- podeszła do mnie i położyła satynową dłoń na mym policzku.
Wiem.
Zezwoliła mi na romans z tobą, gdyż poczuwała się do winy. Zdradziła mnie i pozwoliła zdradzić siebie.
Świetnie; a więc do dzieła.
Oparłem dłonie na jej udach i unosząc ja w górę zadarłem długą spódniczkę na biodra. Wbiła się swymi wargami w moje skąpane w niedawno dopitej kawie, a jej soczysty język, czepił się z moim cierniem.
Cóż; jestem zbrodniarzem.

Ismena (przedchwilowa pocieszycielka skazanego) i jej mercedes przywiozły mnie pod hotel Maria Magdalena.
Dochodziła dwudziesta, gdy ona trzymając mnie pod pachę, w iście nuworyszowskim geście i ja, odziany w rozpięty elegancki, jedwabny sweter, opadający na jasne spodnie, wkroczyliśmy do hotelu.
Któryś z gości stwierdził, że jestem ekscentryczny, albo lubię się wyróżniać, na co odparłem życzliwie, że zapomniałem nabyć gustowny krawat. I na tym polegała różnica między mną, a resztą towarzystwa.
W chwilę później spotkaliśmy Martę, która przywitała mnie słodkim całusem (na pokaz) i chwyciła pod druga rękę, gdyż pierwszą podtrzymywała Karol.
Idylla nie trwała jednak długo. Obie one, po kilku minutach uciekły pozostawiając mnie na pastwę rozpoczynającej karierę dziennikarki. Rzecz jasna, że nie przeprowadzała ze mną wywiadu. Była tu wyłącznie w ramach towarzyskich, a nie zawodowych.
-Jak to jest.- zaczęła, stojąc naprzeciw- Tragedia winna budzić litość i trwogę.- umoczyła usta w szampanie- Dlaczego więc twoje opowiadanie nie destynuje do tak specyficznych dla dramatu uczuć?
-Motyw tragiczny nie eliminuje z siebie pierwiastka humorystycznego- obdarzyłem ją ciepłym spojrzeniem i zrozumiałem poraz pierwszy w życiu, że coś się we mnie zmienia. Dziwnym jest doświadczać jak wyrasta się ze swego lubianego charakteru.- Człowiek nawet w obliczu śmierci, bywa niewolnikiem przyzwyczajeń. Tak też dzieje się z moim bohaterem, który jako nałogowy sardonik i ekstrawersant nie pozostaje śmiertelnie ponury nawet w obliczu rozpaczy. - urwałem- Staje się człowiekiem zdeterminowanym, jest to jednak postawa charakterystyczna ludziom steranym przez życie.
Aneta; tak miała na imię naradzająca się talenciara, zabawiała mnie przez ponad dwadzieścia minut, a następnie porwana przez rubaśnego bufona, swego męża, znikła z pola widzenia.
Odnalazł mnie Michał i korzystając ze sposobności polał mi i sobie wódki i napiliśmy się. Powtórzyliśmy ten rytuał jeszcze kilka razy i znów się rozstaliśmy, gdyż on poderwał jakąś nadzianą trzpiotkę.
Ja; osamotniony, usiłowałem w kuluarach dostrzec tego łajdaka, Kreona i zabić go. Nie miałem spluwy. Nie wypada nosić broni na przyjęcia. Postanowiłem zabić go gołymi rękami.
-Jak to jest możliwe, iż najświeższy umysł w dziedzinie prozy tego zacofanego kraju, jest samotny wśród tłumu ludzi.- odezwał się do mnie gruby głos, podstarzałego człowieka. Człowiek ten podsunął swą dłoń ku mnie, szczerząc zęby w improwizowanym, ale szlachetnym uśmiechu- Ja, proszę szanownego Pana uważam, że to dotkliwa dolegliwość, osoby okaleczonej, a nie mogącej schronić się w jaskini, bo jaskinię szanowny panie, właśnie zamienili w mauzoleum, które odwiedza codziennie dwa tysiące ludzi. I jak tu spocząć w grobowej samotności?- podał mi literatkę z trunkiem- No jak, łaskawy panie?
-„Twórczość wielu pisarzy jest zapisywaniem swojego przeżycia samotności” jak uczy Marquez.- odparłem- To właśnie moja jaskinia.
-Samotność...- żachnął się- Samotność, proszę pana to nic innego jak brak dmuchania, szanowny panie.
-Nigdy nie dmuchał pan w samotności?
