Edukacja czarodziejem

Co łączy pralkę z Kubusiem Puchatkiem, czyli czy bóg stworzył misia o bardzo małym rozumku? Zatem jak wygląda świat edukowany czarodziejem. I co na to lekcja podstawowej logiki.

 

Pojawiła się nowa książka dla uczniów, czyli HiT - Historia i teraźniejszość. I to jest jakaś katastrofa. Jest to tak wierutna bzdura, że gdybym chciał się do tego odnieść należycie, musiałbym napisać książkę, w której prowadzę monolog z irracjonalizmem. Jasne, że piszę takie książki, gdyż piszę o religiach, ale ich irracjonalizm złapał nas dawnych i prymitywnych. I został przekazany z mlekiem matki. Współczesny dostęp do wiedzy nie ma takiego ograniczenia, więc mimo kosmicznego kretynizmu, nie powinno być aż tak irracjonalnie.

Autorem tej katastrofy jest były europoseł, prawicowego – radykalno- katolickiego ugrupowania politycznego. W jaki sposób dzieło radykalnego polityka, może być podręcznikiem nauczania, tego sobie nie wyobrażam. Wynika z tego podręcznika wprost, że ateiści to zwierzęta, Kościół katolicki jest dobry, bo inaczej być nie może. Jedyny słuszny koncept to prawica i narodowcy. Że bandyci wyklęci są bohaterami, faszystowski prymas polski, jak Wyszyński był wspaniały i święty, a partia PiS, wraz z Kościołem, walczą jako jedyni o Polskę. A, i że dobra jest też Budka Suflera, bo jej lider jest katolickim kretynem.

Podręcznik ten również, powtarza pewne okropieństwa, jakich dopuszczają się zabobonne głąby, szerzące zabobon. Niejaki ksiądz, Natanek oświadcza publicznie, że „dzieci in vitro nie są istotami, tak jak i zwierzęta nie są. Że są produktem"
Powtarza to podręcznik szkolny.

Widać jakiemu światopoglądowi służy. Jest to okropne stwierdzenie w sposób dwojaki. Po pierwsze, ci głupi ludzie nie wiedzą co oznacza określenie „istota" Istota: to stworzenie, żyjący organizm. Zatem w jaki sposób zwierzęta nie są istotami? Są żywym organizmem. Są istotami. Jak widać to kolejna przestrzeń, którą chcą zagarnąć dla siebie debile od zabobonu. Już zagarnęli duszę dla ludzi tylko. Ich uprzywilejowanie do każdej zbrodniczości, zwłaszcza nad zwierzętami i tak zwaną świętość życia. Nic nie jest święte, oprócz nas.

Teraz wychodzi, że jedynie ludzie są żywym organizmem. Zwierzęta to chyba przedmioty. Tak, wiemy to od jednego katolickiego, głąba z pułapu polityki. „Zwierzęta to tylko maszyny zrobione z mięsa i nie czują bólu, gdyż nie mieszka w nich żaden wewnętrzny obserwator, który mogłyby ten ból odczuwać. Zwierzęta to tylko maszyny jak komputer, zdolne do pewnych obserwacji ale bezduszne. Nikogo tam w środku nie ma w zwierzęciu i nie musimy się tym naprawdę przejmować"
To publiczne oświadczenia, w XXI wieku, polityka – oczywiście – ultrakatolickiej partii, Konfederacji.

Halo, czy jest tam ktoś w środku, w Panu?

Te zazębiające się idiotyzmy i okropności idą właśnie do szkół. Co nas czeka? Bezmyślne, wynikające z głupoty i uprzywilejowania zatrucie Odry – czyli Polski Czarnobyl wręcz – to tylko wstęp do wyniszczenia przyrody. Skoro żyjące w niej stworzenia, to nie istoty, to możemy robić im cokolwiek. To maskotki. Przecież z postępowania ludzkości wynika, to aż nadto. I bez znaczenia w którym Kościele klęczysz i do jakiego boga ślesz błagania o dobrobyt dla siebie. Postępowanie ludzi dowodzi wprost, że zwierzęta, to maskotki dla naszej rozrywki. Na marginesie tylko powiem, że głoszący te tezy kapłani, zaprzeczają swojej świętej księdze, która już w rozdziale drugim księgi Rodzaju określa zwierzęta jako istoty żywe "Każde jednak zwierzę, które określił mężczyzna, otrzymało nazwę "istota żywa"
Cywilizacja kurwa.

