Zły

Magni

 „To nie jest powieść. Ani nawet opowiadanie.To pewna historia. Zaczyna się od mężczyzny, który przemierza świat, a kończy jeziorem w wietrzny dzień.(...)Można by powiedzieć, że jest to historia miłosna. Ale gdyby tylko o to chodziło, nie warto by było opowiadać. Są tu pragnienia i cierpienia, które znasz dobrze, ale nie znajdujesz słowa zdolnego je wyrazić. W każdym razie nie jest to słowo MIŁOŚĆ. (To znana sprawa. Kiedy nie potrafisz wyrazić czegoś jednym słowem, posługujesz się całą historią.Tak się to robi. Od wieków). Każda historia ma swoją muzykę. Ta ma muzykę białą. Trzeba to koniecznie powiedzieć, bo biała muzyka jest muzyką dziwną, czasami cię zaskakuje: gra się ją cicho i tańczy powoli. Jeśli jest dobrze grana, masz wrażenie, że słyszysz muzykę ciszy, a znakomici tancerze wydają ci się nieruchomi. Biała muzyka jest czymś diabelnie trudnym.To właściwie wszystko."
ALESSANDRO BARICCO - "Jedwab"


- Musi zmienić Pan tryb życia.- powiedziała w końcu, wypełnianiając kartę - Koniecznie.
- To wszystko?- zapinałem powoli koszulę, obserwując jak za oknem pada śnieg - Takie to proste?
- A czego Pan oczekiwał.- chyba trochę chciała być wścibska.
- Myślałem, że jak studiuje się latami, odbywa praktyki, nosi się głowę wyżej od innych z powodu bycia znanym kardiologiem to dowiem się więcej na temat jak uspokoić swoje serce, niż to co jest oczywiste.
- Proszę Pana...
- Cała wiedza to znachorstwo. Myśl pozytywnie, będziesz miał zdrowe serce. Czyli co, Pani doktor? Mam stać się głupcem?- spojrzałem na nią wymownie po tym jak jej przerwałem.
- Mogę przepisać Panu środek na uspokojenie, jeśli aż tak Pan się boi zmian.- oparła się o krzesło swobodnie.
- Mam zaćpać swój mózg aby ten oszukiwał serce? Nic nie widzieć, nic nie odczuwać? Taki jest przepis kardiologa na długie życie? - skończyłem się ubierać, a ona wyciągnęła dłoń podając mi jakąś kartkę - Czy do pani przychodzą sami żałośni debile?
- Nie ma nic złego w zmianach.- zauważyła delikatnie się uśmiechając.
- Ale, że co? Że mam wyciągnąć z konta te setki tysięcy, których nie mam, kupić sobie domek nad oceanem i łowić ryby przy brzegu? Bo nie rozumiem? Tak pozbywamy się stresu i nadciśnienia, tak? A każdy kto nie ma kasy na szczęśliwe wyspy musi zdychać?
- Proszę tylko postarać się zadbać o siebie.
- Świetna tabletka.
- I zmienić się. Cynizm nie uspokaja serca.
- Mam sposób na swoje serce. Wystarczający.
- Jakiż to sposób bo nie wiem czy się sprawdza. Ono jest przepracowane.
- Masuję je od czasu do czasu.- spojrzała na mnie ironicznie - Masowała Pani sobie kiedyś serce?
- Niestety w całej mojej karierze nie spotkałam się z tak błyskotliwym pomysłem.- bez ogródek się uśmiechnęła. Młoda kosa medycyny, z dobrej rodziny, z własną praktyką.- Literatura medyczna też nie opisuje takiego genialnego pomysłu.
- Co tylko dowodzi temu, że większość jest idiotami. Nie liczy się erudycja, lata nad książkami, przepisywanie teorii, zapamiętywanie formuł. Słyszycie szum i dajecie receptę na krople oraz błyskotliwą radę, aby zmienić tryb życia i kasujecie dwie stówki za wizytę. W końcu najważniejszy organ w ciele człowieka musi najwięcej kosztować.
- Proszę nie być bezczelnym.
- To też mi pomoże? Rozumiem, że nie odwiedzają Pani bezdomni lub biedni? Rozumiem, że nie ma Pani doświadczenia z kimś kto nie jest w stanie zmienić trybu życia, poprawić jego standardów, zamienić stary stresogenny samochód na nowy z salonu z gwarancją. Czy też zwyczajnie spać co noc w ciepłym łóżku, zamiast stresować się niszczejącym kartonem gdzieś w opuszczonym budynku. Co im Pani przepisuje.- udawała, że coś wypisuje na kartce oddychając przez zaciśnięte usta. Miała ładną fryzurę, taką nad którą fryzjerka trudzi się z trzy godziny, a ona płaci za nią kilka stów.- Nic? Nie mają dwóch stów za usłyszenie truizmu?
- Normalnie bym Pana wyrzuciła ale prosiła mnie o to znajoma aby potraktować Pana jak człowieka, przed czym ostrzegała i miała rację.
- Tak, normalnie nie byłoby mnie u znachora gdyby nie jej upór.
- Aż nie mogę uwierzyć skąd taka troska w niej o Pana.
- Ona jest w odwrotnej sytuacji.
- To znaczy?
- Ona ma zdrowe serce, ba, doskonałe serce pod względem etycznym jak i fizycznym, żadnych szmerów, szumów, czegokolwiek, żadnych konwulsji.
- Dba o siebie.
- Sama dba o siebie, rodzina dba o nią, pieniądze dbają o nią, jej przydupas dba o nią. Idealny układ, Pani najlepszy przepis na zdrowe serce. Życie bez stresu. Jest jak na prochach, bez prochów.
- Więc jaka jest pańska rola w tym idealnym świecie?
- Jestem jej masażystą.
- Pan?- upiła leżącej na stoliku zimnej już kawy- Dobre, mi wygląda Pan na terrorystę. Oczywiście, że nie z zawodu, z zamiłowania.- posłała mi promienisty uśmiech.
- Masuję jej serce.
- Aaaa. To ten sławetny, leczniczy masaż. - wstała aby schować w szafce jakieś papiery.- Zżera mnie zawodowa ciekawość Panie.- zerknęła na kartę leżącą na biurku- Panie Filipie.
Kiedy wymówiła moje imię, odwracając się w moim kierunku i poprawiając idealnie spasowane do twarzy okulary, zbliżyłem się do niej, kładąc dłoń na karku i przytrzymując. Nie zdążyła zareagować gdy moje usta zetknęły się z jej wargami. Smakowała kawą.
- Co Pan wyczynia.- ocknęła się kiedy się od niej oderwałem ale nie krzyczała.
- Tak Pani doktor masuje się ludzkie serca.- sięgnąłem po płaszcz i zarzuciłem na siebie.
Wpatrywała się we mnie w milczeniu i z konsternacją. Prawie widziałem w jej ślepiach odbijającą się poświatę obrączki na palcu, zupełnie jakby chwilami na nią patrzyła.
- Proszę potraktować to jako praktykę lekarską. Będzie Pani łatwiej.- sięgnąłem po portfel- Albo jako napaść. Wciąż można spać spokojnie przy mężu.
- Bo to była napaść.- wymówiła szybko z przebłyskiem.
- Oczywiście.- wyciągnąłem dwieście złotych.
- Jest pan zawodowym masażystą?- zapytała nie patrząc na banknoty, cały czas wierciła moją twarz oczami jakby chcąc z niej coś wyczytać.
- Myślałem, że jest Pani specjalistką od serc, że będzie Pani o wszystkim wiedziała, że wystarczy dotknąć serca i poczuć jego rytm aby wiedzieć o człowieku wszystko.
- Taki masaż podnosi ciśnienie krwi Panie Filipie, wcale nie pomaga, wręcz szkodzi. Nie wszystkim ale Panu z pewnością.
- Ale trzyma mnie przy życiu Pani doktor. Kiedy nie można czuć bicia własnego serca nie warto żyć. Te wszystkie pary butów, nowsze samochody, wakacje na dominikanie, święta w Alpach mają to takim jak Pani, jak Kasia nasza wspólna znajoma, jak troszczącym się o swe serca, zastępować to wszystko co sprawia, że czujemy konwulsje tego wspaniałego organu. - usiadła aby celowo się oddalić. odwróciła się do mnie plecami i oparłszy głowę na dłoniach, zakryła twarz.- W życiu Pani doktor, zdrowie nie jest wartością pierwszorzędną. Krople na serce mają dać nam złudzenie nieśmiertelności, a zmiana trybu życia na spokojniejszy ma pozbawić nas wszelkich nagłych emocji. - nacisnąłem klamkę, ona siedziała nieruchomo - Serca ludzkie wytrzymują dużo i pragną jeszcze więcej. Proszę zawsze o tym pamiętać, a wówczas będzie Pani najlepszym kardiologiem. Chyba o to chodzi, prawda? - nie odwróciła się kiedy otworzyłem drzwi. - Do widzenia.


