Brawurowa szachistka

   Miała przyjść Hemingweyowska Brett, przy czym tak się złożyło, że podczas jej ostatniej wizyty, moja sublokatorka-zabela- wybyła na wybrzeże, gdzie ponoć czekała ją sesja zdjęciowa. Bo Afrodyta chciała zostać modelką i była nią, ale w swoim urojonym serialu, prześwitującym na skroś brazylijskiej telenoweli.  Każda sesja zdjęciowa była w rzeczywistości małym romansikiem z jednym z moich znajomych, do którego, ani ona, ani on z niewiadomych powodów nie chcieli się przyznać.
Po prostu znikali na kilka dni, a że nikomu na nich nie zależało, toteż nikt o nich nie pytał.
Tak więc ona jeździła się fotografować, a ja wiedziałem co to oznacza, a ona nie wiedziała, że ja wiem i tak to się toczyło.
Dziś wróciła.
- Czy ty wiesz jak urocze jest morze zimą?- patrzyła na mnie jak durna, przejęta rolą brazylijska aktorka, dla której faceci płaczą na lotniskach, a ja czytałem gazetę- Było wspaniale.
- Jak wyszły fotki?
- Aaaaa...fotki? Jak fotki.- skwitowała, rozpakowując się- Pół dnia pozowania i pstrykania.- dodała- No wiesz jak to jest?
- To w jakim brukowcu cię zobaczę?
Stała wybita z roli, z kolekcją bielizny w dłoni i wyglądała jakby myślała.
- Zawsze wolisz patrzeć w gazety?- zabłysła- Dlaczego nigdy nie patrzysz na orginał? Proszę. Patrz teraz.- zrzuciła z siebie bluzkę i podeszła do mnie w staniku, zaczynając ściągać spodnie.
Chciała usiąść na mych kolanach, kiedy ktoś przekręcił klucz w zamku, a po chwili znalazł się w pokoju.
- Pięknie- powiedział damski głos- Bardzo pięknie- ponowił głos- To ja dostaję rolę kurwy, a ty się kurwisz?- głos i właścicielka podążyły do barku, aby zrobić drinka.
- Kto to jest, Vincencie?- spłoszona Izabela wstała i wskazując oskarżycielsko na Violetę, zerkała raz na mnie raz na nią- I dlaczego ma klucze od naszego mieszkania?
Powróciłem do czytania artykułu o serialach ameryki łacińskiej, w którym pisali, że są zdrowe dla krajowego światopoglądu średniej sfery społeczeństwa, co moim zdaniem oznaczało durnych, spoconych, steranych ludzi z programem telewizyjnym w dłoni i palcem na strzałce w górę w tonacji głosowej, którzy jeszcze bardziej się pocili. Durne seriale dla durnego motłochu, a motłoch cieszy się, że seriale są takie prawdziwe, jak samo życie, tyle, że zastanawiają się, dlaczego ich życie takie nie jest. Niestety nie wpadną na pomysł, że to idiotyczny serial ukazujący najbardziej idiotyczne korelacje wśród spokrewnionych ludzi o nierealnie idiotycznej egzystencji.
Szmirą dorównywały im tylko amerykańskie tasiemce, w których piękne kobiety, całe wymalowane, wykształcone i bogate, zdają się być kurwami, gdyż z tego co wiem, istotą całego serialu jest to kto z kim śpi i aby Joseph, czy inny bubek nie spał z Lidią, bo ona chodzi do łóżka z Michaelem, a poza tym Joseph jest mężem Sharon, a ona ma problemy z tym, czy wybrać na kochanka Phila, czy może Alberta. Jednak ten drugi jest homoseksualistą, a pierwszy zapłodnił Michell z sąsiedztwa, która biega za nim od ogólniaka i nie przeszkadza jej, że zaszła na szczyt dając dupy. Paulina uważa jednak ją za szmatę i ostrzega Michaela przed nią, osobiście reflektując na stanowisko przyboczne w jego łóżku, pomijając fakt, że pieprzyła się w ostatnim odcinku z jego bratem, a w tej samej części, tyle że za drzwiami i nie szkodzi, że w jego mieszkaniu, dosiadała jego przyjaciela.
Ogólnie dziwi mnie to, że te piękne z dyplomami istotki, są puste jak Izabela z mojego salonu i kurwią się z każdym po kolei, czego ona na szczęście nie robi.