Abstrakt takich stwierdzeń, przenoszony jest od strażnika zabobonu, czyli kapłana o pradawnej moralności, na polityków, czyli ludzi mających zarządzać krajem, do wierzących. To wygląda po prostu tak, że w XXI wieku, wierzący siedząc w ławach – czy wyborcy tego typu polityków – i słuchając tych oświadczeń, nie wstaną i nie wyjdą. Są one z gruntu idiotyczne, nie mające nic wspólnego z faktami i okropne. Ale jak widać całej rzeszy zaprogramowanych do przyjmowania narracji lemingów, to nie przeszkadza. A najbardziej groteskowe jest to, że aby dostrzec kłam tych orędowników, wystarczy przyjrzeć się jakiemukolwiek zwierzęciu. Dotknąć jego ciała, aby poczuć bicie jego serca. Przytulić do niego policzek, aby poczuć jego oddech. Ale nie robimy tego. Nie daj boże, dowiemy się, że to nie jest jednak maskotka.

I cały, religijny, bestialski i idiotyczny koncept pada. To żywe stworzenia. Ale nie dla religii chrześcijańskiej. W końcu ich jedyną rolą dla boga, było umieranie na ołtarzu. Bóg widział w nich jedynie ofiary. Zatem jego wyznawcy nie ujrzą w nich nic więcej. Ewangelia niskich, czyni niskim! Po prostu. Nie bez powodu klękasz przed bogiem sadystą.

I przechodząc do dzieci in vitro. Biją im serca, patrzą, oddychają, czują radość, smutek, ból. Działają dokładnie tak jak działają ludzie zrodzeni z seksualnego aktu. Zupełnie nic ich nie rożni. Kapłan religijny opiera swoją tezę na akcie narodzin. Akt naturalny, jest boski i to czyni istotą. Taki jest logiczny wniosek. Zatem sam sobie przeczy, gdy mówi, że zwierzęta to nie istoty. Przecież rodzą się w sposób naturalny. Zgodnie z programem biologicznym, a więc w przypadku wierzących i boskim. Oczywiście nie należy szukać logiki w orzeczeniach idiotów od zabobonu.
Zatem skoro brak naturalnego cyklu prokreacji eliminuje możliwość bycia istotą – taka jest demagogia księży i podręcznika HiT, to Jezus Chrystus też nie jest istotą. Tak. Jezus Chrystus nie jest istotą. Nie może mieć zatem duszy. Jest maskotką. Nie jest on zrodzony wyniku aktu naturalnego.
A gdy przyjrzycie się tej religii, to potwierdzicie to. Ten bożek jest po prostu maskotką, którą wycierają sobie mordy chrześcijanie. Czyniąc z niej najwyższy autorytet w dziejach, podczas gdy to zwykły, przygłupi i moralnie niedorozwinięty, leniwy narcyz, powieszony na krzyżu.
Problem tylko taki, że ta maskotka wisi w niezliczonej ilości miejsc i że wycinamy drzewa, aby uśmiercić je i na martwej desce powiesić martwą maskotkę.
I przed tym klęczymy w zatrważającej bogobojności i tkliwości. A żywe stworzenia więzimy na ich całe życie na łańcuchach, strzelamy do nich dla zabawy, czy zdzieramy im skórę dla zysku.
Cywilizacja kurwa.

Postawię wiec zdecydowaną kropkę nad „i" w kontekście istot i produktów. Potwór biblijny, nie jest żadnym bogiem. Jest produktem! Jak i Jezus Chrystus. Nie jest on bogiem. Jest po produktem! Różnica jest taka, że nie są oni produktem naturalnego poczęcia, ani in vitro, lecz naszego umysłu. Przy czym, w przeciwieństwie do zwierząt, czy dzieci poczętych in vitro, zarówno bóg jak i Jezus to produkty wadliwe!