"Jeden pocałunek mężczyzny może złamać całe życie kobiety."
- Oscar Wilde


Przedpołudnie było zimne, mróz ściskał twarz, ludzie spieszyli opatuleni po szyję. Szybkim krokiem ruszyłem w stronę biura, myślałem tylko o kawie jaką zaraz wypiję. Uśmiechnąłem się do tej myśli. Kiedy minął mnie tramwaj usłyszałem telefon, odebrałem go.
- No i? - odezwał się kobiecy głos.
- No i żyję i będę żył długo.
- Tak powiedziała lekarka?
- Przecież to oczywiste. Mam żelazne serce.
- Byłeś w ogóle u niej?- teraz jej głos zabrzmiał złowieszczo. Znała mnie i doskonale wiedziała, że do lekarza mnie trudniej wysłać niż zorganizować wyprawę alpinistyczną - Filip, cholera.
- Byłem przecież.
- Czemu Ty tak dyszysz?- mróz sprawiał, że powietrze szczypało w gardle i nosie. Przyspieszyłem kroku.
- To jest najlepszy dowód na to, że u niej byłem.
- To, że dyszysz?
- Zmęczyłem się.
- Jasneeee.- wybuchła śmiechem- Ona ma męża Filip.
- No i?- zapytałem głupkowato.
- No i nic. Kocha go.
- No i?
- No dobra, to może nie jest dobry argument.- zauważyła uczciwie i trochę wstydliwie.- Ale jeśli z nią spałeś to przysięgam, że Cię zabiję.
- O co Ci chodzi? Nie jesteś moją dziewczyną, jestem wolny.
- Mam to gdzieś. Nie będziesz podlił się z moimi znajomymi.
- A z nieznajomymi?
- Ty psychopato. Weź się ogarnij. I czemu dyszysz!? - krzyczała.
- Cholera jasna, jest minus szesnaście, idę od lekarza do biura, jak mam nie dyszeć.
- Masz szczęście.- dodała pojednawczo.
- Przyjedź na kawę.
- Co to, to nie.- znowu dało się słyszeć śmiech w słuchawce- Więc spałeś z nią?
- No przecież ona ma męża.- przypomniałem.
- No i co z tego.- dodała poirytowana, lubiłem ją też za to, że nie wierzyła w złudzenia. Czyżby
- No tak, to bez znaczenia. Przyjedź na kawę.
- Wyleczyła Cię?
- Ja ją wyleczyłem.
- haha, no tak, cały Filip, nie znam bardziej zarozumiałego faceta, ogarnij się.
- Jak to nie znasz? Całe Twoje towarzystwo to wypacykowane typki w obrzydliwie drogich samochodach, nigdy nie patrzą w dół.
- Znowu zaczynasz?
- Przyjedź na kawę.
- Z czego ją wyleczyłeś, co?
- Znowu stała się człowiekiem.
- A była kosmitką?
- Była taka jak Ty przed dwoma laty. Cierpiała na idealny rytm serca.
- Boże, jak ja Cię nienawidzę.
- Nie przesadzaj. Umierać w wieku dwudziestu czterech lat na stagnację?
- Byłam szczęśliwa.
- I miałaś idealny związek co?
- Jasne.- podniosła głos- I zaraz usłyszę historyjkę o domku z kart.
- Nie z kart tylko o zwykłym domku na wyżynie.
- Ty psychopato, i co wieje przez okna i drzwi.- teraz się śmiała, ileż w niej było emocji.
- Piżdzi, bo wszystko jest rozwalone ale nie, dla Ciebie to piękny, bezpieczny domek.
- Kiedyś Cię zamorduję.
- Przyjedź na kawę to będziesz miała okazję.
- Co to, to nie. Jak najdalej od Ciebie. Tu jestem bezpieczna.
- Bezpieczna w śpiączce. Po co żyć jak unika się pragnień?
- Oj przestań, przerabialiśmy to. Pytałam czy lekarka znalazła jakąś chorobę? To znaczy serca, bo to, że jesteś chory na mózg to już wiemy.- śmiała się tak pięknie, że aż zatęskniłem do niej - A jak kolacja wigilijna w biurze? - nie moja, radosna, wścibska dziewczyna. Ale mój elf, zawsze mający cierpliwość wobec mnie- Dostałeś upragnionego buziaka?
- To sen był.
- Sny skądś się biorą.
- Zapytaj Freuda, ja się na tym nie znam. Ten wziął się ze zmęczenia. Nie sypiam ostatnio.
- Odstaw te tabletki.
- To nic. Przywyknę.
- Oj, Filip.- często martwiła się o mnie co sprawiało mi jedną z nielicznych przyjemności w życiu. A może zwyczajnie czułem się komuś potrzebny- Właściwie to spałeś z nią czy nie?
- Nie spałem, mówiłem już.
- Nie o lekarkę mi chodzi. Do niej sama zadzwonię i zapytam coś jej zrobił.
- Nic. Zresztą, jest kardiologiem nic jej nie będzie. W końcu to specjalistka od serc.
- Więc? Spałeś z tą swoją Anią czy nie?
- Mówiłem już, że nie.
- Jakoś nie mogę Ci uwierzyć. Znacie sie od lat, a ona jest bardzo atrakcyjna.
- No i?
- No i znając życie nie wiem jak ona mogłaby uchować się przy Tobie bez Twoich sztuczek.
- Za kogo Ty mnie masz?
- Ha ha, jaki skromny i niewinny. Nie, Filipek wcale nie podrywa ładnych kobiet. Mięsożerca, który udaje królika.
- Wierzysz w legendy, które sama układasz.
- Przecież zdradziłeś mi, że ona Ci się podoba i Kornelia też.
- Co nie znaczy, że staram się je zaciągnąć do łóżka.
- Jasne, bo w życiu chodzi przecież o kwiatki.
- Jak Ty i reszta, wszystko o mnie wiecie.- powiedziałem ciszej. Spojrzałem na kawiarnię, postanowiłem nie wracać jeszcze do biura. Pchnąłem drzwi do ciepłego pomieszczenia - Nie zawsze chodzi o seks.- usiadłem, prosząc samotną kelnerkę o mocną kawę.
- Tak, chodzi o miłość - wymówił mój elf, kpiarsko- W Twoim przypadku szczególnie.- w jej głosie była pretensja, a w moim oddechu pojawiło sie znużenie. Nagle zapragnąłem być daleko.
- Kobiety są wspaniałe, wszystkiego się domyślają za wyjątkiem tego co jasne.
- Więc powiedz w czym rzecz. Oświeć mnie.
- Mniejsza z tym. Nie ma co wisieć na telefonie.
- Już sie przełączyłeś w tryb awaryjny? Bądź sobie pochmurny ale nie rób deszczu.
- Nie ma co gadać, rozmawialiśmy o wszystkim setki razy, a u mnie jest wszystko ok. Zawsze to słyszysz ale nigdy nie wierzysz. Być może i słusznie z tym, że nie umiesz postrzegać mnie inaczej niż przez jakąś złość, pryzmat tego który w zasadzie przyniósł nieznaną chorobę. A chorobę czasem się przynosi nie z powodu takiego, iż chce się zarazić lecz dlatego, że chce się ratować.
- Filip...- poczęła łagodniej lecz mój lodowaty głos przerwał jej.
- Muszę kończyć.
Zapanowało milczenie, słyszałem tylko jej oddech czekając aż się pożegna.
- Obiecaj mi, że pójdziesz też do tego drugiego lekarza, o którym rozmawialiśmy.
- Nie potrzebuję lekarzy.
- Wiem ale zrób to dla mnie. Proszę.
- Dobra.- zgodziłem się monotonnie. Skosztowałem kawy, była paskudna- W zasadzie mogę pogadać z psycholem.
- Dziękuję.- na koniec jej głos zrobił sie bardzo ciepły.
- Ale jemu z pewnością zrobię coś poważnego.
- Trzymaj się psychopato. - w słuchawce został głuchy śmiech.

"Jesteśmy samolubnymi, prymitywnymi zwierzętami pełzającymi po ziemi. Ponieważ mamy mózgi staramy się z całych sił i czasami udaje nam się coś, czego nie da się uznać za czyste zło"
Dr House-"one day, one room"


