niektórzy umierają bez łez

...inny gatunek boskości

...inny gatunek boskości

W gruncie rzeczy istniała; jedna z tych niewielu, które chroniły przed tymi wieloma.

Stałem tutaj i patrzyłem jak wilgoć zrasza jej zjawiskową twarz, jak deszcz przedziera się przez niebo, w podróży ku nam i osiada najpierw na mych włosach, później na oczach i wlewa się do ust.
Wszystko było mokre. Moja twarz i jej twarz, moja koszula, moje nadgarstki i dłonie, a ona stała i zerkała na świat statecznym spojrzeniem sprzymierzeńca, który może przechylić zwycięską szalę, na którąś ze stron.
Woda stukała o blaszany dach, pędziła rynnami i kaskadą wylewała się na trawę, podążając i zatapiając podeszwy butów.
Sterczałem w bezruchu, skupiony, niemal dygocący, zamieniony przez jej jedno spojrzenie w monument z najtwardszego granitu.
Bałem się drgnąć, aby niczego nie utracić, podczas, gdy Ona przybrała nieobecną pozę i zrobiwszy krok w tył, wykonała drugi i kolejny, po czym odwróciwszy się weszła w drzwi i przeszła przez nie.
Tkwiłem osamotniony na zadupiu kosmosu, na północ od miejsca narodzin, a życie było już nie tylko ciężkie, ale i mokre.
Cały świat z wody; moja radość, fascynacja i smutek. Ból i pragnienie, wszystko zalane strugami cholernego, kwaśnego deszczu.
Dlaczego istota tej samej płci jak miliardy innych, uruchomiła we mnie kunszt oraz system wierzeń i wypaczeń, którego nigdy, nikt nie potrafił włączyć?
Ta sama płeć, ale inny gatunek boskości; należałoby wziąć smutek Izoldy, determinację Antygony, zadumę Dafne, wyciągniętą dłoń Wenus z Milo, opiekuńczość Amalteji, inteligencję Metis, smukłość twarzy Nefretete, uśmiech Kory z Akropolu i zmieszać to wszystko z ostatecznym spojrzeniem Desdemony, a powstanie Angi- kobieta ulepiona z mądrości i ze wspomnień.
-Znam dwoje dobrych ludzi. Tak naprawdę jednak, tylko jeden z nich jest dobry. Drugi..hmn, drugi może to osiągnąć jedynie dzięki pierwszemu.- wyrwała mnie swym głosem ze szpon zapomnienia i kiedy otworzyłem śpiące oczy, zwrócone ku niebu, mokre i niebieskie, ona już stała obok, usiłując zetrzeć w proch mą gorycz- Ani Satyrą, ani Syleną nie udało się zwieść pewnego wędrowca na bezdroża. Nawet Eurydike, która musiała umrzeć przez podłego Aristajosa, nie potrafiła uchronić tego wędrowca przed swym losem. Wierzysz w nimfy, prawda?- nie czekała na odpowiedz, ponieważ wiedziała, że wierzyłem- Czasami nam się nie udaje i musimy przez to zostawiać podróżnika na pastwę nieuchronności śmierci. Tym razem Nemezis poszła na ugodę. Jest ktoś, kto może uratować tego wędrowca przed jego własną zbrodniczością...tym kimś jesteś ty.- wypowiedziała ponownie smutno, jednak cały jej urok składał się ze smutku, a to sprawiało, że serce otwierało się w całości przed nią- Chciałeś być Gilgameszem, pamiętasz? Odzyskać nieśmiertelność Jednak rośliny życia nie zachowasz. Ale nie martw się. Istnieje drugi sposób zostania owym herosem sumeryjskim. Musisz tak jak i on wykopać w ziemi dół, aby duch przyjaciela Enkidu, mógł przez niego powrócić na ziemię.- urwała, pozwalając grzmotowi rozbrzmieć i ucichnąć, po czym ponowiła- Wykop ten dół, a osiągniesz to co ci się nie należy i dasz więcej, aniżeli jesteś w stanie podarować.
-Z piekła? Mam wyciągnąć go z piekła?- mimo, iż nie chciałem mój głos musiał zabrzmieć nieco podejrzanie, z tego też powodu Angi nie omieszkała mnie skarcić.

 

czasem człowiek przemienia się w pył

czasem człowiek przemienia się w pył

 