Jednak jeszcze bardzie dziwny wydaje mi się fakt, że nikt nie dostrzega tego, iż seriale te pogardzają kobietami, ukazując je jako nieskończone dziwki i że one same zgadzają się na to, odgrywając takie role. A gdzie feminizm do cholery?
Doszedłem do wniosku, że najlepszym co jest w serialach tego typu, to możność przełączenia na inny program.
- Violeto, to Izabela, modelka.- wskazałem ręką na czarnulkę o wulgarnie wymalowanych ustach- Iza, to Brett, bohaterka literacka.- machnąłem w stronę piękności zamarłej w krystalicznej gracji.
- Vincencie, kto...- zaczęła Violeta, lecz wstając dałem znak, aby przerwała.
- Czy nie możecie po prostu powiedzieć, że jest wam miło, usiąść wygodnie na sofie i poprosić o kawę?- w kącikach mych oczu, drgnął nerwowy tik, co bardziej znająca z nich, rozróżniła.
Brett usiadła poprawiając żakiet i uśmiechnęła się do mnie, czarującym, nieco wścibskim grymasem.
- Poproszę o kawę, Vincencie?
- I słusznie.- ruszyłem do kuchni, a za mną przyczłapała Izabela.
- Posłuchaj...- przytknąłem palec do jej ust.
- Wybiła dwudziesta.- poinformowałem- Właśnie zaczyna się twój ulubiony serial. Ten Wenezuelski.
Zadrżała, niemal w spazmie nerwicy i wybiegła z mieszkania.
Po chwili odwiedziła mnie Violeta.
- Twoja modelka uciekła.- rzekła z przekąsem.
-Wróci. Poszła do sąsiadki naprzeciw.- nasypałem kawy do dwóch filiżanek.
- Boi się konkurencji?
- Mój telewizor nie odbiera południowo amerykańskich programów.
Całując mnie w czoło, widziałem jak jej twarz promienieje, maskując ów wyraz gniewu i zajadłości.
- Więc to jest ta twoja sublokatorka.- zorientowała się.
- Prawie nigdy mnie tu nie ma.- wyjaśniłem- A ona nie ma się gdzie podziać.
- Z jej wyglądem z pewnością, nie miałaby problemów ze znalezieniem czegoś.
- Do tego potrzeba więcej niż dwóch szarych komórek.- zalałem kawę, a jej aromat wypełnił całą kuchnię.
- Jak znosi Clarensa?- stała obok i obserwowała moje czynności.
- Chciała go zabić.- odparłem- Wyobrażasz sobie? Zabić Clarensa...a co on jej do cholery zrobił?
W kąciku jej ust zadrgało coś współczującego, a może tylko ciepłego.
- A co poczniesz jeśli kiedyś on założy rodzinę?- położyła dłoń na mym ramieniu w iście przyjacielskim geście- Pomyśl sobie. Sto małych pajączków, po kilkadziesiąt, biegających w każdym pokoju i tłusta, ogromna żona. Wiesz, że samice są większe od samców, prawda?- wiedziałem- Więc pomyśl jak wielka będzie jego nałożnica, zważywszy na jego gabaryty.- wydała się być przejęta- Więc co zrobisz?
Chwyciłem filiżanki i ruszyłem do salonu.
- To typ samotnika.- orzekłem smutno- Tacy jak on nie zakładają rodzin.
Wpatrywała się we mnie nieco podejrzliwie, nieco żałośnie, po czym otworzyła usta.
- Aż przeraża mnie świadomość, jak bardzo jesteś do niego podobny.
„Lepiej być samotnym, niż mieć złe towarzystwo.”
Pierre Grinqoire
Przypatrywałem się w milczeniu jak popija drobnymi łyczkami kawę, jak jej piękne, śniade w tej chwili usta obejmują krawędź filiżanki, a zjawiskowe oczy, zdają się być roześmiane, jakby przepełnione radością z możności życia.
Nigdy nie mogłem pojąć skąd w kobietach tkwi taka siła i chęć istnienia. Skąd wiara w sukces, mimo podejmowania błędnych decyzji i dokonywania podłych czynów. Skąd ten nieodgadniony, acz dający się zaobserwować wytrawnemu widzowi, wiecznie błąkający się cień uśmiechu w rysach okalających wargi, zmarszczkach na czole, czy może liniach podkrążających oczy.
