Campus Caninus

Campus Caninus (Psie Pole)

Campus Caninus (Psie Pole)

Mówią Wam, że to się nie wydarzyło bo nie ma na to niezbitych dowodów. Za to powiedzą Wam, że chrzest Polski się wydarzył chociaż na niego właśnie nie ma dowodów. Są wręcz dowody na to, że się nie wydarzył.

Nie biorę istnienia tej bitwy na kwestię wiary. Biorę to na kwestię przekonania. Przekonują mnie wystarczające dowody na to, że ta bitwa miała miejsce. I przekonuje mnie moje słowiańskie pochodzenie. I jako Słowianin wolę hołdować pamięci naszych przodków, którzy bronili tych ziem niż ją deprecjonować.

Historia z rożnych powodów lubi zaprzeczać wielu wydarzeniom gdy nie ma na nie niezbitych dowodów aby właśnie zdeprecjonować męstwo, waleczność czy tez rangę określonego Państwa. Dlatego Wikipedia mówi, że raczej bitwy na Psim Polu nie było i wielu historyków lubi mówić wprost, że jest zmyślona. Cale szczęście są również alternatywni historycy, którzy badają takie sprawy i pokazują prawdę.
Nie będziemy tutaj uprawiać dysputy na temat właściwej historii i zarzucać się argumentami.
Nie.
Zwyczajnie wysłuchamy wspomnienia literackiego z Piastowskich opowieści pod tytułem „PSIE POLE”

„Bolesław, książę Polaków, pragnie wprawdzie pokoju, ale bynajmniej nie za cenę denarów. Do woli pozostawia waszej cesarskiej władzy dalej iść lub też powracać już; lecz na podstawie pogróżek lub dyktując to jako warunek, nie spodziewaj się otrzymać ode mnie ani lichego obola. Wolę bowiem w tej chwili stracić Królestwo Polski, broniąc jego wolności, niż na zawsze je spokojnie zachować w hańbie"

Dobrze. Uczyńmy zatem to. Przenieśmy się w czasie do roku 1109 nad rozlewiska Widawy w słotę, w smak jesieni, a liście niechaj spadają z drzew pod tętem kopyt koni rycerstwa Polskiego, które kolejny raz stawić musiało czoła najeźdźcom.
To tutaj dojdzie do legendarnego starcia, które w zasadzie przesądzi o wygranej Polaków w wojnie z Niemcami. Bolko Krzywousty ściga zbrodniczą armię Henryka V odpartą pod Głogowem, a przemieszczającą się na Wrocław.

„Książę powitał go radośnie, bo znając jego zapalczywość i szaleńcze poczynania, niezbyt się go spodziewał ujrzeć. Patrząc na jego owiniętą szmatami głowę i podwiązaną rękę, powiedział: - Mawiali, żeś w czepku się rodził, boś nigdy i draśnięty nie był tam, gdzie inny ostawiłby kości. A oto widzę i na ciebie przyszło. - Wżdy czepiec mam na głowie - zaśmiał się Bogusław. - Widzę. Żal jeno, że w bitwie stawać nie możesz, a każdego miecza mi trzeba, zwłaszcza takiego jak twój. Odsyłam dziś rannych do Krakowa, by mi wojsk nie obciążali. Pojedziesz z nimi. - Nigdzie nie pojadę - odparł poufale Bogusław. - Dobry byłem do orki, chcę na żniwo choć popatrzyć. Twarz księcia zmierzchła. -Nie wiem, zali my zbierać będzicm, czy nas pozbierają. Za mało nas... - Ludzi nic brak - powiedział również, poważniejąc Bogusław -jeno broni dla nich i ćwiczenia. Moi zdarli się jako mietła do gołej żerdki, tak że ostatnio nie było kim dowodzić i chłopami wojowałem. Są między nimi tacy, że by się niejeden rycerz nic powstydził, jeno im wodza potrzeba. Powierzcie mi nad nimi dowództwo, to zdadzą się i w bitwie. - Żebyś mnie ty nie prosił, ja prosiłbym ciebie - odparł książę. - Niechby choć przeprawie reszty wojsk cesarskich przeszkodzili. Bogusław skłonił się i zbierał do odejścia, gdy książę dodał: - Wraz się starszyzna zejdzie na naradę przed bitwą. Dokąd spieszysz? - Muszę i ja się naradzić. Niełatwe daliście mi zadanie, niemal połowę cesarskiego wojska zatrzymać, zanim wy drugiej nie wyrżniecie. Jest o czym pomyśleć i kwapić się trzeba. […]
Istotnie pod zachód wiatr ruszył i nagnał chmur. Znowu zanosiło się na odmianę i noc zapowiadała się ciemna. Przez bagna nad Widawą zmierzali ku osadzie zwanej Osobowice, leżącej w pół drogi z cesarskiego obozu do Wrocławia. Ocalała od spalenia, bo dzielił ją od cesarskich podmokły las,[…]
- Wiecie już, że jutro bitwa? Mnie książę Bolko zlecił nad wami przywództwo. Nie czeka od nas, byśmy szyki cesarskie rozrywali, bo i nie wydolim, jeno na już rozerwane uderzyć mamy. Ale żeście już wojny wąchali, tedy każdy sam rozumie, że nie zawżdy wszystko tak idzie, jak ułożone. Jeden przewodzi, ale myśleć musi każdy, bo i rozkaz nieraz nic dojdzie w zamęcie. O północy ludzi mieć w gotowości, bo za Widawę o ćmie przejść musimy, a brody na niej przez cesarskich zajęte i obchodzić trzeba. Teraz pożywić się i przespać, bo chyba nie raniej spać i jeść będzicm, aż się bitwa skończy […]