- Każdy siedzi w piekle. Bez wyjątków. Nie potępiaj więc.- westchnęła, zaczesując dłońmi mokre włosy do góry- Nieświadomość. Nieświadomość jest największym sprzymierzeńcem religii. Wszyscy chcą iść do nieba, a żaden z nich nie wie, że ono nie istnieje. Każdy idzie do Szeolu. Hiob, najbardziej bogobojny z ludzi także po śmierci znalazł się w piekle. Nawet sam Chrystus nie uniknął tego miejsca. Powiedz, czyż sprawiedliwemu jest lepiej w życiu doczesnym, aniżeli łotrowi? Dialog pana i sługi głosi: „Powstań i pójdź pod pradawne kurhany Spójrz na czaszki dawne i nowe. Cóż widzisz? Gdzie niegodziwy jest, gdzie sprawiedliwy?” A dialog o nędzy żywota uczy: „Tłuszcza przyklaskuje mowie tego, co się nad innych wynosi, a przebiegłym jest złoczyńcą, lży zaś pokornego, który nic złego nie czynił. Uniewinnia się złoczyńca pędzi precz sprawiedliwego. Złoczyńcę nagradza się złotem dając ginąć z głodu słabemu. Rośnie potęga niegodziwego, pada pod ciosami słaby i bezsilny.”
Hiob zapowiada- „jak obłok przeleci i zniknie, kto schodzi do szeolu, nie wraca, by mieszkać we własnym domostwie; nie zobaczą go strony rodzinne” i mówi o sobie- „czyż nie krótkie są dni mego życia? Odwróć twój wzrok, niech trochę rozjaśnię oblicze, nim pójdę, by nigdy nie wrócić, do kraju pełnego ciemności, do ziemi czarnej jak noc, do cienia chaosu i śmierci, gdzie świecą jedynie mroki.” Apokalipsa Barucha nakłania, aby łzy zachować na dzień sądu: „czemuż to nosimy żałobę po zmarłych? Czemuż opłakujemy tych co są w Szeolu? Odłóżmy lamenty, aż do czasu mąk przyszłych i powściągnijmy płacz, póki nie nadejdzie dla nas czas zguby.” Powiem ci o czymś o czym nie przeczytasz, bo kościół ci na to nie pozwoli. To tak zwana cenzura. Księgi są wyczyszczone z epizodu o zejściu Chrystusa do piekieł. Opisują to jednak Ody Salomona, których zachował się syriacki manuskrypt. Przytacza on słowa Jezusa: „Nie zginąłem, mimo, że mnie skazano. Szeol ujrzał mnie i został pokonany; Śmierć dozwoliła mi powrócić zeń i wielu wróciło wraz ze mną. Octem i żółcią byłem dla niej i zstąpiłem tam wraz z nią, tym bardziej że zgłębiłem go (Szeol) aż do dna. Omdlały jej nogi i głowa na widok oblicza mego. Spośród tych, których skosiła, wybrałem mnogość żywych i przemówiłem do nich ustami mymi. I słowa moje nie poszły na marne. Ci, którzy zmarli przybieżeli ku mnie wołając tak oto- Ulituj się nad nami synu Boży i okaż nam łaskę. Wyprowadź nas stąd, z tego miejsca ciemności i otwórz nam bramę, byśmy przez nią wyszli ku Tobie. Albowiem widzimy, że śmierć nasza się Ciebie nie ima- Wysłuchałem ich i nakreśliłem imię moje na ich głowach.”
Dzieje Piłata udowadniają, iż Szatan czeka na Jezusa, kiedy ten umiera i daje z tego powodu instrukcje swemu podwładnemu Hadesowi, który jest dozorcą piekła. Mówi doń: „O ty żarłoku, wieczny głodomorze, słuchajże mnie. Żyd pewien, zwany Jezusem ogłosił się synem Bożym, chociaż to tylko zwykły człek i nic więcej. Żydzi go ukrzyżowali nie bez mojej pomocy. Przyszykuj dlań teraz, gdy już umarł, solidne okowy...” na co Hades odpowiada: „Skoro kazał on zmarłym z grobów wstawać to jakimże sposobem zdołamy go uwięzić? Pożarłem niegdyś zmarłego imieniem Łazarz, a wkrótce potem śmiertelnik jakiś mocą jednego słowa wydarł mi go z trzewi! Pewnie to będzie ten sam, o którym mówisz...a zatem radzę ci w moim i twoim interesie- nie sprowadzaj go tu! Wyraźnie bowiem widzę, że przyjdzie tylko po to, by zbawić tych grzeszników, którzy do mnie należą. Powtarzam ci raz jeszcze, klnąc się na to nasze królestwo mroku; jeśli pozwolisz mu tutaj wstąpić, nie zostanie mi ani jeden zmarły poddany mej władzy.” Hades obawiając się wizyty Jezusa każe zaryglować wrota z brązu i zakłada żelazne sztaby i zasuwy. Chrystus jednak wkracza przez nie, światłość wnika w głąb piekieł.
