Nocny pociąg na wschód

„Vir sapit, qui pauca loquitur.”- mądry człowiek mało mówi.

„Vir sapit, qui pauca loquitur.”- mądry człowiek mało mówi.

Ubrany w płaszcz opadający na jasne spodnie, przyglądałem się ciemności przemykającej za zamkniętym oknem pędzącego pociągu.
- Na wschód?- zwróciła się do mnie paląca na korytarzu kobieta.
- Aha.- odparłem patrząc na nią.
Sprawiała najzwyklejsze wrażenie jakie może sprawiać na mężczyźnie młoda kobieta. Wyglądała nawet na trochę naiwną.
- A wiesz dokąd konkretnie chcesz jechać?- ruszyła w moją stronę i po chwili przystanęła przy moim lewym ramieniu.
- Chyba wiem.
- Ja uciekam.- rzekła smutno- Wiesz...facet mnie zdenerwował.- zaciągnęła się- Kochałam go, a kiedy mi się przed czterema godzinami oświadczył, poczułam do niego nienawiść.- posłała mi życzliwy uśmieszek skrzywdzonego dziecka.
A ja co?
Uciekałem przed swą ironiczną, pełną intryg rzeczywistością
Chciałem odpocząć od  irytacji przed zmarnowanym gdzieś w zaułku mego życia, szczęściem. Odbiegałem przed tęsknotą za dzieciństwem.
Spieprzałem przed boginiami.
- To długa i trudna historia, Merlin.- przypominała mi tą durną blondynkę Monroe.
Gdyby nie ciało nie miałaby nic.
- A to długa i ciężka podróż.- nadal się uśmiechała- I nie mam na imię Merlin, ale skoro nalegasz. To nawet intrygujące. Poza tym nie chcę znać twojego imienia i nie zdradzę ci swojego...bądźmy tajemniczy. Bądźmy przestępcami uciekającymi przed wyrokiem.- rozmarzyła się.
- Właśnie o to chodzi, Merlin.- zaciągnąłem się zagraniczną trucizną- Chodzi o to, że jestem przestępcą.
- Świetnie złociutki.
- Nie wierzysz mi, a ja mówię prawdę.- wyrzuciłem pojarę za okno- Chodź- odwróciłem się i otworzyłem drzwi przedziału, do którego weszliśmy. Wyciągnąłem z torby pistolet i podałem jej.
- Spójrz.
- Whow.- zachwyciła się- Broń...prawdziwy pistolet.
- Najprawdziwszy.
- Ależ...- przerwała i spojrzała na mnie- To fascynujące.
- Tak, Merlin. Fascynujące. Uroczy zbieg okoliczności.- uciąłem- Chciałaś przygody i oto natrafiłaś na meritum swej przygody.
- Nie.- posłała mi niewyraźne, pełne konsternacji wejrzenie.
- Tak.- teraz ja skusiłem się na uśmiech- Jestem mordercą.
Uciekając od intryg w rodzinnym mieście nie byłem w stanie wyzbyć się skłonności do igrania z ludźmi, ich naiwnością jak i niewinnością.
Cóż; przynajmniej udało mi się opuścić miasto.
- Nie, nie, nie.- pokiwała nieznacznie palcem- Coś tu nie gra.- spojrzała w lufę broni jak ciekawskie dziecko- Jeśli naprawdę byłbyś mordercą, nie przyznałbyś się do tego.
- Merlin, słoneczko.- rzekłem pojednawczo- Tu właśnie o to chodzi. Będąc mordercą jestem człowiekiem tworzącym własny, irrealny świat. Patrzę z innej, aniżeli ty, perspektywy.- wyciągnąłem z torby garść naboi- Psychika mordercy zszargana licznymi drastycznymi przeżyciami i wyprana z atrakcyjności życia, skłania się w stronę częstych prowokacji do stwarzania sytuacji, w których sprawdziłby on swą siłę i umiejętność przeżycia.- podała mi broń i zacząłem ją ładować- Mordercy czerpią przyjemność z drastycznych prób siły.- przerwałem- Widzisz...ujawnienie się przed tobą, tutaj i teraz, jest moim, pełnym premedytacji działaniem. Nudzi mnie ukrywanie się, a tutaj w nocnym pociągu na wschód, mogę otwarcie obnosić się ze swą morderczą naturą.
- A jeśli na następnej stacji zdradzę cię policji?
- Reguła polega na nie zabijaniu kobiet.- odparłem spokojnie- Ale to tylko reguła.
- Zrobiłbyś to?
- Wpakowałbym ci kulkę, albo dwie w tył twojej niewinnej główki.
- Whow.- znowu była zachwycona- To fascynujące.
- Zabijanie to piękna rzecz. Nie mówię o szaleńcach, biegających z bronią maszynową i walących do tłumów. Nie...to jest sprzeczne z całą koncepcją zabijania. Istna szmira.- wyciągnąłem z torby przepaskę biodrową, do której uczepiona była kabura- Chodzi mi o czyste morderstwo. O stanie naprzeciw ofiary i patrzenie jej w oczy. Wówczas nawet najtwardsi miękną.- umieściłem przepaskę na ciele- Człowiek patrzący w wylot, mającej go zabić lufy staje się niczym. Kompletnym zerem. Apogeum strachu.