-Tyle mówi się o kultowych pojęciach jak miłość i samotność w znaczeniu kosmicznym. Jakie to wszystko szlachetne. Miłość jest dobra i samotność także jest dobra, ale już dmuchanie jest złe. Dlaczego?- tu uczynił niewiadomy gest ręką, ściszając nieco głos- Kurestwo nie istnieje szanowny panie. To ludzki wymysł i tylko dla nas tak wiele znaczy. Zresztą, zwierze kapitalizmu nie jest ewenementem w tej dziedzinie. Gwałty, prostytucja, wszystko odbywa się w świecie zwierząt z równą częstotliwością, jak na ulicach naszego miasta. Samce pewnego gatunku amerykańskiej pszczoły, stoją na straży najlepszych kwiatów i kiedy samica chce być dopuszczona do nektaru, musi odbyć z samcem stosunek.- przyglądał się eleganckiej kobiecie, która stała przy szwedzkim stole i zajadała sałatkę.-Kiedy czuję się samotny, szanowny panie Vincencie, wiem, że nastał czas, aby dmuchnąć jakąś kobietę. Znam bardzo do tego odpowiednią, prawie jak malowidło, ale ma jeden feler. Interes męski traktuje jako szczoteczkę do zębów, a zęby myje trzy razy dziennie i nie zawsze tą samą szczoteczką. To moja żona.- dopiero teraz potraktowałem go poważnie, a jego zdeterminowane do zazdrości spojrzenie wyrażało milczącą nienawiść- I jak szanowny pan myśli? Co mam do uczynienia?
-Nic na to nie poradzę.- odrzekłem tonem wyrażającym szacunek nie dla niego jako człowieka, lecz dla jego cierpienia, co niewątpliwie umiał rozróżnić- Kobiety od awantury w raju cieszą się złą reputacją, ale to wina mężczyzn.
-I ma pan rację.- uniósł palec w górę- Musimy ponieść konsekwencje własnego egotyzmu i boskiej głupoty. I wcale się nie dziwię, że człowiek jest równie głupim jak jego stwórca. Ponoć jesteśmy na podobieństwo Boga, prawda i tak jak on jesteśmy bezwzględni, źli i nieuczciwi.- był coraz bardziej pijany i wyglądał na takiego, który lubi wprawiać się w taki nastrój- W gniew człowiek popada równie nagle jak jego stwórca, a Kohelet mawiał przecież- „Nie bądź pochopny w duchu do gniewu, bo gniew przebywa w piersi głupców” , a Bóg osobiście rzekł do Mojżesza- „Zostaw mnie przeto w spokoju, aby rozpalił się gniew mój na nich”.- mlasnął niemal w rozkoszy- Najsędziwszy z mędrców Starego Testamentu udowodnił Boską głupotę, co nie ulega żadnym wątpliwością.
Zostawiłem starego przy stoliku z jeszcze jednym gorliwym dyskutantem, który wyprowadzał niewierność swej żony z zarodka Mezopotamskiego i znalazłem trochę cienia przy stoliku z winem. Nie miałem nic przeciw nim i ich poglądom, które prawie zgodne były z moimi, jednak dzisiaj wszelkie dyskusje chciałem po prostu omijać.
-Człowiek nie powinien tak pomiatać swoim życiem jak ty.- głos, który doszedł do mnie z za pleców, był niczym śpiew syreny, a ja stałem się Odyseuszem, którego zapomniano przywiązać do masztu.
Unosząc ząbek pomarańczy, obróciłem się i stanąłem oko w oko z agresywną brunetką, mierzącą około metra osiemdziesięciu wzrostu i patrzącą na mnie w dzikiej ekstazie.
-To takie jak ty mną pomiatają.- sprostowałem kwitując jej uśmiech, rozluźnieniem rysów swej skupionej twarzy.
-Jestem Angelika.- podała mi swą złotobrązową dłoń, którą wedle powinności uścisnąłem.
-Vincent.- rzekłem, podając jej swą lampkę z winem- Wypij moje zdrowie.- zaproponowałem.
-Nie pijesz wina?- umoczyła swe pełne, świadome swych doświadczeń usta w bąbelkach, w których wcześniej pławił się mój język i uśmiechnęła się.
-Jeszcze dwa łyki i stanę się zuchwały.- połknąłem drugi ząbek pomarańczy.
-Nie przy mnie Vincencie.- powiedziała, a ja poczułem emfatyczny zapach jej wyśmienitego ciała.
-Czym różni się picie przy tobie, Angeliko?
-Tym, że prawdziwa kobieta posiada szczególny dar, wzbudzania w mężczyźnie tego co dobre i szlachetne.
-A co z nie prawdziwymi kobietami?
-Czego szukasz Vincencie? Majątku? Głupiec poszukuje majątku. Mądry poszukuje doskonałości.- położyła swą dłoń na mym przedramieniu i wydało mi się przez chwilę, że znam ją od zawsze.
-„Żądam od świata tego co mi się nie należy, a od siebie tego czego nie jestem w stanie dać.”- zacytowałem Szekspira, ponieważ zawsze korzystałem z dogodnych okazji, aby przedstawić widzenie artysty.
-Nie należę ci się, i nie jesteś w stanie dać mi miłości, a więc zażądaj mnie i daj mi miłość.
Racja Angi.
Niech reszta będzie wzorem dla ludzkości. Koniec z uczciwością. Mądrość nie zawsze jest zaletą, zwłaszcza wśród głupców.
-Lubię cię. Zupełnie jakbyś był mi bliski. Wszystko co mówisz, nawet jeśli musi to być poważne, jest jakoś powykręcane, aby miało posmak ironii.- mówiła, a ja czułem przypływ adrenaliny, która wprawiała mnie w stan stonowanej euforii- Wyrażasz się o sobie z sarkazmem, albo dezaprobatą.
-Otóż to Angi.- oblizałem językiem wysuszone przez namiętność wargi i uśmiechnąłem się do siebie.