Tym razem widok, który uderzył ich w oczy, nie zdziwienie wywołał. Pancerny huf Bolesława przeciął już szeregi wojsk cesarskich od skrzydła do skrzydła za plccyma saskich kopijników, kładąc mostem procarzy i łuczników, a zamieszanie wprowadzając w saskie szeregi. Nim się bowiem odwróciły czołem ku jezdnym, wpadły na nich piesze zastępy polskie. Szyki pomieszały się, walka przedstawiała jedno kłębowisko ciał ludzkich i końskich, z którego wychynął hufiec Bolesława i szedł już pędem na stojących bezładnie i bezradnie pod lasem pancerników cesarskich. Byli o pół stajania, czasu nie stało na nic, nawet na sforną ucieczkę, a już z lasu rozlegały się wrzaski wracającego znowu tłumnie chłopstwa. Henryk stracił głowę, choć o tym jedynie myślał, jak jej nie stracić. Cisnął tarczę z herbami i złoty łańcuch, by go nie poznano, i spiąwszy konia puścił go pędem ku brodowi na Widawie, lękając się, by mu nie odcięto odwrotu. Za nim uczynił to, kto jeno wydolił, gdy reszta zwarła się już z nadchodzącą nawałą, broniąc jeno życia, bo tylko to ocalić jeszcze było można. […]

Jak zabiegliwy gospodarz, nie bacząc, że żniwiarzom trud wyssał szpik z kości, sprzątać każe zżęty łan, póki ostatni policzony snop nic znajdzie się w spichrzu, tak Bolesław nie dał nikomu spocząć po bitwie. Starszyzna składała sprawozdanie o stratach. Młódź rycerska rozpinała namioty, by ranni towarzysze schronienie znaleźli przed nadchodzącą słotą, i znosiła poległych, by uczcić ich pogrzebem. Prości zaś woje i chłopi zwlekali łupy, chwytali rozbiegane konie, przeszukiwali bagna i chaszcze, a schwytanych rozbitków cesarskich wojsk prowadzili przed księcia. Nie żądał już jeno książę od swych wojów pościgu za uchodzącym cesarzem. Musieli wreszcie wypocząć do syta, a Bolko wiedział, że sił już nie ma, by dzisiejsze zwycięstwo powtórzyć; prócz męstwa, ofiarności, trudu i przemyślności złożyło się na nie rozdwojenie sił cesarskich […]

Ale pytania tego nikt nie usłyszał. Wśród gwaru i prześmiechów tłum zaczął się rozchodzić i, od doby niemal pełne wrzawy, pole milknąć zaczęło. Wkrótce czuwały jeno senne straże i zbiegające się jak do jatek psy, ciągnące zadzwonić zębami podzwonne trupom cesarskich wojowników, których pogrześć czasu nie było. Nazajutrz książę przeszedł znowu Odrę i psy same już gospodarzyły na pobojowisku, które na wieki od nich wzięło swą nazwę.[…}

Postawmy jeszcze kropkę na "i" słuchając jak gwarzą sobie nasi przodkowie we wspomnieniu.

