Hypnos i jego synowie

Kelnerka

Kelnerka

   Monumentalnie zarysowana postać o ludzkich kształtach pojawiła się przy mnie, a jej twarz wykrzywiona w komicznej kontorsji posłała mi pechowe wejrzenie.
-To od Lilit.- powiedziała postać, wyciągając w moją stronę dłoń, w której widniał kwiat maku.
Uniosłem głowę i starając się przybrać obojętną pozę, rozchyliłem usta.
-To Ty jesteś tym draniem, Hypnosem, synem Nocy i Ereba.- wymówiłem, kiedy dwa potężne skrzydła u jego ramion, zatrzepotały.
-Nie.- uśmiechnął się w iście sielskim geście- To ty jesteś draniem.- uniósł się łagodnie, aby zaraz zniknąć pośród nieprzeniknionej ciemności.
Jedyne co po nim pozostało, to czerwony kwiat maku na stoliku, tuż przede mną.
-Jeśli jeszcze raz nazwiesz mojego ojca draniem, wyrwę ci twa udręczoną duszę i wyrzucę w kat, tam gdzie nic dla nikogo nie będzie znaczyła i nieuchronnie zgnije.- rozniósł się stanowczy głos postaci, która wynurzając się z mroku, przystanęła obok stolika.
Podniosłem się z pozycji pochylonej i oparłem o oparcie krzesła.
-Sądzisz, że dasz radę?- wpatrywałem się jak on siada naprzeciw i układa w dogodnej pozie swe jasnożółte skrzydła.
-Wiem, że jesteś twardym śmiertelnikiem- facet pstryknął palcami- Wiem, że żyłeś i miałeś ciężkie życie- z ciemności wyczłapała kobieta niosąca tacę w ręku i uśmiechająca się do mnie jakimś znanym mi uśmiechem—Wiem, że nie łatwo cię przestraszyć.- teraz kobieta przystanęła, a jej nagie ramię, czyniąc falisty ruch, podało jemu i mi po filiżance gorącej kawy- Od firmy.- uśmiechnął się ten o jasnożółtych skrzydłach- Taka, jaką uwielbiasz. Z jedną łyżeczką cukru i śmietanką- nucił względem mnie przyjazny uśmiech
-Znamy się?- zapytałem ożywiony intensywnym aromatem kofeinowego nektaru.
-Spotykamy się co noc.- kelnerka znikła, a on podał mi papierosa.
-Nie pale podczas picia kawy.- odmówiłem.
-Przepraszam.- zmieszał się- Nie powinienem był zapominać- żachnął- Dolores!.- krzyknął do ciemności- Podaj mojemu gościowi czekoladki z orzechami!
-Dolores?-zainteresowałem się, ostrożnie rozglądając dokoła, po tajemniczym pomieszczeniu; nic nie widziałem, prócz jego twarzy, która promieniała własną poświatą.
-Dolores.- potwierdził- Metr sześćdziesiąt siedem wzrostu. Zielone oczy. Twarzyczka jak Dafne w marmurze połyskująca.- rysy jego emanowały zdawkowym rozbawieniem i skromną życzliwością w stosunku do mojej osoby.
-Dolores, kelnerką?- zapytałem, najprawdopodobniej samego siebie, po czym ujrzałem jak doskonale znana mi postać podchodzi i stawia na stoliku, półmasek z czekoladkami.
Przypatrywałem się jej, lecz ona chyba mnie nie poznawała. Chciałem cos powiedzieć, jednak widząc jej rażącą obojętność, zrezygnowałem.
-Jeśli ona ci nie odpowiada, może nam usługiwać inna kelnerka.- odezwał się osobnik, siedzący naprzeciw.
-Inna?
-Karol, czy Femme. Agnieszka; nadobna piękność czternastowiosenna.- upił kawy- Klaudia, owa prekursorka tego czym jesteś.- włożył papierosa pomiędzy duże wargi- A co z Carmen? Gdzie Angi, jaka uroniła nad tobą łzę?
-To cała moja historia?- zapytałem, lecz on wciąż banalnie się uśmiechał- Daj mi papierosa.- poprosiłem.
-Szukasz Lilit.- wyciągnął dłoń z paczką nieznanych mi fajek- Może to któraś z nich.
Nie odpowiedziałem mu. Zająłem się odpalaniem papierosa, a następnie odsunąłem filiżankę ze znakomita kawą. Poraz pierwszy nie miałem ochoty na znakomicie przyrządzoną kawę.
-czy mogę dostać drinka z sokiem...jabłkowym?
-Oczywiście.
-I chciałbym, aby przyniosła go Małgorzata.- zaciągnąłem się- Jej wizerunek znakomicie pasuje do alkoholu. Poza tym zawsze lubiła sobie wypić, a w szczególności żubrówkę z sokiem jabłkowym. I nie musiało w tym być lodu.
-Jasne.- zaśmiał się, a gdy wypuścił dym z płuc, pojawiła się Niemka z Polskim rodowodem.
-Cześć Malory.- zainicjowałem delikatne uśmiech w zakątku ust. Postanowiłem świetnie się bawić, zwłaszcza, że miałem możliwość spotkać wszystkie samice mego życia w jednym miejscu.
-Znamy się?-rzuciła chłodno.
-Możemy się poznać.-zaproponowałem.
-Nie ma szans.-postawiła na tacy filiżankę z kawą, a jej miejsce zastąpiła literatka z trunkiem.-Nie zadaję się z łajdakami.