-A jesteś przecież bardzo inteligentnym człowiekiem.- tym razem to ona chwyciła ząbek pomarańczy w swe zgrabne palce i włożyła w moja usta- Tym trudniej się z tym pogodzić.
Ukłon, Panie i Panowie; oto Angi! Kolejne arcydzieło. Cudna Dejopeja; najurodziwsza z nimf Junony.
Cóż mogę powiedzieć i cóż począć z sobą? Nie dam rady Bogom; wynalezienie bomby jądrowej jest niczym przy pomyśle Zeusa z Pandorą; „jest złem zesłanym przez Bogów na ludzi”, „jest pułapką, której ludzie nie zdołają sprostać.”
Patrzę na Angi i widzę interesującą twarz, pełną inteligencji. Ale to, jeśli tyczy się kobiet jest nie istotne. Mogła być urocza, czarująca i taktowna. Błyskotliwa i rezolutna; była jednak kobietą.
Rozglądam się dokoła i już wiem, że osiągnąłem sukces.
A Angi?
Nie; ona nie jest premią tego sukcesu. Ona także osiągnęła sukces. Jestem pisarzem i potrafię rozróżnić ludzkie sukcesy i porażki.
A ten facet po drugiej stronie kilkunastometrowego stołu? Literat? Raczej bencfał...spójrz na niego. Ma ponad czterdzieści lat, a rozgląda się za ledwo upieczonymi osiemnastkami, które zaraz zwabi na groteskowy sygnet i złotą biżuterię.
Nie moja to sprawa, że tamta podejrzana na pierwszy rzut oka, para rzuci się zaraz na sofę pod oknem i da upust swej namiętności. Przesyt alkoholu, obyczaje ery atomowej...to wszystko czyni ludzkość dość swobodną, aby czemukolwiek, co ma podtekst ekscentryzmu, dziwić się.
Tak kończą się przyjęcia bogatych. Pieprzą się każdy z każdym idąc drogą swego rozpieszczenia. Bankiety ubogich rządzą się przynajmniej jakimiś prawami. Tam panują kochankowie. Tutaj dominują bałamuci.
A ta obwieszona złotem nonszalantka? Cholera, puder już nawet nie może ukryć tej ruiny, a wciąż usiłuje być na scenie. Ignoruje teraz fakt, że dwaj faceci konwersujący przy schodach w najlepsze, za godzinę porwą ją między swe zardzewiałe dyby.
O...spójrzcie na te dwie piękne wprost kobiety pod cieniem zasłon. Obie zgrabne, zwarte w tajemniczej ekstazie...o, właśnie stykają swe spragnione usta, a brunetka zamyka oczy oddając się uniesieniu. Blondynka natomiast wydaje się bardziej zmysłowa i głaszcze drugą po policzku...cóż, lesbijki...
...bogowie! Przecież to Femme i Karol.
Nie maczałem palców w tym, że Dolores, niegdyś szanowana i uważana za świetnie się prowadzącą, stała się boginią upadłą.
To nie moja zgryźliwość, ani pragnienie zemsty; to stało się naprawdę. Dziwne zrządzenie losu, gdy Dolly, przybrała postać tej, którą chciałem z niej zrobić na łamach mej pierwszej powieści, Amandy, szanującej się kurewki bogatych.
Nie jestem łajdakiem. Ciężko jest mi wymówić słowo kurwa pod adresem Dolores. Powiem nawet, iż nigdy nie potrafię wymówić tego słowa na głos. Drży mi dłoń, kiedy muszę to napisać.
Gdyby ironia losu miała nieco inną formę. Gdyby los zesłał na mnie śmierć, wówczas gdy byliśmy razem. (Cóż Tanatosie. Skrewiłeś.) Dolly stałaby się bohaterką dramatu. Byłaby Izoldą współczesności. Zyskałaby miano lojalnej, i wiecznie wiernej oblubienicy. Ludzie podziwialiby ją, a ona wypłakując się, po roku rozpoczęłaby nowe życie. Być może, że lepsze. A tak; nie zdążyłem umrzeć i z tego względu ta piękna, nie głupia kobieta okrzyknięta została łajdaczką.
Zawsze był jakiś facet z pieniędzmi, świetnym samochodem i klubem nocnym, który nie musiał czekać, aż tak długo jak niegdyś ja, kiedy ona była jeszcze dziewicą, aby zasmakować owocu jej ciała.
Bogowie; dlaczego kobiety po czasach swej świetności upadają pełne świadomości tego i roznoszą swą miłość po całym mieście?
Z mężczyznami jest inaczej. Mężczyźni nie upadli od dnia swych narodzin. Być może, że nigdy się nie wznieśli
Naprawdę dotkliwie boli mnie fakt, że kobieta, która niegdyś bardzo kochałem oddaje się facetom, którzy mają tylko samochód i pieniądze, a bez tego są drugoligowcami. Dlaczego wy szukacie jedynie wrażeń? Nie możecie wytrzymać z dobrymi, miłymi facetami, z zawsze troskliwymi mężczyznami. O nie. Wy wolicie szarlatanów. Wielkich macho, którzy są jedynie drobnymi cwaniaczkami, zachodzącymi każdemu poczciwemu twardzielowi za dupę. Wkurwiają porządnych facetów, a później chowają się za plecy Temidy.