- Aż dreszcz mnie przeszedł.- wzdrygnęła się.
- Jest ja pchła, która czeka na zgniecenie.- ścisnąłem pewnie dłoń i wymierzyłem w jej głowę.
- Przestań.- krzyknęła.
- Powiedz mi co czujesz.
- Daj spokój.- uchyliła się- Nie mierz we mnie.
- Boisz się?
- Jestem przerażona.
- Czyż nie czujesz, jakby za moment jakaś arcypotworna siła, miała uderzyć w twoją twarz? Czy nie odczuwasz przerażenia przed bólem, który ma nastąpić wraz z impetem pocisku?
- Właśnie
- Strach przed bólem to tylko urojenia umysłu.- schowałem broń- Gdybym strzelił nie wiedziałabyś nawet, że coś się stało.
Potęgę tego rodzaju lęku odczułem w armii, kiedy dupek z mojego plutonu, niby dla zabawy odbezpieczył kałasznikowa i wymierzył wprost w moją głowę z dwóch metrów. Dziwne uczucie o niezwykłej intensywności. Wiedziałem, że nie chce strzelić, ale w każdej chwili mógł mu się przecież ześlizgnąć palec. To tylko ułamek sekundy nieuwagi.
Nigdy więcej w życiu nie czułem się taki nieistotny.
- Cudownie.- podkurczyła nogi i teraz siedząc wygodnie naprzeciw mnie, obserwowała jak ubieram ciemną marynarkę, aby móc zatuszować posiadanie broni.
- Zawsze marzyłam o poznaniu przestępcy...prawdziwego macho.
- Nie jestem macho, Merlin.
- Ależ jesteś.
- Jestem tylko takim sobie łajdakiem...- zapaliłem papierosa-...a macho to kiepski typ snoba, a ja nie przepadam za takimi frajerami.- włożyłem broń do kabury.
- A więc macho to nie to samo co twardziel?- chyba się rozczarowała.
- Macho to facet chcący uchodzić za twardziela.
- Powiedz mi...zabiłeś już takiego macho?
- Zabijam samych takich frajerów.
- Whow.- oblizała językiem wysuszone wargi- Ilu?
- Nie wiem, Merlin.- zaciągnąłem się- Po dekadowym przestałem liczyć
- Tu nie wolno palić.- przypomniała patrząc na kłęby dymu, rozpływającego się w przedziale.
- Kogo to obchodzi, Merlin. Od dzieciństwa łamię wszystkie zakazy.- strzepałem popiół do popielniczki- Kiedy chodziłem do podstawówki spotykałem miejsca, które wieńczyły tabliczki z szyldem „Nie deptać”; grałem tam w piłkę. Były miłe parki w mieście, gdzie był zakaz spożywania alkoholu; zalewałem się tam w trupa...później złamałem zasady przyjaźni i miłości.- westchnąłem zupełnie bezsilnie- Teraz złamałem zakaz palenia papierosów...kogo to obchodzi, Merlin.
- Życie pełne wrażeń?
- Możesz tak to nazwać. Nie narzekam.
- Nie wątpię.- wyciągnęła z mojej ręki papierosa i włożyła w swe usta.
- Jak to jest?- oddała mi peta- Jak to jest zabić?
- Najtrudniejsze są początki.- zacząłem- Pierwszy raz jest niezwykłym przeżyciem. To jak rozdziewiczanie na kacu i podczas miesiączki... wszystko dokoła kojarzy ci się z brudem i bólem. Nie uwierzysz, ale po pierwszym razie, powiedziałem sobie, że już nigdy nikogo nie zabiję. Abstynencja trwała sto siedemnaście dni. Sto osiemnastego zabiłem poraz drugi.- urwałem- Uczucia są zawsze takie same. Różnią się tylko intensywnością. Za pierwszym razem uczucie jest najekspresywniejsze . Później już słabsze. Trzeci raz to jeszcze nie karnawał, ale jest znacznie lepiej. Zależy też od dnia, w którym to robisz. Później każda zbrodnia sprawia coraz więcej przyjemności.
- Przyjemności?
- Tak, Merlin...bo widzisz. Zabijanie to dla mordercy pasja.
- Przecież morderstwo to grzech. Rzecz niezgodna z moralnością, przykazaniami...ludzkimi przekonaniami.
- Bzdura.
- Zabicie innego człowieka jest najcięższą zbrodnią jakiej możemy się dopuścić.-przerwała, nabierając gwałtownie powietrza do płuc- Morderstwo jest niezgodne z ludzką ideologią.
- Morderstwo nie istnieje, Merlin.- spojrzałem na nią poważnie- To ludzki wymysł i tylko dla nas coś znaczy.
- Jednak to grzech.
- Nie toleruję wiary, jeśli o to ci chodzi, Merlin.
- W takim razie co tolerujesz?- westchnęła.
- Jestem siłą natury, która nie podlega ludzkiej kontroli. Dorastałem, miałem ciężkie życie i zawsze istniał przeciwnik. To wszystko.
- Nigdy nie byłeś dobry? To znaczy nie chciałeś być?
- To nie tak, Merlin.- uśmiechnąłem się- Zło może wyniknąć z chęci czynienia dobra.
„Absurdem jest dzielić ludzi na dobrych i złych. Ludzie są albo czarujący
albo nudni”
Oscar Wilde
 