Gabinet miał przytulny, zresztą w taką pogodę nawet toaleta bywa przytulna. Udałem się w kierunku sekretarki, stukała w klawiaturę delikatnie kołysząc głową w rytm brzmiącej muzyki z radia. Podniosła na mnie wzrok wtedy gdy miałem przemówić.
- Pan doktor na Pana czeka.- posłała mi promienny uśmiech ale może na wszystkich tak patrzyła - Pan Filip, prawda? - pokiwałem głową z aprobatą.
- Nie chce Pani zmienić pracy? - zapytałem korzystając ze swojego głupiego wyrazu twarzy spowodowanego zamarznięciem mięśni - Właśnie szukam asystentki.- wysiliłem się na uśmiech podczas gdy ona wciąż adresowała do mnie tę swoja nieskazitelną życzliwość.
- Zrobię Panu kawy.- wstała, a w tym samym momencie za moimi plecami pojawił się facet.
- Szuka Pan asystentki czy chce ją Pan znaleźć? - wyciągnął do mnie dłoń i gestem zaprosił do jednego z pokoi.
- A to różnica?
- A nie? - zerknął na mnie badawczo i poprosił abym usiadł. Ściągnąłem płaszcz i zawiesiłem na wieszaku po czym wpasowałem się w wygodny fotel, a on zajął miejsce przy biurku. Przez chwilę mnie obserwował, a ja dałem mu na to czas lustrując biblioteczkę naprzeciw.
- Czemu wybrał Pan tamto miejsce?- przerwał ciszę.
- A miałem wybrać inne?
- To odpowiedź?
- A uzyskał ją Pan?
- Właściwie sam jej udzielę - uśmiechnął się aby następnie przenieść ten uśmiech na wchodzącą sekretarkę, która przyniosła na tacy dwie kawy, cukier i mleko.- Wyśmienicie. Stolik kawiarniany, wygodne fotele i kawa. Zapach perfum i aromat gorącej kawy czy świat nie jest piękny.
- Chwilami.- uniosłem na nią głowę, dziękując jej skinieniem - Kiedy jest ciepło.
- Wybrał Pan ten fotel bo przy biurku czy stoliku do narad musiałby Pan siedzieć w pozycji interesanta, a tutaj nie podejmuje Pan zobowiązania. To zwyczajne spotkanie przy kawie, dezynwoltura, pogawędka. Sytuacja lekarz - pacjent, urzędnik - petent jest dla Pana nie tylko co nie komfortowa ile mało interesująca, a Pan musi czerpać z interakcji z ludźmi. Oczywiście, że nie w sklepie mięsnym, czy w urzędzie pocztowym ale u psychiatry który ma w dodatku uroczą sekretarkę. Istny festiwal dla umysłu, percepcji. - pożegnaliśmy kobietę mimowolnym uśmiechem, sięgnąłem po cukier, a on zdjął marynarkę.
- Więc po co pytać jak zna się odpowiedzi.- wymówiłem bez sensu, wiedząc, na jaką dygresję sie narażam.
- Właśnie o to samo chciałem zapytać.
- Znając odpowiedź pytamy, gdyż mamy cichą nadzieję, że jest ona jednak inna.- rzekłem chociaż on doskonale o tym wiedział.
- Więc pytając moją sekretarkę o zmianę pracy miał Pan nadzieję, że odpowie tak, wiedząc jednocześnie, że to nie ma sensu?
- Mówią, że kto pyta nie błądzi.- palnąłem najgłupszą rzecz na jaką mogłem sobie pozwolić. Palnąłem frazes ale przy nim mogłem być spokojny o interpretację. Albo byłem idiotą i on o tym już i tak wie albo żadna głupota jaką dzisiaj tutaj popełnię nie ma znaczenia w jego ocenie.
- Bo kto pyta, już zabłądził. - dolał sobie mleka do kawy- Nie pyta Pan o drogę znając ją, a jeśli Pan to robi to nie z powodu odpowiedzi lecz z powodu całkowicie innego, raz jest to drepcząca wiejską dróżką dzieweczka, innym razem zabiegana kelnerka bądź jakakolwiek istota przywołująca to jedno wspomnienie lub uderzająca w tę konkretną nutę wyobrażenia. One biedne odpowiadają z takim przejęciem, tam skręci Pan w prawo, a po dwustu metrach na rozstaju dróg w lewo, po czym...ale Pan jej nie słucha, patrzy w oczy, na poruszające się wdzięcznie usta, chłonie Pan zapach jej skóry i myśli tylko jak zrobić aby ta wdzięczna istota wsiadła obok i zwyczajnie Cię tam zaprowadziła. Zaprowadziła tam, gdzie wiesz jak dotrzeć.
- Tak.- westchnąłem jak człowiek wyrywający się z toni, już wiem czemu tu przyszedłem - Jestem świetny w czytaniu map.
- One myślą, że błądzisz ale Ty nie błądzisz. Błądzisz tylko w sobie ale tak kontrolowanie, celowo aby ratować się przed tym wszystkim co już opanowałeś. Co za przyjemność wiedzieć, że nie można sie zgubić. Czasem trzeba się zgubić prawda? To dlatego wyruszasz w te swoje podróże w lasy, pola, nieznane. Jednak zawsze wiesz dokąd zmierzasz, problem jest tylko jeden...- przerwał dając mi czas na przyswojenie tego co mówił. Był świetny w tym co robił. Lekarz dusz - Kiedy zatrzymujesz się przy niej jak idzie sobie beztrosko i kiedy pytasz o drogę dla niej jesteś tylko zagubionym podróżnym. I nie umie dostrzec, że ty jesteś jedynie samotny.
Napiłem się kawy z milczącą twarzą. Zimno puściło, czarująca sekretarka pozostawiła zapach perfum, delikatne światło odbijało się od ciemnych zasłon. Zapragnąłem naraz aby czas się zatrzymał.

"Człowiek może znieść bardzo dużo, lecz popełnia błąd sądząc, że potrafi znieść wszystko." Fiodor Dostojewski

Sięgnął po książkę leżącą na ławie i otworzył w miejscu zakładki. Poczułem przez chwilę, że to wszystko było zaplanowane, że wiedział o tym gdzie będziemy siedzieli. Zaczął czytać "silniejszego od nienawiści, Tima Guenard.
- "Są też osoby bardzo „jak należy”. Spotykając się z nimi, pytamy: „Wszystko w porządku?” One odpowiadają: „W porządku”. Nie mogą powiedzieć nic więcej, ponieważ są więźniami samych siebie i społecznego jarzma. Nie mogą wypowiedzieć cierpienia, które je dusi i łamie. A my przechodzimy, nie zauważamy ich spojrzeń – świateł alarmowych, nie słyszymy ciszy ich krzyku, nie dostrzegamy nawet, że na barometrze ich serca wskazówka zatrzymała się na kresce „burza” - zamknął książkę i odłożył. - To dlatego byłeś u lekarza od serca? Wiedziałeś zawsze dlaczego wskazują Ci drogę ale nigdy nie jadą w nią z Tobą, prawda? Trzeba pamiętać, że ten drugi też chce aby dać znak.
- Daję znać. Wszystko mam wypisane na twarzy - nie było to przekonywujące stwierdzenie na co się uśmiechnął.
- Na twarzy masz wytatuowane wszystko co daje ludziom znać aby trzymali się daleko. Kto w przyrodzie zbliża się do drapieżnika w jaskrawym ubarwieniu? Nikt kto chce żyć. Dziwisz się? Umieranie kobiet dla miłości zdarza się tylko w baśniach. Stąd ta złość? Wieczna wściekłość na kobiety? Że nie są tymi, o których czytałeś gdy tylko nauczyłeś się czytać? Uciekałeś do światów, które były wyobrażeniem równie szalonych umysłów ale Ty głupcze w nie uwierzyłeś albo raczej chciałeś wierzyć tak mocno, że w końcu siłą rzeczy musiały istnieć. - zapalił papierosa rzucając paczkę na ławę z gestem, który zezwalał mi sięgnąć po jednego w każdej chwili - I teraz masz pretensje do każdej, że nie jest żadną z nich. Nie są elfami, rusałkami, wróżkami ani nawet czarownicami. Taka by Cię przynajmniej ciekawiła, nawet gdyby chciała zamienić Cię w głaz.
- Parę już zamieniło mnie w głaz.- rzuciłem w powietrze.
- Coś takiego.- zaciągnął się głęboko - I jak sobie z tym radzisz?
- Nie radzę.
- Czyżby? Żyjesz.
- Jeszcze tylko parę chwil.
- Czy to uczyniło Cię lepszym człowiekiem?
- Co takiego?
- Twardniejące serce - wpatrywał się we mnie, ja oparłem łokcie na udach i tylko nieznacznie uniosłem głowę - Nie walczysz z ludźmi dlatego, że ich nie lubisz, to nie byłoby dla Ciebie nawet trudne. Ty walczysz z ludźmi bo masz im za złe, że nie są bohaterami z literatury, bo nie trzymają się w garści, bo są słabi. Nie szydzisz z kobiet dlatego, że któraś wyrządziła Ci krzywdę, czy cokolwiek innego przyziemnego zrobiła. Krzywdy i każde zło jakie możesz zaznać od ludzi znosisz bez mrugnięcia okiem. Nie mścisz się na nich bo są tego nie warci, a w Tobie nie ma odruchów nienawidzenia ludzi. Gardzisz nimi i idziesz dalej szukając wejścia do świata, który nie istnieje. I każdego dnia coraz bardziej jesteś tego świadom i każdego dnia coraz mniej pogodnie na nich patrzysz. Tak jakbyś był strasznie zły, że musisz tutaj z nimi żyć. Nie, wcale nie masz się za lepszego tak jak większość nienawidzących Ciebie sądzi. Ty zwyczajnie wiesz jak być człowiekiem i mówisz im kiedy nie umieją być ludźmi. Kobiety wymagają z założenia należytego traktowania, ale Ty nie dajesz im tego. Nie dzielisz człowieka na płeć, kolor skóry, religię. Wymagasz tylko abyśmy byli ludźmi bez względu na fakt w jakiego boga wierzymy. Tylko bycie ponad podziałami jakich wymaga od nas choćby wiara, pozwala być człowiekiem, prawda? Tego od nas oczekujesz i nienawidzisz gdy udowadniamy, że nie umiemy być ludźmi. Nie ma dumnych wojowników, zabijających dostojnego jelenia tylko dla pożywienia, są podli szubrawcy goniący stado bizonów dla sportu, zabawy. Są wypacykowani faceci mający się za hardych, bo wycieńczają ogłupiałego byka na arenie i go zabijają. I są wiwatujący ludzie na jego śmierć. I w którym z tych miejsc jesteśmy ludźmi? Jak ktoś kto wyrzuca psa z pędzącego samochodu na autostradzie może być godnym twego gatunku? To dlatego z furią w oczach łamałeś komuś takiemu kończyny, nawet gdy jego dzieci prosiły o litość. Tyle dyskutuje się o moralności o dobru i o złu, a nikt z tych mądrych nie umie poznać, że na świecie najlepszymi są ludzie, którzy umieją zamordować innego człowieka bez mrugnięcia okiem, a płaczą nad podpalonym kotem. Czyje życie jest wartościowsze? zwierzęcia czy człowieka? Człowieka, powie każdy ale Ty powiesz, że oba mają taką samą wartość. To Ci dolega. Nienawidzisz gatunku ludzkiego dlatego, że ma się za nadrzędny i dlatego tak często jesteś dramatyczną siłą natury. Mógłbyś zabijać ludzi bez żalu, każdego kto krzywdzi niewinne życie. Gatunek który ma się za nadrzędny powinien posiadać najważniejsza umiejętności, prawda?