Jest to podręcznik, który programuje ludzi tylko i wyłącznie na prawicowych lemingów. I nie ma w zasadzie alternatywy. To znaczy teoretycznie alternatywa jest, bo większość placówek wybiera inną książkę, niż to pisowsko - kościelne gówno dla kretynów. Problem jednak w tym, że konkurencyjny podręcznik jest opiniowany przez Ministerstwo Edukacji, działające na sznurku Kościoła i kościelnego agenta, jakim jest Czarnek. Po jego wystąpieniach na dziękczynnej imprezie wobec Radia Maryja, nie ma chyba wątpliwości dla kogo ten ciemniak pracuje. Aha, i oczywiście Rydzyk śmie komentować również podręcznik, że on nie podoba się tylko „niepolskim Polakom"
Mógłbym po prostu zapytać, jak to jest możliwe, aby Minister Edukacji imprezował z głównym czarodziejem kraju. Czy nikomu nie świeci się naprawdę czerwona kontrolka alarmowa?

Zatem martyrologia katolicka cofa nas do średniowiecza. Wówczas też edukowali nas zakonnicy i księża. Pozostaje nam tylko zacząć zapuszczać kołtun.

Mógłbym na siłę rzecz, że osobiście nie powinienem się tym martwić, bo nie mam dzieci. Nie mam, bo nie chcę ich mieć. Uważam, że na świecie jest wystarczająco dzieci, które wymagają wsparcia i pomocy. Prawda jest taka, że Ziemia, nie potrzebuje już ani jednego ludzkiego dziecka więcej. Ani jednego.

Natomiast mając dzieci w Polsce i będąc jakimś tam świadomym człowiekiem i chcąc, żeby nasze dziecko coś wiedziało, a nie tylko ukończyło jakiś proces edukacyjny, to wyjście może być tylko jedno. Nie skazywać dziecka na proces edukacji w Polsce. Nie tylko jawi się to jako racjonalne wyjście, ale wręcz jako chroniące dziecko przed zbrodnią.
Na dziś istnieje obowiązek prawny, aby dziecko ukończyło przynajmniej w części proces edukacji. Jednak, gdy szkoła nie edukuje, lecz programuje na jedyny – wskazany przez wiadome grupy nacisku, jak Kościół – system wartości, to jest to nie tylko łamaniem konstytucji, ale i łamaniem podstawowych praw demokracji. Zatem, taka szkoła zdeprawuje dziecko. Zdehumanizuje je. Wyczyni realne szkody, z którymi jako rodzic będę musiał się borykać.
Sama religia jest niejako deprawacją sensoryczną, a dzisiejsza szkoła – to już nawet nie indoktrynacja – staje się deprawacją humanistyczną. Problem już nie zatem, w tym, że dziecko się niczego nie nauczy. Problem w tym, że dziecko zostanie zaprogramowanie zupełnie inaczej, niż mógłby chcieć tego rodzic. I zdrowy rozsądek.

 

Jest pewien smaczek, z podręcznika wytworzonego przez Ministerstwo katolickiej propagandy. „Warto doprecyzować dwa stanowiska wobec wiary. Opozycją do formuły. „wierzę w Boga", nie jest formuła, „nie wierzę w Boga", gdyż ta ostatnia zawiera sugestię jakiejś ukrytej wiedzy o nieistnieniu Boga. Tymczasem ateiści o nieistnieniu Boga nie wiedzą ani trochę więcej niż ci, którzy się do wiary w niego przyznają. Logicznie rzecz biorąc, nie można udowodnić, że czegoś nie ma. Ateiści są więc ludźmi wierzącymi, tyle że wierzą oni w nieistnienie Boga. Mamy zatem do czynienia z dogmatem, tyle że ateistycznym. W gruncie rzeczy istnieją tylko dwa rodzaje ludzi pisał Gilbert Keith Chesterton. Ci, którzy akceptują dogmaty i wiedzą o tym oraz ci, którzy akceptują dogmaty i nie zdają sobie z tego sprawy."

Niesamowite. Jakiś głąb twierdzi, że ja akceptuję dogmaty, ale o tym nie wiem. Ale nie o tym. Niech będzie to przyczynek do lekcji podstawowej logiki.

Zgadzam się w zupełności, że nie można udowodnić czegoś co nie istnieje. Głupotą wręcz byłoby dowodzenie czegoś czego nie ma. Za to, skoro się zapewnia, że coś istnieje, to należałoby – i fizycznie można, bo przecież to istnieje – to udowodnić. To na autorze takiej tezy, spoczywa ciężar dowodu.

