miecz

 Uwielbiam słowa ale żadnego nie umiem wykrztusić.

 Ukochałem mowę pisaną ale straciłem głos.

Usiadłem na chwilę sam i zrobiłem drinka; chcę krzyczeć ale moje gardło nie wydobywa dźwięku.

Chcę zbudzić ze snu całe miasto ale ja zwyczajnie stałem się niemową. 

Pochylam głowę i zamykam oczy.

Widzę nić którą powinienem złapać, widzę ciemność w norze do której powinienem wejść. Nie wejdę. Wiem, że nie wejdę i to jest mym przekleństwem. Stałem się stworzeniem naziemnym, stałem się patrzącym ku słońcu, ścierwem co wyszło z ciemności i udaje jak być człowiekiem.

Ale być człowiekiem to być niczym. 

Nie umiem mówić. Ukochałem słowa, a już nie umiem mówić.

Zerkam do nory kątek oka, wiem, że uśmiecha się do mnie to coś co w niej jest ale ja straciłem odwagę. Może nie odwagę ile determinację. Powiedziałem dzisiaj komuś, że czasem trzeba przestać walczyć, że czasem trzeba przestać wiosłować i odpocząć. Dać się ponieść a kiedy siły znowu wzbiorą rozejrzeć się i w tamtym miejscu podjąć decyzję dokąd płynąć...i czy płynąć. czasem po prostu trzeba przestać wiosłować i przestać polować na demony.

Ukochałem ciemność i samotność ale botanik z siatką na motyle złapał mnie i wciągnął w swój świat. Tylko czy on się kurwa mnie o to pytał? Jakim prawem wyłowił mnie i urwał skrzydła. Jakim prawem ten pieprzony świat uciął mi język. 

   Nie umiem mówić. Bylejakość z dnia na dzień odbiera mi życie, już ledwo się poruszam w tym pieprzonym świecie normalności.

- uratowałem cię z topieli - mówi skurwiel.

- ale ja umiem pływać- odpowiadam z twarzą skierowaną w podłogę.

- poważnie?- dziwi się - wyglądało jakbyś się topił.

- topiłem się - przyznaję.

- więc jednak.

- ale to też umiem robić - ściskam szczękę i marszczę nos w złości w odruchu który często mnie zastanawiał jak spazm łączący mnie z jakimś pierwiastkiem bestii. Naturalny grymas wściekłości. Wściekłości tak czystej, że wywoływała na twarzy skurcze nozdrzy i górnej wargi niczym atawistyczny odruch odsłaniania kłów. 

   Robię kolejnego drinka, tylko ten stan potrafi połączyć mnie na tym etapie życia z ciemnością. Potrzebuję ciemności jak nietoperz, co w tym kurwa dziwnego. Człowiek nie może lepić każdego na swoje podobieństwo. Botanicy, zoolodzy, przyjaciele Boga dajcie spokój stworzeniom żyjącym w ciemności. Ciemność jest światem równie kolorowym dla niektórych stworzeń jak wasze łąki i nieba. 

- Nie musisz dziękować - mówi - Nie ma za co.

- Za co?

- No własnie nie ma.

- Masz rację.

Ukochałem słowa tak mocno, że coraz częściej walczę z tym aby nie rzucić wszystkiego i nie oddać się całkowicie nim. Nie ma na tej planecie niczego innego tak bardzo zmysłowego jak słowa aby trącić ten najprzyjemniejszy synaps mego mózgu. Mego mózgu który dopiero wtedy gdy trącony tym odczuciem zaczyna reagować, czuć, widzieć, wiedzieć, słyszeć...żyć. 

- wyciągnąłem cię z nieszczęścia - mówi trochę obrażony.

- ale ja byłem tam szczęśliwy - odpowiadam równie pewnym tonem.

Dąsa się. Ten zarozumiały, pewny siebie, altruistyczny, pieprzony botanik się dąsa jak mała dziewczynka.

- ja nie rozumiem - wychyla drinka haustem - tu jest cieplej, jaśniej, milej, normalniej.

- ale tam jest moje naturalne środowisko - nie polewam mu, zabrakło mi soku. Zabrakło mi kurwa soku. I tyle igrania z umysłem.

- no to ja już nie wiem - obrusza się - jutro masz znowu dostęp do broni to może się wreszcie zastrzel - wzrusza ramionami.

