Toń

Kiedy pierwszy raz ujrzałem ten błękit drgnęła mi powieka. Jednocześnie z jakąś złośliwością powiedziałem sobie, że ja przecież wcale nie jestem fanem pływania.

Tak się stało, że przechadzałem się po plaży nie specjalnie chyba uważając aby się nie zamoczyć.
Na początku fale oblały mi stopy. Ja wciąż trzymałem się brzegu, a fale niestrudzenie wdzierały się dalej. Albo też to ja słaniałem się ku nim.
Jak już się zorientowałem było za późno; znalazłem się po kolana w wodzie. Uśmiechnąłem się do siebie wiedząc zarazem, że będę chciał głębiej. Groziło to tylko zapamiętaniem i utonięciem.
Zaczęliśmy się pluskać, z początku musiałem walczyć z falami. Ale nie dlatego, że byłem kiepskim pływakiem, a dlatego, że błękit był wzburzony. Te piękne fale, które chciały wyrzucić mnie daleko na plażę, tak samo mocno nie pozwalały mi wyjść z morza.
Pływało się świetnie dopóki nie zamoczyłem głowy. Rozkosz tego dotyku na zmęczonym czole była niewysłowiona. Wydało się, ze nie może być bardziej, mocniej, lepiej, intensywniej. Aż tu nagle nurkowałem wśród rafy. I nic w tym złego gdyby nie świadomość, że nie można pływać tyle bez oddechu....i bez opamiętania.
Świadomość, że muszę wypłynąć i wyjść i odejść była równie mocna co pragnienie zagłębienia się w toń...w tą zachęcającą, uśmiechającą się toń.
Opuściłem rafę ale nie po to aby wypłynąć mimo, że to jedyny kierunek który pozwoliłby mi zachować życie, ale po to aby opadać w tą ciepłą morską przepaść...po to aby mimo spoglądania na powierzchnię móc z czymś zuchwałym w oczach dać ciągnąć się głębiej...i wciąż głębiej.


 

Zaloguj się