Ja nie twierdzę, że nie wierzę w boga. Ja twierdzę, że boga nie ma. Boga po prostu nie ma!
I nie muszę tego udowadniać. Ba, gdybym zabrał się do udowadniania tego, znaczyłoby tylko tyle, że jestem debilem. Poza tym nie muszę dowodzić nieistnienia czegoś. Dowodzić nieistnienia, czegoś, czego nie ma. Jeżeli ktoś twierdzi inaczej, to proszę bardzo, może mi to udowodnić.

Podstawą logiki jest fakt, że nie udowadnia się nie istnienia czegoś, czego, nie ma.

Ale błąd leży gdzie indziej. Przede wszystkim należy odróżnić wiarę od wiedzy.
Jeżeli formułuje się zagadnienie, że „wierzycie w boga", to znaczy tylko tyle, że w niego wierzycie, a nie to, że on jest.
Ja na przykład mogę stwierdzić, że wierzę, iż jestem zdrowy fizycznie. Nie chodzę do lekarzy, nie badam się, więc tego nie wiem, ale wierzę, że jestem zdrowy. Mam podstawę wiary w to, jak swoje samopoczucie. Wyciągam ten wniosek właśnie na podstawie swojego samopoczucia. To jedna strona medalu. Drugą stroną jest wiedza. Ta wiedza sprawia, że wiem, iż ciało ludzkie się starzeje, a to znaczy, że nasze komórki obumierają, nasza motoryka się zmniejsza, degradują się na przykład soczewki w oku. Zatem spodziewam się, że w tym wieku, w jakim jestem, moje ciało może mieć kilka problemów. Zwłaszcza, że dużo piszę, czyli pracuję przed monitorem, który psuje wzrok. A i w moim wieku, wzrok po prostu siada. Siłą rzeczy. Zatem do wiary w moje zdrowie, używam ogólnego samopoczucia, zaburzonego wiedzą o funkcjonowaniu organizmu ludzkiego i bodźców, które mogą mieć na niego wpływ.
Mogę zatem w wyniku analizy - a nie wróżenia z fusów - stwierdzić, że wierzę w to, iż jestem zdrowy. To oczywiście nie ma nic wspólnego z faktem, czy jestem zdrowy czy nie. Może mieć to wpływ na moją chęć chodzenia do lekarzy, itd. Ale nie ma nic wspólnego z prawdą.
Wiara w to, polepsza jedynie moje samopoczucie, ale niczego nie zmienia.

Stwierdzenie „wierzę w boga", świadczy tylko to, że w to wierzysz. Że to jest po prostu twoje przeświadczenie, twoje urojenie. Tym bardziej, że nie masz żadnego fundamentu do takiego oświadczenia, za wyjątkiem relacji obcych ci ludzi. Zatem najpierw musi pojawić się inna wiara. Wiara w ich prawdomówność. Rzecz jasna nie ma to nic wspólnego z wiedzą. Ani z wiedzą o bogu, o którym oni opowiadają. Ani z wiedzą o nich samych, aby móc oszacować ich intencje, uczciwość, moralność, korzyść, etc. Wszystko to ma wpływ na wiarygodność. Ale nie ma nic wspólnego z żadnym faktem. Nie ma to nic wspólnego z wiedzą. Cała wiara nie ma z nią nic wspólnego. Wierzący z początku nie mówią „wiem, że bóg jest" , czy „wiem, że bóg istnieje" I słusznie. Nie widzieli go, ani nie znają nikogo, kto go widział, bo nikt go nie wiedział, o czym zapewnia nas Jan w swojej Ewangelii, w rozdziale 1 „Boga nigdy nikt nie widział"

Jeżeli w ogóle ktokolwiek mówi, że wierzy w coś, to nie musi tego udowadniać. Wiary nie trzeba udowadniać! Jest tylko tym co wytworzył twój umysł. Nie musisz tego dowodzić.
Ona może być podparta na większej, bądź mniejszej dozie prawdopodobieństwa i analizy. Najczęściej subiektywnej. Człowiek ma olbrzymią tendencję na dostosowywania świata, do swojego światopoglądu. Ale i tak będzie to wytworem twojego umysłu. Religia w praktyce nie jest na tym oparta, bo jest oparta na zaufaniu wobec pewnej kasty ludzi. Na zawierzeniu w ich słowa i w słowa autorów Biblii. Zatem wiara, nie ma zupełnie nic wspólnego z faktami czy prawdą. Nie jest również twoim wytworem, lecz zgodą na narrację obcych ci ludzi. Z religią jest jak z polityką. Obietnice i oztoczona wizja.

