Lodówka

Magni

Magni

 " Bo są dwa rodzaje bólu, Oskarku. Cierpienie fizyczne i cierpienie duchowe. Cierpienie fizyczne się znosi. Cierpienie duchowe się wybiera"
— Eric-Emmanuel Schmitt "Oskar i Pani Róża"


- Co tam drogi kolego - zapytuje prawie co dzień rano, gdy jak trybik zapierniczam tymi samymi dziurawymi, ponurymi ulicami. Ale ulice przecież nie mogą być ponure ani smutne, a tak często piszą o nich pisarze. Ulice są zwyczajnie dziurawe, brudne, brzydkie. Nienawidzę swojego kraju, każdego dnia gdy widzę, że zamiast naprawiania dróg , stawia się znak ograniczenia prędkości do czterdziestu na godzinę. Co jest, kurwa - myślę sobie o producentach wydających miliony na projektowanie coraz szybszych aut. Ale w tym pierdolonym, zacofanym kraju to trzeba furmankami jeździć. A i tak jakiś sfrustrowany przez niedającą mu dupy żonę gliniarz wlepi mandat; choćby za brudnego konia kurwa. Więc ona pyta co dzień, zwykła koleżanka z pracy czyli z miejsca i czynności która pochłania moje życie jak czarna dziura światło.
Robota odpowiedzialna, poważna ale do cholery czy ja aby to chcę robić każdego dnia. Jestem gdzie indziej gdy ona tak pyta przy porannej mojej kawie. Jak wstaję to myślę tylko o niej, tylko o tej kawie ale kawa zostaje wypita.
- W porządku.- mówię do niej będąc jednym z niewielu ludzi jacy mówią beztroskie "ok" każdego kto spyta, chociaż nawet w danej chwili pali mi się dom. U mnie zawsze jest "ok".
- Jakaś randka? Ciekawa noc? - uśmiecha się koleżeńsko wiedząc, że ma naprzeciw siebie jednego z ostatnich kawalerów jakich zna, jeśli nie ostatniego. Traktuje mnie trochę jak gatunek chroniony i trochę jak kumpla od piwa, a ja ją wykorzystuję aby nie obumierać jak usychające drzewo. Wykorzystywanie prawie obcych ludzi, do których nie czuje się nic więcej ponad lubienie jest równoznaczne z działaniem jakiś dragów. Wszyscy mi bliscy nie mogą ze mną obcować, nie mogą z powodu odległości lub innych niuansów, o których jakby posłyszał poczciwy William Szekspir, to od razu maznąłby idealny komediodramat.

Nikt nie może przyjść wieczorem, nikt z tych których mógłbym potrzebować.
- Taa, noc spędzona podczas snu z kotem i lodówką.
- Lodówką?
- Gdybym nie otwierał okna nad głową aby słyszeć świat to dźwięk tej lodówki obok oddechu kota byłyby jedynymi wypełniającymi moją grotę.
- Przecież kupiłeś nową lodówkę.- przypomina sobie domyślając się, ze może chodzić o hałas jaka wydawała stara.
- Jest młodsza o piętnaście lat ale wciąż jest lodówką.
- Haha.- upija mi kawy z filiżanki, zawsze tak robi ale wie, że może wziąć mały łyczek, a ja nie wiem czemu to toleruję. Chyba ciężko pracuję nad uczłowieczaniem się. Nad byciem takim jednym z ludzi..- To tak jak z kobietami co?
- Identycznie. Mają taką samą temperaturę jak moja lodówka.
- No co Ty.- rzuca śmiejąc się- Nie opowiadaj mi kłamstw, że masz kłopot z dziewczynami.
- Nie mam.- przecieram dłońmi czoło, uciekając gdzieś daleko, bardzo daleko.- I w tym kłopot.

"Jestem zbyt biedny, żeby mieć prawo płakać. Nie mam prawa do luksusu wyrażania bólu. Moje łzy nie mają prawa bytu. Nie mają prawa się pokazywać. Dlatego udaję, że nie cierpię, blefuję. Zamykam śluzy mojego serca, zbiorniki moich łez. Walczę o to, żeby nie płakać. Kłuje mnie w nosie, chwyta za gardło i dusi w piersiach. Ale działa."

