Nocny pociąg na zachód

....................................................................

....................................................................

„Czy jeśli ktoś mnie czarnym zębem kąsa
mam płakać jak bezradne dziecko?”
Horacy „Jamby”

.....................................................................

.....................................................................


-Skądś cię znam.- wyniosła po dłuższym przyglądaniu się mi, siedząca po drugiej stronie przedziału, jaskółka.
Wydawać by się mogło, że ma ponad dwadzieścia pięć lat.
-Gdzieś widziałam twoją twarz.- ponowiła, a ja byłem skłonny się z tym zgodzić.
-Pewnie w gazetach.- odpaliłem papierosa i uśmiechnąłem się do niego.
-W gazetach?- powtórzyła nie rozumiejąc.
-„Kronika policyjna”, „Detektyw”...- przerwałem- I tym podobne.
-Jesteś dziennikarzem?- zapytała przypatrując mi się z ukrytą ciekawością bałamutki.
-Nie, Bonie.- odparłem- Nie jestem dziennikarzem.
-Mam na imię Marzena.- podała mi swą subtelną, kremowo białą dłoń- A ty?
-Mów mi Vincent.
-A więc czym się zajmujesz Vincencie?- uśmiechnęła się poraz pierwszy.
-Jestem mordercą.
Nie jestem szaleńcem. Jestem tylko magikiem, który czaruje własne życie, tylko po to , by mu nie ulec.
-Mordercą?- wycedziła przez zaciśnięte zęby-Nie...nie wierzę ci.
-Nie musisz.- skwitowałem obserwując krajobraz za oknem- To niczego nie zmienia.
-Prawdziwym mordercą?- wmówiła ostrożnie- Takim kimś, kto...
-Tak.- potwierdziłem- Takim kimś kto zabija ludzi.
-Ludzi?- ponownie powtórzyła, lecz teraz jej twarz nabrała głupkowatego wyrazu- Przecież to grzech.
-Grzech?- udałem nieco otępiałego, a szlema głęboko się zaciągnęła- Masz na myśli, że to jest niemoralne.
-Całkowicie.
-Bo ja wiem.- zastanowiłem się- Ludzie bezkarnie zabijają zwierzęta, ja zabijam ludzi.
-Ale to co innego. Człowiek to istota wyższa, duchowa...inteligentna.
-„Istoty ludzkie są zwierzętami...-powiedziałem monotonnie, darząc ją równie suchym spojrzeniem, cytując zoologa Desmonda Morrisa- ...Wolimy myśleć o sobie jako o upadłych aniołach, w rzeczywistości jednak jesteśmy dwunożnymi małpami.”
-Spójrz na mnie.- żachnęła się- Czy wyglądam jak zarośnięty goryl?
-Po pierwsze Bonie, małpa to nie goryl.- odparłem spokojnie, co wprawiało ją w złość-
A po drugie, co możliwe, że wiesz, tyłek pawiana nie jest zarośnięty.
Chyba zrozumiała, bowiem dławiąc się własnym oddechem, pokryła lico ciemną czerwienią, a dłonie zacisnęła w geście walki.
-Ty skurwysynu!- wybuchła z nienawiścią.
-A jedno z moralnych przykazań mówi nie bluźnij -im bardziej była rozwścieczona, tym bardziej ja wdzierałem szaty opanowania- Wszak to grzech, a wśród grzechów nie ma priorytetów. Każdy grzech wedle ideologii teocentrycznej jest sobie równy. Morderstwo na człowieku w ocenie moralnej kościoła nie różni się klnięciu przeciw niemu- minęliśmy kolejną stację w drodze do domu- Brawo. Właśnie zabiłaś jakąś wyższą, duchową, inteligentną istotę.
-Nie gadam ze skurwielami.- zapaliła nerwowo papierosa i otwierając okno, wystawiła przez nie całą swoją głowę.
-Druga, nie owłosiona małpa zeszła z padołu ziemskiego, a zostało naukowo stwierdzone, że dzielimy z szympansami dziewięćdziesiąt osiem i cztery dziesiąte procent wyposażenia genetycznego. To zaledwie jeden i sześć dziesiątych procent różnicy, Bonie. - spojrzałem na jej uda i pośladki ukryte pod ciemną zielenią spodni, a ona drgnęła- Co ty na to?
-Spierdalaj.- syknęła- Jestem od ciebie lepsza, bo mam duszę.
-Widzisz.- powiedziałem spokojnie- To jest gówno, które wciskamy sobie do mózgu, aby usatysfakcjonować naszą moralność. Oszukujemy własną próżność twierdząc, iż inteligencja upoważnia nas do mordowania zwierząt.- wypuściłem dym z płuc- Zwierzęta czują i oddychają tak jak my. Zakładają rodziny i bywają wierniejsze od ludzi. Takie są kojoty, ale ty zapewne o tym nie wiesz. Wznoszą państwa o bardzo rozwiniętej strukturze społecznej jak na przykład mrówki. Jednak co ja ci będę mówił...ludzie wolą o tym nie wiedzieć, bowiem łatwiej jest mordować istoty, które uważa się za krwiożercze i prymitywne.
-Zwierzę, a człowiek to dwie różne sprawy.- blond szelma kucnęła i posadziła swój zgrabny tyłek na poprzednim miejscu.