Jeszcze raz, żebyśmy dobrze zrozumieli.

To czy wierzę, że jestem zdrowy, nie ma nic wspólnego z tym, czy jestem zdrowy. Już to sobie wyjaśniliśmy. Więc jeżeli ktokolwiek stawia tezę, „wierzę w boga", albo „nie wierzę w boga", nikt nie powinien się tym przejmować. A już z pewnością na bazie tego w co wierzysz nie należy budować światopoglądu.
I powyższe zdanie wyjaśniło jaki podstawowy błąd popełniliśmy cywilizacyjnie. Zbudowaliśmy naszą cywilizację na tym, kto w co wierzy. Na czymś, co nie jest oparte, ani na obserwacji, ani na prawdopodobieństwie i analizie, lecz na tym co sobie wyobrażamy, czego się boimy – nicości, i czego pragniemy – życia wiecznego.

Cywilizacja kurwa.

Twoja wiara, to tylko kwestia twojego urojenia, w mniejszym bądź większym stopniu opartego na własnych przemyśleniach, a w olbrzymim stopniu opartego na słowie obcych ci ludzi, którzy mieli konkretne cele albo ułomności.
Z pozoru nie powinno mieć znaczenia, na czym to opierasz, ale ma. Wyobraź sobie, że tkwisz w dobrze rokującym związku. Wypracowane zaufanie, deklarowana miłość. W pewnym momencie przychodzi do ciebie ktoś i oznajmia, że twój partner/partnerka lubieżnie, wyzywająco, zdecydowanie flirciarsko zaczepia kogoś. Użyjmy takiego słowa, że zachowuje się zalotnie wobec kogoś, pod twoją nieobecność. Nastąpi proces niedowierzania i zaprzeczenia. Po chwili zaczniesz analizować, bazując na prawdopodobieństwie. Jakie jest prawdopodobieństwo, że partner/partnerka deklarująca wierność i miłość, to zrobiła?
W co wierzysz? Wierzysz w wierność, czy w to, że mogło to się zdarzyć? Czy twoja wiara ma cokolwiek wspólnego z prawdą? Zaczynasz analizować, ale póki nie zobaczysz dowodu, będziesz tylko wierzył w jedno albo w drugie. Pominę już fakt, że musisz po drodze uwierzyć osobie trzeciej.
A teraz wyobraź sobie, że jesteś świadkiem tego. Dajmy na to, że w sposób przypadkowy, podejrzałeś, gdy partner/partnerka myślała, że nie patrzysz. Odchodzi aspekt osoby trzeciej i wiary w jej słowa. Ujrzałeś. Nie musisz nie wierzyć. Widzisz.
W pierwszym przypadku żyjesz nieświadomie. Opierasz swoją przyszłość na wierze w deklaracje takie jak, miłość czy wierność, itp. One są deklarowane. Mimo, że pojawił się pewien bodziec, który je podważa. Ale i tak zapewne uwierzysz w tę wersję, która sprawi, że będziesz czuł się lepiej.
W drugim przypadku zderzasz się z rzeczywistością. Nie musisz już wierzyć w deklaracje. Widzisz, że są one gołosłowne. Na podstawie tej wiedzy, kształtujesz swoją przyszłość.
Tak. Różnica między wiarą, a wiedzą jest olbrzymia! W pierwszym przypadku prawdopodobnie będziesz tkwił całe życie w iluzji. W drugim realnie zmienisz swoje życie, opierając je na obserwacji. I będziesz mądrzejszy o doświadczenie. O ile wyciągniesz wnioski.

