Infidel

Ja nie potrzebuję domu. Nie potrzebuję też miłości.

Zdołałem się wreszcie określić.

Chciałem pogadać z ojcem ale zamknęli mi cmentarz. W tej pieprzonej cywilizacji nawet zmarłego nie możesz odwiedzić kiedy chcesz tylko w godzinach w których biurokracja uzna to za stosowne.
Nie cierpię cywilizacji, dlatego chcę uciec w miejsce, w którym jedyną rzeczą jakiej się podejmę to zwykła walka o przetrwanie innych, a przy okazji może i mi uda się ocalić.
Chciałem pogadać z ojcem, do którego tęsknię a przecież był takim skurwysynem, że każdej niemal nocy życzyłem mu śmierci.

Czas nie leczy ran, czas sprawia, że zapominamy.
I dobrze.

Mimo wszystko chciałem z nim pogadać jako z najodpowiedniejszą osobą do tego.
Z nikim żywym, niby bliskim.

To wystarczający dowód na to jak bardzo jestem wyodrębniony z życia.
Wiem, że ucieknę jak nie tam to gdzie indziej. Chciałem mu o tym powiedzieć w rocznicę jego śmierci ale zrobię to przed wyjazdem. Chciałem powiedzieć mu też parę innych rzeczy i powiedzieć, że w jakimś sensie go rozumiałem.

Potrzebowałbym go teraz, był jak głaz, jak wystający gwóźdź. Był zły ale był uczciwy, był szalony ale był honorowy. Potrzebowałbym go, byłby dobrym mentorem, a tak tylko mogę powoływać się na ten gen zuchwałości który po nim odziedziczyłem.
Dzisiaj rzucę swój cywilizowany świat. Rzucę świadomie bo nie umiem w swojej dumie udawać, że nie widzę pewnych rzeczy i nie umiem przejść obojętnie.
Przywołuję go w takich sytuacjach bo wiem, że wtedy jestem nim. Jestem dokładnie nim; stoję z wyprostowanym karkiem i patrzę tymi błękitnymi, stęsknionymi oczyma, które wypełnia cholerny gniew, a które tak bardzo krzyczą, że chciałyby być inne, normalne jak reszta.
Często widywałem u niego ten wzrok, gdy staliśmy naprzeciw siebie i musieliśmy walczyć. Cały on, ten dostojny mężczyzna był gotów do rzucenia się na mnie, twarz kipiała nienawiścią i gniewem, usta cedziły straszne słowa szalonego człowieka ale oczy w środku płakały.
Płakały, że musi taki być, że nie panuje nad tym, płakały abym tylko dostrzegł właśnie tą iskrę. Chciał żyć normalnie i chciał aby widziała to osoba, która najbardziej z nim walczyła. Chciał abym widział to ja, podczas gdy jego silne ramiona ściskały mnie w uścisku nie ojcowskim ale oprawczym.
A ja widziałem ale nigdy mu tego nie powiedziałem.
Chciałem mu pomóc ale on nie umiał z tego skorzystać. Być może ja nie umiałem pomóc.

Widziałem to wszystko i chciałem mu to wczoraj powiedzieć.
Powiem też mu, że mam takie samo spojrzenie co pewnie go wcale nie zdziwi. Powiem też mu, że straciłem matkę ale żeby się nie martwił. Ona żyje i ma się świetnie.
Tylko jemu powiem, że wyjeżdżam. Przed resztą zwyczajnie zniknę.

Zaloguj się