Nakręcana laleczka

Nieświadom, że idzie o życie

Nieświadom, że idzie o życie

 Wesołość, a raczej sielskość jej bytu przypominały po trosze przyjemny tragizm dzieł Szekspira; w każdym słowie tkwi drwina, a za każdym rogiem czai się zdrada...i śmierć gdzieś pod koniec; a wszystko w konsekwencji powleczone uśmiechem.
Wiliam był mistrzem porażeń piorunem, ale ona odznaczała się groźniejszą tendencją...znalazła się blisko mnie.
...Tańczy w moim sercu mała laleczka, której nie mogę nawet udusić.
Jest odciśnięta ikonograficznie.

Właściwie to już minęło z jesienią, minęło parę dni, a może i więcej, ale piękność, jak zwierzę ale jednak z innej planety.
Jasne włosy, szczuplutki, delikatny nos, maleńkie zmarszczki w kącikach ust., ale przez to wargi jeszcze bardziej figlarne...Miała uwodzicielską inteligencję w spojrzeniu; i skromną...a jednak.

„Omamiła go długą namową, pochlebstwem swych warg go uwiodła: podążył tuż za nią niezwłocznie, jak wół co idzie na rzeż, jak jeleń związany powrozem, aż strzała przeszyje wątrobę; jak wróbel, co wpada w sidło, nieświadom, że idzie o życie.”- Księga Przysłów, 7:21.

   Moje oczy musiały mieć głodny wyraz, gdy sporzałem na nią poraz pierwszy; a że była mądra i bystra rozróżniła wszystko doskonale co uwidaczniało się na jej twarzy. Na jej twarzy; na poły śniadej, delikatnie skupionej o odcieniu frywolności (pewnie wina dobrego podejścia na codzienność) usta malowały się charakterystycznie wąskim, dosyć gniewnym łukiem. Śmiem przyznać, iż pewnie ten groźny afekt zatopił mnie w wyścigu uniesień i marzycielskich potyczek z własną, pewnie beznadziejną przyszłością i żmudną, przenudną teraźniejszością. Oczy miała nieprzeniknione, ciemne jak sadzawki bez dna, a wzrok dosyć chłodny.
W pewnych momentach bałem się, że nie ukryję tego porażenia, a w innych starałem schować gniew i wyjść z nim za róg, aby tylko nikt nie dostrzegł tej słabości. Niekiedy tylko, napięcie puszczało i odczuwałem subtelną rozkosz, kiedy chwytaliśmy się spojrzeniem, jakby odnajdując wspólną nutę uniesienia.

... Przypatrywałem się w milczeniu jak popija drobnymi łyczkami wino półwytrawne o kolorze różowym, które polubiła niedawno dopiero, jak jej piękne, śniade w tej chwili usta obejmują krawędź kieliszka, a zjawiskowe oczy, zdają się być roześmiane, jakby przepełnione radością z możności życia.
Nigdy nie mogłem pojąć skąd w kobietach tkwi taka siła i chęć istnienia. Skąd wiara w sukces, mimo podejmowania błędnych decyzji i dokonywania podłych czynów. Skąd ten nieodgadniony, acz dający się zaobserwować wytrawnemu widzowi, wiecznie błąkający się cień uśmiechu w rysach okalających wargi, zmarszczkach na czole, czy może liniach podkrążających oczy.
Zaskakiwał mnie zawsze zadumany wyraz pogodnego oczekiwania, nawet gdy policzki opływały łzami, podczas kiedy ja, będący nieszczęśnikiem przez całe życie i zapewne mający być nim przez resztę życia, nie byłem w stanie zdobyć się często nawet na skrycie nieustannej walki, którą uwidaczniała moja twarz.

A ostatniego dnia wszystko było mokre, moja twarz i jej twarz, i nos, i usta, całe życie, cała nasza radość i cały świat były z wody.

Miała przeszło dwie dekady, kiedy dowiedziałem się o tym po raz pierwszy i pomyślałem z bolesnym ukłuciem, że przecież nie ma szans jej mieć, bo to jak złamać prawo grawitacji. Właściwie to dopiero co się przebudziła, ale jaka była ładna; jak jakaś aktoreczka z ambitnego francuskiego kina. Takie nie sprzedają mięsa i noszą się z klasą, a wszędzie gdzie się pojawią czarują otoczenie, pozostając wciąż skromne i lubiane. Blond włosy, okalające szczupłą twarz, długie, czesane tylko czasem kapryśnie jak u dziewczynki co obrażona wybiega z domu robiąc na złość mamie machającej grzebieniem. Długie i zniewalające rzęsy- o czym zorientowałem się znacznie później- i nieprzeniknione oczy. Nie było takiego, co odczytałby cokolwiek z tego wzroku. Rysy łagodne i mimo, że pragnęła pozostawać sielską, jednak smutne, skupione. Jak powaga wciśnięta na siłę w iddyliczne opakowanie. Nie oszukiwała jednak, najprawdopodobniej nawet sama się w tej kwestii nie orientowała i nie chciała w nią wierzyć. I miała uderzający urok w spojrzeniu. Wręcz emanowała tym urokiem niczym Nefretete, piekielnie urocza.
Niekiedy obserwowałem jej usta, które śniade i wąskie, zostawały nieco rozchylone, jak pąk kwiecia mimo tego, że zaciskała wargi w napięciu-gdy spała, tylko gdy spała.
No, a ja lubiłem ją dopóki serca nie przebiła mi strzała ślepego kupidyna...

...Czego się spodziewam, że znajdę? Nagrody za podjęty trud? Zadośćuczynienia? Skarbu na końcu owej tęczy, która być może nie ma końca? Sprawiedliwości, gdyż nie rosnę nisko przy ziemi rezygnując z trudu, lecz podejmuję większy trud, aby sprostać pragnieniom? Łaski bogów za nie godzenie się z ludzkim losem marionetki?
Wędruję przed siebie. I jakakolwiek bestia czai się przede mną, zła się nie ulęknę, bo z tyłu jest piekło. Tylko przed siebie...naprzód z odwagą, hołdem dla determinacji. I odrzucając półśrodki, ersatze, pseudoszczęścia... szukam; A jako, że los jest farsą, wiem, że spotkam Dejanirę jak i Herakles, której imię znaczy „Zagładę – Wojownika”

Zaloguj się