Nic nie powiedziałem. Znowu się zmieniłem.
- Kto może decydować o tym czy w imię lekarstwa na raka możemy skazywać na cierpienie tysiące zwierząt. Jeżeli nauka nie umie obejść się bez torturowania zwierząt to powinniśmy obejść się bez nauki, prawda? Nikt nie ma prawa pastwić się nad słabszym życiem i dlatego tak bardzo chciałbyś ich pozabijać aby pokazać im, że jest ponad nimi większa siła. Siła gniewu. Ktoś już Ci powiedział, że mógłbyś wykładać o nienawiści, masz to wypisane na twarzy. I to jeden z powodów dla których mało kto się zbliża do Ciebie. Dopiero gdy ten ktoś udowodni Ci, że jest godzien bycia człowiekiem, łagodniejesz. To pierwsza zasługa, oswoić Ciebie, pokazać, że nie przyszli z kijem jak do uwiązanego psa aby się nad nim pastwić. - zgasił papierosa i pochylił się w moją stronę - Gdyby Cię Filip spuścić z łańcucha jakim jest cywilizacja, wybiłbyś znaczną część ludzkości. To jest Twoja tragedia, Twój Bóg umieścił Cię w złych czasach. Musisz żyć wśród istot, które tak bardzo chciałbyś upokorzyć za zło. Nie zasługujemy aby mieć się za istoty nadrzędne i dlatego upokarzasz ludzi tak bardzo. Wystarczy, że którakolwiek zdradzi się choćby pierwiastkiem wyższości, to natychmiast uginasz takiej istocie kolana. Dlaczego samotny facet wdaje się w bójkę wbrew rozsądkowi z kilkoma podpitymi kolesiami, bo oni szydzą z niewinnego chłopaka? Nie umiesz przejść obojętnie nawet jeśli okoliczności wskazują, że masz małe szanse na przeżycie. W świecie przyrody mało które zwierzę tak robi. Rosomaki są takie popaprane ale człowiek powinien mieć rozsądek. Więc dlaczego? Za obcego człowieka?
- Wkurwia mnie to. Tak zwyczajnie.- sięgnąłem po papierosa, zapaliłem. Nie lubiłem ale zapaliłem jak bohater powieści.
- Takie odruchy maja głębszy imperatyw. Świat składa się z tchórzy dbających o własne dupy, kurew, szmaciarzy, znakomitej większości ludzkich cieniasów, całej rzeszy tych którzy nigdy nie ujrzą więcej niż ich nos i obejście, zgwałconych przez bogów, ludzi bez duszy i serc i składa się też z tych którzy mają serca tak skrzywdzone przez świat legend i baśni, krew zahartowaną przez męstwo z pradawnych opowieści i okoliczności życiowych, że zwyczajnie robią coś gdyż dla triumfu zła, wystarczy aby dobrzy ludzie nic nie robili. W galaktyce jest miliardy satelit, przeróżnych planet ale tylko odpowiednia mieszanka pierwiastków, składu chemicznego, odległości od gwiazd może sprawić, że zaistnieje na niej życie. Tak jest z ludźmi. Jest nas miliony ale tylko właściwa mieszanka okoliczności może stworzyć człowieka w pełni tego słowa znaczeniu.
- Czyli biały królik który boi się nie zdążyć na czas nie istnieje?
- Istnieje.- uśmiechnął się - Tak jak i goniąca go Alicja i cała kraina czarów.- wyciągnął dłoń i dotknął mojego serca- Tutaj.
- Czyli mam przejebane? Nie ma gdzie uciec przed ludźmi?
- Tutaj.- raz jeszcze wskazał na serce- Ucieka się tutaj.- uśmiechnął się.- To dlatego Cię tak ostatnio boli. Bardzo chcesz uciec.

„Tak przyjdź i teraz do mnie, spod udręki
wyrwij mię takiej ciężkiej! Czego serce
łaknie, wypełnij wszystko. Sama moim
bądź sprzymierzeńcem.”
-Safo-

- Dlaczego narodził się Magni? W zasadzie oprócz jednego epizodu z Panią psychiatrą i jej snem nie miałeś nic wspólnego z mitologią nordycką. zawsze uwielbiałeś mitologię grecką. Jedyne posągi jakie masz w domu znamionujące starożytność to Ares, Bóg wojny i Nike, Bogini zwycięstwa. Jesteś przystojnym facetem, oczytany, inteligentnym więc czemu nie Adonis? Bachus? Nie, musiał to być Bóg wojny. Jednak czemu wściekły Magni? Nagle, znikąd mitologia nordycka. Czy uwierzyłeś w to, że możesz mieć coś wspólnego z wikingami? Pewnie Ci to mówiono, a co ze snem dojrzałej kobiety w dodatku lekarki dusz? To Twój hołd? Nie sądzę. Magni pasował Ci idealnie. Potężny ojciec, który sprawił Ci olbrzymie zło, który był postrachem całej dzielnicy ale którego jednak musiałeś ratować. Czyż nie tak zrobił Magni? I w dodatku poszedł spuścić wpierdol innym? Magni jest wyrazem Twojej duszy, Ołowiany jest wyrazem Twego serca, a "zły" jest pragnieniem aby móc walczyć z tymi wszystkimi mającymi się za dobrych ludzi.
- Był jeszcze Apacz.- przez chwilę ujrzałem znów korytarze jednostki w armii gdzie mnie tak nazywano.
- Tak, hołdem dla ukochanego narodu. Musiałeś być dumny i dumnie nosisz tych dwoje Indian na ramionach. Nienawidzisz świata bo nie daje Ci możliwość stania nad Little Big Horn i czekania na tego cholernego mordercę Custera. Jak bardzo byś pragnął stać naprzeciw niego jako wojownik. I zabijać powoli, wpatrując się w oczy. Widzieć jego ból za wszystko co uczynił. To zżerało Twoją duszę od dzieciństwa i wykroiło w niej nienawiść do zła. I oto z dziecka, poprzez Apacza narodził się Magni. Brakuje tylko potężnego młota Filipie. I przez to cierpisz. Czas wojny dla kogoś takiego jak Ty musi być czasem normalnym, czas cywilizacji to ludzkie zoo które ujarzmia bestię w kajdany i klatkę. - sięgnął do barku, odkręcił wódkę, wlał do dwóch literatek i przyprawił sokiem. Podał mi jedną z nich i stukając o nią wypił swoją jednym haustem- A mogłeś walczyć, prawda? Dowiedziałem się paru rzeczy o Tobie co nie było łatwe, nikt Cię nie zna, a przecież o fajnych chłopakach na mieście się mówi.- uśmiechnął się.
- Może dlatego, że nie jestem fajnym chłopakiem.- odwzajemniłem uśmiech, dopiłem drinka i poprosiłem gestem o drugiego.
- Mogłeś służyć na kontyngencie lub w policyjnych jednostkach antyterrorystycznych. Miałeś po służbie wojskowej otwarte drzwi wszędzie, więc czemu nie? Z jakiego powodu nie opuściłeś domu? Jaki powód był tak potężny, że powstrzymał Cię przed tym wszystkim do czego teraz tak bardzo tęsknisz? Czy Magni musiał być w pobliżu Thora aby móc powstrzymywać go od zła które ze sobą niósł? Nie umiesz spełniać pragnień za wszelką cenę, prawda? Małoletni chłopiec nie chodził na imprezy gdy ktoś mógł krzywdzić Twoich bliskich. A pióro jest silniejsze od miecza, coś w Tobie musiało dokonać takiego wyboru, dusza. Tak też docieramy do końca legendy o Magnim, wściekłym facecie z młotem. Walczysz piórem niemal z całym światem i może nawet jeśli jeszcze niedawno wierzyłeś, że możesz być szczęśliwy, teraz nie masz już złudzeń. Nikt Cię nie rozumie i co gorsze nikt Cię nie uratuje. Nie przed światem, nic Ci nie grozi od świata. Jesteś tak zakorzeniony w poszukiwaniu wartości mistycznych, że wchodzisz w coraz większą ciemność. A wiesz co jest w absolutnej ciemności? Nic. Kompletnie nic nie widać, wyciągasz dłoń przed oczy i nie widzisz nawet jej. W jaskini do której schodzisz nie widać nic, absolutnie nic. Nawet jeśli dotknie Cię jakaś dłoń nie możesz wiedzieć czy ta dłoń nie chce Cię zabić.- urwał aby zaczerpnąć tchu, mówił z pasją jakby mówił trochę o sobie - Twoja dusza obumiera z powodu tęsknoty. Tęsknoty do walki z bronią.- wstał, podszedł do okna i odchylił zasłonę. Przez chwilę patrzył na świat, po czym odwrócił się do mnie - Dlaczego?- zapytał retorycznie, po czym dodał smutno - Bo tylko pocisk może Cię zabić Magni.