Zaskakiwał mnie zawsze zadumany wyraz pogodnego oczekiwania, nawet gdy policzki opływały łzami, podczas kiedy ja, będący nieszczęśnikiem przez całe życie i zapewne mający być nim przez resztę życia, nie byłem w stanie zdobyć się często nawet na skrycie nieustannej walki, którą uwidaczniała moja twarz.
- Nie patrz tak, kochany.- odezwała się nieco monotonnie- Poważnie i dumnie. Łagodnie, a zarazem z zaciekłością. Ze spokojną pewnością, zwiastującą coś groźnego, a może tylko nie miłego.- brwi jej ściągnęły się ku sobie, zdradzając nastrój zaniepokojenia- Nie patrz wzrokiem, w którym maluje się cień głębokiego, niemego cierpienia.- jęknęła- Przeraża mnie to.
- Posiedźmy w ciszy.- oznajmiłem stanowczo, acz życzliwie- Nie chcę rozmawiać.
Ta urokliwa kobieta imponowała dystynkcją oraz sposobem bycia, zdradzając naturę subtelną i wrażliwą. Nie istotne, że nie była wierna; była lojalna, a to co innego, być może, że lepszego.
Wiedziałem, że nigdy mnie nie opuści i tylko dlatego, iż łączyło nas całkowicie co innego, aniżeli poczciwy, standardowy związek. Nigdy mnie nie okłamywała. Innych tak, ale nie mnie. Traktowała moją osobę jak Thelma Luizę, bądź Luiza, Thelmę.
Mogłem z nią przemierzyć pół kontynentu, obrobić butik z tanimi ciuchami, czy też rozwalić łeb drobnemu farmerowi, a ona nigdy by mnie nie wydała.
Dojrzała, poczciwa Brett, która ostatnimi czasy chciała jedynie nauczyć się tego co ja; jak żyć na świecie. I uważała, że znalazła odpowiedź, a jeśli nie odpowiedź, to przynajmniej dobry sposób na wypełnienie czary emocjonalnej, która pozwalała zaspokoić własną próżność.

Teraz, zimnym, grudniowym wieczorem, końca kolejnego tygodnia w marszu świata, kobieta kartkująca „Słońce też wschodzi” wyglądała dokładnie jak ja, opętana poczuciem winy i brzemieniem bezwartościowości i zmagań ze światem. Z jedną tylko różnicą; u mnie to wywoływało smutek, a ona najprawdopodobniej w ogóle się tym nie przejmowała.
- Wiesz.- odezwała się Brett, zamykając książkę i obracając się w moją stronę- To jest bardzo piękna powieść. Nie wiedziałam...po prostu nie wiedziałam, że literatura może być taka wspaniała. To coś jak studium nad samą sobą.
„Książkę czyta się z reguły w izolacji, nie sposób połączyć tej czynności z czymś
innym. Lektura jest więc również aktem samotności. I to jest właśnie
najpiękniejsze w literaturze- ta tajemnicza, niewidzialna intymna komunia
pomiędzy dwiema samotnymi duszami- pisarzem i czytelnikiem.
Obcowanie z książką to jedyny moment kiedy para kompletnie obcych ludzi
nawiązuje magiczny kontakt.”
Paul Auster

- Niezmiernie mnie to cieszy.- odparłem posyłając jej uprzejma kontorsję aprobaty. Nie rozumiałem ludzi nie czytających literatury, a gorsze było to, że bardzo mało kobiet interesowało się książkami. Jasne, że czytały; czytały brukowce, czytały durne gazety typu Samo Życie, lub inne przodujące na rynku szmatławce, w których najlepszy dziennikarz informuje, że gdzieś tam żyje blondynka uprawiająca raz w tygodniu seks z małym kosmitą. Oczywiście, że wierzyłem w kosmitów, nie wierzyłem tylko w takich, którzy przylatywali tutaj w celach pornograficznych.
(Chociaż kto wie. Może jakiś kosmiczny miesięcznik rozpisał się, że ziemskie samice są najpiękniejsze)
- Świetna powieść, ale daj mi inną rolę. Nie chcę być kobietą fatalną, ale także chcę coś znaczyć.- poprosiła dopijając kawę.
- „Cudowna przemiana” także Hemingwaya. Znajdziesz ją w tomie Czterdziestu dziewięciu opowiadań.
- Jest równie dobra?
- Moim zdaniem niemal doskonała. Niestety to tylko kilka stron.
Wstała i podchodząc do regału z setkami książek wynalazła właściwą.