-To nie mój ojciec jest łajdakiem.- zaśmiał się facet wskazujący na mnie oskarżycielsko palcem- Ty nim jesteś.
-Taaa.- zgodziłem się- Kiedyś byłem malutki i uroczy.
-Przykro mi- odezwała się Małgorzata.
-Mi też, Malory.- powiedziałem i nabrałem głęboko dymu do płuc.
-Musiałeś mnie z kimś pomylić.- zaadresowała do mnie arogancki, pełen pewności siebie uśmieszek drapieżnej megalomanki- Nie jestem Malory.
-Taaa.- rzekłem, mając już jej dość- czekoladki też zabierz.- przynajmniej robiła co jej kazałem.
-Zawsze była taka, prawda?- zaśmiał się mój towarzysz.
-Jest pospolita.- skosztowałem drinka- Tańczy przez życie niby nakręcana laleczka.
-Wiem.
-Czy Ty nie masz, aby na imię Morfeusz?- zapytałem patrząc na niego.
-Istotnie.- uśmiechnął się tak jak zawsze i podał mi wielką dłoń- we własnej osobie.- podniósł filiżankę z kawą i stuknął o moją literatkę- Wypijmy za nową znajomość.
-A gdzie twoi bracia?
-Przyjdą.- wyjaśnił
-Powiedz mi coś.- napomknąłem.
-Co?
-niekiedy wydaje mi się, że zawieram związki, tylko po to, aby później móc odczuć cios rozstania.- wpatrywałem się w jego duże, wyraziste oczy- Czy to prawda?
-po co chcesz to zrozumieć?- odparł riposta.
-Bo nie znoszę niejasności.
-nie mówmy o tym.- poprosił.
-Dlaczego nie?
-Jak powiadał Oscar Wilde; „Życie jest zbyt poważne, aby o nim poważnie mówić”
-Gratulacje.- chrząknąłem.
-Słuchaj.- Drgnęła mu powieka, co okazało się jedyna odpowiedzią na moje dociekania.
-Rozmawiałem kiedyś z kimś...-zaczął- Z kimś kogo wierzący nazywają Bogiem, lecz takich jak on jest wielu. Zajmują wysokie stanowiska i tak samo jak mój wuj Tanatos, decydują o losach ludzkości Więc, ten ktoś...mędrzec; powiedział, że gdyby nie desperaci i szaleńcy wśród rasy ludzkiej, nie odkryłaby ona nawet, iż jest w stanie kochać.
-Tak powiedział?
-Mówię ci to, gdyż jako prozaik z pewnością zrozumiesz ten aforyzm.
-Postaram się.- skończyłem palić.
-Marto!- zawołał, a jego głos odbił się echem od ciemności
-czego!?- dał się słyszeć nerwowy, kobiecy krzyk.
-Podaj dwie żubrówki z sokiem!- zamówił.
-Jeszcze coś!?- wykrzyknęła- Zachcianki, kurwa!?- darła się- Czy wy gnoje, wiecie ile trzeba się namęczyć, aby przyrządzić takie drinki!?- urwała- najpierw trzeba, kurwa, idealnie wymierzyć pięćdziesiąt mililitrów wódki, później dobrać się do kostek lodu, wrzucić je do literatki i to wszystko zalać jakimś pierdolonym sokiem jabłkowym, który, co nie ukrywam, trzeba najpierw otworzyć.
Spojrzałem na roztrzęsionego Morfeusza, który zez rezygnowaniem westchnął.
-I ty byłeś w stanie się z nią użerać?
-Cała Femme. Pełna swej norwistej gracji i wredności.
-Ja bym skapitulował.- wyniósł trafną konkluzję.
-Wiecie już sukinsyny ile przy tym trzeba się namęczyć?- wydarła się w oczekiwaniu na odpowiedź
-Przynieś po prostu litra żubrówki, Marto.- rzekłem chcąc pozbawić ją trudów przyrządzania dwóch drinków.
-Tak już lepiej.- zgodziła się łagodnym już tonem.
-Litr wódki?- Morfeusz wydawał się być sfrustrowany- I z kim ty to wypijesz?
-Z tobą.
-O nie.- zaprotestował.- Dziękuję, ale lepiej abym nie pił takiej ilości alkoholu. Napijesz się z moim bratem, Fantasosem. On lubi krytyczne przedawkowania.
-Jak uważasz.- stwierdziłem, po czym ujrzałem jak Marta fatalna, szybkim krokiem podchodzi do stolika, a w tej samej chwili Morfeusz wstaje.
-Idziesz cwaniaczku?- spytała posyłając mu wściekłe spojrzenie.
-Tak.- wymówił cicho, uległym tonem- Na mnie już czas.- odezwał się do niej, jakby w obawie o własne życie.
-To spierdalaj.- wrzasnęła, a on po prostu znikł.
Przygryzłem bezsilnie dolną wargę w geście konsternacji. Uniosłem jednak po chwili głowę i odważyłem się umieścić spojrzenie na ślicznej twarzy mej kelnereczki.
-Gapisz się na cos żałosny literacie?- pochylona nade mną, w dosyć manifestacyjnej pozie, prawą dłonią ściskała półlitrową butelkę wódki. Druga stała już na stole.
-Nie.- zaprzeczyłem- Na nic nie patrzę.
-To dobrze.- trzasnęła butelką o stół- Bo gdybyś patrzył, to musiałabym ci przypieprzyć, a wówczas zmarnowałabym butelkę wódki. W takim przypadku ktoś musiałby za nią zapłacić.- ucięła nagle- Jak myślisz, kurwa, kto?