„Ha, wszystko zniosę! Musi być w mych piersiach
Gołębie serce, musi nie być żółci,
Zdolnej goryczą, krzywdy me zaprawić,
Albo od dawna już bym kruków stada
Tego nędznika utuczył resztkami.
Krwawy, bezwstydny podlcze, bez sumienia,
Zdradny, nierządny, wyrodny nędzarzu!”

W. Szekspir: Hamlet

--------------------------------------------------------------------------------------------

"Jedynie samotność jest w życiu człowieka stanem graniczącym z absolutnym spokojem wewnętrznym, z odzyskaniem indywidualności. Tylko w pochłaniającej wszystko pustce samotności, w ciemnościach zacierających kontury świata zewnętrznego można odczuć, że się jest sobą aż do granic zwątpienia, które uprzytamnia nagle własną nicość w rosnącym przeraźliwie ogromie wszechświata." - Gustaw Herling-Grudziński "Inny świat"


- Czemu mnie tak traktujesz - spozierała na mnie pustymi zupełnie oczyma. Było w nich wszystko co musiało ją łączyć z faktem istnienia. Przecież nie można zarzucać człowiekowi, że jest tylko człowiekiem - Czemu traktujesz ludzi jak gówno - wpadła na mnie przed kinem do jakiego wybrałem się sam co czyniłem najczęściej. Dotychczas czasem rzucała jakieś puste słowa w świecie wirtualnym, ja zwyczajnie ją zignorowałem, dziś poznała mnie w kolejce.
- Bo ludzie są gównem - rzekłem nie spuszczając z niej wzroku, może zbyt głośno. Jacyś ludzie się obrócili, ja przeniosłem wzrok na nich. Przez myśl przeszło mi czy może powtórzyć im w oczy skoro są tacy ciekawscy, skoro słyszą czyjeś rozmowy a nie słyszą krzyków maltretowanych dzieci i żon w mieszkaniach ich klatek schodowych. Odgłosu agonii dyszącego psa potrąconego przez samochód.
- Ty też jesteś człowiekiem - przypomniała nie ustępując w furii. Właściwie to powinienem powiedzieć aby spierdalała ale nie zrobiłem tego.
- Więc ja też jestem gównem - zerknąłem po tłumie, obok kolejka do mcdonalda, jakaś kobieta zmieniająca pieluchę dziecku na stoliku, na którym rzesza mięsożerców żarła później mięso. Korpulentny facet głośno zdaje przez telefon relację z jakiejś popijawy na której się schlał. Nijaki chłopak ściska dłoń ładnej dziewczyny. Coś się popierdoliło, myślę zrazu, dziewczyna odwraca się, jej oczy są puste jak sadzawka.
Ta zołza wciąż stoi mając się za wyjątkową. Jestem chyba jedynym człowiekiem na świecie, który nie odzywa się do ludzi nawet gdy ktoś nie podtrzymuje kontaktu. Nawet nie trzeba mi mówić abym się odpierdolił. Chyba czeka na cud, na co mrużę oczy z rezygnacją - No to ja spierdalam - mówię i wychodzę z kolejki.
- Gdybym nie umiał zachować się tak jak Ty, to biłbym Ci brawo - wykrztusza z siebie facet stojący obok wiercącej się w kolejce dziewczyny. Dziewczyna posyła mi pogardliwe wejrzenie, jest bardzo dumna ze swojego mężczyzny. Unoszę brew, patrzę chwilę na nią, a gdy jej ramię drga w konwulsji, przenoszę wzrok na mężczyznę.
- A jak byś to zrobił z połamanymi łapami? - pytam, a on sili się na coś co sam nie wie jak uzyskać. Dziewczyna szepcze mu coś do ucha, znikają plecami, odwracam się i ruszam w kierunku schodów. Mimowolnie, jakby ze złudną nadzieją wsuwając dłoń pod klapę płaszcza liczę na odnalezienie kabury z wielkim pistoletem.
Nerwowy palec na spuście - powiedziałem do siebie - Z pewnością to brak poczucia humoru - uśmiecham się na wspomnienie słów kochającej niegdyś kobiety.

Puste Niebo

Puste Niebo

- Wyglądasz jakbyś chciał oddać królestwo za kilogram dynamitu - słyszę głos i natychmiast dostrzegam siedzącego na murku od kwietnika mężczyznę. Jest w łachmanach ale nie wygląda na żula. Podchodzę i siadam obok, wyciąga do mnie dłoń z paczką fajek. Nie częstuję się - Patrz jaki świniopas - wskazuje głową, naprzeciw stłoczonych ludzi. Koryto z mięsem faszerowanym chemią, koryto z mięsem z czegokolwiek, koryto z czymkolwiek innym. Jeść trzeba, myślę sobie, a on jakby czytając w moich myślach, dodaje - I nie o koryto chodzi, tylko o świnie - zapala papierosa, wkłada zapałkę na powrót do pudełka gdy ta już gaśnie - I wrzeszczą jedni głośniej od drugich opowiadając o bólach w krzyżu z tym warunkiem, że opowiadającego boli zawsze mocniej niż innych. Albo nafaszerowani sterydami złotolubni, prowadzący zawody w podrywaniu kelnerki - tu uczynił gest dłonią na kawiarnię po lewej - Przy czym każdy z nich jest przekonany, że do pozostałych dwóch ona uśmiecha się bo musi. Jest przecież w pracy ale do niego uśmiecha się bo on jest oczywiście zajebisty- zaciągnął się głęboko - I babsztyle którym już tak się popierdoliło żarcie z gównem, że przewija swoje warzywo na tym samym stole co zjada. I chuj ze stołem i z tym co zjada. Wydawać by się mogło, że tutaj też spotyka się innych ludzi. Ale żyjemy w kulturze galerii handlowych, bóg uczynił galerie handlowe aby człowiek wiedział, że zasługuje na najlepsze. A jeśli zasługuje na najlepsze, to musi oznaczać, że jest najlepszy. Więc kto zabroni koronie stworzeń, końcu łańcucha pokarmowego, szczytowi ewolucji na wyciąganie obsranej pieluchy na środku stołówki wszystkich okolicznych jadłodajni? W końcu świnia nie patrzy gdzie żre i ...- tu zrobił zniesmaczoną minę - Mniejsza z tym - spojrzał na mnie - Brakuje tyranozaurów, może mniej ludzi wychodziłoby wtedy z domów. Tam niech robią co chcą, wieszają wypolerowany krzyż nad drzwiami kuchni i molestują swe córki pod bacznym okiem Jezuska. A Ci co mogą to zmienić to dwie osoby. Ten, który o tym wie i ten który może wykastrować takie ścierwo. Po co dyskusja o kastracji chemicznej, czy konieczna czy nie. Niezbędna. Ukradłeś? Dłoń na pień, zgwałciłeś, kutas pod nóż. - sięgnął do reklamówki i wyjął z niej termos - Ty też mógłbyś to zmienić. gdybyś tylko mógł ładować po jednym pocisku prosto w zwierzęcą mordę. Ale nie obrażajmy zwierząt, żadne tak nie robi. Niestety prawo i cywilizacja to immunitet dla wszelkich człowieczych potworów. Jednak cóż zrobić, skoro przykład dał na sam Bóg, naznaczył mordercę brata aby nikt nie wyrządził mu sprawiedliwości. - przez chwilę rozkoszował się zapachem gorącej herbaty - A Ty? Co z Tobą jest nie tak? - mówił z pytającym gestem unosząc kubek, który napełnił. Kiwnąłem głową przecząco.
- Ponoć nie mam poczucia humoru - oparłem przedramiona na udach. Patrzyłem beznamiętnie przed siebie.
- Poważnie? - delektował się napojem - Mi wydałeś się bardzo śmieszny - posłał mi przyjazne wejrzenie - A tak na poważnie to jakie poczucie humoru miałbyś mieć w oborze pełnej świń? - zaśmiał się głośno - Niech cieszą się, że wraz z brakiem poczucia humoru nie masz dynamitu - znowu się zaśmiał. Spojrzałem na niego przychylnie.
Był człowiekiem wyzbytym złudzeń ale kiedyś musiał zrobić coś strasznego. Miał to w oczach. Tlił się w nich niezwyciężony dramat obok całej tej siły, którą wkładał aby umieć się szczerze śmiać.