„A wtedy król nad królami, chwyta za czub władcę piekieł, Szatana i wydaje go aniołom, wołając- załóżcie łańcuchy na jego ręce i nogi, na szyję, na usta- potem zaś powierza go Hadesowi ze słowami- weź go i strzeż surowo, aż do mego powrotu.”
Nic nie powiedziałem. Nie to, abym nie miał nic do powiedzenia. Powstrzymywała mnie świadomość, iż ona wiedziała wszystko i nie była ze mną po to, by dociekać, lecz po to, aby wyjaśnić. Była jak kobieta ulepiona z twojego marzenia; wiedziała co masz naprawdę w środku w przeciwieństwie do wszystkich innych, które twierdziły, że cię znają.
Pragnęła pokazać mi jak trzeba żyć na świecie i myślę, że zaczynała odnosić sukces.
-Opowiem ci o pewnym człowieku. Jest w porządku, ale nie bawi nas do rozpuku jak Falstaff, i nie skłania do zlitowania się nad nim jak Tristan. Izolda umarła i on o tym nie zapomniał, ale nie chce zaakceptować. Usilnie stara się powołać do życia jej wiarygodne wzorce. Nie udaje mu się. Ten ktoś pragnie mówić o sobie jako o dobrym człowieku, ale coraz częściej uświadamia sobie, że albo jest człowiekiem, albo jest dobry. Jedno z dwóch; innej możliwości nie ma.
Jest celebrotonikiem. Tak, tak, jest nim, ale w jego życiu zagościła entopia, tendencja do rozpieprzania się wszystkiego. Jest błyskotliwym, młodym artystą, który z życiową brawurą stara się znaleźć na końcu tęczy skarb- ale to nie dowodzi, że ten skarb istnieje. Pragnie odszukać kobietę kochającą, zamiast kastrującą i chce odwdzięczyć się Ewie za to, że zerwała owoc, aby uczynić go mądrzejszym; to dlatego wciąż jej poszukuje. Niewątpliwie nie odnosi sukcesu, ale tak jak wszyscy pisarze musi być herosem. Winien mieć wiarę świętych, gdyż świat nie okazuje mu litości i częściej jest pokonany, aniżeli odnosi zwycięstwo. W dodatku prześladuje go Bóg śmierci, koneser i melancholik. Jednak dobry, czy tez człowiek, posiada cenne umiejętności makiawelizmu, choć sam nie jest makiawelikiem; umie porażkę przebrać w szaty triumfu i odwrotnie. Nic sobie nie robi z ran i walczy dalej, wierząc w cuda i świeżą energię. Nadal jednak nie przeobraża się w bohatera; jest sympatyczny i można mu wierzyć na słowo, iż im więcej zła go dotyka, tym więcej dobra daje z siebie.
Z pewnością jest odważny; szarżuje po nie wykarczowanej dżungli swych obaw i instynktów, tworząc to co każde z nas śmie nazywać rzeczywistością. Możliwe, że wszyscy dookoła niego żyją w zakłamaniu, bowiem prawda okazuje się zbyt bolesna, aby ją tolerować.
A kłamstwo...cóż, to wielki motor działania. Wystarczy, że od czasu do czasu jedno okłamie drugie, a to jedno będzie centralnym punktem życia tego drugiego i dywersja gotowa. Życie owocuje nowymi emocjami, a świat tak jak powinien pędzi naprzód i cała reszta jest jak festiwal spadających gwiazd.- przerwała, spoglądając w niebo i chyba twym momencie deszcz przestał padać, tak jakby wycofując się na jej spojrzenie- Pamiętaj jednak, że gwiazdy nie spadają. To tylko kamienie.- wyciągnęła dłoń, aby natrafić na moją i uchwyciwszy me palce, posłała mi ciepłe spojrzenie. Tylko matki tak patrzą.- A teraz idź i wyciągnij przyjaciela z piekła.- zrobiła krok w tył, a nasz dotyk ustał- Idź i zrób to, co wiesz, że powinieneś.

