na koniec każdego dnia

...

Szedłem przez miasto ciepłym wieczorem, bez celu, a słońce złociło daleki zachód. Dookoła wszędzie życie i pełno śmierci. Czai się wszędzie, ale ja idę na luzie, w koszulce na ramiączka, z ręką w kieszeni, a wodą mineralną w drugiej. Świat przecież nie ucieknie, nawet jeśli zwolnię lub przystanę. W końcu jestem mistrzem magii; i znowu oszukałem śmierć.

A w trzy dni po rozstaniu z Angi była niepogoda.
Przyszła tego dnia, kiedy na wszystko brakowało czasu; nawet się porządnie nie zdążyłem obudzić, jak depresja zapukała do drzwi. Przyszła razem z niepogodą. Często te dwie damy chodzą parami.
I do cholery poranna kawa nie smakowała.
-Kolejny paskudny dzień.- wciągając spodnie, straciłem równowagę, czego konsekwencją było wywalenie się na podłogę.- Kolejny paskudny, pierdolony dzień w zbyt długim marszu świata..- zerknąłem na przyciętą chłopięco brunetkę uwieńczoną fotografią na niebieskim tle i przyczepioną gwoździami do ściany.- Trzeba go spędzić.- ona jak zawsze posyłała mi subtelny, nieco kpiarski uśmieszek, ale kochaliśmy się. I była to prosta miłość; rozmowy i estetyzm. Czysty estetyzm kiedy tak patrzyłem na nią o każdej porze dnia i mieszkałem w jednym pokoju. Miała ponad dwa metry wysokości i około metra szerokości i zawsze wszystko widziała.
Kawa naprawdę nie smakowała. To tak jakby opuścił cię Bóg. Wierzysz w niego, a On sobie idzie.
Co rano spotykałem czterech jeźdźców apokalipsy. Mieszkali na mojej dzielnicy i przemierzali ją dumni i nieugięci. Kiedyś chcieli mnie dorwać, ale wykiwałem ich. Była to jedna z moich dewiz: wykiwać Bogów i prześladowców. Nikt mnie nigdy nie zrobi. To ja wszystkich zrobię.
Stałem w tej niepogodzie, a wiatr łopotał płaszczem i apaszką. Miałem ładną, drogą i gustowną apaszkę, póki jej nie zgubiłem. Później już nie była taka ładna, a gubiłem niemal wszystko.
Wiało i padało, a autobus nie przyjeżdżał. Pomyślałem, że to wyśmienity początek dnia. Znowu pech. Wszyscy pochowali się pod metalową wiatą, a ja nienawidziłem smrodu jaki pozostawiali tam ochlapusy.
Jako jedyny stałem na zewnątrz, a wszystko było mokre; tak naprawdę jednak miałem to gdzieś. Nastał taki okres życia. To bardzo proste, jeśli się z tym pogodzimy.
I kiedy tak stałem, a strugi wody opływały moją skamieniałą twarz, podszedł do mnie facet. Może o rok starszy ode mnie, średniego wzrostu, nieco korpulentny, odziany w pieprzony niebiesko biały dresik, z żółtymi wstawkami. Uwierzycie? Paskudnego, deszczowego poranka na przystanek wkracza macho dwudziestego pierwszego wieku.