-Ja?- zadałem pytanie patrząc jednocześnie na mój własny palec wskazujący mnie.
-Właśnie cwaniaczku.- takiej odpowiedzi oczekiwała- Dobrze że się zgodziłeś, bo jak nie...
-To pewnie musiałabyś zmarnować drugą flaszkę.- wtrąciłem, z wolna nabierając pewności siebie.
-Właśnie.- zgodziła się.- A wówczas...
-Wówczas nie miałby kto za nią zapłacić.
-Nie.- krzyknęła- Ty byś za nią zapłacił.- teraz ona wskazała na mnie palcem.
-Przykro mi Marto.- uśmiechnąłem się życzliwie- Nie ma przy sobie ani grosza.- patrzała na mnie, a ja na nią. I to była ta najprzyjemniejsza chwila w życiu człowieka; fascynacja.
Sądziłem, że wybuchnie nagłym wrzaskiem, lecz ona tylko umalowała rysy swej ślicznej twarzyczki w kontencie.
-Nie martw się kochasiu.- wymówiła- Za chwilę przybędzie tutaj fantasos, więc on zapłaci.- postawiła na stolik dwie literatki- To menel. Największy pijak jakiego znam.
-lubi wypić?- zapytałem, uważając chyba, iż picie alkoholu nie leży w boskiej naturze.
-Lubi wypić z konkretnymi ludźmi- teraz jej spojrzenie nabrało lustrującego charakteru i przeniknęło mnie od stóp do głowy.- Nadasz się do tego.
-A Ty?- zagadnąłem- Nie napijesz się ze mną?
-Słuchaj, kochasiu.- zaśmiała się- Nie piję z takimi facetami.
-Jakimi?
-Z interesującymi i przystojnymi.
-Czy to przeszkadza?
-Mogłabym się zakochać.- odparła, odchodząc i rozpływając się w mroku.
-Czy to, kurwa takie złe?-zapytałem samego siebie.
-Może widzi w tobie tego typu faceta, w którym zakochanie się jest równoznaczne z tragedią.- rozbrzmiał donośny męski głos, a następnie jakaś dłoń pojawiła się nad stolikiem- Fantasos.- oznajmił głos- Bóg zsyłający sny o niezwykłych przedmiotach i dziwnych tworach.
-Aha.- rozchyliłem rysy w niemej ironii- Vincent. Żałosny literat.
-Miło mi.- usiadł na miejscu swego brata.
-wzajemnie.- podniosłem paczkę papierosów ze stołu i zacząłem szukać po kieszeniach zapałek.
-Ponuro tutaj.- oznajmił rozglądając się.
-Można się przyzwyczaić.
-Morfeusz ma kiepski gust. Ale cóż; ludzie i ludzki świat to jego domena.- urwał- Ja wolę bardziej fantastyczny krajobraz.- westchnął- Co powiesz na małą wycieczkę?
-Dobra.- znalazłem zapałki- Tylko weź ze sobą Martę.
 

Nieznajoma

Nieznajoma

Pstryknął palcami i zanim zdołałem rozeznać się w tym co się stało, znajdowałem się na jakimś tarasie, oblany promieniami ogromnej gwiazdy.
-Nie przepadasz za fantastyką?- zainteresował się widząc mój dyzgust.
-Czemu?- wzruszyłem ramionami- dobrze jest wyrwać się od czasu do czasu z Ziemi.
-A więc skończmy gadać o bzdurach i napijmy się.- chwycił flaszkę i otworzył ją- Nie widzę żadnego napoju do popicia.- zauważył- Dlaczego twoja Marta nie przyniosła nam soku?
-Niestety.- skwitowałem- Zbyt dużo pracy jak dla niej.
-Nie wypiję bez popijania.- spojrzała na mnie w oczekiwaniu.
-podobno jesteś największym menelem po tej stronie galaktyki.- przypomniałem.
-Tak, ale potrzebuję popijać.- wyjaśnił, wciąż oczekując, czy aby czegoś nie wymyślę- Czy ja wyglądam na śmiertelnika? Tylko wy, karmieni stresem i siedzący w gównie po uszy, potraficie chlać wódkę bez popity. Nie mówię o narodach słabego gardła. Chodzi mi o Rosjan, Polaków, Bułgarów...i bardziej zniszczonych.- przerwał na moment- Ty jesteś Polakiem, ja Bogiem...nie porównuj mnie do siebie.
-No dobrze.- odetchnąłem- Zawołaj więc jakąś kelnerkę i poproś o sok. Tylko, aby nie była to Femme. Ona narobi tylko hałasu, a tak tutaj pięknie.
Wykrzyknął coś, aby po kilku sekundach rezultatem tego okrzyku, okazać się miała brunet piękność, mierząca około metra osiemdziesięciu, o dzikiej ekstazie w dziewczęcych oczach.
I chyba ponownie się zakochałem.
-Witaj.- powiedziała do mnie i pochylając się, dała całusa w policzek.
-Witaj...nieznajoma.- nie miałem pojęcia co to za kobieta, ani tym bardziej skąd mnie zna.
-Ciiii.- przytknęła palec do moich ust i uśmiechnęła się- Nie mów nic.- obróciła się na pięcie i ruszyła w drogę powrotną, pozostawiając po sobie sok na stoliku- Spotkamy się później. To ja zaprowadzę cię na wzgórze, gdzie spotkamy Wergiliusza.- dodała, po czym ulotniła się tak nagle jak pojawiła.
-Dziwne.- wymówiłem cicho- Nie znam tej kobiety.