„Długo się broniłem
wreszcie się poddałem.
Kiedy jeden człowiek przemieni się w pył
Powstanie drugi człowiek.”
Goethe

I jak długo nie posiądziesz celu,
Tak długo nie poddawaj się...
...a bronić się przestań,
gdy cel twoim być nie może.

 

zwodzony niczym głupiec

zwodzony niczym głupiec

Nasze wzajemne więzi możemy sprawdzić tylko w chwili najważniejszej próby.
Nie znałem go. Nigdy go nie widziałem. Nie słyszałem jego imienia. Ale był kimś; był kimś komu miałem pomóc. Dlaczego właśnie on i dlaczego ja?
Dwa zagubione w kosmosie pierwiastki, nawet nie świadome o swym istnieniu, a teraz tak bardzo zależne od siebie.
Ona nie zmuszała, ani nawet nie prosiła. Ona wyznaczyła cel, tak szlachetny dla mnie i tak potrzebny jemu. Miało to być moim odkupieniem win, których nie posiadłem. Ale kto z nas nie posiadł winy? Kto przeszedł przez życie nie wyrządziwszy krzywdy ani razu? Kto choć przez sekundę nie był łajdakiem?
Zawsze istnieje przeciwnik. A ja teraz jestem bratem w łachmanach i kijem w ręku. Chodzę sobie i patrzę. Patrzę, aby przestać wierzyć w ludzkość. Ale spokojnie. Ja już dawno to zrobiłem.
Jest takie coś w takich jak ja co nie pozwala stanąć i odpocząć, bo stoją tylko tchórze, a odpoczywają słabi. Ale ja jestem zmęczony; zmęczony życiem i walką z bogami. Podłymi błaznami ucztującymi na ciele dumnych i walecznych. Są sprzymierzeńcami tłumu. Gardzą nim i przez to pozostawiają w spokoju. To my stanowimy mannę ich igraszek. My, potomkowie Gilgamesza i dzieci Prometeusza. Ci, którzy nie spoczną, póki nie odzyskają nieśmiertelności.
Jest dla mnie nikim, a jednak coś nas łączy. Ona zna to podobieństwo. Ona wie, że zarówno on jak i ja pochodzimy z łona jednej matki- mocarki wojny, Makarii.
Czasem człowiek ma ochotę zrobić coś idiotycznego. Nie chodzi mi o szaleństwa, na które napalają się kobiety. Spotykają się takie i ekscytują pomysłem, na szaleństwo. I co robią. Idą do dyskoteki, wciągają kilka drinków z domieszką amfetaminy i udowadniają, że oglądały kiedyś Thelmę i Luizę. W tym nie ma szaleństwa. Jest spodlenie. Nic więcej. Miłość jest szalona. Ta wierna oczywiście. Tylko ta wierna.
I czasami człowiek robi coś idiotycznego. Przy minus dwadzieścia, tuż przed Sylwestrem wybiega z domu i przez pięć godzin rzeźbi figurkę kobiety. Nie ma pojęcia o rzeźbieniu, ale usilnie stara się nadać śniegowi piękna. Przemarznięty chwyta swoje dzieło i wraca do domu. Jego plan ziścił się w pełni. Nie jest sam w tej podłej jaskini. Ma towarzyszkę, a po dziesięciu minutach mokrą plamę na dywanie.
Innym razem ten sam człowiek spotyka kobietę. Mało ważny jest fakt, że zakochuje się w niej po minucie. Tak po prostu; zupełnie jak gdybyś wziął swe wnętrzności w dłonie i podał jej. Jesteś przegrany, zanim zaczęła się bitwa.
Zamienił z nią dwa zdania i przez przypadek dowiedział się godności. Patrzy do książki telefonicznej, a tam ponad setka tych samych nazwisk. Ale on jest niezłomny. Telefon w dłoń, a z magnetofonu rozbrzmiewa w kółko „baby don’t cry, never give’up.”
Tak jak śpiewa murzyn, tak i on nie płacze i się nie poddaje. Za około osiemdziesiątym telefonem odnosi sukces. Zdobywa adres swej miłości. I co robi. Biegnie do kwiaciarni. Ma w kieszeni dwieście złotych. Kupuje za to piękny bukiet, plus kartka i dostawca. Kobieta jest oczarowana, ale dla niej to nic nie znaczy. Łechce jej próżnię, ale nic nie znaczy. Faceta dopadają wierzyciele. Jest bez pracy, a te dwie stówy miał dzisiaj oddać. Łamią mu ręce i nos. Zwlekał dwa tygodnie, a procenty rosną. Wrócili po dwóch dniach. Lizał rany i nie mógł zdobyć pieniędzy. Cóż mieli zrobić; dobili go...ale nie zapłakał i nie poddał się. Murzyn znowu śpiewał, a nikły uśmiech zagościł na jego twarzy. Prawdziwy uśmiech szczęścia rozświetlał jego umęczone oczy. I przez ten jeden moment, jedną małą chwilkę w marszu swego życia poczuł się naprawdę szczęśliwy. Autentycznie szczęśliwy. Nie było już miejsc, które chciałby zobaczyć, nie było ludzi, jakich chciałby poznać. Został sam i umierał bez łez. Śmierć jest prosta, kiedy na nią czekamy. Prosta i warta ułamka szczęścia. Zapłacił najwyższą cenę i nie zapłakał i nie poddał się...