— Tim Guénard "Silniejszy od nienawiści"


Wchodzi dyrektorka finansowa, podnoszę na nią wzrok, nie lubię baby, nie lubię jej za jej lenistwo, za brak kompetencji za masę innych rzeczy. Ściąga płaszcz, pokazując światu z durną dumą na swej twarzy sukienkę bez ramiączek. A co mi tam, będę człowiekiem.
- Ela, Tobie nie jest zimno?
- Nie- uśmiecha się teraz szeroko- Grzeje mnie własna miłość- już w jej oddechu wiem do czego zmierza ta przegrana przez własne leserstwo baba.
- No proszę.- dodaję beztrosko wstając- Jakie zdrowe samouwielbienie- wiem do jakiej dygresji się szykuje więc to ja wbijam szpilę kontrą- Ja niestety muszę się grubo ubierać. - wyprzedzona, trochę się strofuje lecz po chwili jednak wesoło mówi
- A ja właśnie chciałam brać przykład z Ciebie.- nawet nie zerkam na nią, biedną zwalnianą z pracy jędzę, która myli ciężką pracę jaka nigdy nie była jej udziałem, kompetencję oraz rzetelność co przełożyło się na ocenienie własnej wartości, z owym jej samouwielbieniem. Pieprzę was, skrzywdzone genetycznie, kładące się pod silniejszą ręką, winiące cały świat za własne opierdalanie się, wiecznie narzekające kobiety. Takiej nie pyta się grzecznościowo rano "jak się czujesz" bo trzeba wtedy wysłuchać opowieści o jej wszystkich dolegliwościach z zahaczeniem o prababcię. Czy nie można tak jak ja odpowiedzieć, ze 'ok". Kogo to kurwa obchodzi. Kieruję się do drzwi jej gabinetu zostawiając za sobą jedynie:
- Niestety ale to nie ja jestem odpowiedzialny za błędne decyzje kobiet.- i idę do siebie usiąść w fotelu, a myśląc o bieganiu z bronią o tym, że mogę instruować ludzi, szkolić tylko czemu ja wciąż tu siedzę. Myślę o książkach zalegających na półkach, tych ostatnich kilku książkach zakupionych ale kiedy ja je przeczytam. Osiemdziesiąt procent czasu z dnia kradnie praca, a później tyle rzeczy do zrobienia, malowanie repliki, testowanie liny wspinaczkowej, przestrzelenie broni na nowej optyce, wino czeka na nastrój aby zasiąść i pisać słowa, tak upragnione słowa z myśli. Motocykl, który jak się okazuje spowodował piękne wspomnienia, filmy jakie chcę obejrzeć, a czekają niewiadomo na co.
- Ooo, a co to?- wita się ze mną inżynier, który przekracza wszelkie granice interpersonalne.
- Torba, jak widać.- odpowiadam, widząc jego spragnione łapy chcące włożyć paluchy do wnętrza mojej torby.
- Ale taka.- korci go aby zaglądnąć, prawie tupie nóżkami jak mała dziewczynka.
- Torba, taka wojskowa, na dokumenty, laptopa, książki, duperele.
- No właśnie taka wojskowa.- wyczuwa ton mego głosu, co każe mu odejść, czym szybciej, a że to roztropny facet nauczony już doświadczeniem nie wchodzenia mi w drogę, wychodzi z gabinetu. Czasem wszyscy się zapominają, a może to wina drapieżnika, który stara się zrobić z siebie pieprzoną rybkę.