- ale dlaczego miałbym to zrobić?

- no bo kurwa wiecznie jesteś nieszczęśliwy.

- to nie jest prawda.

- jak to nie? Dałem ci światło, nie podoba się. wyciągnąłem z zimna, niedobrze...wyprowadziłem z jaskini, źle. 

- I to własnie uczyniło mnie nieszczęśliwym.

- co kurwa - od razu zrobił przepraszający grymas tak jakby nie przystoiły mu inwektywy - wytarganie z tej jebanej jaskini abyś zobaczył jak kolorowe są kwiaty na łące?

- tak, a tobie wydaje się, że  każde stworzenie to jakaś pierdolona pszczółka maja.

- każdy lubi nektar.

- nawet jeśli to każdy zdobywa go w inny sposób. każdy ma swoją własną mannę.

 

 

   Słowa to moja największa pasja i miłość.

Rosłem z nimi i towarzyszyły mi od zawsze i wiernie. Były moim mieczem, którym mogłem ratować, ranić i zabijać. Słowa to moja krucjata na wiecznie podbijaną Jerozolimę przez tych którym wydaje się, że bardziej im się należy. Ale słowa były też moją Jerozolimą, moją religią, moim Bogiem. Potrafiły odczyniać uroki i rzucać czary. Uroki i czary na mnie samego. 

Jestem iluzjonistą i kiedyś zdradzę swój sekret ale jeszcze nie teraz. Ten sekret potwierdzi niestety moją rację, że świat dla ludzi da się łatwo oszukać i nie ma on żadnego znaczenia. Wszystko to gra pozorów.

Kiedy słucham tego mam tylko jedną wizję, ale w tej wizji ginę...i jestem naprawdę szczęśliwy.

Zdradzam ci pewien sekret, to sekret najpiękniejszej pieśni ale trzeba zamknąć oczy. Nie, nie będziemy patetyczni i nie będziemy się tulić oraz całować. To pieśń o krwi i dopiero teraz zrozumiesz, że słuchając o mroku i krwi słyszysz więcej niż słuchając o świetle i radości.

http://www.youtube.com/watch?v=F8OSiaHmXQM

   Na końcu ginę ale pochyla się nademną mała dziewczynka. Nie kobieta. Kobieta zakrzywia miłość. To zawsze musi być dziewczynka. Dziewczynka albo inna istota, która nie może sama się obronić. Istota która może tylko patrzeć i płakać. A Ty musisz wówczas spojrzeć i zrobić wszystko aby to cudo przeżyło.

Męstwo istnieje dla niewinności i bezbronności.

Do "Złego" ktoś kiedyś powiedział

-" A może chcesz ją uratować co? – podniósł się i ściągnął swoją sfatygowaną kurtkę. Nie słysząc mego głosu, uniósł głowę i wpatrzył się w moje oczy. Ponownie wścibski uśmiech zagościł na jego twarzy – Poważnie? Ratować młodą kozicę, pachnącą jeszcze mlekiem i kwiatami z łąki, z ciałem jędrnym jak wcześnie zerwana brzoskwinia, z ustami wciąż nie grzesznymi i wstydliwymi oczyma? Ratować ludzkie cudo?"

- tak - przytakuję - ratować cudo życia. Jestem złym człowiekiem - mówię mu - powinienem chodzić po świecie i zabijać.  Tylko wówczas byłbym spełniony.

- to ratować czy zabijać? Bo wiesz to dwie różne rzeczy.

- zabijać aby ratować.

- wtedy stajesz się mordercą.

- nie. wtedy staję się obrońcą.

- w tych czasach nie liczy się podróż na słoniach przez alpy. to nie robi na nikim wrażenia. Nie ma bohaterów.  teraz jesteś gość jak masz kupiony  wielki bombowiec, a sam siedzisz w schronie osiemset metrów pod ziemią. Bliżej piekła ale dalej od śmierci.

- załatwisz mi taki bombowiec?

- nie - odpowiada szybko i zdecydowanie - tacy jak ty odbierają życie tak aby umierający wiedział że to pokuta. Musza patrzeć w oczy oprawcy. Muszą umierać wiedząc za co to im się przytrafiło do ostatniego tchnienia.

- taaaak - potwierdzam cicho i monotonnie - coraz bardziej bliska jest mi ta wizja.

 

 

   

Zaloguj się