Jestem całkowicie sam. Wyobcowany i zmęczony w miejscu, do którego nigdy nie przychodzi Bóg i może dlatego jest tak wspaniałe.
Jedynie szum wiatru i odgłosy ptaków rozpraszają ciszę. Uciekłem od zgiełku i od swego życia. Uciekłem zrzucając zbroję i teraz jestem pewien, iż stałem się pielgrzymem.
Życie jest bardzo proste, kiedy pojmiemy jego schemat. Jest dokładnie takie na jakie w danej chwili wygląda, ale zawsze może być gorsze i tylko czasami lepsze. Podążamy do złego; to reguła, a wyjątki stają się pielgrzymami. Droga jest żmudna i potworna, a nagroda spoczywa na dnie beczki Pandory. Wyciągniemy Elpis i damy jej wolność.
Nie ma prawdy, uczynków bez krzty egoizmu i wierności bez skazy. Jesteśmy kłamcami, a wdzięczność to coś co chcemy odbierać, nigdy dawać. Im jesteś lepszy, tym bardziej dokopuje ci życie. Może to nie całkiem tak. Możliwe, że ludzie i okoliczności pozostają tak samo zdradliwe, ale ty, jako ten lepszy, widzisz więcej. Dzięki dobru rozwija się wrażliwość, a wówczas zło staje się klarowne i widzisz jak stoi przed tobą, brzydkie i wielkie, niczym Gorgona.
Przeszedłem daleką drogę od początku tej historii i aż przeraża mnie świadomość jak bardzo zaszyłem się w samotności. Pozbywam się ludzi w mgnieniu oka. Wykształciłem w sobie system takiego wypaczenia, iż jeśli nawet kiedyś dawałem szansę oszustom, to teraz wystarczy delikatnie nadszarpnąć moje zaufanie, a staję się okrutny i zimny jak głaz. Nie wyrządzam krzywdy, żegnam, bez jakiegokolwiek tłumaczenia. Bez skrupułów, bez nadziei. Szkoda, że nie wierzę w człowieczeństwo.
Jako człowiek odniosłem sukces, jako jednostka społeczna poniosłem klęskę. Wiem, że droga, którą przeszedłem, aby dojść do tego punktu, była autentycznie coś warta. I nawet jeśli kiedyś byłem skurwielem, to teraz jestem okazem duchowego sukcesu. I nawet jeśli jestem religijnym apostatą, to odnalazłem swoje bóstwo; to wartość mistyczna: siła i honor.
W mojej dolinie, w tym okresie życia mieszka pewna osoba. To ona jest ze mną, a nawet nie wiem jak ma na imię. Pośród całej masy bezczelnych, spragmatyzowanych małp, ona jest jak pielgrzym. Nie znacie jej i ja też jej nie znam, ale niech tak pozostanie, bo inaczej utracimy wszystko.
Ot, pojawia się czasem w twoim życiu ktoś znikąd. Z początku tego kogoś nawet nie dostrzegasz. Istnieje obok i to wszystko. Ale później orientujesz się jak bardzo jesteście blisko. Tutaj mieszka Bóg. Ten, który sprawia, że się nie lękasz. Że idziesz przed siebie, drogą katorgi, a na jej końcu czai się potwór. I wiesz, że w końcu tam dotrzesz i staniesz do walki, bez chwili wahania, bez pierwiastka strachu; zimny i twardy jak granit. I pokonasz go, albo umrzesz równie zimno i równie twardo.
Gdybym jej nie spotkał, czułbym nieprzejednany ból. Jej jedno spojrzenie i wiem, że jestem coś wart. Nie ważne kim jestem i co robię. Patrzy i wiem, że odniosłem sukces. Moje wartości są wyznacznikiem mego człowieczeństwa. I ona to widzi; dostrzega moje człowieczeństwo.
Tak więc spotkałem Boga, w miejscu, gdzie wyścig szczurów to dyscyplina olimpijska z dozwolonym dopingiem. Wyścig ten zmonopolizował egzystencję, a oni biegną ślepi, modląc się do pieniądza. Drogi samochód, złota karta kredytowa i telefon komórkowy, który najlepiej, aby jeszcze za nich myślał. Świat przybrał tak utylitarną formę, iż pierwiastek duchowy, a nawet i ludzki to fakt istniejący w legendach. Ostatni przedstawiciele idealizmu wymrą wraz z moim pokoleniem. Nie ma bohaterów literackich, gdzie dumny Indianin implikuje wartości siły i honoru. Są gry komputerowe, w których dziesięcioletni chłopczyk wybija całą wioskę Wietnamczyków, jako twardy żołnierz U.S. Army. Albo mała dziewczynka miast wsłuchać się w głos matki, czytającej bajkę, patrzy jak ona obgryza paznokcie wpatrując się w kolejne świadectwo ludzkiego debilizmu typu Reality Show. To kolejny asumpt literacki zaszczepiający kompletny brak wartości. I oglądają wszyscy, od pięcioletnich dzieci do emerytek. Za dziesięć lat z tych pięcioletnich dziewczynek wyrosną nastoletnie kurewki, bez kodeksu etycznego, bo etyka to coś ze starożytnych czasów.
Dzieci wpatrują się jak ekran telewizyjny wyświetla spodlenie, bezruch intelektualny i kopiują te zachowana, pojmując je za prawidłowe i jedynie poprawne. Uczestnik Reality Show, zamknięty na parę miesięcy z kilkoma innymi emanował kabotyństwem, więc i młody chłopiec, wychowany na tym wzorcu będzie debilem o zerowym intelektualizmie. A dziewczynki będą się puszczać, bo i te w telewizji robiły identycznie. A mamy nie czytają „Ołowianego żołnierzyka” tylko włączają dziecku odpowiedni program. A spodlenie na ekranie jest odpowiednie, gdyż ogląda to prawie każdy. Jak prawie każdy może się mylić?