Bez znaczenia jest, czy ty wierzysz, że ona cię zdradza, czy wierzysz, że ona cię nie zdradza. Natomiast prosta kwestia zawiera się w tym, że wiara wierzących nie jest już tak naprawdę ich wiarą. Ani ich wiara, ani definiowane - uczucia religijne - nie zostały w nich. Ani jedno, ani drugie, nie są już tylko w ich głowie, lecz się uzewnętrzniły. Takie uzewnętrznienie dla spotęgowania go, musi ewoluować. Wiara musi ewoluować w przekonanie i stawianie tezy „Bóg istnieje" I nie tylko istnieje, ale rządzi, ma realny wpływ na naszą codzienność. Zapomnijmy o wierze. To już nie jest wiara. To jest pewność. Ale na czym ona bazuje? Na tym samym, na czym wcześniej bazowała wiara. Zmieniła się tylko dalsza narracja, bo wzmocniło się urojenie.

Zachowanie wierzących, czy nawet ich pismo święte, jak Biblia nie pozostawiają wątpliwości, że według nich, bóg istnieje. Gdy czytasz Biblię, to jej narracja nie pozostawia wątpliwości. Stoi tam jasno w tysiącach akapitów, że bóg zrobił to i tamto, że gadał z tym i z tamtym. Co prawda, gadał z ogniska, czy z osła, nigdy osobiście, ale przyczynił się do wielu spektakularnych wojen, rzezi, kataklizmów, prześladowań, namawiania ojców do patroszenia swoich dzieci, itd., itp. Zatem wierzący, czytając Biblię, nie może rozpatrywać tego na pułapie, wierzę czy nie, lecz wiem. No dobrze. Wiesz, że bóg istnieje, bo zrobił to i tamto. A skąd to wiesz? Byłeś tam? Widziałeś? No, nie ale oni tak napisali. A więc pojawia się inny problem. Nie, czy wierzysz w boga, lecz czy wierzysz sprzedawcom boga. W ich opowieści. Czy wierzysz, że gdzieś jest stumilowy las, w którym żyją sobie pluszaki

 

A teraz przyjrzyjmy się temu aspektowi z perspektywy dzisiejszej. Czy wciąż uważamy, że jest to wiara? Czy, że jest to już niemal wiedza, oczywiście oparta na wierze? Bo jeżli wciąż będziemy nazywać to wiarą - a tym  jest - to kim jesteśmy jeśli wydajemy zatrważajace, realne środki finansowe, które ralnie mogą zmienić życie na planecie - jej dobrostan, walczyć z głodem, nieszczęsciami - .w wyniku wiary. W jej wyniku za realne środki stawiamy wielkie domy do porozumienia z bogiem - w którego wierzymy! - to jak jesteśmy głupi. Nasza wiara, to co jest w naszej głowie, sprawia, że marnotrawimy niesamowite zasoby na to. Przecież wiara tego nie potrzebuje. To nie może być już wiara. To urojenie stało się tak olbrzymie, że musi to być wiedza. Bóg istnieje! A skoro istnieje, to trzeba złóżyć mu w ofierze miliard zwierząt. Poświęcanie ich, jak i środków finansowych dla wiary, mogłoby budzic wątpliwości, ale dla wiedzy już nie. Problem tylko jest taki, że ta wiedza jest wynikiem urojenia. Nie ma żadnego innego fundamentu.

Ja nie twierdzę, że nie wierzę w boga. Ja twierdzę, że boga nie ma. Jeżeli ty twierdzisz, że bóg jest, to, powinieneś mi to udowodnić. Wielu wierzących zbywa wiele dyskusji, obarczeniem ateistów, powinnością udowodnienia, że boga nie ma. Ale oni nie mogą tego zrobić, bo to idiotyczne. Nie dowodzi się nieistnienia. Nie da się tego zrobić. Ateista winien orzec, że boga nie ma. I tyle w temacie. Jeżeli się z tym nie zgadzasz, masz pełne prawo udowodnić, że jest inaczej. Jeżeli ktoś taki, mi zechce powiedzieć, że on jest, bo jest opisany w Biblii, to pojawia się inny problem, bo według mnie Biblia to stek bredni, napisanych przez idiotów.