-To Angelika.- poinformował- Znajomi mówią do niej Angi, a przyjaciele nazywają ją Beatrycze.- otworzył sok i dopiero teraz wydał się być szczęśliwy
-Za co wzniesiemy toast?- zapytał polewając.
-Za dziewczynę Dantego; Beatrycze.
-A może za Lilit?
-Lilit?- powtórzyłem- Nie znam żadnej Lilit.
-Ależ znasz.- uśmiechnął się- Tyle, że nie wiesz która to.
-A Ty wiesz?
-Ja?- wskazał na siebie palcem- ależ skąd. Ja się tym nie zajmuję.
-A kto?
-Nie wiem.- uniósł literatkę- Ja i moja rodzina jesteśmy od snów.
-A Tanatos? To twój wuj, a snami z pewnością się nie zajmuje.
-Racja.- zgodził się- Wuj jest od śmierci- stuknął o moją literatkę i wypiliśmy toast. On szybko wlał napój do gęby, a ja siedząc obserwowałem błękit nie znanego mi nieba.
-Spójrz.- odezwał się wskazując na pojawiające się na tarasie postacie.
-Kobiety.- wymówiłem oszołomiony widokiem siedmiu boskich stworzeń- Sziksy w kosmosie.
-Że jak?- doszedł do mnie nieco poirytowany, acz pewny siebie żeński głos, którego właścicielka stanęła we władczej pozie i spoglądała na mnie niczym tygrys na ofiarę; co maja powiedzieć antylopy?
Dopiero teraz spostrzegłem, że wszystkie te kobiety odziane w wojskowe mundury, jakiejś tam kosmicznej armii, są wyższe ode mnie o jakieś dziesięć centymetrów; a ja przecież ułomkiem nie byłem.
-Jakiś problem, marny samcze? - zadała pytanie inna, ruszająca w moją stronę szybkim krokiem.
Przez chwilę poczułem jak zmęczenie osnuwa pajęczyną moją kamienną twarz, a później ujrzałem majestat ciała jednej z bogiń tuż przede mną. Kobieta nosząca pagony pułkownika kucnęła i wpatrzyła się w moje niebieskie, ziemskie oczy.
-Dziwny jesteś.- powiedziała obmacując delikatnie mój tors- Nie spotkałam jeszcze takiego samca jak ty.- wciąż przyglądała mi się władczym spojrzeniem.
-Proszę się odsunąć pani pułkownik.- doszedł do mnie inny, także żeński głos- Rozwalę tego osobnika.- po tych słowach spojrzałem przez ramię tej kucającej przede mną i dojrzałem coś co zatrzymało mi oddech w piersiach. Jedna z kobiet mierzyła z dwururki wprost między moje, niczemu winne oczęta.
-Nie kapralu.- zaprotestowała wyższa stopniem- proszę odłożyć broń.- rozkazała, a ja poczułem jakby dwustu kilowa kobieta, leżąca na mnie od przeszło godziny, wreszcie zeszła- Ten samiec jest interesujący.
-Żaden samiec nie jest interesujący.- dało się słyszeć.
-Ten jest.- pani pułkownik wstała, przegłaskując mnie przy tym po głowie, co przypomniało mi czasy, gdy człapałem jeszcze w beciku.
-Wszyscy śmierdzą i są brzydcy.- mówiła inna.
-Ten nie.- ponowiła pani pułkownik- proszę sprawdzić osobiście.- zaproponowała ściągając przy tym bluzę moro, aby wystawić swoje zjawiskowe, nie ziemskie ciało, na promienie nie ziemskiego słońca.
Pozostałe sześc. kobiet podeszło do mnie, bacznie się przypatrując i od czasu do czasu obmacując w przeróżnych miejscach, a ja wreszcie zrozumiałem jak czuje się malutki makak w zoo bez krat.
-Niezwykłe.- zachwyciła się jedna z nich o stopniu porucznika.
-Przystojny samiec.- zdziwiła się kolejna.
-Co jest ślicznotki?- wreszcie wtrącił się fantasos- To jego sen. Wynocha mi stąd.- wrzasnął, a jedna z bogiń chwyciła raptownie rękojeść potężnego pistoletu i wycelowała w jego głowę.
-Żegnam.- wypowiedziała sucho, niemal z rozkoszą i wcisnęła spust.
Mózg Fantasosa rozleciał się po tarasie, a jego ciało runęło z krzesła. Po chwili jednak znikło i wszystko co było z nim związane poszło w niepamięć.
-To drobny pijaczyna.- powiedziała pani pułkownik, siadając obok mnie- Nie wierz w nic co mówił.
-Ok.- wyjąkałem wzdychać- Nie uwierzę- obiecałem.
Czyżbym marzył podświadomie o potężnych kobietach w mundurach, rozwalających nie tylko facetów, ale i bogów z uśmiechem na ustach; zadałem sobie pytanie, panicznie obserwując siedem kobiet siedzących w moim towarzystwie i patrzących na mnie.
Czyżbym snuł w swojej wyobraźni tak fantastyczne wizje? A co będzie jeśli posunę się w tym dalej...gdzieś, gdzie wszystko osiągnie podtekst erotyzmu, a co gorsza pornografii; ludzie! Te siedem kobiet.
-Skąd jesteś nieznajomy?- zapytała któraś.
- Z...- no właśnie. Skąd? Co mam im powiedzieć? Powiedzieć, że jestem z Wrocławia, z Polski, czy też z Europy? Może po prostu, że jestem z Ziemi?- Z Ziemi.
-Z Ziemi?- powtórzyła któraś- A gdzie to jest?