Codziennie widzę jak umiera jeden z bohaterów, a Kubuś Puchatek mimo, iż żyje, to ledwo oddycha. Za tydzień pochowają Pinokia.
Rosłem na braciach Grimm. Piękne baśnie o odwadze i uczciwości. Dzieciaki z mojej ulicy biegają i krzyczą o tym, co zrobił On jej w domu podglądanym przez miliardy ludzi. Szkoda. Po prostu szkoda, że postacie Karola Maya, czy Hemingweya, od których można się wiele nauczyć to bohaterowie śmiertelni.
W takim razie, może to i lepiej, że zamknięto bramy raju.
Ale rok dwutysięczny pierwszy płodzi jednak ideał; rodzi się nowa postać mistyczna, a komercja lansuje ją do rangi bóstwa. Kolejny idiotyzm naszej chorej cywilizacji. Literatura z bohaterką, jaka przedstawia nam histerię, paranoję, chroniczne fobie i pustkę umysłową do potęgi. Największa profanacja literatury z jaką się spotkałem, gdzie jakaś wypaczona kobieta opisuje dziennik swojej wypaczonej bohaterki. Czyta to każdy, kto nie sięga ogólnie po literaturę. Ale czytają i kiedy śmieję im się prosto w twarz, udają wielkich znawców pisarstwa nie wiedząc nawet kim był Dostojewski, Owidiusz, czy Selinger. Cały świat to połyka, a trzpiotki są zachwycone, gdyż stykając się z problemami Brigit Jones, siłą rzeczy bagatelizują swoje i przestają żyć własnym życiem. Świat jednak nie pozostaje na tym; jest przecież masa analfabetów. Więc co robi świat; kręci film, na podstawie owego „przeboju literackiego” aby więcej niespełnionych panienek, nacieszyło się profanacją człowieczeństwa.
Dehumanizacja postępuje wolnymi, lecz zdecydowanymi krokami. Z literatury robi się pośmiewisko, gdzie każdy kto przynajmniej umie sklecić zdanie może dzięki znajomością, czy pieniądzom zostać pisarzem. A co do cholery z tą okropną drogą samotności i zwątpienia. Bólu i rozpaczy, którą trzeba przejść, aby cokolwiek umieć powiedzieć?
Zacząłem kopać. Jak już mówiłem, czasem człowiek robi coś idiotycznego, nie zastanawiając się nad sensem.
Pogoda była wredna, a noc ciemniejsza niż zwykle. Gdybym wierzył w demony, ufałbym, że to jest ich noc. Nie wierzyłem i tym lepiej dla mojej odwagi.
Domek, w którym wcześniej znikła Ona, jaśniał jednym małym światełkiem, co przypuszczam, blaskiem z kominka salonowego. Byłem pewien, że ona tam jest; chciałem, aby tam była, abym nie był sam na tym pustkowiu, w ciemną, demoniczną i deszczową noc. Wybrałem sobie miejsce na środku polany, uznając je za najwłaściwsze, aby dostać się do piekła. Miałem wykopać ten cholerny rów, nie wiedząc jak głęboko. Do skutku. Będę kopał do skutku, aż ujrzę dłoń faceta chcącego się stamtąd wydostać.
Mimo wszystko czułem się świetnie, oblany strugami wody, smagany powiewem wiatru i straszony mrokiem nocy. Przez moment, ponownie poczułem współczucie dla sarenek, ale kiedy zrozumiałem, że to naprawdę na swój sposób jest błogosławieństwem, zacząłem im zazdrościć. Zrozumiałem. Wszystko dokładnie zrozumiałem. I teraz wiedziałem, że jakkolwiek byłoby paskudnie, natura nie wyrządzi mi żadnej krzywdy. Padało? Świetnie. Grzmiało? Super. Wiało? Wyśmienicie. Jestem tego częścią.
Pogłębiałem dół, aż w końcu zobaczyłem człowieka. Zmierzał od północy, wolnym krokiem, pełnym gracji i tak samo jak ja, czerpał siłę z krzyków natury. Oparłem się na szpadlu i przypatrywałem obcemu, jak nieuchronnie się zbliża. Bał bym się, gdyby nie fakt, że nie obawiałem się ludzi. Musiałby być kimś ponad, ale nie był. Poznałem po papierosie wetkniętym w usta. Nie palił, gdyż nie było to możliwe z powodu deszczu. Po prostu, trzymał go między ustami. Musiał być człowiekiem, chyba że jacyś okrutni bogowie zaczęli się truć tak jak ich dzieło.
Podszedł i stanął na krawędzi dołu, wyżej ode mnie o jakiś metr. Spoglądaliśmy na siebie prawie takim samym spojrzeniem, pełni powagi i skupienia. Mogłem powiedzieć, że od pierwszego wejrzenia go polubiłem. Ale tak naprawdę był mi obojętny.
-Przynoszę smutną wieść.- wymówił nieco ochrypłym głosem, stojąc nade mną i próbując odpalić nowego papierosa.
- To przynosisz wieść dobrą.- odparłem równie spokojnie.
- Nie.- zapalił i pociągnął dwa razy, po czym papieros znowu zgasł.- To smutne.
-Przy smutnym obliczu serce jest dobre.- przetarłem dłonią mokre włosy- Tylko smutek sprawi, że skurwiel ugnie kark i uroni choć jedną łzę.