Co gdybym napisał książkę o pralce krążącej po orbicie Ziemi? Udowodnij mi, że jej nie ma? Przy czym zadanie masz łatwiejsze, bo pralkę możesz dotknąć. Boga nie. Oczywiście, abyś to udowodnił, musisz mieć odpowiednie narzędzia. Świetny teleskop i masę, masę czasu aby zlokalizować ją. Może się to nie udać. Czy to świadczy, że nie ma pralki krążącej wokół Ziemi? No, nie. Świadczy to tylko tyle, że jej nie ujrzałeś. I jest to ostatnia deska ratunku wierzących. Bóg jest ale akurat go nie ujrzałeś. Mimo, że wierzący twierdzą, ze bóg jest wszędzie. Bo bóg, który chce aby wszyscy go wielbili - najbardziej zazdrosny bóg ze wszystkich nam znanych - ukrywa się, mimo, że cel ma odwrotny, a pokazanie się, pozbawiłoby ludzi wątpliwości.

Ale wróćmy do pralki. Skąd wiem o tej pralce, że wiedzę tę przekazuję innym? Wymyśliłem? Podsłuchałem pracowników NASA, którzy wysłali ją tam w ramach testów? Pierwsza do weryfikacji jest nie pralka, lecz moja wiarygodność, albo intencja. Czy to wynika z wiary, czy z faktów. A jeśli z faktów, to z jakich? Jest masa aspektów po drodze abyś wierzył w moją pralkę. Dlaczego więc nie ma tylu aspektów po drodze, abyś uwierzył w boga? Czyli w pradawną pralkę, lub autorów pewnej pradawnej książki.

Z pralką zresztą jest dużo łatwiej. Pralki istnieją. Oraz istnieje orbita ziemi. Nie da się jej dotknąć, ale dowodzi nam tego fizyka. Łącząc zatem pralkę z orbitą, mamy boga pralkę na orbicie ziemi. Istnienie go jest bardzo, bardzo prawdopodobne. Wynika to z wiedzy. Pralki istnieją, a na orbitę ziemi, można wysłać w zasadzie cokolwiek. Krąży tam masa śmieci przecież. Ale i tak nie uwierzysz w pralkę na orbicie ziemi. Zatem dlaczego wierzysz w boga?

Natomiast wiedząc o strukturze świata, o tym jak on działa. I bazując na historii ludzkości, nie mamy absolutnie żadnego aspektu, który dawałby podwaliny istnienia wielkiego kreatora, który stworzył wszechświat, Ziemię i życie na niej. Żadnego.
A znając naszą historię – czyli gatunku religijnego – prawdopodobieństwo, że istnieje jakiś bóg, jest żadne. Po prostu żadne.

Nigdy go nie słyszałem. Nigdy go nie widziałem. Nikt go nie widział. Byli tacy, którzy słyszeli. Muszę zatem najpierw uwierzyć w to, że Mojżesz na pustynni, nie doznał urojenia, gdy gadał z ogniskiem.

Nigdy bóg, nie miał wpływu na żadne ludzkie działania. I idąc dalej, bazując na interpretacji tego boga przez ludzi. Bóg ponoć jest wszechmogący, chroni ludzi i ma wpływ na świat.
Zauważcie, że to z pewnością, nie jest stwierdzenie zostające już tylko w obrębie wiary, lecz jest świadomym przekonaniem. To przekonanie rzecz jasna płynie z mitu, ale staje się świadome. A wiarygodności mu nadaje ilość umysłów, które żyją tym urojeniem, czyli które uwierzyły w słowa dawnych, prymitywnych ludzi, w zasadzie nic nie wiedzących. Ale debilizm powtarzany milion razy, wciąż jest debilizmem, tylko powtarzanym milion razy.

Zatem mamy potężnego kreatora, który to wszystko stworzył, a nas upodobał sobie w szczególności. Kurde, jak patrzę na świat, to nie widzę ani jednego aspektu z historii, w którym coś tajemniczego – nawet gdy się nie pokaże – miałoby wpływ na świat. Po prostu nic takiego nie było i nie ma. Historia nie odnotowuje żadnego takiego zdarzenia. Nikogo opiekuńczego, czy sprawczego nie obchodzi jak wygląda świat i co sobie wzajemnie robimy. Zatem w wyniku tej obserwacji, stwierdzam otwarcie, że boga po prostu nie ma!
Nie istnieje nikt o boskich cechach, kto miałby jakikolwiek wpływ na nasze życie. Argument? Jeżeli istniałby byt wszechmogący i ponoć dobry – orzeczenie wierzących – to świat po prostu nie mógłby wyglądać tak jak wygląda. I koncepcja teodycei, czyli wolnej woli nie ma tu żadnego znaczenia. Jest wymyślona tylko po to aby uzasadnić bezradność boga, czyli tak naprawdę jego nieistnienie.