-Dwie różne sprawy? Bo co? Bo nie wznoszą kościołów i nie modlą się do Boga? - jej twarz stała się purpurowa- A czasy inkwizycji to krwiożercze safari. Najlepszy okres, w którym doskonale uwidacznia się jakim zwierzęciem jest jeden człowiek dla drugiego i w imię czego? Waszego boga, kiedy to kapłan oznajmiając, iż jego stwórca jest najmiłosierniejszym z Bogów, podpala jednocześnie stos z bliźnim swoim.- posłałem jej wyćwiczone spojrzenie greckiego mędrca, a ona jakby zaczarowana nie mogła zaoponować- I to było moralne? A było, gdyż czyniono tak w imię Boga. Wszystko jest kwestią usprawiedliwienia. Najgorszy grzech popełniany w imię Boga jest szlachetnym gestem poświęcenia- urwałem- To prawidłowość naszej cywilizacji, Bonie.
-Bóg stworzył zwierzęta, aby człowiek miał z nich korzyść.- wtrąciła.
-Bóg? Jaki Bóg?
-Nasz Bóg?
-Spójrz dookoła, Bonie. -rzuciłem nieco afektywnie- Czy widzisz gdzieś, jakiegoś Boga?
-On jest tam.- wskazała palcem w sufit- To jest coś wyższego. Nieosiągalnego.
-Nie.- zaprzeczyłem- On jest tutaj.- skierowałem palec w jej głowę- Wyobrażenie jego daje ci poczucie nadziei i pozwala unicestwić twą próżność. Usprawiedliwia twą moralność, gdyż sądzisz, że to on zezwala na niszczenie słabszego życia.- zmrużyłem powieki co dodało srogości mym rysom- Ludzkość w obliczu ogromu kosmosu, czuje się zbyt nie istotna, a więc Bóg przydaje się, aby umniejszyć tą przestrzeń.
-Adam i Ewa nie wiedzieli nic o kosmosie, a wierzyli w Boga.
-Adam i Ewa nie wiedzieli nawet, że są nadzy, a świat ich zaczynał się u brzegów Eufratu, a kończył na wybrzeżu Tygrysu. To ogród botaniczno zoologiczny, który uprawiali. W takim miejscu nie można czuć strachu, zwłaszcza, jeśli się nie wie, że po drugiej stronie rzeki też jest ląd.
-To nie istotne. Jesteśmy lepsi, co właśnie odzwierciedla się w fakcie, że to my decydujemy o śmierci bądź życiu zwierząt.
-Czy wiesz, jak wyglądałaby walka nagiego człowieka z tygrysem syberyjskim?- wpatrzyłem się w jej piwne oczy, ale nie odpowiedziała
Nie musiała. Znałem odpowiedź.
-Trzeba zabijać zwierzęta.- zaargumentowała z założenia.
-Wiedz, że Ja nigdy nie będę zabijał zwierząt, a zawsze będę mordował ludzi. I może to dla ciebie nie jest moralne. Może to dla wierzących nie jest moralne. Jest jednak uczciwe.
-Uczciwe?- nie zrozumiała- O jakiej do cholery uczciwości mówisz?
-Człowiek przeciw człowiekowi- aksjomat mój był klarowny, ale ona nie dostrzegła tej przejrzystości.
-Gówno prawda.- zanegowała- Zabijanie zwierząt jest logiczne.
-Logiczne? Kurwa, Bonie. Czy zabijanie kojotów na amerykańskim stepie tylko dlatego, że jest ich dużo, jest logiczne?
-W końcu jest ich dużo.- rzekła sofizmatycznie.
-To bardziej logiczne byłoby zrzucenie bomby jądrowej na Chiny.
-Ale Chińczycy to ludzie.
-Życie.- przerwałem- Życie nie inne od tego jakie reprezentują zwierzęta. Natura dała nam życie jako jednemu z gatunków zwierząt i nie po to, aby ci inteligentni tępili tych, którzy mają tej inteligencji mniej, bądź posiadają instynkt. Mówisz, że masz duszę; pokaż mi ją. Twierdzisz, że jesteś inteligentna; udowodnij to.- wpatrywałem się w nią, a ona we mnie, a twarz jej drgała w spazmatycznych konwulsjach- Otóż, Bonie, ty i cała reszta tobie podobnych macie tyle duszy w sobie ile hiena wegetarianizmu, a inteligencji mniej, niż leniwiec gwałtowności.
-Wszystko co mówisz, przeczy Boskim naukom.
-Jeżeli twój Bóg stworzył człowieka, po to, aby ten zabijał zwierzęta, to powiem ci tylko tyle, iż ja nie jestem jego tworem.
-Ależ jesteś.
-Dlaczego więc, Bonie nie zabijam zwierząt, które po to on stworzył, lecz morduję ludzi, jego twory?
-Zdrada.- burknęła- Teraz już wiem, że na imię ci Judasz.
-Nie. Nie jestem Judaszem z imienia. Jestem siłą natury, a imię moje brzmi, Vincent.
-Siłą natury? Jesteś do cholery człowiekiem.
-Nie. Jeśli człowiek to, to coś co stworzył twój Bóg, to ja zdecydowanie wolę być zwierzęciem
-Tak więc sprzeciwiasz się boskiej woli?- zapytała złowieszczo spokojnie- Niekiedy można za to umrzeć.
-Twój Bóg nie jest w stanie mi nic zrobić.
-Tak to sobie tłumacz.
-Pamiętaj, Bonie...nic w co nie wierzysz nie jest w stanie cię skrzywdzić.
-Mylisz się.- rzuciła gwałtownie i natychmiast sięgnęła do swej małej torebki. Ja jakby instynktownie włożyłem dłoń pod marynarkę, po czym wymierzyłem w nią, tak jak ona we mnie ze swego pistoleciku CAL-25 AUTO, model MP-25.
Muszę przyznać, że cholernie zaskoczyła mnie ta szelma. Nie, to nie był strach; wywarła na mnie po prostu wrażenie.
-I co teraz kutasie?- warknęła, lecz powoli paraliżował ją strach, gdy nieuchronnie lufa lugera wpatrywała się w jej oczęta.
 

