Hiszpańska turystka

„Jestem najlepszą ciała twego cząstką.
Z moich się objęć nie wydzieraj, błagam.”
Wiliam Szekspir. „Komedia Omyłek”

Słońce też wschodzi

Słońce też wschodzi

Usiłuję kupić sok pomarańczowy, przypominający mi czasy, kiedy dane było mi znać przepiękne kobiety jedynie ze stron czasopism.
Ja, ten romantyczny samiec pełen niezrównoważonej inteligencji i zadumy, gdy znów ją widzę; postępuje w miejscu w centrum mego miasta, do którego wróciłem zaraz po przekręceniu kluczyka w zamku mieszkania służbowego. Stąpa ostrożnie w eleganckiej spódnicy, zamierając za każdym razem, gdy znajduje się w pobliżu jakiejś interesującej szminki.
Ma czarne, lśniące włosy i opaloną twarz, a urok jej zniewalał obsługę całego sklepu oraz Mefistofelesa, który zerkał znad butelek z napojami.
Była śliczna; i inteligentna. Skąd wiedziałem? Otóż doskonale ją znałem.
Hiszpańska turystka.
Przybliżam się do niej w przebraniu oczarowania; próżnia mej duszy skwapliwie stara się wessać każdy detal jej promiennego piękna
Ale koniec już o tym; przywitaliśmy się pocałunkiem, a miny tłumów chyba zrzędły
- Jak dobrze cię widzieć, Vincencie.- wyszeptała, obejmując mój nowiutki i drogi płaszcz- Jak dobrze...-dla tej kobiet byłem najlepszym remedium przed światem. I było to coś co miałem zamiast jej miłości.
- Witaj turystko.- odparowałem równie cicho.
- Tęskniłam- rzekła smutno- Bardzo...wiesz...to jest takie skomplikowane.
- Życie jest do dupy.- pocałowałem ją w czoło- Ale nie martw się. Niedługo się skończy.
Tego samego, zimnego wieczoru, moja turystka opowiada mi o Hiszpanii i ukazuje fotografie z owego palmowego raju, jak się domyślam, chyba gdzieś z Katalonii, nieco na północny wschód od Sierra de Gudar.
I opowiada mi wyrywkowo o urokach półwyspu Iberyjskiego, a ja opuszczam padół mego zimnego, plugawego kraju i przenoszę się na gorące plaże morza śródziemnego; dygotała i wzdrygała się, kiedy całowałem kącik jej rozchylonych ust i gorący płatek ucha. Nad nami między sylwetkami długich i wąskich liści (agawa sizalowa czy jakikolwiek inny palmowiec) blado lśni parę gwiazd. Wibrujące niebo wydaje się równie nagie jak my, oboje w złotym piachu.
Często oskarżała mnie o coś czego nie byłem w stanie się dopuścić, ale już taka pretensjonalna była; niekiedy błądziła, ale z pewnością była stanowcza i nader zdyscyplinowana, aby pozwolić na jakikolwiek burdel w swoim życiu.
Pojawiła się w moim życiu niespełna cztery lata temu; ot, taka tam znajomość na dystans, bacząc by nie przełamać pierwszych lodów. Jednak dziś wydaje mi się, że gorączka naszych ciał, gdy znajdowały się w pobliżu topiła góry lodowe, wolno, ale konsekwentnie, a ocean wzbierał, by zatopić szczyty masywów i kataklizm był nieunikniony.
I prawdopodobnie polubiliśmy się uczuciem przedwczesnym, pełnym tej zajadłości, która tak często łamie życie wieloletnich kochanków; jednak drzemie w nas siła i staramy się- oboje, gdyż jak mawiał Charles Baudelatre: „W miłości intrygujące jest to, że jest ona zbrodnią wymagającą wspólnika.”