Pierdolę, nie pływam, mówię do siebie, wstaję idę do kuchni, ale nie mogę zrobić drugiej kawy, mam żelazne serce ale ono i tak bije z rytmem mało pojętym. Za parę godzin tak ale nie teraz, obracam się w kierunku lustra, staję przed nim. Patrzę temu facetowi prosto w oczy. Kim Ty jesteś człowieku, pytam w myślach. Jestem kimś kto nie powinien był tu być, słyszę w mózgu i zamykam powieki, drzwi się otwierają wchodzi prezes z prawnikiem. To kolejny "romans" prezesa, przynajmniej ktoś podejmuje za niego decyzje.
- Witam Pana Dyrektora.- uśmiecha się prawnik, co dzień mnie tak witając ale dopóki nie rozróżnię w tym ironii to będzie żył. Dyrektor kurwa jego mać. Chcę czym szybciej wyjść więc chwytam z szafki preparat do drewna i papier, którym będę mógł wyczyścić biurko.
- Dyrektor, sekretarka, sprzątaczka w jednym. Czy ktoś widział kiedyś taką poważną firmę?- jak zwykle drwina w moim głosie, jestem przeciw aby ludźmi dowodzili Ci jacy nie umieją sterować okrętem.
- Spokojnie Filip.- mówi prezes podając mi dłoń- Sprzątaczkę znajdziemy nową, dotychczasową wyrzucamy, w ogóle źle sprząta.
- Źle sprząta, bo wczoraj najlepsza na świecie dyrektorka finansowa odkryła, że zapomniała jej zapłacić dwie pensje.- dodaję, nigdy się nie krygowałem.- Więc jak ma dobrze sprzątać.
- Tą sprawę też załatwimy.
- I nie róbcie więcej takich kawałów aby formalnie informować mnie, że prawnie nie należy się dzień wolny za święto wypadające w weekend. To urągające.
- Ale Filip...- wtrąca pobieżnie prawnik.
- Jak się wkurzę to od jutra idę na zaległe urlopy od lat trzech.
- Filip, to nie tyczyło się Ciebie.
- Nie o to chodzi, nie wiem po co robicie takie rzeczy. Istnieje taki termin jak morale, w drużynie, w firmie, w załodze robi się tak aby podnosić morale. Poza tym mieliście rozmawiać z Sylwią, która nie wiem po jakiej akcji zarzuciła mi, że pomysł na zakaz konkurencji w jej kontrakcie o pracę jest moim pomysłem. Nie wiem co tu się dzieje i kto chce umyć ręce ale nie może tak być. Z Sylwią znam się od lat i postawiliśmy dział marketingu i sprzedaży w tej firmie na nogi, nie możecie mnie skłócić z nią. Nie z nią.
- Filip, to nie tak.- prezes kładzie mi rękę na ramieniu, w świecie w którym jestem Filipem, a nie Magnim, a tak często chciałbym być Magnim.
- Mieliście zadzwonić i wyjaśnić, nie jestem szarą eminencją zarządu a jeśli chcecie sobie mną tuszować własne tendencje to proszę bardzo. Nie zależy mi na sympatii wielu ale nie w przypadku Sylwii. Na to nie pozwolę. Poza tym po co w ogóle taki zapis w jej umowie, ona jest jednym z najlepszych specjalistów w tej branży na rynku, więc w którym miejscu firma dba o nią?
- Filip, my to wiemy.- ciągłe powtarzanie mego imienia ma mnie niby ułaskawiać. Nigdy nie mogłem pozwolić aby świat komercyjny wziął górę nad temperamentem. Liczy się tylko to jakimi jesteśmy ludźmi, mężczyznami. - Wiesz czemu to zrobiliśmy, wiesz przez kogo.
- Ale to nie tak ma funkcjonować, nie może być tak, że aby zabić jednego taliba spuszczacie bombę na całą wieś.
- Cel uświęca środki- odzywa się sprytnie prawnik.
- Nie.- mówię ostro- Zaczyna się od dbania o drużynę, a cała reszta później.

Co Ty robisz wśród tych ludzi, dziwny chłopcze. Idealnie mutujesz do różnych światów ale to nie znaczy, że szybciej nie umierasz.

"Są chwile, kiedy brak ludożerców daje się boleśnie odczuć."
— Alfons Allais


Stary byłby dumny. Mawiał po tym jak stojąc u jego boku, gdy spotkałem go na brudnej dzielnicy, po tym jak trzech innych zabrało mu jego najcenniejsze wino "Męstwa i cnót trzeba uczyć nawet cwaniaków i władców". Pamiętam jak wskazywał ociężale palcem na faceta jaki upił z jego butelki, a teraz leżał plecami w kałuży po dwóch ciosach w brzuch. Drugi oddał grzecznie butelkę, a trzeci wił się gdzieś między speluną, a krawężnikiem.
A jeszcze tego samego dnia okazuje się, że bronienie starego nie sprawia cudów i później trzeba walczyć z nim samym.

Cudów nie ma, jeśli uważasz, że po nawałnicy gdy ją znosisz, musi wyjść słońce to możesz się pomylić. Gdy wykalkulowałeś siły na uporanie się z nawałnicą w oczekiwaniu słońca, nagle ciemne niebo pokrywa się bardziej brunatnymi kolorami, obracasz głowę, a oczy już za późno dostrzegają nadlatujące wyrwane z korzeniami drzewo.
Zdychasz w jednej chwili, a wiatr się wciąż nasila.

Idąc przez burzę należy zrobić tylko jedną rzecz; mieć głowę wysoko. Nie nadzieję.
Będąc w mroku nie możesz oczekiwać światła i zamykać oczu. Musisz oswoić się z ciemnością i nauczyć poruszać.


" Nie jestem stworzony do miłości, urodziłem się zbyt smutny!"

— Emil Cioran "Na szczytach rozpaczy"

Zaloguj się