....................................................................

....................................................................

-Bonie, kochanie.- uśmiechnąłem się i zacisnąłem palec na cynglu-Kochaj bliźniego swego jak siebie samego. Inna forma miłości jest grzechem. Zabijając mnie, uśmiercasz siebie.
-Morderstwo w imię Boga, to poświęcenie w imię wiary.- wycedziła coraz ciszej- Sam o tym mówiłeś.
-Kwestia usprawiedliwienia, Bonie.- rzekłem spokojnie- Zapomniałaś jednak o jednym małym, ale bardzo istotnym szczególe; to ja jestem mordercą.- twarz kobiety z duszą drgnęła w konwulsji, po czym jej piwne oczy stargane lękiem, uroniły łzę.
Opuściła bezwładnie swój mały pistolecik i rozpłakała się.
-to tylko... szlochała zakrywając twarz, dłońmi- To po to, abym mogła się bronić.- łkała-Nie potrafię jednak nigdy wystrzelić.
Cóż; posiadanie broni nie czyni mordercą.
-Już dobrze, Bonie. - schowałem broń i przeczesałem jej lśniące włosy.- Nie zabijam kobiet. Są jak jaskółki. Zupełnie bezbronne.
Ona płakała, a ja przeniosłem się do warsu. Jak zwykle musiałem napić się kawy.
A Bonie?
Wnoszę, że moje życie, mój trud, cierpienie, rozpacz, samotność i łzy, które były mi jedyną pociechą, przypominały po trosze los tej nieszczęśliwej kobiety.




 

Zaloguj się