  Zamknąłem na chwilę oczy, odgłosy ludzkie dochodziły z coraz większej oddali. Zapachy smażonych potraw, kiczowatej kawy i perfum mieszały się z potem i odorem brudnych ubrań. Ludzkie zoo, w którym tkwiłem po uszy aby móc chociaż czasem przebywać wśród istot dwunożnych.
- No i co się gapisz brudasie – z letargu wyrwał mnie żeński głos. Uniosłem głowę, aby spojrzeć na trzy młode dziewczynki. Jedna z nich manifestacyjnie stała naprzeciw mego towarzysza. Ten uśmiechnął się kącikami ust.
- Uwielbiam patrzeć na takie małe, bezbarwne, mimo, że umalowane kurwiszonki – wycedził ale w jego głosie nie było pogardy – To przekonuje mnie, że stoczyłem się tylko do przedsionka wstydu.
- Ja pachnę Chanel numer pięć, mam buty za sześć stów i bieliznę od triumpha – wtrąca sprytnie druga z nich. Wszystkie mają chyba z piętnaście lat. Małe biznesmenki – I wszyscy faceci ślinią się na mój widok.
Patrzy na mojego towarzysza z rękami wspartymi na ramionach. Nic nie mówię, a on też nie wykazuje chęci do dyskusji. Przełyka swoją ciepłą herbatę i wciąż uśmiecha się tymi skrzywionymi ustami.
- Ja nie pachnę wcale, mam trampki z dziurą przez którą wlewa mi się woda i długie, tanie ale za to ciepłe bokserki. Mam też coś innego czego nie masz Ty dziewczynko. Całą dupę i usta, które nigdy nie miały w sobie innego loda niż waniliowy. On w przeciwieństwie do lodów, którymi delektujesz się każdego dnia Ty, roztapia się w ustach, a nie pęcznieje. Oczywiście nie ma tych walorów jak Twoje lody, gdyż wydawałem na niego całe sześć złotych, a Ty za swoje możesz kupić perfumy Chanel numer pięć, buciki oraz bieliznę od triumpha. Twój lód ma jednak inną wadę. Był godzinę wcześniej w tyłku tej baby – tutaj wskazał na najbardziej obleśną kobietę w okolicy.
Dziewczynki się obróciły i wydawało mi się, że przez chwilę mają takie same miny jak i ja.
Zerknąłem czym szybciej na zapracowaną kelnerkę aby mieć kontrast.
Już mnie nie mdliło.
Przegrały. Nie mogły wygrać. Tak jakby szczeniak pudla mógł zagryźć buldoga. Facet był wyzbyty złudzeń ale oprócz tego gdyby chciał kastrowałby każdego rozmówcę. Jednak na te tutaj patrzył mimo wszystko przychylnie. Byłem pewien, że traktuje je bardzo pobłażliwie.
- Ty – teraz zwróciła się do mnie zaczerwieniona. Próbowała odzyskać rezon - Ty wydajesz się normalny - mówiąc to jej oczy wskazywały na moją garderobę. Dobrze, że tylko niektórzy umieją prześwietlać ludzi - Czemu z nim siedzisz?
- A co z nim jest nie tak?- wzruszyłem ramionami.
- Jest brudny i pije herbatę z termosu.
- No tak. Rzeczywiście jest – spojrzałem na kompana po czym na buty rozmówczyni – Ale nie chodzi w białych kozakach. To zajebisty plus. Bije wszystkie niedociągnięcia. – obruszyła się, jak i jej druga koleżanka też odziana w długie, lśniące, białe buty na wysokich obcasach. Tylko trzecia z dziewczynek śmiała się w sobie niezauważenie. Ta miała na stopach tenisówki.
- No to już wiesz czemu z nim siedzi – wtrąca ta, która nas zaczepiła – To taki sam obleśny typ jak ten żul- chciała ruszyć przed siebie lecz gdy wstałem, obserwowała czekające koleżanki. Zrzuciłem z siebie płaszcz, oczom ich ukazała się szara, rozpięta pod szyją koszula. Pachniałem perfumami chanell coś tam. Nigdy tego nie spamiętuje. Mam to gdzieś. Spod koszuli ukazywał im się czubek mego tatuażu na piersi, twarz miałem nieco ogorzałą od zimna i trzydniowego zarostu.
Stanąłem między nimi. Z początku zerkały na siebie płochliwie ale teraz wpatrywały się tylko we mnie. Nie byłem już siedzącym, zgarbionym towarzyszem bezdomnego.
Dziewczyny w kozakach były już zepsute. Kiedy dociera się do określonego stopnia kiczu, białe, lśniące buty to tylko jeden z symboli ikonograficznych. Rozpoznać ten typ można też po często różowym bądź fioletowym makijażu. Tak mocnym jakbyś w zoo patrzył na szopa pracza. Dobrze, że świat ludzki ich potrzebował bo gdyby było inaczej kto wie czy teraz nie marnowałyby niedzielnego wieczora w pokoju przy lampce, z książką w dłoni. Komu taka dziewczyna potrzebna.
Ostatnia z nich, dziewczyna w tenisówkach miała podkreślone czarną kreską oczy. Nieco wulgarnie ale poprzez brak wprawy aniżeli tendencję. Jak każde stworzenie w przyrodzie, tak i dziewczynka aby udawać nastolatkę musi przybrać inne barwy. Ta przybrała ale dobry obserwator mógł rozpoznać w niej całkiem inny gatunek zwierzęcia.
Schyliłem się, jednym ruchem dobyłem z kieszeni płaszcza portfel i otworzyłem tak aby wszystkie trzy widziały gruby plik stuzłotowych banknotów. Nie musiały wiedzieć dwóch rzeczy, że nie używam kart i muszę mieć gotówkę i że dwa dni temu miałem wypłatę. Nie patrzyłem na nie, słyszałem tylko jak ich oddechy miarowo stają się cięższe. Udawałem, że nie wiem, że patrzą cały czas na pieniądze. Wyciągnąłem dwa banknoty i uniosłem wzrok na dziewczynę w tenisówkach. Sięgnąłem do jej spodni i wcisnąłem pieniądze do kieszeni
- Jest sroga zima. Kup sobie ciepłe buty – mówię gdy ona zaczarowana stoi jak posąg – Ale jest warunek. Nie mogą to być białe kozaczki- chyba zrozumiała bo delikatnie się uśmiechnęła.
Zmieszana nieco starała się przezwyciężyć jakiś wstyd. Nawet nie chcąc brać od faceta pieniędzy była pogodzona z tym, że są jej niezbędne. Nie trzeba stawać się wyrachowaną suką aby oddawać swoje ciało za pieniądze. Wciąż niektóre mogą czuć wstyd i płakać w kącie.
Chciała coś powiedzieć, na co kiwnąłem w milczeniu z zaprzeczeniem. Zrozumiała, że nie może tego mówić. Nagle jej twarz stała się promienna.
- Ha – ucieszył się głośno mój towarzysz – I przegrałyście drogie kozaczki po raz kolejny – tutaj obdarzył dwie dziewczyny wścibskim grymasem – Na świecie są istoty, którym wynagradza się uśmiech, gest, spojrzenie- zapalił kolejnego papierosa – Nie trzeba od razu proponować loda za dżinsy. W Chinach na ten przykład dziewczynki proponują dżinsy za loda- zaciągnął się z pasją. Cały się cieszył – No co? Szmaty, za które wy sprzedajecie dupy i co za tym idzie duszę, one tam szyją za miskę ryżu. U nas rzecz jasna kosztują ponad dwie stówki. Niewolnictwo musi się opłacić, a wy biedne musicie się tak bardzo gimnastykować na jedną parę chińskich dżinsów. Brać w usta kutasa obcego faceta, który być może chwilę wcześniej wsadzał go w tyłek sprzątaczki w toalecie. No co? Nie ma co się dziwić. Nie słyszałyście legend o polskich sprzątaczkach na londyńskim lotnisku? Walili je wszyscy za parę funtów. Hindusi, żółci, czarni jak smoła murzyni, niemcy, szkoci. Były większymi gwiazdami niż wy. Znały smak loda z każdego kraju z każdego kontynentu. A po robocie znały smak lodów z krajów biedniejszych bo jeden lód w tą czy w tamtą nie robi żadnej różnicy więc można stwierdzić, że to całkiem dobry sposób na sympatię tych facetów, którzy nie mieli tyle funtów co reszta ale mieszkali w okolicy albo byli w rodzinnego miasteczka. Sentymenty kurwa.
A najlepsze jest to, że jak wracały do ojczystego kraju, do czekających na nie chłopaków, to czuły się źle tylko z powodu tego z rodzinnego miasteczka, a nie z powodu tych setek lodów na lotnisku – spalił całego papierosa. Wstał i wyrzucił pojarę do kosza na śmieci – Nie ma co się dziwić – wrócił do nas spoglądając na nie. Nie nadążały za rozwojem sytuacji.
Jedna z nich klepnęła drugą w ramię wskazując głową aby ruszyły. Dziewczyna w tenisówkach podbiegła do pobliskiego baru i wróciła równie nagle. Poganiana przez koleżanki włożyła kartkę papieru do kieszeni mojego płaszcza. Idąc za tamtymi odwracała wciąż głowę do mnie. Śmiała się w środku.
Też się uśmiechnąłem.
- Fajny masz ten płaszcz- oznajmił mój towarzysz dotykając palcami materiału.
- Jest twój – powiedziałem sięgając do kieszeni płaszcza po klucze od samochodu – Ale bez tego – znalazłem też kartkę od dziewczynki.
- Będziesz patrzył na podeszwy jej nowych bucików, ściskając jej piętnastoletnie nóżki w kostkach, podczas gdy ona będzie stękać, popychana przez Ciebie, plecami po łóżku? – nawet na mnie nie spojrzał gdy to mówił. Wciąż delektował się dotykiem płaszcza. Ja nawet nie spojrzałem na niego, gdy wstałem i poprawiłem koszulę.
- Podoba mi się ta wizja – powiedziałem monotonnie.
- A może chcesz ją uratować co? – podniósł się i ściągnął swoją sfatygowaną kurtkę. Nie słysząc mego głosu, uniósł głowę i wpatrzył się w moje oczy. Ponownie wścibski uśmiech zagościł na jego twarzy – Poważnie? Ratować młodą kozicę, pachnącą jeszcze mlekiem i kwiatami z łąki, z ciałem jędrnym jak wcześnie zerwana brzoskwinia, z ustami wciąż nie grzesznymi i wstydliwymi oczyma? Ratować ludzkie cudo?