Dolly, dziecinko...dlaczego?
Ja naprawdę nigdy nie pałałem nienawiścią do kobiet. Pewnie myślisz, że jestem idiotą, ale ja zawsze pozwalałem kobietą robić z siebie nieudacznika. Kobiet nie można nienawidzić i kiedyś się o tym przekonasz.
Mario Puzo doskonale ujął sprawę:
„Chcesz wiedzieć jak kobiety potrafią kochać, świadomie karmiąc cię miłością, aby zatruć twoje ciało i umysł, tylko po to, aby cię zniszczyć? A następnie, kiedy kończy się namiętność wolą odejść? Jednocześnie mamią cię obietnicami, robiąc z ciebie głupka?
Niemożliwe? To jeszcze nic.”
Racja. To jeszcze nic. Mario to przepowiedział, a Dolly udowodniła. Jednak Femme także nie pozostała dłużna, lecz ona przynajmniej nie upadła, aż tak nisko.
Rzecz jasna, że nie była ostoją wierności. Ona jednak miała respekt przed samą sobą i zdradzała mnie tylko z tymi, których naprawdę chwilowo pragnęła.
Ona była nie tyle co nierządnicą ile oszustką. Kłamanie było prawidłem jej osobowości. Teraz zastanawiam się nad tym, czy ona aby nie żyła w zakłamaniu, że lubi kłamać.
I wiecie co? Ta kobieta zaczęła mówić prawdę tylko przez pomyłkę.
Skąd to wiem?
Jej wyskok z Marcinem; nic takiego nie miało miejsca. Grała przede mną i kazała grać mym przyjaciołom, aby mnie potępić
A na ironie pomyślałem wtedy o samobójstwie.
Dlaczego to zrobiła? Nie wiem. Być, może, że chciała, abym ją znienawidził, gdyż wówczas odzyskałaby suwerenność i miała Karol na własność, bez poczuwania się do winy. Tak, tak. Ta istota miała w sobie na tyle szlachetności, aby nie posuwać się do zdradzania mnie.
Jesteś cudowna Femme!!!
Krzyczę, że cię kocham! Kocham twoją szlachetność! Twoje zielone oczy i skłonność do awantur! Kocham nawet to coś w tobie, co wymyśliło w meandrach twego umysłu ten ohydny kłam o zdradzie.
Czy wierzysz w to, że ten skurwiel był wówczas bliżej śmierci, niż kiedykolwiek?
-Angi.- wymówiłem, uwalniając się spod ciężaru swej upitej świadomości- Zabierz mnie stąd. Gdziekolwiek. Najlepiej do raju, jeśli znasz do niego drogę.- nabrałem głęboko powietrza do płuc jak człowiek wyrywający się ze szpon szaleństwa i spojrzałem w jej czerwone oczy.
-Zaprowadzę cię na wzgórze.- wyciągnęła w moją stronę swą boską dłoń- Pójdziesz śladami Dantego i tak jak on, spotkasz Wergiliusza, który pomoże ci odnaleźć ukochaną Beatrycze.- dotknąłem jej skóry, a ona zacisnęła palce na mej drżącej dłoni- Najpierw jednak tak jak i on przejść musisz przez piekło, gdzie spotkasz wielu, różnego rodzaju grzeszników.
-Piekło już znam Angi.- powiedziałem, gdy minęliśmy tłum nie interesujących się nami kretynów i wskoczyliśmy na schodki- To całe moje życie- dodałem chcąc uchronić się od powtarzającej się wiecznie projekcji nieszczęść mej przeszłości.
-Więc zaprowadzę cię do podnóży góry, gdzie są bramy raju.- kolejny schodek i kolejny jej uśmiech. Wibracje w głowie, ciężki oddech i to coś co podśmiewa się ze mnie w kuluarach mej czaszki.
Ale czyż mogłem tak po prostu odejść? Czyż miałem niekwestionowane prawo opuścić padół ziemski, nie wypowiadając ostatniego słowa przeprosin?
Co z Lilit? Dlaczego Beatrycze? Gdzie moi przyjaciele? Kiedy da znać o sobie któraś z zamierzchłych kochanek?
Nie mogę uciec; tym bardziej do raju.
Angi, proszę- oszczędź
-Oto bramy nieba.- wymówiła, a ja otworzyłem bezsilnie oczy i spojrzałem na łuk nad drzwiami.
-Lasiciate ognim speranza roi ob’entrante -przeliterowałem z niemałym wysiłkiem, po czym spojrzałem na nią, kiedy wprowadzała mnie do komnaty, jak się później miałem dowiedzieć, jaskini na sto lat samotności.- Co to znaczy, Angi?- opadłem na wielkie baldachimowe łoże, a ona stojąc nade mną starła kroplę rosy z czoła.
-Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie.- wyjaśniła poprawiając czarne, krucze włosy.
-A więc naprawdę spotkam Wergiliusza?- próbując wstać, uniosłem się nieco, lecz zdecydowany ruch jej ręki rozwiał wszelką nadzieję.