-Nie wiem.- nie wiedziałem
-Daleko stąd?- zadała pytanie pani kapral.
-Jedno pstryknięcie palcem.- przypomniałem sobie jak Fantasos dokonał metamorfozy światów
-A więc połamiemy ci wszystkie palce.- dodała szalona pani kapral- Nie możemy dopuścić byś wrócił do domu.
-Jak to?- byłem przerażony, lecz musiałem zachować spokój, aby nie drażnić tych fanatyczek Aresowego rzemiosła.
-dzięki tobie stworzymy nowa rasę.- powiedziała jakaś- Tutejsi samce są mali, nie umięśnieni, brzydcy i śmierdzą- mówiła z rozmarzonym epitafium w źrenicach swego wzroku- Ty jesteś dokładnym ich przeciwieństwem.- uśmiechnęła się- Będziesz reproduktorem.
-Kim!?- wydarłem się, a echo tego okrzyku rozsadzało mi czaszkę.
Zwariowały!
Ja mam dom. Pracę. Muszę skończyć powieść, bo jak nie to femme wyrwie mi serce i rzuci na pożarcie drapieżnikom
Ktoś na mnie czeka; albo i nie czeka.
-Nie podobamy ci się?- oburzyła się jedna z nich.
-Nie o to chodzi.- zaprzeczyłem- Mam na myśli...- nie dokończyłem, bowiem nagle rozbrzmiał potężny grzmot, a moje oczy poszyła ciemność.
-To był skurwiel.- dochodził do mnie głos.
-Nie chciał nas.- krzyczał inny głos.
-Był interesujący.- mówił jeszcze inny głos.
-Interesujący skurwiel to same kłopoty.- ponowił poprzedni głos.
-Tu suko...!- teraz słyszałem już tylko głuche grzmoty broni palnej.
Szkoda; pomyślałem.
Nie chciałem, aby pozabijały się przeze mnie. Ciężko jest mi znosić śmierć kobiet, nawet jeśli chodzą w czerwonych beretach. Ale to nie moja wina. Nie jestem odpowiedzialny za ich śmierć; przecież do cholery sam stałem się częścią tej śmierci.
 

w obcym mieście

w obcym mieście

-Hej!- usłyszałem czyiś głos, odczuwając jednocześnie uderzenie buta na swoich żebrach.- Obudź się.- kiedy wróciła mi chwilowo miniona zdolność widzenia, ujrzałem faceta ze zgaszoną pochodnią w dłoni i o parze skrzydeł.
-Gdzie ja, kurwa jestem?- jeśli kląłem, to znaczyło, że dobrze się bawiłem.
-U mnie.- wyjaśnił głos- W domu Tanatosa. W domu boga śmierci.
-przykro mi z powody twojego bratanka.- powiedziałem- Co za sziksy.- uniosłem się z podłogi- despotyczne, kosmiczne suki.
-On żyje.- oznajmił tanatos- To ty umarłeś.- jego gębę rozświetlał szczery uśmiech
-Aha.- odetchnąłem ociężale- I całkiem kurewsko boli mnie głowa jak na denata.
-Sądzisz, że żartuję?- chyba wyczuł mój sarkazm.
-Myślałem, że będziesz wielkim sukinsynem z jakimś toporem w ręku, a ty jesteś małym skurwielkiem ze zgaszoną pochodnią w dłoni.
-Chcesz mnie obrazić?
-Ależ skąd?- rozejrzałem się dookoła. Było cholernie ciemno- Jakże mógłbym obrazić śmierć.
-Nie czujesz skruchy?
-Skruchy?- zapytałem- Niby dlaczego?
-Te kobiety pozabijały się przez ciebie.
-Odpierdol się.- starałem się wyszukać w kieszeni papierosów- To nie moja wina.- po chwili znalazłem nowiutką paczkę - Mnie zabiły pierwszego.- włożyłem peta do ust.
-Wiesz jak one miały na imię?-usiadł naprzeciw w głębokim, zapewne wygodnym fotelu.
-Nie interesuje mnie to.- przypaliłem papierosa i zaciągnąłem się- To tylko wytwory mojej wyobraźni
-Czyżby?- zaśmiał się sardonicznie- Czy Klaudie nazwiesz wytworem swojej wyobraźni?- zerkał jak moja twarz poważnieje- A Karol? Ona także istnieje jedynie w twoich marzeniach?- nikotynowy dym unosił się nad moją głową i nikł w nicości- A co powiesz o femme? O Agnieszce?- wciąż inicjował swój zuchwały uśmiech- Nie wspomnę już o Carmen, Dolores, czy Angi.
-Chcesz powiedzieć, że te siedem kobiet w czerwonych beretach to...
-Tak śmiertelniku.- przerwał mi- Cóż.- teraz on wydobył papierosa z otchłani swej przepastnej kieszeni i włożył do ust. Przez chwilę wyglądał jakby rozważał możliwość nie odpalenia go, lecz w końcu dokonał tego fatalnego czynu. Ponownie na mnie spojrzał i teraz z zaspokojonym pragnieniem smrodu, odezwał się- Cierpisz, ale ja obiecałem, że będziesz cierpiał.- urwał- Obiecałem doprowadzić cię do takiego stanu, w którym nawet najdumniejsze serce łamie swą dumę i pada pokonane strapieniem.- zaciągnął się przeraźliwie głęboko- To pierwsze siedem bogiń, które umierają za ciebie. Ale nie mniej do mnie żalu. To taka zabawa. Rozumiesz chyba?- oczekiwał dygresji, lecz zignorowałem go- Cóż; nie musisz ze mną rozmawiać. To nie zmieni jednak faktu, że wciąż będziesz cierpiał.