"Ideałem mężczyzny jest kobieta, której nie może znaleźć." - Alfred Musset

- Chodź – mówię do niego ściągając gniewnie skronie- Kupisz sobie jakieś buty – kiwam głową na niego, kiedy ubrał się w płaszcz – Kolorystycznie do dupy ze starymi.
- Czemu?- zapytuje na co marszczę czoło. Wiem jednak, że się nie ruszy jak mu nic nie powiem.
- Są święta. To taki prezent…- nie kupuje tego i słusznie robi - …prezent dla mnie.

    Pożegnaliśmy się godzinę później. Widać było, że w ciepłych butach czuje się lepiej. I w suchych. Nie mówiłem mu tego ale w płaszczu zostawiłem mu też prezent. Idzie ostra zima, kto wie czego mu zabraknie.

   Na drugi dzień zadzwoniłem do dziewczynki w tenisówkach. Ale to była już przeszłość. Gdy stanęła w progu mego mieszkania miała na sobie ciepłe kozaki na płaskiej podeszwie sięgające połowy łydek.
- Wiesz kim one były? I co robiłyśmy w tej galerii?- zapytuje na co kiwam z aprobatą w milczeniu. Popija sok pomarańczowy siedząc w rogu kompletu wypoczynkowego – Czy to coś zmieni jak powiem, że jeszcze nigdy czegoś takiego nie robiłam? Czy będziesz delikatny? Bo jestem gotowa, wiem to. I chcę się odwdzięczyć.
- To prezent – mówię jej ale chciałbym wypowiedzieć więcej słów.
Jednak nie teraz.
- Co w tym złego? Gdyby nie Ty łaziłabym tam za jakimiś żonatymi, dzieciatymi staruchami albo napalonymi brudnymi dresiarzami. Tak wygląda tamten świat. Lepiej trafić nie mogłam – rozejrzała się po mieszkaniu – Samotny zadbany mężczyzna. I do tego cholernie mi się podoba. Nie zmarnuję takiej okazji.
Nalałem sobie żubrówki i soku i usiadłem w fotelu po drugiej stronie ławy.
Podciągnęła swoje nogi pod pośladki ściskając dwoma szczuplutkimi rączkami filiżankę z sokiem. Między nami paliła się świeczka zapachowa, telewizor wyświetlał jakiś film.
- Dostaniesz trzydzieści złotych za każdą godzinę – mówię po chwili patrząc jej uważnie w oczy. Nie bardzo wiedziała co powiedzieć więc mówiłem ja – to kiepski układ ale na lepszy mnie nie stać. Być może nawet i na ten mnie nie stać. Kiepski układ i dla mnie i dla Ciebie. Dla mnie, bo w każdym dniu jest dużo godzin, a dla Ciebie bo za godzinę zarobisz tyle ile możesz wziąć za pięciominutową robotę.
- Potrzebujesz godzin?
- Tak – wypowiadam lakonicznie dopijając drinka haustem.
Wpatruje się we mnie tymi sarnimi oczyma, usta jej delikatnie pozostają rozchylone, długie rzęsy od czasu do czasu trzepoczą jak parasolka na wietrze. Przeczesuje dłonią krucze włosy gdy w filmie rozbrzmiewa piosenka, a ona zaczyna kiwać w jej rytm głową.
Patrzy na mnie nie odrywając wzroku. Znowu się w środku uśmiecha. Zaczynam za to ją lubić.
- Okey. – mówi szybko i chowa wargi w kubku przymykając powieki. Nie ze wstydu.
Aby rozwiać tą chwilę chwyciłem flaszkę z zamiarem przyrządzenia kolejnego drinka kiedy zadzwonił telefon. Przyglądałem się chwilę ekranowi i odbierając wpatrzyłem się w oczy dziewczynki wtulonej w półmrok pokoju.
- Widziałam Cię wczoraj pod kinem – powiedział głos. Znałem ten głos doskonale. Od dawna wskazywał mi drogę.
- Wiem – miała na sobie beżowe rajtuzy i sukienkę za kolana. Miała na sobie wszystko co podkreślało jej dziewczęcość. Za kilka lat będzie musiała się przebrać – pomyślałem, a głos w telefonie powiedział.
- Ledwo co doszłam do samochodu. To dziwne uczucie. Istniejesz od lat ale spotkanie Ciebie w miejscu publicznym gdzie nie jestem sama to zupełnie nowa emocja – głos jest smutny, daleki, dziewczynka jest wesoła, bliska – Widziałeś mnie? – wiedziała, że widziałem ale upewnia się.
- Widziałem was oboje – mówię i nic więcej mówić nie trzeba. Telefon milczy.
Dziewczynka też milczy. Za kilka lat i ona będzie dzwoniła do mężczyzny. Będzie dzwoniła wtedy kiedy zakochany w niej chłopak jest poza domem. I powie mu to co powiedziała kobieta dzwoniąca do mnie – Bardzo mi ciężko z tym wszystkim. To nie jest na moje siły. Już od roku próbuję sobie poukładać życie – głos się urywa. Teraz powinienem usłyszeć swój głos ale ja nic nie mówię. Nie ma już nic co mógłbym powiedzieć.
Nie ma zaklęcia, które może zmienić rzeczywistość.

"Prawdziwa kobieta? Ma ona dar szczególny budzenia i rozwijania w mężczyźnie wszystkiego, co dobre i szlachetne." - Lew Tołstoj


Dziewczynka spoziera na mnie nieco podejrzliwie ale cały czas jest roześmiana gdzieś w środku. Zachowuje się tak jakby było jej ciepło. Jak mój kot gdy przychodzi z dworu i odnajduje jakąś moją kurtkę rzuconą gdzieś aby się w nią wtulić. Tak jakby chciał być blisko mnie, ale nie koniecznie ze mną. Koty są dziwne. Dziewczynki też są dziwne. Kobiety są jednak najdziwniejsze – Kiedyś też będziesz taka dziwna – mówię sobie w myślach tonąc w ślepiach stworzenia, które czuje ciepło w mej jaskini.

- Układaj sobie życie – mówię do telefonu, płomień świecy pada na mą zimną twarz. Po stronie dziewczynki jest jaśniej, w rogu na półce świeci się lampka – daję Ci słowo, że nie zrobię niczego co miałoby temu przeszkodzić – mój głos nie jest wrogi, nigdy nie był wrogi. Jest zimny ale to nic nie znaczy. Nie wobec kogoś takiego jak ona. Była tam, gdzieś w mroku zimy, po drugiej stronie miasta. Jej oddech głaskał moje ucho -Trzymaj się Maleńka – mówię, a dziewczynka nieco poważnieje. Jakiś pąs zdobi jej twarz, a kiedy odkładam telefon, podnosi na mnie ciekawskie spojrzenie. One wszystkie tak patrzą, a wtedy ja już przepadam gdzieś w środku samego siebie.
- Dziewczyna? – zapytuje kładąc głowę na poduszce. Patrzę przez chwilę na jej ramiona w kolorze mleka po tym jak ściągnęła sweter aby pozostać w podkoszulce.
Kiwam głową w zaprzeczeniu i nalewam soku do wódki.
- Elf – mój głos urywa się w łykach trunku, ona patrzy na mnie, a mi wydaje się jakbym znał ją od wieków. Z mroku przedpokoju przychodzi kot, czarny jak ciemność. Mija mnie i przystaje na chwilę przy sofie wąchając spadający z niej rękaw swetra dziewczynki. Merda ogonem i wskakuje obok jej stóp. Ona wydaje radosny dźwięk i chwyta go w dłonie. Patrzę na zdrajcę jak przepada w jej ramionach, wtulając się w malutkie piersi.
Dwa wdzięczne stworzenia na moim łóżku, oblane światłem z mojej lampki. Spokojne, chyba szczęśliwe gdy czują na sobie wzrok mych niebieskich, smutnych oczu.
Jakiż paradoks kryje się we wzroku i w uczuciu. Jakiż absurd w szczęściu osiąganym za pomocą nieszczęśliwych oczu. Żyjemy w złudzeniu aby nie mówić sobie prawdy.
- Elf? – kiedy posiadła już mojego kota, otrząsa się i docieka - Taki z bajki?
- Z najlepszej bajki.
- Nie wyglądasz na szczęśliwego. Czy aby to dobra bajka?
- Nie ma w niej muminków, zamków i rycerzy na białym koniu. Księżniczki wcale nie śpią, a smoki dawno już wymarły. I na końcu nikt się nie cieszy – nalewam soku do jej filiżanki – Co nie zmienia faktu, że to najlepsza bajka.
- Bez szczęśliwego zakończenia?
- Radość to nie to samo co szczęście. Radość nie musi czynić szczęśliwym. Ona sama w sobie jest dobra, pozytywna. Wystarczy choćby jakaś jedna emocja która sprawia, że zamykasz na chwilę oczy i jesteś bardzo daleko. Jedna taka emocja z nawet całej, długiej, dramatycznej historii. I to jest coś co można mieć zamiast szczęścia. A szczęście? To nie jest najcenniejsza wartość. Owszem jest fajne, kiedy wiemy, że Kubuś Puchatek ma zajebiście dużo miodu, tygrys bryka jak nażarty amfetaminy, prosiaczek czy królik robią na drutach, maleństwo jest blisko matki, sowa…- urywam i marszczę czoło - …co właściwie tam robi sowa?- ona roześmiana wzrusza ramionami, ja wskazuję na nią palcem i odwracam się do komputera. Odnajduję w bibliotece plik filmowy i włączam wyświetlając obraz na telewizorze.
- Będziemy oglądać bajkę? – patrzy z niedowierzaniem na ekran.
- Myślałem, że to już uzgodniliśmy – rzucam jej zagadkowe spojrzenie. Głaszcze mojego kota lecz wciąż nie może się nadziwić.
- Co?
- No, że płacę Ci kasę za godziny.
- Za oglądanie bajek? – otwiera swe śliczne oczęta w niedowierzaniu.
- A o czym Ty myślałaś? – robię głupią minę, patrzę w jej ślepia, kot mruczy do niej aby nie drgała tak.
Sam bym mógł tak mruczeć aby tylko nie drgała, nie ruszała się, nigdy nie poszła sobie z tego miejsca.
- Kto Ty jesteś? – zapytuje cicho kiwając jednocześnie palcem abym i ja mówił ciszej bo przeszkadzamy kociakowi.
- Nikt specjalny – sięgam po drugą literatkę, nalewam jej słabego drinka, podaję i wznoszę toast – Najpierw dowiemy się czym właściwie zajmuje się sowa, później zamienimy te zwierzaki na inne zwierzaki. Zawsze jednak będzie to bajka, bez znaczenia czy będą w niej ludzie, niedźwiedzie czy smoki. A kiedy już przez to przebrniemy i będziemy mieli trochę szczęścia ja spojrzę w Twoje oczy i ujrzę w nich kogoś kogo szuka się po bagnach i grzęzawiskach. I być może moje oczy zmienią się w oczy kogoś z tej strony lustra. Tymczasem jednak nie pozostaje nam nic innego jak być tam gdzie jest spokojnie, gdzie świat za oknem przestaje mieć znaczenie, a czas staje w miejscu – rozkładam się w fotelu, opieram nogi o sofę. Ostatni raz patrzę w jej oczy i widzę pierwsze zdziwienie światem. Zdaje się, że dostrzegam jak aprobuje niezauważalnie, po czym przytykając palec do swych wąskich ust wyszeptuje – ciiiiiiiiiiiiiii – a jej lewa dłoń na chwilę tylko przestaje głaskać głowę kota i wskazuje mi zachęcająco miejsce klepiąc w sofę tuż obok niej.
Nie mogłem z nią dyskutować, w końcu miałem być cicho.