-Ja się tutaj nie nadaję, Angi.- wybełkotałem- Nie jestem nikim specjalnym...żyję tylko w specjalnym świecie.
Żwawe dłonie Angielki, zerwały ze mnie ubranie, które następnie ułożyły na fotelu w niezwykłej skrupulatności. Później jak za migającym ekranem, ujrzałem jej nagie piersi i biodra, a w końcu koronkowe figi, a następnie przyjemne ciepło ludzkiego ciała, jakie rozpalało mój lewy bok; i to ciepło sprawiało, że ludziom chciało się walczyć. To pomagało iść przez życie, ale wiedział o tym tylko ten, kto nauczył się jak trzeba żyć na świecie.
-Chcę ci podziękować, Vincencie.- ponownie dobiega mnie bardzo przyjazny głos, osoby widocznie życzliwej, wyzbytej pragmatyzmu. Tylko ludzie szczerzy potrafią mówić taką barwą głosu.- Podziękować.- ponawia ten sam głos.- Za to, że jesteś.
Deklaracje są łatwe; nie płacimy za to nic. Możemy roznosić miłość po całym mieście i przyjmować ją. Gwarantować sobie uczucie, oraz odbierać gwarancję.
To bardzo łatwe, ale podziękowanie komuś za to, że jest wyraża nie tylko miłość, ale i szacunek, przyjaźń, przywiązanie i determinację, a ludzie zdeterminowani do życia są wierniejszymi kochankami.
Kochamy na wiele sposobów, ale zawsze kochamy ciałem; od tego nie ma wyjątków. Wdzięczność natomiast jest aktem, spowitym przez setki miliardów szarych komórek, przez ból i doświadczenie oraz zadumę i zmęczenie; tego procesu nie można wymusić.
Zamknąłem powieki, chroniąc świadomość przed ostatecznym ciosem, kiedy poczułem jak łóżko się kolebie, wraz z nią, która się unosi nade mnie i zapewne patrzy i czeka.
-Możesz mnie zamordować, Angi.- wyłkałem, a z mego lewego oko potoczyła się łza- Lub pozwolić mi umrzeć.- boleść osiągnęła apogeum. Beznadziejny smutek po stracie wszystkich bliskich, ale Angi mnie nie zraniła. Przybrała nieobecną pozę tak jakby nie słyszała.
Kobieta jest pięknym zjawiskiem.
Zakochana kobieta to szalony żywioł. Pamiętajmy jednak, że żywioł tylko i wyłącznie niszczy. Nie zdarzył się jeszcze taki, który coś zdołałby naprawić. Raz widziałem pożar, jaki stłamszono dzięki drugiemu pożarowi; oba w końcu zgasły.
Szaleństwo także bywa tragiczne, a najgorsze jest to, że i dla wszystkich świadków
Jeśli ktoś mówi, że cię kocha i wiesz, że nie jest to kłamstwo, to coś się zmienia. Nie, świat wciąż jest podły; zmiana zachodzi w tobie, kimkolwiek jesteś.
Oczy stają się łagodniejsze, zmarszczki układają się w sennym łuku, a usta wykrzywia grymas zadumy. Niesamowite przeżycie
Stajesz przed całym światem. Odziany i silny. Zerkasz w pustkę przed sobą, a tam coś uśmiecha się do ciebie; tak, tak. To ono, poczciwe, zabiegane, upragnione szczęście. A jednak istniejesz- mówisz mu, a ono wciąż darzy cię ciepłym wejrzeniem.
Odwzajemniasz reakcję, a kiedy echo słów gubi się w odwiecznych głosach rzeczywistości, słyszysz jakby szeptało, że tylko tutaj i teraz, że tylko teraz.
No i pryska. Nie ma replayów. Nie z tego rodzaju szczęściem; nie z łaskoczącym twą tkliwość wyznaniem.
Te same słowa po tygodniu, miesiąc, czy roku, wypowiedziane nawet w najodpowiedniejszej okazji, już nigdy nie zapędzą cię w stan owej pogodnej, statecznej i wykwintnej euforii.
Bez względu na nastrój, na ton głosu, na wyraz twarzy, nigdy nie zabrzmi to w ten szlachetny sposób. Bez względu na okoliczności, na twe pragnienia, ten rodzaj szczęścia nie puka do tych samych drzwi dwa razy. I kiedy to zrozumiesz będziesz o jeden krok bliżej do skarbu na końcu tęczy.
Beatrycze wstała i pochylając się nad mym ciałem wyciągnęła dłoń i palcem wskazującym, delikatnie starła strugę wilgoci z mego policzka.
-Śpij.- dosłyszałem echo jej głosu- Śpij kochany,
Kiedy próbuję unaocznić sobie wszystkie możliwe drogi, którymi mógłbym niegdyś pójść, dopada mnie coś w rodzaju histerii; kaskada łez opływa mą twarz, zatapiając zmarszczki młodości i okala podbródek, aby następnie opaść w dolinę na resztę mego śpiącego ciała.
Histeria jednak się nie dokonuje, gdyż w ostatnich chwilach swego rozpaczliwego szału, napięcie w mych mięśniach słabnie i poręcze łóżka, które me dłonie więziły w stalowym uścisku, zdolne są odetchnąć.