Niektóre drogi są szlakami samotników

Niektóre drogi są szlakami samotników

Zerknąłem na okno, a ona zapowiedziała.
- No dobrze. Przekonałeś mnie, a teraz pozwól, że zdrzemnę się z tym problemem.- posłała mi ostatnie wesołe spojrzenie i zamknęła oczy.
- Jasne.- rzekłem- Ja idę do warsu. Muszę napić się kawy.
- Ok.
- Dobranoc.
- Ok.
Otworzyłem drzwi toalety i stanąłem przed lustrem. Oparłszy ociężale ręce na umywalce spojrzałem na twarz naprzeciw.
Nie byłem to ja.
Dwadzieścia centymetrów przede mną jaśniała inna, podobnie ponura, lecz zdecydowanie inna twarz.
- Nikt cię nie lubi.- rzekła twarz- Nie masz nic, a to co ci pozostało i tak stracisz.- gęba naprzeciw rozstąpiła się w zboczonej kontorsji- Uśmiechnij się.
Byłem łotrem.
Wcześniej artystą, a teraz oszustem.
Była jednak jeszcze nadzieja. Później znów miałem stać się uczciwym człowiekiem. Ponoć ciężko jest być łotrem.
- Lubię cię, Clyde.- powiedziałem do gęby naprzeciw- Zawsze lubiłem i zawsze będę lubił. Literatura powstaje dzięki cierpieniu.- powiedziałem, przecierając dłonią napiętą twarz- Będąc szczęśliwym nie mógłbym pisać.
Pociąg właśnie zwolnił, gdy wyszedłem z toalety i ruszyłem korytarzem w stronę przedziału.
Stała tam.
Metr sześćdziesiąt pięć absurdu.
Otulone ramiona ciemny, puszystym sweterkiem i piwne oczy uśmiechające się do tlącego się papierosa.
Naiwna Merlin.
-Nie mogę zasnąć jeśli nie wypalę papierosa.- poinformowała- Cóż. Nałóg.
- Jaka to stacja?
- Chyba Kluczbork- odparła obojętnie- Kogo to obchodzi? Na miejscu i tak będziemy dopiero przed ósmą.
-Muszę napić się kawy.- rzekłem sam do siebie.
-Kawy?- prychnęła- Nie znoszę kawy. Kawa jest bardzo szkodliwa.
- Nie przespana noc u boku mordercy jest równie szkodliwa.
-Ale fascynująca.- zdobyła się na uśmiech- A kawa wypłukuje z organizmu magnez, potas i cynk. Podnosi ciśnienie krwi, powoduje nadpobudliwość i bezsenność.
-Ale poprawia nastrój i koordynacje wzrokowo-ruchową. Poza tym usuwa zmęczenie.
-Wolę mocną herbatę.
-A ja nadal muszę napić się kawy.- skierowałem się, by odejść- Idziesz?
-Nie...spalę i postaram się zasnąć. Jutro czeka mnie ciężki dzień.- teraz wyraz jej twarzy stał się posępny- Muszę zdradzić narzeczonego
-Palenie powoduje choroby nowotworowe i choroby układu krwionośnego
-Ale małe dawki pomagają w łagodzeniu choroby Alzheimera.- posłała mi sprośny uśmiech
-Małe dawki.
-Jeden zero dla mnie.
-Pod warunkiem, że jest się chorym.

Rodzinne sprawy zawsze gówno mnie obchodziły.
Nie dlatego, że byłem łajdakiem (wtedy być może jeszcze nim nie byłem) Nie byłem też zły. Po prostu nie żyłem ich życiem. Niektóre drogi są szlakami samotników. Dorastając stałem się rodzinnym autsajderem i być może dlatego wciąż szukam i błądzę.

Twarz jej powleczona była snem, a obok leżała jakaś książka, którą podniosłem popychany ciekawością, jaką to literaturę preferuje ofiara mej fikcji.
Było to „Podobieństwo Boże” Wiliama Blaka.
Otworzyłem w miejscu rozdzielonym zakładką i przeczytałem to co zostało podkreślone ołówkiem.
„Bo dobroć serce ma człowieka
A litość twarz ma z niego.
Miłość- człowieka postać Boską
A pokój- suknię jego.”

Zaloguj się