W pierwszej chwili pomyślałem nad faktem, czemu on jeszcze żyje. Na tej dzielnicy dresiarzy zabijano szybciej niż nudę, a później pomyślałem, że mordercy jeszcze śpią, albo też dzisiaj mają wszystko gdzieś.
-Potrzebuję fajki.- rzucił do mnie stanowczo- Masz fajkę?- stanął naprzeciw, w chwili kiedy wpadłem na pomysł, że to ja go zabiję, ale po chwili uświadomiłem sobie, że zabijanie też mam gdzieś.
-Niestety.- odparłem równie stanowczo, acz głos mój był życzliwy. Fajek nie lubiłem tak samo jak dresiarzy.
-Niestety?- powtórzył namiętnie.- Co to niby znaczy?- przyglądał mi się uważnie, machając jednocześnie rękami- Niestety, nie mam? Niestety, ale nie dam ci, niestety, kurwa, nie palę? Co to niby kurwa znaczy. Czy ty kurwa znasz tylko epitety?
Chyba jednak go zabiję- przemknęło po synapsach mego mózgu, a następnie autobus, który wreszcie wyłonił się z za zakrętu rozwiał tą myśl.
-Ale ty masz rozbudowane słownictwo.- skwitowałem poprawiając apaszkę, którą targał wiatr.- Jeśli chcesz porozmawiać o swoim dresie...- dodałem kierując się w stronę podjazdu.- ...to zadzwoń. Numer wypisany czarnym markerem na wiacie.- przeczesałem dłonią króciutkie, mokre włosy.- Ale musisz być w dresie.
-Hej!- wrzasnął za mną cholernie głośno.- Ja w innej sprawie.- donosił głos.- To ty jesteś kochankiem Karol?- zapytał, a ja przystanąłem i obróciłem się targany przedziwnym, nie sprecyzowanym przeczuciem. Spojrzałem na niego nieco kapryśnie.
-Kiedyś nim byłem.- rzekłem obojętniej, aniżeli chciałem.
-a kim jesteś teraz?- syknął w afroncie.
-Nie wiem.- szczerze się zastanowiłem, kiedy autobus stanął, a drzwi się otworzyły.-Może nikim.
-Dokładnie.- bez gwałtowności sięgnął pod ten swój dresik, a w jego dłoni pojawiła się broń- Nikim.
-Mój sznur się urwał.- wypowiedziałem zbyt ironicznie, wspominając śmierć, która zabierała wszystkich oprócz mnie.- Nie wiesza się poraz drugi.-tak skwitowałem jego chęć zastrzelenia mnie.
Jego chyba to tak nie ubawiło i dlatego wcisnął spust. Przy pierwszym razie poczułem uderzenie w prawym ramieniu. Jedna jedyna myśl jaka mnie zmartwiła to fakt, że chyba nie wsiądę do tego autobusu. Konsekwencją drugiego grzmotu, była ciemność i drżenie ciała. Stałem się niesamowicie słaby, a głos jaki wcześniej chciał papierosa, dobiegł mnie ponownie.
-I żebyś kurwa wiedział.- oddalał się głos- To ja. Dobry chłopak.
Deszcz wciąż padał, powiew wiatru przewrócił mnie na kolana, a śmierć dokańczając owego dzieła agonii, kopniakiem między łopatki powaliła mnie- mistrza magii- twarzą na bruk.
A jednak mnie dorwała. Czaiła się i dorwała, paskudnego, nie pogodnego dnia.
-...no i dobrze...- pomyślałem sobie...