Dlaczego mając tragiczne życie nie potrafiłem napisać dramatu?
Wszystko co tworzyłem, było jakoś powykręcane, aby miało podtekst śmieszności Wyrażałem się o wszystkim z sarkazmem albo dezaprobatą. A ja w pewnych chwilach naprawdę chciałem skończyć z farsą.
Na południe od uwielbianych przeze mnie piersi, tuż przed ściągaczem spódnicy, paradował jej słodki pępuszek, wokół którego rozrastał się subtelny meszek jaśniutkich jak poświata księżyca włosków.
Jakże ponosił mnie owy cud wizualnie i w dotyku. Retrospektywnie, a zarazem podświadomie, gdy snułem każde z tych swoich uniesień erotycznych.
Kochani; jak ja wyczerpująco wykorzystywałem jej meszek do wszelkich wyuzdań w mej skrytej świadomości.
Opuszek mego palca, a potem drugi i kolejny z wolna zbliżający się do okolic pępka i nastroszonych włosków. Następnie nerwy napięte do granic możliwości, odbierają ów bodziec, powstały z dotyku, a później spazm rozkoszy zalewający kaskadą szału mój umysł.
Ale to jeszcze nic, w porównaniu do tego co odczuwam, gdy ona przekręca się na drugą stronę, opadając bezwładnie na brzuchu i ukazuje oczom mym ten sam meszek, tyle, że gęściejszy, porastający większą część jej soczystego ciała.
Tutaj; nieco powyżej bioder, po obu stronach kręgosłupa, w żlebie grzbietu, w znacznej odległości od łopatek, raj ten pochłania mnie bez opamiętania, więżąc me zmysły w tym ogrodzie pokwitań.
Oto szafot mej rozkoszy; czy uwierzycie w to, że śnieżnobiałe włoski, długości zaledwie czterech milimetrów, kiełkujące w jej kobiecym ciele zdolne były unicestwić wszelki gniew i agresję mego awanturniczego przecież charakteru oraz opętać mą duszę gorączką pożądliwości?
Uwierzycie, że człowiek, który był silny i zdolny zwyciężać silniejszych , skapitulował pod świadomością istnienia blond włosków w ciele swej kochanki?
Ma kochanica, rzecz jasna nie miała pojęcia o moim wypaczeniu i podczas gdy leżała na brzuchu z zamkniętymi oczyma i czekała na kaskadę mych pocałunków po jej nagich plecach, ja, ten ekstatyczny samiec, kontynuowałem rozpaczliwą walkę z arogancją mej namiętności, aby nie wygryźć owego raju śnieżnobiałego kwiecia w amoku zapamiętania.
- Rozumiesz mnie, prawda?- odezwała się, podczas kiedy jej dłoń poprawiała garderobę, która przed chwilą wiła się na płowym dywanie, tak jak zresztą ona wraz ze mną w niej- Nie patrz tak.- poprosiła, czując ciężar mego wzroku. Niekiedy naprawdę patrząc na kobiety zapominałem załagodzić wyraz spojrzenia- Ja wiem, że ty mnie rozumiesz. Jesteś pisarzem, a pisarze wszystko rozumieją.
- Jestem autorem niekomercyjnej sztuki. Maszynopisy znajdziesz w szufladzie.- wstałem i przyrządziłem sobie drinka- Napijesz się?
- Poproszę.
- Mały chce cię zabić.- poinformowałem- Ale pewnie o tym wiesz.
Zerknąłem na nią, a ona wpatrywała się we mnie; nie miałem pojęcia skąd taka siła w jej spojrzeniu. Siła i nadzieja.
- Nie zrobi tego- skwitowała przeczesując włosy.
- Skąd ta pewność?- podałem jej trunek.
Wyciągnęła dłoń i zabierając literatkę, opuszkiem palca dotknęła mego kciuka.
- Bo mam ciebie.
I ta cześć mnie jest bestią; pomyślałem.
- Sądzisz, że jestem bohaterem pozytywnym?- oparłem się o parapet i patrzyłem jak maluje rzęsy.
- Nie pozwoliłbyś żadnej kobiecie umrzeć.- oznajmiła.
- Nie jestem taki wspaniały.- spojrzałem na zegarek- Miałem być honorowym gościem, na urodzinach bliskiej znajomej, a nie ma mnie nawet w mieście.
- Boisz się.- rzekła cicho- Albo po prostu zmądrzałeś i wiesz, że rozdrapywanie starych ran to głupi i zupełnie niepotrzebny proces.
- Będę miał awanturę
- I kto to mówi.- uśmiechnęła się- Sam wszczynasz awantury.
Patrzyłem na jej odbicie w lustrze, a ona na swe rzęsy, podczas gdy Clapton grał, po czym ściągnąłem z pułki dwa egzemplarze tej samej książki.
- Zrób coś dla mnie.- poprosiłem, a ona przerywając swe misterne działania, chwyciła jedną z książek- Hemingway? „Słońce też wschodzi”- przeczytała- Ładny tytuł.
- Zagrajmy pewien epizod.- wyjaśniłem- Ty czytasz wersję kobiecą, ja męską.
- Wzięło cię na aktorstwo?
- Doskonale nadaje się do sytuacji. To tylko kilka stron.
- Ok.- zgodziła się, upijając martini- Odkąd zaczynamy?
- Zaznaczyłem tekst wraz z moimi dopiskami, więc uważaj jak czytasz. Strona dwieście siedemnasta.
Otworzyła, po czym uniosła na mnie nieco podejrzliwe spojrzenie, lecz nie zareagowałem.
- „W końcu chciał się ze mną ożenić.
- Naprawdę?
- Oczywiście. A ja nawet nie mogę wyjść...- tutaj się zatrzymała, patrząc na mnie.
- Czytaj tekst napisany ołówkiem. To moje poprawki.
- Oczywiście. A ja nawet nie mogę wyjść za Małego...Naprawdę chciał się ze mną ożenić. Żebym już nie mogła od niego odejść- tak powiedział. Chciał mieć pewność, że nigdy nie będę go mogła rzucić. Oczywiście już potem, jak stanę się bardziej kobieca.
- Powinnaś być dumna.
- Owszem. Już znowu wszystko jest w porządku. Zatarłeś we mnie wspomnienie o tym przeklętym Aleksandrze.
- To dobrze.
- Wiesz, ja bym z nim żyła, gdybym nie wiedziała, że to dla niego fatalne. Zgadzaliśmy się ze sobą doskonale.
- Poza sprawą twojego zewnętrznego wyglądu.
- O, do tego by się przyzwyczaił.
Zgasiła papierosa.
- Wiesz, ja już mam dwadzieścia cztery lata. Nie myślę być jedną z tych dziwek, co deprawują dzieci.
- Nie.
- Taka nie będę. Właściwie bardzo mi teraz dobrze. Jestem nawet z siebie dumna.
- To świetnie.
Odwróciła głowę. Myślałem, że szuka papierosa. Nagle zauważyłem, że płacze. Czułem jak szlocha. Trzęsła się i płakała. Nie chciała podnieść wzroku. Objąłem ją.
Violeta ponownie podniosła głowę.
- Mam płakać?- zapytała ironicznie.
- A nie powinnaś.- odparłem z równą ironią.
- Może i powinnam.- warknęła pospiesznie- A tu jest napisane, że ty powinieneś mnie objąć.
- Czytaj.- poprosiłem.
- Nigdy już o tym nie mówmy. Proszę cię nie mówmy o tym więcej.
- Moje kochanie!
- Wracam do Małego.
Obejmując ją mocno, czułem jak płacze.
- On jest taki strasznie poczciwy i jednocześnie taki okropny. W sam raz dla mnie.
Nie chciała podnieść oczu. Pogładziłem ją po włosach. Czułem jak drży.
- Nie będę taką dziwką.- powiedziała- Ale błagam cię, Vincent, nie mówmy o tym nigdy.
...
- Wiesz, on do tej pory miał tylko dwie kobiety.- rzekła Violeta- Nie obchodziło go nic poza pracą.
- Ma jeszcze dużo czasu przed sobą.
- Sama nie wiem. On uważa, że to ja zrobiłam na nim wrażenie. Nie cała ta atmosfera.
- Ano, pewnie ty.
- Tak, ja.
- Podobno miałaś o tym więcej nie mówić.
- Cóż ja poradzę?
- Utracisz to, jeżeli będziesz wciąż o tym mówiła.
- Ja tylko mówię tak naokoło tego. Wiesz, że właściwie, czuję się wspaniale.
- Bo i powinnaś.
- Ma się niezłe samopoczucie po powzięciu decyzji, że się nie będzie dziwką.
- Pewnie.
- To jest właśnie coś co mamy zamiast Boga.
- Niektórzy ludzie mają Boga.- powiedziałem- I to wielu.