-A więc ugniesz kark.- zripostował- Nie musisz płakać. Zrozumiem, że jesteś twardym facetem i nie płaczesz.- włożył ręce w kieszenie letniego półpłaszcza.
-Każdy płacze. Twardy, czy miękki...każdy.- wyglądał jakby przytakiwał, lecz jego kamienna, przystojna twarz nie wyrażała żadnej emocji.
Wziąłem się ponownie do kopania.
-Możesz więc płakać.- zgodził się- Pada deszcz. Nikt nie zauważy.
-Jesteś zwiastunem smutnej wieści.- przypomniałem mu, bo mimo wszystko zakłócał moją samotność. Chciałem, aby zrobił co ma zrobić i sobie poszedł.- A ja nie jestem skurwielem, więc nie ugnę karku i nie zapłaczę. Jesteś nieistotny. Nigdy nie urośniesz do takiej rangi, aby zmusić mnie do uniżenia, czy łez.
-Niektórzy zawsze żeglują pod wiatr. – zaczął płynnie.- Nie chcę cię obrazić. Sam należę do tej grupy. I w tym właśnie szkopuł. Dwa statki na tym samym kursie, to śmierć jednego.- kucnął, aby móc zniżyć głos i abym go wciąż dobrze słyszał.- Kurs wyznacza ten dom.- wskazał palcem na oddalony budynek- i osoba tam mieszkająca. Oboje wiemy, że ten dom to Kamelot; sanktuarium dla takich jak my. Oboje wiemy, że ona to relikt tego zamku.
-I oboje wiemy, że jest nagrodą tylko dla jednego.- wbiłem szpadel z podwójną siłą, jakby tracąc cierpliwość.
-Smutna wiadomość to fakt, że przyszedłem, aby cię zabić.- mówiąc to jego głos nie zawierał awersji, nie przepełniał też go ton zadowolenia. Był oschły tak jak zawsze.
Rzuciłem szpadel w drugi koniec dołu i splunąłem, siadając w błocie.
-Nie kopiesz już?- zainteresował się.
-Pomyślałem, że ta piękna i mądra dziewczyna znakomicie mnie wrobiła.
-Angelika?
-biję się z tym, aby nie wierzyć w to urojenie.
-Uważasz, że kazała wykopać ci rów na własne ścierwo?
-A jak mogłem, kurwa wierzyć, że dokopię się do piekła.
Słyszałem, że się zaśmiał, a kiedy przyjrzałem się jego twarzy, widziałem ubaw. Wyrzucił to co zostało z papierosa i usiadł naprzeciw mnie.
-Czyli co ty właściwie robisz?
-Kopię sobie grób.- rozglądnąłem się dokoła- W gruncie rzeczy to ładna okolica.
-Niee.- pogrzebał w kieszeni i ponownie wydobył paczkę fajek. Wziął sobie jednego, po czym rzucił do mnie. Wygrzebałem papierosa dla siebie i odrzuciłem paczkę jemu.- Ona nie wie, że chcę cię zabić. Poza tym, jest jedną z tych, która potrafi wyciągać z piekła, a nie wrzucać do niego.
-A mi się cały czas wydaje, że tak wspaniałe kobiety jak ona, cokolwiek by nie robiły, zawsze wpędzają do piekła.
-Może masz rację.- zaciągnął się, wykorzystując chwilowe palenie się tytoniu.- Opętała mnie. Mówiła coś o tym, że jest ktoś kto mi może pomóc. Kto może wyciągnąć mnie z piekła. Mówiła, że ten ktoś ma taką siłę. Poczułem wściekłość, a kiedy zobaczyłem ciebie, zrozumiałem, że jedynym sposobem na wypędzenie cię z jej życia jest twoja śmierć. – obu nam zgasły papierosy, ale tak sobie siedzieliśmy z nimi, niczym bohaterowie klasycznej powieści.- znam się na ludziach i wiem, że nie opuściłbyś kogoś bliskiego, tylko dlatego, że ktoś ci grozi.
-Wiesz kto to jest, Enkidu?- zapytałem, a jego dotychczas niewzruszona twarz, drgnęła.
-Czasami ona tak do mnie mówiła.- odparł.
-A znasz Gilgamesza?
-Jasne.- wyczułem posmak ironii.- Opowiadała mi o facecie, który mógłby mi pomóc. To właśnie Gilgamesz. Jest piękna i bardzo mądra. Czysta magia, ale niekiedy przeraża mnie fakt jej odmienności.
-Myślisz czasem o ludziach, którzy chodzą sobie po świecie i wyrządzają dobro. Nic nadzwyczajnego. Po prostu idziesz jak pielgrzym i pomagasz zgubionym.
-Chciałem stać się pielgrzymem, ale nie mogę zrzucić zbroi.- wpatrywał się we mnie- Wiesz. Całe życie walczyłem. ...- chwycił grudkę ziemi i cisnął ją w dal- ...i mimo, że chcę, nie mogę przestać walczyć.
-Więc musisz mnie zabić.- przypomniałem za niego.
-Wzrosłem na zabijaniu.- westchnął.- I nawet jeśli wiem, iż czasem jest ktoś, kto nie zasługuje na śmierć, zabijam tłumacząc, że śmierć go po prostu spotkała.
-Nie lękam się śmierci.- mówiłem cicho i spokojnie i gdyby on nie był człowiekiem niezwykle opanowanym, z pewnością mój nastrój bardzo rozdrażniłby go.- Śmierci zawsze mogłem się ustrzec. Jestem mistrzem magii.- wpatrywał się w moją twarz.
-A ja mam najlepszy czar w zanadrzu.- wyciągnął spod mokrego półpłaszcza broń.- To zaklęcie, które wyzwala..- nawet nie myślał o kierowaniu lufy w moją stronę. Po prostu przyglądał się pistoletowi, jakby w podziwie przed jego wielką mocą.- Często myślę, jakim błogosławieństwem byłoby rzucenie tego czaru na siebie samego. Ale nie martw się.- posłał mi zdawkowy uśmiech- To tylko chwilowe roztkliwienie.