„Serce twarde na końcu dozna klęski,
a miłujący niebezpieczeństwo w nim zginie.”
Księga Mądrości Syracha 3:26 

Patrzę na niego i wiem, że jest jednym z owych oszustów, co zerkają, a nigdy nie wyciągają dłoni. Patrzę i wiem, że nie ma uczciwych Bogów, a jest tylko zawiść i zgorzknienie. Jestem jak
Tejrezjasz- wróżbita Tebański, który na pytanie Zeusa i Hery o to, komu miłość daje więcej przyjemności, odparł, że dziesięciokrotnie więcej daje kobiecie. Nie istotna jest treść. Odparł uczciwie, a ta jędza go oślepiła.
Ludzka głupota przekonuje mnie do uwierzenia w fakt pochodzenia od ogrodnika, a gniew i okrucieństwo upewniają w kwestii ulepienia nas przez gniewnego i okrutnego z brudnej gliny.
Żałosna fuszerka na samym początku, a jak fundament spieprzony to i budowla marna.
Patrzę i zdaję sobie sprawę, że On jednak spuścił na ziemię meteor, aby pozbyć się życia, po to, by móc stworzyć inne życie. Że On utopił prawie całą populację ludzi i zwierząt, aby dać większe możliwości swoim adoratorom. Że pozwolił zabić swego syna, aby zbawić łajdaków, gwałcicieli i morderców. To wspaniałomyślne. Cóż; On już taki jest- wspaniałomyślny. To co, że nieuczciwy i okrutny. Czasem zrobi coś wielkiego i już o nim głośno. I zawsze uchroni bandziora. Fajny gość.
Czasem mu zazdroszczę, iż nie stać mnie na takie gesty. Zazdroszczę mu braku sumienia, bo jakże łatwiej byłoby iść przez życie będąc skurwielem. Zazdroszczę mu tego, że nie płacze, i tak spokojnie przypatruje się jak mordują mu dziecko. Jest twardy. Jest naprawdę twardy. Ja nie byłbym taki wytrzymały. Gdybym posiadał wszechmoc, rozpieprzyłbym Judeę, a ścierwa Kajfasza i tłumu wywiesił przy drodze wjazdowej. Ależ ja jestem okrutny.
Siedzę naprzeciw i wiem, że to właśnie On zaszczepił w naszych sercach miłość i współczucie, a obok nich żądzę i okrucieństwo. Pozwolił umrzeć lepszemu z braci, a mordercę uchronił i dał mu alibi, by nikt nie odważył się zadośćuczynić sprawiedliwości. Boleję nad twym losem Ablu, ale to wina mojego sumienia. Jestem zbyt tkliwy, ale On...ach, gdybym tylko był tak twardy.
Wiem o tym, o czym nie mogłeś wiedzieć ty; wiem, że trzeba być łotrem i zbrodniarzem, aby oddalić od siebie śmierć i niedostatek. A jeśli wpadniesz, to zawsze możesz liczyć na niego; siedzi sobie w wygodnym fotelu, i zawsze jest w stanie wyrwać cię ze szpon sprawiedliwości.
To właśnie On skazał mnie na banicję; ale nie byłem pierwszym i nie jestem ostatnim. Dziękuję kobiecie, iż zerwała owoc, aby uczynić mnie mądrzejszym. Może w tym kryje się ma tęsknota za Lilit?
Jego syn też nie jest zbyt rozgarnięty. Przyszedł na świat, aby go zbawić- patrzę teraz na ten świat i wiem, że mu się nie udało. Do tego zatłukli go. No i w jakim celu?
Postanowiłem być lepszy od niego; obiecałem sobie, że nigdy nie pozwolę oddać swego życia za łotrów, gwałcicieli i morderców i to na marne.
Ci ludzie palcem nie kiwnęli, aby uczynić mnie lepszym człowiekiem. Nie nakarmili mnie. Nie odziali. Nie odwiedzili w rozpaczy i nie złapali za rękę w bólu.
Nie jestem im nic winien.
- Nie nienawidzę cię.- mówię mu, kiedy wciąż spogląda na mnie spode łba.-Chcę poznać prawdę.
-A co to takiego?- zadrwił.
- Jeśli ktoś mówi mi, że jesteś dobry, niech nie zdradza, że to Ty wygnałeś człowieka, pozwoliłeś zabić Abla, wymordowałeś cztery tysiące ludzi na pustyni i nie uratowałeś syna; a to tylko zaledwie kropla w morzu zbrodniczości.- słuchał w milczeniu, jakby aprobując moje oskarżenia, a ja nie omieszkałem tego wykorzystać.-Przekonaj mnie- pochyliłem się w jego stronę .-Przekonaj mnie do swej dobroci. Przekonaj mnie, że dobro polega na wybiórczych mordach. Przekonaj, że gniew jest szlachetny. Udowodnij mi, że słowa Twego syna: „Każ wyprowadzić bluźniercę poza obóz. Wszyscy, którzy go słyszeli położą ręce na jego głowie. Cała społeczność ukamienuje go”-są słowami miłosierdzia.
-Nie potrafię.- uśmiechnął się- I tym lepiej.
-Nigdy nie poszukiwałem majątku. Ani sławy.- dodałem już spokojniej.- Wierzę w magię przyjaźni i miłości; wiem, wiem, to brzmi banalnie i tkliwie, ale taka jest prawda. Cały kosmos składa się z zależności, a ludzkość nie jest wyjątkiem. – pociągnąłem nosem, bo prawdopodobnie przeziębiłem się na tym deszczu.-Żyję ze świadomością, iż niewiasta rzeczywiście zerwała owoc. Nie mam jej tego za złe, tak jak faktu, że tylko ja jestem z gliny, a ona już z doskonalszej formy. Jest ciałem z mojego ciała. Wygnałeś mnie i skazałeś na katorgę i mimo, iż nie oczekuję niczego, wierzę niestrudzenie, iż spotkam kiedyś osobę, która uchroni mnie przed piekłem.- wpatrywaliśmy się w swe oczy, a on czyniąc gest znużenia, powstał powoli, a jednak z gracją.- I to wszystko.
-Idę.- uśmiechnął się pod nosem, dając znać, iż wszystko będzie w porządku i ruszył naprzód, w ciemność.- I z twoim własnym zostawiam cię szczęściem.