Palił cesarz i łupił, co po drodze napotkał, ale mógł se jeno swoich solonych wojów wędzić, bo baby z dziećmi i dobytkiem w las uszły, gdzie się cesarscy bez Czechów zapuszczać nic śmieli, a chłopy co twardego do garzci i za najezdnikiem, za swoje strzechy odpłacić. Nim ku Lubiążowi dociągnęli, drugie wojsko z chłopów szło za cesarzem, każdą dziurę znające, a zajadłe jako wilcy. Juzem się troskać jął, że nie jeno Krakowa, ale i Wrocławia nic obaczę, ale Bogusław mi rzekł: „Nie martw się. Kapie z nich, nie kapie, ale póki zwarcie idą, nie uczynim nic. Pierw ich trza rozgryźć, potem można zjeść. Ale myślę, że książę Henryka za Wrocław puścić nie zechcą, bo dość kraju naniszczył. Żeby bies cesarza natchnął, by Wrocław obiegł, toby śmy go tam i dorżnęli. Ale po nauce, jaką wziął w naszym Głogowie, pewnikiem mu to i w myśli nie postoi. Tedy tak mi się zda, że pod Wrocławiem bitka będzie, daj Boże szczęśliwie, bo inna rzecz uronionego wroga sprawić, a inna żelazne szyki rozerwać". - Tak ci pięknie nasz Głogów przychwalił? Wypijmyż na sławę naszego grodu - przerwał Wyżga. Radka nalała w kubki, a Wyżga trącił Przedsławowy, mówiąc: -W wasze ręce sława i wdzięczność. Nie siedzielibyśmy tu w słoneczku przy winie, żeby nie wy. - Żeby nie ci, co tu nie siedzą - odparł Przedsław głucho. Radka przytuliła się silniej do ojca. Niby słucha, ale myśl wciąż przy jednym. Westchnęła cicho. Słońce jednak już spłaszczyło się i zrudziało, szybko zapadając za bory. Chłód pociągnął od rzeki. - Może do świetlicy pójdziem? Przy kominie dobrze się gwarzy - wtrąciła Radka. - Nasiedzę się przed nim całą zimę - odparł Przedsław. - Tedy praw dalej - zwróciła się do Mirka. - Pociągnęliśmy nocą pod Wrocław i wieści przyszły, że w mili od grodu cesarz stanął obozem i pozór dawał, że gród oblec zamyśla. Ja przy naszych Ślązakach bawiłem, a wieczorem przybył Bogusław, za wodza chłopskiemu wojsku ustanowiony. I wraz było wiadomo, że książę, któren dotąd unikał spotkania z cesarzem w polu, teraz nastąpi. Strapiłem się, gdy Bogusław oznajmił, że nasi czekać mają, aż Bolko z Polakami, Sandomierzanami, Lublinianami i Mazurami szyki rozbije, i dopiero rozproszonych mamy łowić. Stałem ci z Bogusławem na skraju łasa, i wspiąwszy się na drzewo, widzę wszystko jak na dłoni, a on zda się cieszyć, że cesarscy sprawnie sobie poczynają. Mnie zaś - prawdę rzec - strach nieco oblatywał, bo myślałem, że tej żelaznej ściany nikt rozbić nie wydoli.

Pierwsze wzmianki na temat Psiego Pola jako odrębnej osady pochodzą z 1206 roku. Później Psie Pole było miastem aż do 1928 roku. Był to rejon przez który przechodził jeden z głównych szlaków handlowy. Psie Pole uzyskało łacińską nazwę Campus Caninus znaną w całej Europie.

„Kto przeżył zawieruchę, która przeszła nad Śląskiem, wracał już na swe stare miejsce i życie zaczynało płynąć spokojnie jak woda po wylewie, który zdał się potopem grożącym zagładą, wracająca w stare koryto; choć nie wszystko zostawi, jak naszła; tu brzeg oberwie, tam orne pole zmieni w kamienisko, ówdzie drzewo obali, co się stu burzom oparło. Pracowite ręce usuwają zniszczenia, czas zabliźnia rany i wkrótce jeno wspomnienie zostaje okrucieństwa żywiołu. Przyodrzański szlak cesarskiego pochodu od Krosna do Lubiąża najwolniej wracał do życia. Zima była za pasem, a rankami przymrozki siwym nalotem okrywały jeszcze poczerniałe zgliszcza spalonych osad. Ale już wyszczerbione na zbrojach topory huczały po bezlistnych lasach, waląc pnie na ściany domostw, które ochronę dać miały przed srogością zimy, a ręce nie wypoczęte z bitewnego znoju tarły je na deski i dźwigały się osady z popiołów, choć nie zawsze w tym samym miejscu, gdzie dawne starła wojna. W Moczydle jednak nie zmieniło się nic. Leżąca”

Tekst w cudzysłowie pochodzi z książki Karola Bunscha pod tytułem Psie Pole.

Zaloguj się