Przez chwilę wydał mi się skurwielem, ale w rzeczywistości był banalny.
Czyżby nie wiedział, że obrywam całe życie? O niczym nowym mnie nie poinformował, ani też niczego nowego nie przepowiedział.
Cierpienia?- nic nowego; postaram się wciąż być sympatyczny.
-To dla ciebie charakterystyczny okres przejściowy- ponowił- Pytanie tylko do czego przejściowy?
-Nie wierzę ci.- odparłem nieco pogardliwie.
-Nie musisz.- nadal świetnie się bawił- Niczego to nie zmieni. One nie żyją.- uniósł wielką lampkę wypełnioną najprawdopodobniej szampanem i wykonując gest toastu, rzekł- wypijmy za Lilit; z żebra stworzoną...i po co?
Przez chwilę poczułem jak bolesny skurcz przewija się po moim ciele i twarzy, po sekundzie jednak opanowałem ów zimny dreszcz i wypiłem szampana; odrzuciłem lampkę gdzieś w ciemność i rozkładając się wygodnie, wpatrzyłem w jego ciemne oczy.
-Zawrzyjmy układ.- zaproponowałem sucho.
-Układ?
-Oddam ci swą duszę...bo chyba o to w tym wszystkim chodzi, nie?- ton mego głosu był lodowaty,lecz w żadnym wypadku nie wyzbyty skruchy- Za życie tamtych kobiet.
-Zabawny jesteś.- wykrztusił- Sądzisz, że to dobry interes?- przerwał- Co mi po twojej duszy, skoro mogę mieć ich siedem?
-A więc?
-po co mi twoja przepojona brutalnością i determinacją dusza, skoro mogę mieć siedem radosnych, anielskich duszyczek?
-A więc?
-Odpowiedź brzmi, nie.
-Cóż.- głos mój odbił się stalowym echem od nicości- Chciałem postawić sprawę uczciwie.- podczas kiedy on wciąż się uśmiechał w mojej dłoni pojawił się ogromny pistolet (chyba spluwa pani kapral, która z nieznanych mi powodów znalazła się w moim posiadaniu) Momentalnie unosząc ramię z bronią, wystrzeliłem; widziałem jedynie jak jego gęba w jednej chwili poważnieje, a później traci swą materialną, kształtną formę.
Opuściłem ramię i odetchnąłem ociężale.
-Trzeba było pójść na ten układ.- wstałem i ruszyłem przed siebie w nadziei, iż odnajdę wyjście Nim jednak zdołałem przejść dwa kroki jakimś cudownym sposobem znalazłem się nad niewielką rzeką o spokojnym nurcie.
Słońce przeszło już zenit, a ptaki na bezchmurnym niebie unosiły się, to opadały pełne majestatu i wolności.
-Uczciwość jest jedyną monetą wszędzie kurs mającą.- rozbrzmiał delikatny, kobiecy głos.
-tak.- zgodziłem się- On jednak jej nie przyjął- odwróciłem się w stronę skąd doszedł głos i ujrzałem ją; to była ta sama dziewczyna Te same szczupłe ramiona w kolorze miodu, te same jedwabiste i giętkie plecy, ta sama jasnoblond czupryna.
Czarna podkoszulka z białym obco języcznym napisem, kryła przed moim rozgoryczonym, gorliwym wzrokiem, lecz nie przed oczyma dziecięcej pamięci, młodziuteńkie piersi, które pieściłem w ów nieśmiertelny dzień.
W upojeniu i trwożnym podziwie, ujrzałem znów jej rozkoszny, wklęsły brzuszek i te same dziewczęce biodra w ten ostatni, szalony, nieśmiertelny dzień w ukryciu wysokiej trawy nad ta samą, wiecznie płynąca rzeką.
Dziesięć lat jakie przeżyłem odtąd, skupiło się i gwałciło me myśli
-Witaj w raju śmiertelniku- uśmiechnęła się do mnie zapomnianym już przeze mnie uśmiechem
-Karina?- wymówiłem przywołując głosem towarzyszkę dziecięcych zabaw.
-Nie.- odezwała się- Izyda. Bogini snów.- rozwiała me wszelkie nadzieje.
-Nie.- zaprzeczyłem- Nie oszukasz mnie.- zmrużyłem oczy, wyostrzając ich percepcje- Pamiętam cię doskonale. To ty...kiedyś, tutaj, nad szarych wód mirażem.
-Masz na myśli dziewczynę, która zdjęła z ciebie powłokę nieprzystępności?- mówiła spokojnie, płynnie tak jakby nigdy nie była w stanie popaść w gniew- Nie śmiertelniku.- zainicjowała coś w rodzaju współczucia- Ona żyje własnym życiem...mieszka daleko stąd. Pamiętasz?
-Nie jesteś nią?- wyciągnąłem dłoń i dotknąłem jej.
-Mam na imię Izyda.- chciała podać mi czerwony kwiat maku- Zapomniałeś o nim.- wciąż nuciła swój arcyżyczliwy wyraz twarzy; twarzy, której nie byłoby w stanie dotknąć żadne zło- To od Lilit.
-Nie.- wymówiłem- To należy do Hypnosa, syna Nocy i Ereba.- wyjaśniłem.
-A więc to nie od Lilit?- zawahała się.
-Nie znam żadnej Lilit.- westchnąłem.