Zdolność swobodnego oddychania wróciła mi wówczas, gdy za oknem liśćmi drzew targały wiosenne wiatry. Ból w barku oznajmiał, że kula trafiła właśnie tam, a pielęgniarka ugruntowała w świadomości, iż druga strzaskała dwa prawe żebra. Ale miałem być spokojny. Wszystko będzie w porządku. O tym jednak już wiedziałem.
Lekarz wypisał mnie w miarę pogodny dzień, a szpital wypożyczył dwie kule, dzięki którym miałem dostać się do domu. Pielęgniarka, jakiej byłem ulubionym pacjentem podczas ponad tygodniowej śpiączki, przyniosła z domu garderobę swego męża. Moją wyrzucili razem z apaszką, bowiem była zakrwawiona.
Przeszedłem przez park szpitalny. Z początku chodzenie o kulach sprawiało mi trudności, ale kiedy poznałem schemat tej akrobacji, szło mi nieźle. Dzień był rzeczywiście ładny, a świat wciąż taki sam, mimo mojej dalekiej podróży.
-Skrewiłaś.- powiedziałem do śmierci trochę zbyt głośno, co wykorzystała jakaś starsza jędza, insynuując, abym nie wyrażał się brzydko. Chciałem warknąć, żeby spierdalała i że właśnie wykiwałem śmierć, jednak powstrzymała mnie moja tak zwana kultura osobista i wrodzona uprzejmość.
Znalazłem się przy bramie, gdzie strażnik- starszy, ale poczciwy człowiek, cholernie przejął się przyszłymi perturbacjami z moim dostaniem się do domu. Jemu też chciałem powiedzieć, aby spierdalał, ale nie zrobiłem tego.
Wkroczyłem na chodnik, a na nim nie przepisowo stoi mercedes. Czarny i bardzo ładny. Chciałem właścicielowi powiedzieć, aby spierdalał z tym samochodem, którego będę musiał obejść. A że mercedes jest cholernie dużym samochodem, będę musiał człapać o tych kulach z pięć minut.
I zrobiłbym to, nie oszczędzając bogatego sukinsyna, gdyby nie fakt, że ze środka wyszedł Bruno i adresując do mnie niesamowity uśmiech szczęścia, podszedł i objął mnie ramionami.
-Kurwa.- zakląłem.- Hojność Boga śmierci mnie zadziwia.
- Nieźle cię urządził ten gnojek.- odsunął się nieco i wpatrywał w moją twarz. Ten facet był autentycznie uradowany moim widokiem. No, a ja, również nie pozostawałem dłużny. Widok denata w czarnym mercedesie podnosił moje morale.-Był w dresie, ale nie uciekł daleko.- wciąż się uśmiechał- Dorwali go menele z twojej dzielnicy, a że cię lubili, wbili mu kawał drewna w czaszkę, a później dla pewności wywalili w niego siedem kulek. – westchnął- Cholerny świat.
Trochę miałem mu za złe, że po mnie wyjechał. Chciałem być sam. Całkowicie sam. Chciałem wsiąść do autobusu jak luzak w nie swoich rzeczach, grosza przy duszy z kulami zamiast nóg.
Chciałem, aby złapali mnie kontrolerzy za jazdę bez biletu i chciałem powiedzieć im, aby spierdalali. Później mogliby zabrać mnie na komisariat policji, za nieokazywanie dokumentów, których nie okazałbym z powodu ich braku, a policjanci przejęliby się tym, wsadzili za kratki na kilka godzin do wyjaśnień i wydzwaniali gdzieś, aby sprawdzić, czy czasem nie jestem poszukiwanym bandytą, albo czy czasem nie nawiałem z jakiego zakładu. Im też powiedziałbym, aby spierdalali. Chciałem, aby nadgorliwi debile piętrzyli przede mną przeszkody, a ja zupełnie nic bym sobie z tego nie robił. Żadna z tych zaistniałych spraw kompletnie nie uzależniłaby mnie. Byłbym ponad tym. Ponad tym, co kłopocze setki milionów ludzi. Ponad sprawami nad którymi wykrwawiają się śmiertelni.
Bruno rozpieprzył mój plan.
-Powiedz mi...- zainteresował się-...powiedz jak to jest. No wiesz?
-Przecież to ty umarłeś.- przypomniałem mu.
-Daj spokój.- przypalił papierosa- Musiałem odejść. Musiałem ją zgubić, abyście żyli szczęśliwie. Moje samobójstwo było najlepszym wyjściem.
-Jeśli pytasz, czy widziałem światło na końcu tunelu...- zerknąłem jak tramwaj przemyka ruchliwą ulicą, a mała dziewczyna wyglądając z jego okna błądzi wzrokiem za nami, stojącymi na chodniku.
A może za mercedesem.- ...to nie, nie widziałem go.
-Pewnie takim łajdakom drogi nie oświetlają.
-Sądzisz, że nie chcą, abym tam trafił?
-Dokładnie.
-Jestem na to za dobry.- rzekłem pewnie.
-Tak właśnie jest.- przyznał.
-Za dobry.
-Tak jak mówisz.
-Ale kiedyś przecież będę musiał tam pójść.
-Taaa...- zgodził się z zakłopotaniem-...ale wtedy już nie będziesz taki dobry.
-Nie taki dobry...?
-Właśnie...nie taki.

„Kto z moim własnym zostawia mnie szczęściem
Ten mnie zostawia w smutnym towarzystwie.
Jestem na świecie jak ta kropla wody,
Co drugiej kropli szuka w oceanie,
A co nim znajdzie swoją towarzyszkę,
Ginie samotna i niedostrzeżona.”
William Szekspir „Komedia omyłek”



 

Zaloguj się