Łódka

Uwaga: niecenzuralne.

Materiał dostępny również w wersji audio https://open.spotify.com/episode/3Ej7CrG9sFA1wzftfCW7sq

 

To była noc, w której bóg rzucił we mnie łódką. Niespokojna noc ciężkiego snu, zmęczonego ciała i umysłu. Ktoś miał czelność wsadzić niespokojną duszę nie z tego świata w kilkadziesiąt kilogramów mięsa i wmawiać mi, że to po to abym wykonywał wolę tego właśnie rzeźnika aby na końcu z nim zamieszkać. A dziś w nocy rzucił we mnie łódką skurwysyn.

Pognębienie pod moją postacią jechało autobusem.

Nie wiem skąd i nie wiem po co. Kątem oka ujrzałem bez zbytniego przejęcia wielki dziób łodzi lecący w kierunku mojej twarzy, która siłą benzyny przemieszczała się w przód wraz z ciałem usadowionym w siedzisku autobusu. Głupi bóg nie wziął pod uwagę prędkości. Łódź drasnęła tylko autobus w jego końcowej części nie wyrządzając mi żadnej krzywdy. Ani nikomu innemu chociaż uwaga skupiła się na mnie bo byłem ostatni i najbliżej.

Stoję na poboczu. Wszędzie zgiełk z powodu wypadku. Ciężarówka, z której siłą uderzenia w barierki spadła łódź, leży rozbita po przeciwnej stronie autostrady, a dziesiątki kilogramów mięsa poruszają się na dwóch nogach i składają ręce do modłów. Ja generalnie nie palę i nie mam z tego powodu fajek ale zapaliłem. W snach dzieją się zawsze dziwne rzeczy. W koszmarach dostajesz zawsze to czego potrzebujesz.

A musiał być to koszmar skoro jechałem z tymi debilami jednym autobusem.

Tak jak i widok lecącego na mnie jachtu nie wywołał żadnej emocji tak i teraz nie czułem nic. Uniknąłem śmierci. Nie pierwszy i nie ostatni raz. Każdego dnia unikamy śmierci odpalając kuchenkę gazową czy oddając swoje życie w ręce obcego człowieka zwanego kierowcą lub pilotem. Każdy dzień naszego życia to po prostu chronienie swojego kawałka mięsa przed uszkodzeniem. Celowo lub nieświadomie ufając technologii lub innym ludziom. Każde mijanie się na drodze gdy pędzisz samochodem jest loterią ale rzadko dzieje się tak, że jakiś bóg rzuca w ciebie łódką. Częściej dzieje się tak, że dwunożne kilogramy mięsa mówią, że właśnie cię ochronił.

- żyje pan - wrzeszczy dotykając mnie jakaś gorliwa jędza. Zdyszana i spocona jakby to w nią leciał jacht - dzięki bogu.
Zaciągam się chociaż nie wiem czy umiem. Jebać to- myślę sobie i wciągam głęboko dym. Wciąż mam tę samą bezemocjonalna twarz. To czy palę, to czy tu stoję, to czy żyję jest mi zupełnie obojętne. Jest jak jest.

- dzięki bogu? Przecież on rzucił we mnie łódką- nie patrzę na nią. Mogłaby być kimkolwiek. Wszyscy jesteście tacy sami. Durni i obłąkani.

- jak to. Ocalił pana. To cud – skrzeczy ludzka papuga powtarzająca slogany od pokoleń.

- ocaliła mnie prędkość, siła pędu i wiejący porywiście wiatr – zabobonne zwierzęta krzątają się ze zwiększonym podnieceniem. Mamroczą, odmawiają modły, robią zdjęcia przedmiotu, którym chciał zabić mnie ich bóg. Ludzka biomasa. Jedyny pożytek z nas ma ziemia w dniu naszej śmierci. Zaczynamy być dla niej pożyteczni gdy stajemy się nawozem.

- to palec boży pana ocalił- jęczy dalej szarpiąc mnie za koszulę. Tarmosi mną w jakimś spazmie furii, a ja się nawet nie mogę obudzić.

- a czyj palec rzucił we mnie łódką? I to nie jakąś wędkarską tylko jebanym jachtem? – przenoszę na nią monotonne spojrzenie. Czuje jego ciężar. Nie jest gniewne ale na tyle obarcza winą ludzką głupotę, że tak nagle jak mnie chwyciła za ubranie, tak nagle puściła.

Cofnęła się podnosząc na mnie palec. Cofała się niezgrabnie do tłumu swych pobratymców. Pomrukiwali, nucili jakieś lamenty, słali modły dziękczynne.

Żyli kurwa i uznali tę okoliczność za na tyle dziwną, iż chcieli komuś za to podziękować. Fakt, że ich bóg wsadził ich do tego właśnie autobusu i właśnie w tym samym miejscu drogi rozbił ciężarówkę transportująca jacht był dla nich okazją do dziękowania mu. Temu, który ma taką moc sprawczą, iż może rzucić i nie trafić. Sami kurwa psychopaci. Psychopatyczny bóg rzuca jachtem aby chybić, a psychopatyczny człowiek uznaje to za okazję do dziękowania mu. Przecież mógł trafić. Jest wszechmocny więc może wszystko. I jest łaskawy, bo nie trafił. Dom, kurwa, wariatów.

Palę swojego papierosa dalej gdy tłum nagle milknie złowrogo. Skrzecząca przed chwilą papuga wskazuje mnie palcem, któryś z nich robi znak krzyża, inny wykrzywia wargi w atawistycznym gniewie. Zaczynają jawić się jak zombie. Z wypowiadającego sylaby mięsa stali się jedynie pojękującym mięsem, które wyciąga łapy przed siebie i zaczyna sunąć w moją stronę. 

Ponieważ w koszmarach zawsze dostajesz to czego potrzebujesz to czujesz zapach paliwa. Patrzysz, a spod autobusu na wysokości tłumu mieni się wielka plama. Postacie z mięsa człapią ku mnie gdy wciąż bez żadnego akcentu na swej twarzy rzucam niedopałek na ziemię w stronę mokre plamy. Ja tak naprawdę, po prostu nie lubię fajek.

Ogień wybucha nagły i piękny. Mięso płonie. Po chwili nastaje wreszcie cisza. Żadnego ludzkiego dźwięku. Żadnego bełkotu. Cisza.

Spoglądam w niebo wciąż monotonnie ale mam wrażenie, że się uśmiecham.
- dzięki za pęknięty bak – czuję, że obracam się na drugi bok i wzdycham z ulgą. Może wreszcie nastanie spokojny sen - odzwdzieczyłem ci się smrodem palącego sie mięsa, który ty nazywasz miłą, kurwa wonią - spluwam pod stopy i odwracam się aby odejśc od zombie i ich wszechmogącego bydlaka.

 

Privacy preferences
__cookiemgr_infotext__

Privacy declaration

Show details
Our webpage stores data on your device (cookies and browser's storages) to identify your session and achieve basic platform functionality, browsing experience and security.
__cookietype_func__

Zaloguj się