-Wyznaczyłem sobie dziwny cel, Angi.- westchnąłem, podczas, gdy druga natrętna łza opuściła przytułek prawego oka- Nie...nie pragnę sławy, ani bogactwa.- głos mój powoli się załamywał- Chcę tylko móc doprowadzić was, kobiety do stanu rozczulenia i sprawić, że uronicie choć jedną łzę nad światem...Nie. Nie musicie płakać.- drgnąłem- Wystarczy, że załkacie.
I pomyśleć, że dawno temu mogłem zostać piłkarzem. Zrobić karierę. Po wyjściu z arami, proponowano mi nawet pracę w brygadzie antyterrorystycznej.
-Vincencie.- ponownie ten dochodzący z oddali dźwięk- Spójrz.
-Zostaw mnie Beatrycze.- odegnałem od siebie echo tych słów- Pozwól umrzeć.
-Vincencie.- słowa są teraz bardzo blisko- Ocknij się i spójrz w moje oczy.- teraz czuję też czyjś dotyk. Boski dotyk. Tylko boginie potrafią dotykać z takim ciepłem. Dotyk, w którym jest ogromne uczucie. Boskie uczucie. Jeśli Bóg istnieje, to jest kobietą.
Unoszę powieki i widzę boską twarz.
-Lilit.- wyjękuję w milczącym zachwycie i równocześnie smutnieję- Ty płaczesz.

„Jak długa podróż-trudy nieustanne
niweczą dzielność silnego wędrowca.”
Szekspir „Stracone zachody miłości”



 

Pax in Bello ; pokój wśród walki

Pax in Bello ; pokój wśród walki

Zatrzymaj się i zapłacz nad grobem Kriososa, który z ręki
gwałtownego Aresa, pośród wojowników z pierwszej linii, zginął.”
-cytat wygrawerowany na cokole stojącego posągu Kriososa.



 

Euforia

Euforia

Czy to prawda, że ci którzy chcą skończyć ze sobą, nie winią innych za ich wiarę i szczęście? Nie obwiniają ich, że posiadają nadzieję i spokojnie przyznają, iż każdy w końcu umiera, nie okazując przy tym choćby cienia smutku?
Możliwym jest, że miałem ochotę skończyć z wiecznie upokarzającym mnie życiem jak i tym wszystkim co składało się na to upokorzenie. Niestety byłem człowiekiem nadzwyczaj silnym w determinacji, a i fakt, że zmysły moje spoufalone były z troską i rozpaczą był pomocny w nie posunięciu się do drastycznego kroku.
Teraz jednak wydaje mi się, iż morderstwo na samym sobie w stanie psychicznym, do którego dobrnąłem, po czasach walk, niepowodzeń, zwątpień i rozczarowań, okazuje się czynem nie tyle co afektywnym, ile w pełni rozważnym, i przemyślnie zdecydowanym.
Czego?
Czynem chyba zwykłem złośliwości.
Podczas, kiedy Carmen umoczyła usta w lampce białego wina, na mojej twarzy ujawniło się nieme świadectwo jakiejś tragedii.
Zerknęła na mnie uważnie, a ja poczułem ciężar tego wzroku.
-Czy coś się stało?- zagadnęła, poważnie mi się wpatrując.
-Nie.-odparłem wolno- Nigdy nic się nie dzieje.- słowa moje nigdy nie wypowiadane były z naciskiem. Głos mój zawsze był przyciszony i opanowany.
-Masz mi za złe?- odezwała się- Wciąż masz mi za złe?- teraz jej twarz pokryła się ciemną czerwienią, a oczy zabłysły afektywnym blaskiem. Nie lubiłem tego nieopanowanego temperamentu. Była energiczna i reagowała impulsywnie nie chcąc pozostawać bezbronną.
-Przecież wyjaśniliśmy to sobie. Powiedziałeś, że wszystko jest w porządku.
Spojrzałem na nią z wrodzoną uprzejmością, a zarazem z dręczącą mnie namiastką czegoś w rodzaju nienawiści. Naprawdę niekiedy jej nienawidziłem. Trwało to jednak nie dłużej niż kilka sekund, a później znów było to dobre, pełne czci uczucie.
-Nic sobie nie wyjaśniliśmy- rzekłem rozglądając się dookoła po wnętrzu restauracji- i nigdy nie powiedziałem, że coś jest w porządku.
Zasadniczą różnicą między nami, była ta dysharmonia, iż ja wyuczyłem się spokojnego reagowania w sytuacjach, w których inni przeważnie bywają nerwowi, a ją niestety, ponosiły nerwy i przez to właśnie wszelkie problemy kwitowała gniewem.
Wówczas potrafiła wypiąć się na cały świat
-Kocham cię.- zapowiedziała, a ja wystawiłem siebie na własne szyderstwo.
-Tak. To co ostatnio zrobiłaś właśnie tego dowodzi.
-Musiałam odejść.- pochyliła się nad stolikiem, aby z bliska wpatrzeć się w moje umęczone oczy- Ty o tym doskonale wiesz. Nie zasługuję na ciebie. Jesteś za dobry i powinieneś mieć tak samo dobrą partnerkę. Nie potrafię żyć z twoją dobrocią. Wiem, że nie mogę cię krzywdzić i dlatego musiałam odejść.