-Znasz ją.- powiedziała opuszczając rękę z kwieciem maku- Nie wiesz tylko pod jaką postacią.
-Możliwe, że w ogóle nie ma Lilit.- skonstatowałem nie będąc do końca tego pewnym- Może obłędne szukanie jej to tylko forma malkontenckiego rozczulenia?- głos mój przepojony był smutkiem i kiedy obróciłem się w stronę rzeki, poczułem jej dłoń na mym ramieniu.
-Nie wiń siebie za nic.- wymówiła- Wiedz, że naprawdę nie jesteś przyczyną wszystkich konfliktów.
Czując ciężar jej dłoni i słysząc ton jej głosu, poczułem jak boleść osiągnęła apogeum; beznadziejny smutek po jej stracie.
-Przez dwadzieścia jeden lat toczyłem walkę.- wymówiłem- Później zacząłem żyć...żyłem rok.- w tej chwili przybrałem nieobecna pozę, tak jakbym w ogóle nie istniał- I dzisiaj umarłem.
-Ależ nie umarłeś.- objęła mnie od tyłu, opierając głowę na mym ramieniu- Tanatos nie był i nie jest w stanie posiąść twojej duszy, przez całe zaranie swojego istnienia i dzisiaj także tego nie dokonał.
-Musisz już iść śmiertelniku.- powiedziała łagodnie, aby nie zranić mych uczuć- Tam czeka na ciebie twój świat.- odsunęła się- Tutaj niechybnie umrzesz pod ciężarem beztroski.- zrobiła krok w tył- Nie zapominaj, że to raj.- ponownie podała mi kwiat maku- Oddaj to Hypnosowi i powiedz, że to nie może być od Lilit, gdyż ona nie istnieje.
-A jeśli?
-Jeśli istnieje, to z pewnością nie podaruje ci kwiatu.- cofała się przez zieloną trawę, aż wreszcie zlewając się z błękitem rajskiego nieba, rozpłynęła się.
„Jak woda na górach, tak zemsta nie siada na wielkim sercu. Tylko głupcy i kobiety nie przebaczają.”
-Postąpiłeś bardzo pochopnie zabijając mojego brata.- powiedział czyiś głos. Spojrzałem w stronę skąd doszedł i ujrzałem Hypnosa.
-Masz.- wyciągnąłem w jego kierunku dłoń z kwieciem maku- To należy do ciebie.- wziął go i opuścił na nim swój boski wzrok.
-Odrzucasz prezent od Lilit?
-Nie chcę nic od Lilit, ani od żadnej innej.- skwitowałem.
-„Błogosławieni, którzy nie oczekują niczego, albowiem nigdy się nie rozczarują.”- zacytował pełnym patosu tonem i uśmiechnął się do siebie.
-Sądzisz, że boję się rozczarowań?- odetchnąłem świeżym, rajskim powietrzem i ruszyłem poszytą runem leśnym ścieżką.
-Ja tylko cytuję Aleksa Popa.- szedł obok mnie- Nie...niczego nie sugeruję.
-Taak.- zmrużyłem oczy, chroniąc je przed żarliwymi promieniami słońca- A ja uwielbiam się rozczarowywać.- barwa mego głosu skłaniała się w stronę jawnej ironii.
-Nie chcesz tego zmienić?- zapytał, kiedy znaleźliśmy się w cieniu rozrastającego się lasu- A może nie potrafisz?
-Możliwe, że brak mi odwagi.- odparłem oględnie.
-Reinhold Niebuhr w swej modlitwie pisał.- ponownie dał się słyszeć jego mentorski ton-„Boże daj mi pokorę, bym pogodził się z tym czego nie mogę zmienić, daj mi odwagę, by zmienić to co powinno zostać zmienione i mądrość, bym umiał odróżnić jedno od drugiego.”
Wciąż szedł obok mnie, a jego lewa dłoń ściskała kwiat maku.
-Jestem ateistą.- spojrzałem jak nie duży ptak przelatuje między konarami drzew z zadziwiającą swobodą; raj- pomyślałem- tu nic nie dzieje się nie pomyślnie.
-W takim razie zamień słowo Boże na jakiekolwiek inne.- wyjaśnił
-Słuchaj Hypnosie.- posłałem mu złośliwe spojrzenie- Pospacerujmy w ciszy. Nie chcę rozmawiać.
-Ależ proszę bardzo.- żachnął się- Ja absolutnie nie chcę ci przeszkadzać. Przeciwnie. Pragnę ci pomóc.
-Pomóc?- woń wilgotnego lasu drażniła mój zmysł, przyprawiając mnie o dreszcze euforii i jakiś ezoteryczny afekt.
-Niegdyś George Bernard Shaw przemierzał ten park, tak samo jak ty.- mówił- Zachwycony ciszą panującą dookoła i beztroską charakteryzującą wszelkie stworzenia, popadł w jawną euforię.- spojrzał na czubki drzew i uniósł na moment ręce- Stwierdził, że kraina ta, to apogeum szczęścia i rozkoszował się nią niemal łapczywie. Po kilku godzinach jednak, gdy zdołał zobaczyć prawie wszystko, poczuł boleść...spojrzał na mnie wówczas w jakimś błądzącym udręczeniu i powiedział; „Życie pełne szczęścia? Żaden żywy człowiek nie mógłby go znieść. Byłoby to piekło na ziemi.”
Cóż; tak naprawdę to miałem gdzieś i niebo i piekło. Oba te zagadkowe światy, które teraz wykryłem w egoistycznej walce o tego samego śmiertelnika- mnie.
-Tak powiedział?- zapytałem asertorycznie.