- Wydaje mi się, że dzięki tobie pokocham literaturę. To piękne przeżycie.
- To dobrze.- skwitowałem- Może z pomocą tego staniesz się lepsza.
Rzuciła mi srogie spojrzenie, lecz po chwili uznała, że nie warto wszczynać buntu i machnęła tylko ręką.
Nim zdążyliśmy ponownie się do siebie odezwać, wróciła Izabela, zdyszana i ładna, bardziej doświadczona o kolejny odcinek durnego filmu.
- Co ty robisz Brett?- posłała Violecie irracjonalne spojrzenie.
- Czyta.- odparłem za przyjaciółkę- Powinnaś zrobić to samo. Przynajmniej raz w miesiącu.
- Po co? To takie nudne.- wzruszyła zabawnie ramionami.
- Nie jestem już Brett.- wtrąciła Violeta trzymając otwartą książkę na kolanach- Jestem kobietą bez imienia.- dodała- Czy wiesz, Vincencie, że ona nie ma imienia?
- Tym łatwiej jest się z nią utożsamić.- skwitowałem wstając i wyciągając marynarkę z szafy.
- Wybierasz się gdzieś?- zainteresowała się kobieta bez imienia mierząc mnie zaskoczonym wzrokiem, skrzywdzonej istotki.
- Niestety.- przeszedłem po torbę podróżną, która spakowana czekała tylko na mnie- Najwyższy czas wziąć się do pracy.
- Dlaczego nic nie powiedziałeś? - rzuciła z wyrzutem- Zarezerwowałam stolik w najlepszej restauracji w mieście i pokój w hotelu.- z przygryzioną dolną wargą wyglądała nadzwyczaj seksownie- Chciałam być urocza.
Zastanawiałem się skąd stać ją na takie luksusy. Nie mogłaby sobie na to pozwolić, gdyby wciąż nie utrzymywała kontaktów z facetem, który porwał ją na półwysep Iberyjski. Była piękna i wspaniała i korzystałem z tego, ale nie mogłem dopuścić do tego, aby dojść do punktu, gdzie byłbym o nią zazdrosny. Ona była sprytna. Chciała mieć kogoś kto ją pociąga i kogoś kto gwarantuje zbytek i zaplecze finansowe; mimo całego wysiłku i zaangażowania jaki wkładała w nasz związek, druga osoba była dla niej ważniejsza.
Może byłem głupi, ale nigdy nie chciałem być drugim.
- Przykro mi.- przeprosiłem- Tak jakoś wyszło.
Westchnęła głęboko, rozróżniając prawdopodobnie moje wywody, jednak nic nie powiedziała. Musiała to rozumieć i ja o tym wiedziałem.
- Skoro musisz.- wstała i ubrała płaszcz- Pozwól przynajmniej, że cię odwiozę. - wpatrywaliśmy się sobie w oczy i przez moment poczułem się jak skrzywdzony chłopczyk- Nie patrz tak. To tylko siedemdziesiąt sześć kilometrów.
Pożegnaliśmy się z Izabelą i zeszliśmy do samochodu. Stanąłem przed srebrnym Jaguarem i poczułem kłującą w boku zazdrość oraz dławiący w gardle gniew.
- Widzę, że Mikołaj tego roku spełnia wszystkie życzenia.- powiedziałem głosem suchszym, aniżeli tego oczekiwałem- To gdzie do cholery moja Nefretete?
- Korzystam w razie potrzeby.- wsiadła za kierownicę- Nie jest tak jak myślisz.
- A jak myślę?- usiadłem obok i ruszyliśmy
- Posłuchaj.- dodała gwałtownie gazu- Wiem skąd bierze się twoja zgryźliwość
i oschłość, ale musisz mnie zrozumieć. -skręciliśmy w lewo- Ja ciebie rozumiem.
-To jesteś pierwsza.

Śnieg sypał coraz łagodniej, ona prowadziła zaskakująco nerwowo, tak jakby chciała mnie zabić, a krajobraz migał w ciemności. Gdzieś daleko jakaś wioska świeciła czerwonawą luną na horyzoncie, a obok piękna kobieta bez imienia obróciła się, mimo ponad setki na prędkościomierzu i ślizkiej nawierzchni w stronę zamyślonego mężczyzny i powiedziała coś, czego mężczyzna nie zrozumiał i nigdy nie zrozumie.
- Kocham cię, Vincencie.
 

Zaloguj się