 

Oczywiście

Oczywiście


Taksówka ruszyła ulicą. Wcisnąłem się głębiej w siedzenie. Violeta przysunęła się do mnie. Siedzieliśmy blisko siebie. Objąłem ją, a ona oparła się o mnie wygodnie. Było bardzo gorąco i słonecznie, a domy jaśniały ostrą bielą. Skręciliśmy na Gran Via.
- Och, Vincent.- powiedziała- Mogłoby nam być tak cudownie razem.
Przed nami ukazał się konny policjant w zielonkawym mundurze, regulujący ruch. Podniósł pałkę. Samochód nagle zwolnił, przyciskając Violetę do mnie.
- Tak.- powiedziałem- Prawda, że miło jest to pomyśleć?”
Słyszałem jak lodówka mruczy swym odwiecznym trybem, a śnieżyca napiera na szyby umalowane w kwiaty mrozu. Jak ktoś w skrzypiących butach wspina się po schodach ku niebu i jak Tina Turner śpiewa, że jest to proste jak życie.
Wstała niezgrabnym ruchem, jakby wyrywając się z letargu i pociągając niewinnie nosem ruszyła do kuchni.
- Zrobię ci kawy.- doszedł do mnie jej głos- Napijesz się prawda?
Szybkim ruchem opróżniłem literatkę z zawartości, aby następnie ubrać marynarkę i ściągnąć z wieszaka płaszcz.
- Oczywiście.
Nasypywała kawy, podczas, gdy bezgłośnie wymknąłem się na korytarz i wyszedłem na ulicę. Śnieg sypał bardzo intensywnie oznajmiając wszem i wobec, iż święta są tuż za rogiem i aby samotnicy zacumowali w jakimś porcie, ponieważ coroczny sztorm Bożo Narodzeniowy to żywioł dla nich bezlitosny.





 

Zaloguj się