-Znużyło go to. Znużył się rajem.
Znużony rajem.
Kiedy byłem dzieckiem nużyło mnie zło. O raju nawet nie myślałem, bowiem chyba nie wierzyłem w istnienie takiego miejsca.
Gdy dorosłem zło stało się czymś co nasycało moja codzienność nowymi wrażeniami, a raj zaczęły pilnować lotniskowce atomowe, pływające w zatoce perskiej.
Teraz kiedy jestem tym kim jestem, wiem, że zło to dominująca sfera ludzkiej osobowości, a raj leży między Tygrysem, a Eufratem, a Pustynna Burza była wyprawą do pogrzebania przeklętej jabłoni, która gdzieś tam rośnie.
A propos; niby dlaczego piekło ma leżeć pod ziemią, a nie w najbrudniejszym zakątku mojego miasta?
Kiedy zakończyłem analizować intencje obu światów względem mnie, znalazłem się na skraju wielkiej polany już bez Hypnosa, który w jakiś tajemniczy, boski sposób zniknął.
Cóż; bogowie uwielbiają efekciarskie pożegnania.
-Czemu go po prostu nie zabijesz?- usłyszałem, a osoba która to wypowiedziała wyciągnęła do mnie dłoń z paczką papierosów- Poczęstuj się.- podstępny uśmiech Tanatosa wydał się nie zawierać żadnego piętna dyzgustu względem mnie i faktu, że go niedawno zabiłem.
Przystanąłem i spojrzałem w jego ciemne oczy. Włożyłem papierosa miedzy usta, czując jak gwałtowny powiew wiatru ostudza moje ciało i widząc jak brunatne chmury oblewają niebo, zsyłając deszcz.
-O ogień też poproszę.- wcisnąłem ręce do kieszeni, gdy ten przypalił mi krajową truciznę.
-Dręczy cię ta świadomość?- zapytał z przejęciem, tak jakby moje udręki sprawiały mu ból.
-Lubisz deszcz?- spojrzałem w niebo zaciągając się.
-Nie.- wybuchł śmiechem- Ty lubisz.
-Kto ci o tym powiedział?
-Skłamiesz, jeśli powiesz, że delikatny wietrzyk i mżawka nie wprawiają cię w stan euforii.- on też zapalił.
-Owszem.- zgodziłem się- lubię spacerować ulicami, kiedy pada, a ludzie siedzą w domach.
-Ulicami.- powtórzył- Nie ma sprawy.- powiedział, a otoczenie natychmiast przybrało cywilizowaną formę.
Las zamienił się w peryferie miasta.
-A więc?- zapytał.
-Więc co?
-Jak bardzo chcesz go zabić?
-Nie wiem.- odparłem cicho- niekiedy jest mi to zupełnie obojętne, a minutę później pragnę strzelić mu prostu w pysk.- przerwałem- Następnie znowu jest inaczej. Już tylko chcę uśmiercić go poprzez zadawanie bólu.
-Wybór musi być tylko jeden.
-Teraz powiem, że chcę go zabić. Kiedy dotrzemy do drugiej latarni stwierdzę, że najlepiej napiłbym się z nim drinka. Po chwili jednak najchętniej połamałbym mu kości, aby po godzinie się pogodzić.- urwałem zaciągając się- Jutro, gdy wstanie nowy dzień, będę chciał go z pewnością zamęczyć na śmierć.
-Trudny wybór, prawda?
-To wszystko, to błądzenie po meandrach iście obłędnych perspektyw, które w obiektywny sposób, zdają się być wszystkie uzasadnione, acz nie rozsądne, a w subiektywnej wizji, idealna może być tylko jedna, gdyż chwilowe pragnienie kategorycznie eliminuje inne.
Spojrzał na mnie w komicznej kontorsji.
-Mam na myśli to, że jedynym dobrym wyjściem okaże się to, które wybiorę i wykonam w danym momencie. Czy będzie to zbrodnia, czy też absolucja, będzie słuszne i pozostanie takie, niezależnie od tego co się stanie później
-Masz na myśli fakt, że decydując, automatycznie akt tej decyzji stanie się sądem ostatecznym i słusznym?
-Właśnie
Zanurzyłem się w głębinach wypełnionych stu miliardami neuronów, wyposażonych we własne mikroosobowości, które zawierał ludzki mózg.
Mózg zajmuje się przeprowadzaniem niezliczonej liczby kalkulacji. Głosy te pędzą w postaci impulsów elektrycznych przez osiemdziesiąt dziewięć bilionów synaps. Każdy zaczątek procesów myślowych musi zostać zesłany z obszarów podświadomości do krainy świadomości, gdzie powstaje z niego akt prawdziwej myśli.
Według tego całego misternego procesu taki akt wysnuł się w mojej głowie.
-On jest moim przyjacielem.
-Przyjacielem?- zadrwił- Człowieku. Jaki to przyjaciel, którzy rżnie twoja kobietę?- chrząknął- Jedyną bliską osobę, która ci pozostała?
-Najlepsi przyjaciele tez mają wady.- skwitowałem, chcąc jedynie usprawiedliwić własne niezdecydowanie.
-Tak to sobie tłumacz.- powiedział zatrzymując się- Prawda jest tylko jedna.- rzucił niedopalonego papierosa na chodnik- Ty nie masz przyjaciół.
Spojrzałem na niego, a jego sylwetka oblana mrokiem nocy i strugami deszczu, rozpłynęła się.
Zostałem sam; sam w obcym mieście.


 

Zaloguj się