-Też mi się to zdarza.- obracałem w palcach grudki ziemi, blask kominka w oddalonym domku zgasł, a niebo powoli zaczęło się przerzedzać.- Coraz częściej dopada mnie tak nieprzejednane wyobcowanie, iż samo wyobrażenie o nim przynosi tylko, tylko ból. Przychodzi i napada mnie, wbijając się swymi szponami w każdą cząstkę mego ciała. To tak niepojętny ból, że stoi w istocie wyobrażenia tylko tych co posiedli owego zdradliwego grala człowieczeństwa. I nie wiem jak to się dzieje, nie wiem jak drobna cząstka, jaka moc wyrywa mnie z owego poczucia beznadziei, że nagle staję się silny...okropnie silny i patrzę jak potwór się wycofuje. I wówczas czuję niesamowicie rozkoszny, lodowaty chłód, który opanowuje moje ciało, tak cholernie zimnej twardości jaka przenika mój umysł. To coś co sprawia, że przechodzę przez życie, godny i wyprostowany. Coś co pomaga walczyć i zwyciężać, a jeśli nie zwyciężać to wciąż żyć.
-Ogarnia cię zawsze upokarzająca rozpacz...- odezwał się trzymając broń bezwładnie, ze wzrokiem utkwionym w dali.- ...a potem to prostackie uczucie twardości. I wówczas wiesz, że nigdy, ale to nigdy się nie poddasz.
Obaj byliśmy tacy sami, a jednak tak różni; śmierć nikogo nie omija- pomyślałem, kiedy jego twarz rysowała się niemym świadectwem jakiejś tragedii. Nie potrafił tego ukryć. Nie przede mną.Byłem wytrawnym obserwatorem i zorientowałem się w jego walce z losem, jaką toczył, aby wciąż trzymać się życia. Szukał człowieczeństwa i mimo, że odbierał ludziom życie, chyba je znalazł. Cóż to znaczy, że zabieramy człowiekowi jego największy dar, kiedy człowiek nawet nie docenia tego daru. Rodzi się i rośnie nisko przy ziemi, a on go po prostu zrywa. Jak zielsko. Z tego względu nie mógł mnie zabić. Nie mnie, gdyż czyniąc to straciłby wszystko do czego doszedł i nigdy nie nauczyłby się jak trzeba żyć na świecie. Teraz już doskonale wiedziałem, co Angi miała na myśli, mówiąc o wyciąganiu z piekła. Każdy szuka zbawienia na własną rękę. Ja miałem mu pomóc, stając mu na drodze, jako jedyny ze znanych jemu, który posiadł człowieczeństwo, a on miał się sprawdzić w fakcie, czy przekroczy każdą granicę, aby usunąć przeciwności. Zabijając mnie skończyłby z samym sobą, a darując mi życie dotarłby na koniec tęczy.
-Jestem stracony.- powiedział, uwalniając głos z okropnego bólu.- Ona mnie ocali.
Szukam. Cały czas szukam i nie znajduję nic ponad samotność.-w meandrach mej psychika obudził się natrętny melancholik.
-A wszystko przez jabłko znad Eufratu.- nucił nieco z awersją, taplając się w błocie- I przez tego głupiego protoplastę...-posłał mi ironiczne wejrzenie-...powiedz. czy ja wyglądam na potomka ogrodnika?
Przyjdź tu gdzie i ja jestem...i pójdźmy dalej razem. Razem. Tyle razy przerwać drogę móc. Zatrzymać się w przystani. W słodkiej karczmie, w cieple ścian, przytulności strzechy, u gospodyni zacnej i pięknej, a jednak nie tej co magom patronuje. I w tęsknocie za spoczynkiem, mijam przytułki co radość dać mogą, nie wierząc, w mieszkające tam fatum, bądź wierząc w nagrodę dla wędrowca. W ziemię obiecaną po pustynnej wędrówce, zwodzony niczym głupiec, przez proroczego Boga.
-Zabić skurwiela, to nie to samo co zastrzelić ciebie.- próbował przypalić kolejnego, suchego papierosa.- gdybyś spojrzał na mnie i błagał na kolanach, wiedziałbym, że jesteś nic nie wart i po kłopocie.- nie udało mu się.- A ty nawet nie wyrażasz najmniejszej emocji. Żadnego wzruszenia z faktu prawdopodobnej śmierci. I tym trudniej, bo choć zabijam, jestem bardzo uczciwym człowiekiem.
Tyle razy zapraszany na spoczynek w ramionach przydrożnej karczmy. Tyle wyborów pozostawionych z tyłu, obok szlaku, a ja wciąż idę i idę gralla szukając, miast zaprzestać i spocząć w jednym z przytulnych przybytków.
Czego się spodziewam, że znajdę? Nagrody za podjęty trud? Zadośćuczynienia? Skarbu na końcu owej tęczy, która być może nie ma końca? Sprawiedliwości, gdyż nie rosnę nisko przy ziemi rezygnując z trudu, lecz podejmuję większy trud, aby sprostać pragnieniom? Łaski bogów za nie godzenie się z ludzkim losem marionetki?
Wędruję przed siebie. I jakakolwiek bestia czai się przede mną, zła się nie ulęknę, bo z tyłu jest piekło. Tylko przed siebie...naprzód z odwagą, hołdem dla determinacji. I odrzucając półśrodki, ersatze, pseudoszczęścia, szukam tej co dłoń wyciągnie i uwolni z więzienia. A jako, że los jest farsą, wiem, że spotkam Dejanirę jak i Herakles, której imię znaczy „Zagładę – Wojownika”




 

Zaloguj się