Nie interesuje mnie, w co ty wierzysz. Boga po prostu, nie ma. Jeżeli jesteś tym obrażony i twierdzisz, że jest inaczej, musisz mi to udowodnić. To na tobie ciąży powinność, udowodnienia mi, że coś istnieje. Dopóki tego nie zrobisz, będę traktował to jak urojenie. Czyli jak coś co jest tylko w twojej głowie.

Z bogiem, jako stwórcą wszechrzeczy jest jeszcze inny kłopot. Według mnie zasadniczy. Najwyższa istota we wszechświecie, „człowieczolubny", kreator życia. Gość, który bardzo mocno przejmuje się kto z kim śpi – Biblia ma cały rozdział preferencji seksualnych boga – stwarza ten świat. Jest to szczyt wspaniałego pomysłu, o którym najwyższy twór stwierdził, że jest na tyle dobry, aby go zrealizować. I zrealizował. Zrealizował wszechmocny bóg świat, w którym jedno goni drugie aby je zjeść. Najczęściej w niesamowitych męczarniach. A najwyższy gatunek, jest jakimś sadystycznym abstraktem, czyniącym ten sadyzm bez konieczności. Jak przyglądniesz się światu obiektywnie, to stwierdzić musisz, że to jakiś horror. Nawet żaden horror, tak naprawdę nie oferuje nam takiego obrazu, jaki oferuje świat w codziennych – naturalnych aktach bestialstwa. Ale - jest to wspaniały konstrukt, najdoskonalszego umysłu we wszechświecie, który może jakkolwiek, bo jest wszechmocny. A stwarza świat, w którym wszyscy się pożerają. Nie tylko większy, mniejszego, czy szybszy, wolniejszego, ale i malutki wielkiego. Nawet koronnemu projektowi boskiemu, zagrażają okropne pasożyty, które zjadają go od środka, czy sprawiają, że ślepnie, i tym podobnie, i tak dalej.

Ale jest to cudowny zamysł wielkiego konstruktora. Sadyzm, ból, choroby, krew, przemoc. Planetarny kanibalizm. To był plan, który wydał się tak świetny, że należało go zrealizować.

Wszystko co widzę w świecie, sprzeczne jest zarówno z inteligencją jak i etyką jakiegokolwiek stwórcy. Jeżeli ktoś chciałby zarzucić mi zbytnią pewność siebie, to posłużmy się z takim stwierdzeniem. Bóg według wierzących, jest nie tylko istotą, dobrą, ale i rozumną. Nno bo musi być rozumną, skoro wierzący twierdzą, że jest istotą moralną i dobrą. Opiekuńczą i tym podobne. Więc bóg jest istotą rozumną. Zatem rozumny kreator, który może jakkolwiek, stwarza taki świat. Jakie jest ku temu prawdopodobieństwo? Żadne. Po prostu żadne. Nikt rozumny nie stworzyłby takiego świata. Nie stworzyłby świata, który jest horrorem.

Ten świat nosi wszystkie znamiona chaosu. Wszystkie znamiona dzikości natury i nie nosi żadnego pierwiastka rozumowego zamysłu. Ten świat po prostu nie nosi żadnego znamiona kreacji. Absolutnie żadnego.

Nie dość tego.

Wiara w boga wszechmogącego, jako stworzyciela tego świata, jest gorsza niż wiara w to, że świat ten stworzyła pralka krążąca po orbicie ziemi. Przynajmniej pralkę można byłoby zrozumieć, że tworzy nielogicznie, brutalnie, okrutnie i ma wszystko w dupie. Jest przecież pralką. Czego spodziewaliście się po pralce. Logicznego, ułożonego, dobrego, bezkrwawego świata pełnego symbiozy i bez cierpienia?

Stary, przecież to pralka, kurwa.

Privacy preferences
__cookiemgr_infotext__

Privacy declaration

Show details
Our webpage stores data on your device (cookies and browser's storages) to identify your session and achieve basic platform functionality, browsing experience and security.
__cookietype_func__

Zaloguj się