coś tam, coś tam...

była kiedyś taka knajpa; calgary

„Babami naucz się kierować;
Przez jeden punkt ich achy, ochy,
Ich babskie fochy
Pięknie się da wykurować,
Uderzaj we właściwy klawisz
A wszystkie razem obłaskawisz.”
Goethe „Faust”

Pchnąłem drzwi i ponownie poczułem zakorzeniony w mej głowie już od dawna zapach chmielu, kurewstwa i średnio drogiego wina.
Skierowałem się na prawo w stronę baru, oblany czerwonym blaskiem światła, a gdy dotarłem na miejsce, literatka z wymieszanym drinkiem wypadła barmance z dłoni. Głuchy brzęk jaki rozbiegł się po knajpie obudził wszystkich nieszczęśników tego miasta, którzy upijali swą świadomość w tym ponurym, acz przytulnym miejscu.
- Cholera.- wymówiła dziewczyna po drugiej stronie baru- To ty?- wpatrzyła się w moje oczy i z nerwowym szastnięciem włosów przybliżyła swą twarzyczkę do mej. Pocałowała mnie drżącymi ustami i znów odsunęła- Ty.- stwierdziła z całą pewnością, zawieszając na mnie irracjonalne spojrzenie.- Jak? To znaczy w jaki sposób to zrobiłeś? Myślałam, że już nigdy nie zrzucisz tego brązowego płaszcza, w którym wyglądałeś jak cień człowieka. W ogóle wyglądałeś jak cień. Nigdy nie byłam pewna, czy ty aby naprawdę istniejesz, kiedy tak przychodziłeś i siadałeś w półmroku popijając drinka, do którego gołymi rękoma dodawałam lodu i cytryny.- wyśpiewała pochylona nad blatem- Czy aby wiedziałeś o tym?
- Jestem mistrzem magii.- podsunąłem się, kładąc dłoń na jej przegubie tak jakbym musiał spełnić chwilowe pragnienie dotknięcia jej.-Poza tym masz piękne dłonie i pewnie właśnie dlatego każdego wypitego drinka w tym mieście wlewałem w siebie tutaj.
Nabrała głęboko stęchłego dymu papierosa do ust i wypuszczając go odparła nieco pretensjonalnie, nie pozwalając, aby tkliwość z wolna ujawniająca się na twarzy zdradziła ją i jej potrzebę.
-Myślałam o tobie, ale do końca nie byłam pewna czy żyjesz.- wyciągnęła do mnie dłoń z paczką marlboro.- Chodziły słuchy, że wpakowałeś się w kłopoty. I uwierzyłam, bo jesteś człowiekiem twardym, a tacy zawsze w coś się wpakują.
- Dziękuję. Rzuciłem.
- No i dobrze.- zaaprobowała- Ja nie potrafię.- sięgnęła po piwo, które upijała drobnymi łyczkami.-
Rozejrzałem się dookoła. W tej części lokalu była tylko jedna osoba. Zaabsorbowana wyłącznie sobą, robiła skręta, zgrabnymi, jeszcze dziewczęcymi rączkami.
-Często zastanawiam się co też mnie hamuje, aby być twoją kobietą.- spojrzała mi głęboko w oczy, ale jej zobojętniały wyraz twarzy nie zmienił się.- I wiesz do jakiego wniosku dochodzę? Nie chcę tego. Po prostu ciebie nie potrzebuję. Nie ciebie.
-To tak jak reszta ludzkości. Nie jesteś wyjątkiem. Jednak teraz to wszystko mnie najmniej obchodzi. Dotarłem na koniec tęczy. Znalazłem skarb.- była wspaniałą kobietą, lecz stymulowanie się używkami zniechęcało mnie- Jesteś w porządku. To coś nowego u kobiet.- posłałem jej życzliwy uśmiech.
- Nie rób tego.- poprosiła- Zostań.- położyła swą dłoń obwieszoną czterema srebrnymi bransoletkami na mym przegubie- Jesteśmy przyjaciółmi. Nie musisz odchodzić.-zerkała na poły smutnie, na poły obojętnie, a oczy jej mimo, iż zawsze były roześmiane i posiadały w sobie siłę, teraz posłały mi tragiczne wejrzenie.
-Przybrałem postać Gilgamesza i muszę odzyskać nieśmiertelności.
Westchnęła głęboko jak nimfa, której nie udało się zwieść wędrowca i spoliczkowała mnie paraliżującym wejrzeniem.
- Jemu się nie udało.- blask jej niebieskich oczu odbierał pewność memu spojrzeniu, po czym przeczesując swe krótko przycięte włosy, znów zapaliła.
...Śnieg padał mocniej, aniżeli przed godziną, a ja byłem najwolniej poruszającym się człowiekiem tego opętanego zamiecią wieczoru.
Wszyscy gdzieś spieszyli, opatuleni szalikami po same uszy z naciągniętymi czapkami aż na brwi, tylko Ja, jakiś obcy ich perypetiom, w rozpiętym płaszczu i także nie zapiętej marynarce, kroczyłem spacerkiem w stronę rynku, a ogromne płatki kłaniały mi się w podziwie przed obojętnością na ich ilość.
Ludzkość mogła cierpieć.- powiedziałem sobie- Ale nie ja.
Cóż za radość odczuwa nieudacznik, kiedy zostawia swój popaprany świat za sobą. Już się nie kryje ze swą dobrocią. Ten nieudacznik to oszust, który chowa się całe życie za plecy nieszczęścia. Kłopoty wciąż toczą boje o jego duszę, a on daleko od nich z uśmiechem na posępnej twarzy przemierza dumnie trudy zimy i gówno sobie z tego wszystkiego robi.
Może znów stanie się człowiekiem

Zaloguj się