I za co to wszystko...?
„Otóż, mój miły i nauka:
obejścia z jędzą ucz się od kaduka.”
Goethe „Faust”
Spojrzałem na nią pełnym drwiny wzrokiem, a ona poprawiła czarne włosy.
-Zrozumiałbym, gdyby był w tym sens.- powiedziałem cicho- Ale nie ma. Odeszłaś, gdyż nie chcesz mnie krzywdzić, bowiem jak mówisz, jestem dla ciebie za dobry, a ty tego nie potrafisz odwzajemnić.- urwałem, a ona ponownie upiła wina- Skoro mi to pasowało, to na czym traciłaś?
Mógłbym zrezygnować. Fakt; byłoby to bolesne, lecz czy jej odejście nie jest równie bolesne?
Poza tym ból jest formą przejściową.
Postanowiliśmy być przyjaciółmi, cokolwiek to znaczy i jak dotychczas, dwadzieścia dni po naszym rozstaniu, doskonale nam szło. Ja jednak, jako neotyk, musiałem wyjaśnić sobie przyczynę jej odejścia logicznie i dlatego wciąż do tego wracałem.
Starałem się zrozumieć
Ona natomiast nigdy niczego nie chciała pojąć. Jej wystarczyły wrażenia.
Był to dla nas charakterystyczny okres przejściowy, z tym, że pytanie brzmiało, do czego przejściowy?
-Daj spokój. Nie cieszysz się z tego co mamy teraz?- patrzyła na mnie przez chwilę i jak zwykle zauważyła wąskie usta, zawsze surową dumę w napiętych nozdrzach i oczy osłonięte ciężkimi powiekami- Ciesz się z tego.
Czułem do niej nienawiść. Po prostu nienawiść. Byłą to czysta, klasyczna nienawiść i nic innego.
-Masz rację- ustąpiłem, bowiem nie zwykłem narzucać się, kiedy ktoś ignorował problem.
Kiedy najgorsze co może ci się przydarzyć, rzeczywiście ci się zdarza, a ty to jakoś znosisz, wówczas jesteś najsilniejszym człowiekiem na świecie.
-Przestań.- poprosiła, o ile kiedykolwiek potrafiła prosić- Na wszystko zapatrujesz się z posępnej strony. Wiem, że miałeś ciężkie życie, ale...
-Prawda.- wtrąciłem- Możesz to tak nazwać.- opętał mnie smutek po jej stracie- Ja je przeżyłem
Właśnie nienawidziłem jej jeszcze bardziej. Niewiarygodne uczucie. Powiedziałbym jej to. Wykrzyczał w twarz, ale lata skrywanych udręk nauczyły mnie iście nadludzkiego panowania nad sobą. Gniew był bezcelowy.
-Może kiedyś znów będziemy razem, jeśli o to ci chodzi.- odezwała się.
-Nie. Nie będziemy.-zapewniłem.
Wyczułem, że cierpienie doprowadziło mnie do takiego stanu, kiedy najdumniejsze nawet serce łamie swą dumę i pada pokonane strapieniem.
-Żałuję, że nie chcesz.
-Chcę. W tym właśnie problem.
Wpatrywałem się w jej intensywne spojrzenie, spokojną pewność i jakiś cień czegoś głębokiego i niemego.
-Jesteś wspaniałym człowiekiem i boli mnie, że odeszłam i rzuciłam ciebie.
-Ale oczywiście musiałaś.
-Tak i ty powinieneś o tym wiedzieć.
Nie odpowiedziałem.
Zerknąłem mimochodem na młodą parę siedzącą przy stoliku pod ścianą, a później na złoty pierścionek na palcu Carmen, który dałem jej w geście uczucia.
-Czy nie mógłbyś być na tyle dobry, aby zapomnieć o tym wszystkim?
-A ty myślisz, że co ja się staram zrobić?
Dwoje ludzi przy stole.
Miedzy nimi dwa kryształy do połowy wypełnione winem i dzbanek z bukietem świeżo zerwanych kwiatów.
Żółć wpadała w czerwień, albo to czerwień mieszała się z żółcią, niewielkich płatków.
Ona lubiła kwiaty. Tak. Zdecydowanie. Lubiła je za to, że potrafiły wywoływać tak przyjemne wrażenia wzrokowe.
Wrażenia.
On nie lubił tego słowa, ale uwielbiał kwiaty. Jednak jego uwielbienie tyczyło się faktu samego ich istnienia. Tego, że tak piękne rośliny potrafią i istnieją obok człowieka bez jego wymyślnych doświadczeń na wszystkim co piękne.
Ona natomiast widziała w tym smagły rys ludzkiej pomysłowości .Znamię udoskonalania gatunku. Połączenia kilku i dążenia w tym do doskonałości, lecz kto później był w stanie stwierdzić o tej doskonałości?
Czy dla zwierzęcia ludzkiego, kiedykolwiek, cokolwiek będzie doskonałe?
Nieuchronnie w swych doświadczeniach i staraniach udoskonalania świata brniemy na oślep, za wszelką cenę usiłując znaleźć na końcu tęczy skarb. Najgorsze jest jednak to, że wszyscy go tam widzą, nie dostrzegając już tego, iż pod złocistym blaskiem leży tylko...tylko śnieg.
Nie jest to jednak drobny puch. To ogromna, nieprzenikniona zaspa.
-Nie chcę cię krzywdzić.- powiedziała, ale o tym już wiedziałem- Jesteś dobry, a ja zbyt kapryśna i nie powinnam tym kalać twojej dobroci. Nie zasługujesz na to, aby cię krzywdzić.
-Twój temperament nie był i nie jest w stanie mnie zaboleć.- odparłem sucho- Życie moje polega na doświadczaniu uczuć, nawet jeśli są to tylko gniew, czy determinacja.- przerwałem- Masz rację...jestem dobry. I masz rację...krzywdzisz mnie, ale tylko w jednej setnej tego co jestem w stanie znieść.

„Kiedy jesteśmy szczęśliwi, jesteśmy zawsze dobrzy, lecz kiedy jesteśmy
dobrzy, nie zawsze jesteśmy szczęśliwi.”
Oscar Wilde.

Bardzo łatwo mogłem rozpoznać chwilę, kiedy byłem naprawdę szczęśliwy. Roniłem wówczas łzy. Nie. Nie płakałem; po prostu oczy moje pokrywała wilgoć.
(w tej chwili były bardziej suche, niż kiedykolwiek)
-Wydaje mi się, że więcej jest w tobie złości, aniżeli bólu.- zauważyła, dając tym do zrozumienia, iż niekiedy stara się cokolwiek pojąć.
-I owszem. Jest we mnie ból.- przetarłem dłonią po policzku- Zwykłem go jednak ukrywać. Nigdy nie okazuję swego cierpienia.- zamyśliłem się- Poza tym teraz już prawdopodobnie nie cierpię...staje się to wszystko bardzo łatwe, kiedy jest się już dostatecznie zmęczonym.
-Łatwe? Co jest łatwe?
-Odejścia. Rozstania.- wzruszyłem ramionami- Porażki. Wszystko co składa się na nieszczęście.
-Więc nie robi to już na tobie żadnej różnicy?- chyba była tym rozczarowana.
Zapatrzyła się na mnie, a później zbita nieco z kontentu, rozglądnęła się po wnętrzu lokalu, aby po chwili ponownie powrócić na wyraz mego oblicza.
-Różnica istnieje zawsze.- rzekłem spokojnie- Tak samo jak ból- dopiłem wina do dna- Bez względu na to w jaki sposób będę do tego podchodził, nie pozbędę się ich z mojego życia.
Powiedziała niegdyś, że czuje się przy mnie nadzwyczaj bezpiecznie jak w sanktuarium wśród serafinów. Ale to nie było jedynie jej wyznaniem. Większość tych wspaniałych kobiet, które miały okazję być ze mną i wtulać się w moje ramiona na cierniach mego zniszczonego przez czas łoża, raczyły mnie tymi słowami.
-Dziwne.- rzekła z odcieniem klasycznego gniewu w głosie- Sądziłam, że jesteś inny.
-Wiesz.-wpatrzyłem się głęboko w jej oczy- Jesteś kobietą silną.- urwałem- Albo lekkomyślną.- spojrzałem na zegarek, a później znów na nią-Być może, że lekkomyślnie wykorzystującą swą siłę.
-Och, przestań.- wyjąkała nieco ironicznie- Ty i to twoje elokwentne paplanie.- zerkała na swe wymalowane na biało paznokcie- Męczy mnie często ta twoja smykałka do geniuszu retorycznego.
-No tak. Ty nie odczuwasz potrzeby do rozważania każdego słowa, które oczywiście wypowiesz. Rzucasz słowami nie zastanawiając się nad ich rzeczywistym znaczeniem. Konsekwencje jakie wywołują, także są dla ciebie nie istotne.
-Mówię to co myślę.- uniosła głowę.
-Wypowiadasz słowa szybko, a pośpiech zabija myślenie.
Najbardziej boli mnie fakt, że w moim wypadku ona niczego nie zrozumie. Aż trudno mi uwierzyć jak bardzo depresja odległa jest jej życiu, jak bardzo szczęście wychowało ją w jej domu. Prawdopodobnie, że nie jestem w stanie tego pojąć. Trudno jest mi pojąć szczęście, bowiem nigdy nie byłem jego ofiarą. Z najlepszych uczuć jakie kiedykolwiek miałem sposobność doświadczyć to euforia; najwyższy stan upojenia radością w moim przypadku.
Szkoda; tak wiele straciłem jako człowiek. Tak dużo jako pisarz. Przypuszczam, że najwięcej jako dziecko.
Euforia była znakomita. Nadzwyczajne uczucie. Niezwykle dobry stan samopoczucia, a przede wszystkim moje oczy zamarłe w bezruchu, niemal przepełnione radością z cierpienia i z wolna zachodzące łzami.
Wówczas wiedziałem, że jest mi naprawdę dobrze, lecz po chwili ból powracał, a oczy stawały się suche.




 

Zaloguj się