Została tak jak kilka lat temu został kot.
Pierwszego wieczora zrozumiała, że nie będzie zabawką, za którą zobowiązałem się płacić. Stała się częścią mojego mieszkania, a po chwili częścią mojej codzienności. Zmieniła się z dziewczynki, jaką ujrzałem po raz pierwszy. Cywilizowany świat ją gonił, a ona jako dziecko z biednej rodziny czuła się upokorzona wśród reszty dzieci w szkole. Każda dziewczynka chce mieć ładne perfumy, każde dziecko chce mieć czasem kanapkę w szkole.
Przychodziła co najmniej kilka razy w tygodniu. Któregoś dnia stwierdziła, że chciałaby przychodzić codziennie o ile nie mam nic przeciwko. To ciepłe mieszkanie gdzie zawsze mogła zasnąć bez awantury w domu, gdzie w lodówce było jedzenie, gdzie mogła pograć na komputerze stanowiło dla niej azyl.
Sam kiedyś miałem swój azyl. Sam mam wciąż swoje azyle, wyspy na które uciekam. Oznajmiła, że jak będę chciał być sam, ona może czytać w drugim pokoju i że nawet nie zauważę, że ona w ogóle jest.
- Chcę negocjować naszą umowę – rzekła któregoś dnia z nabytą pewnością siebie.
Ciekawe gdzie ją nabyła
- Renegocjować – poprawiam ją, na co się uśmiecha.
- Tak. Renegocjować – wypowiada szykując kanapkę i podając mi. Najzwyczajniej w świecie robiła codzienne rzeczy których nie cierpiałem. Sama z siebie. Nawet nie pamiętam którego dnia zaczęła. Oglądaliśmy kolejny film, gdy kazała wstrzymać się chwilę, wyszła do kuchni aby przynieść wielki talerz z pysznymi kanapkami i dwa kubki kakao. To było dosyć dziwne, bo od lat nie kupowałem kakao, na co ona wzruszyła ramionami i od niechcenia ale jak zwykle ciepło, odparła, że co z tego skoro ona kupiła.
- Jaka jest Twoja propozycja? – zaczynam niepewnie, chociaż i tak trudnym jest mi utrzymać dotychczasowy stan rzeczy. I tak już przestałem kupować męskie zabawki.
- Nie pozwól mi tylko umrzeć z głodu – powiedziała wtedy i pierwszy raz pocałowała mnie w policzek – W wakacje znajdę pracę, będzie lżej - no i renegocjowała swój kontrakt.
Stała się moją rzeczywistością, aż któregoś dnia przyszła z siniakami na ramionach.

Ułożyłem ją wówczas do snu i tam została ze łzami w śpiących oczach.


   Zadzwoniłem do znajomego i pojechałem na miasto. Przywitałem się z nim i jego kolegą, o którego poprosiłem aby zabrał ze sobą i przesiedliśmy się do mojego samochodu. Siadłem z tyłu, oni obaj z przodu. Był dzień wolny od pracy kiedy podjechaliśmy powoli sunąc pod staromiejską zabudowę. Żule schowani po bramach patrzyli na nas, dostojna limuzyna gniewnym pomrukiem ośmiu cylindrów wciskała się w kamieniczne podwórze. Czterech oprychów łypało złowrogo, z okien wyjrzały znudzone postacie. Dzielnica podobna była do mojej kilka lat temu, a właściwie kilkanaście. Obskurne kamienice z drewnianymi schodami, wewnątrz brukowane podwórka. Smród wymiocin i syfu. I ludzie żyjący jak w klikach. Każda obca twarz była zawsze wrogiem. I nigdy nie toczyło się to jak na gangsterskich amerykańskich filmach. Zbiry w naszych realiach nie miały broni palnej tak jak i my. Tutaj naprawdę można było toczyć walki do ostatniej kropli krwi. Tam w przypadku dobrego strzelca żaden gangster nie miał szans. Tutaj, wjeżdżając musiałeś mieć oczy wszędzie, liczyć zbliżające się kroki i tempo oddechu na klatce schodowej.
Kierowca zatrzymał auto na samym środku dziedzińca. Od strony pasażera wysiadł potężny mężczyzna. Na co dzień był policjantem i moim znajomym ale nigdy nie mogłem nadziwić się jego gabarytom. Przerażający bydlak. Otworzył mi drzwi i rozglądając się bacznie acz bez krzty strachu, czekał aż wysiądę. Kierowca też opuścił samochód, był prawie tak tęgi jak mój kumpel i tak samo umiał przybrać morderczy wyraz twarzy. Czterech osiłków wróciło do obalania wina przestając się nami interesować tylko po to aby nie stwarzać punktu zaczepnego. Głowy w oknach cofnęły się, dzieciaki odbijające piłkę pokazywały nas palcami. Ruszyłem na drugie piętro, za mną wspinali się znajomi.
Nacisnąłem na klamkę starych drzwi i wszedłem do wielkiego przedpokoju. Dwa potężne ciała stanęły za mną, naprzeciw niedawno obudzony mężczyzna. Starał się trzeźwieć za pomocą zimnego piwa.
- Pobiłeś ostatnio dziewczynkę – mówię głosem śmiertelnym – Bijesz ją często bo uważasz, że masz takie prawo. To Twoja córka. Bijesz też żonę, bo też masz takie prawo. Tak uważasz. To jej matka – jeden z moich kolegów podchodzi do niego i wyciąga mu piwo z ręki. Pijaczek sięga mu do klatki piersiowej, chce coś wybełkotać, kumpel łapie go za ramiona i unosi w górę. Mówi do niego, że zna lepszy sposób na otrzeźwienie i rzuca go jak kukłą o ścianę. Facet pada nieprzytomny.
Budzi się po kilku podtopieniach w wannie napełnionej zimną wodą.
- Mam powtórzyć czy zakodowałeś? – pytam na co w panice kiwa głową – W życiu swoim spotykałem różne takie kurwy jak Ty. Kiedyś lałem się z nimi każdego wieczora na chodnikach, ulicach, w mordowniach wszelkiej maści. Okazało się, że nie można was naprawić. Jesteście jak zepsute urządzenie. Jak stary telewizor, którego się nie reperuje ale jak się mu przypierdoli to przez chwilę chodzi dobrze – przytrzymując go, jeden z moich kompanów opiera faceta o ścianę. Patrzy na niego ciężko, a gdy tamten próbuje coś powiedzieć, potężnym uderzeniem wielkiej pięści wciska mu żołądek w kręgosłup.
Kuli się na posadzce jęcząc jak zarzynane prosię. Z ust wydobywają się wymioty. Daję mu chwilę i nawet gdybym miał czuć ból i litość nie mogę się cofnąć. Znam ten gatunek zwierzęcia. Spałem trzydzieści lat pod jednym dachem z taką bestią.
- Nie wierzę w resocjalizację. Kiedy jakiś huj dokonuje gwałtu, jadę z chłopakami i zakopujemy go. Zakopujemy go z odciętym kutasem włożonym w usta, z głową wystającą z ziemi. Nie może wypluć kutasa bo jest zakneblowany. Po godzinie przyjeżdża jego żona. Nie przez przypadek, sam ją powiadamiam o tym, że jej mąż potrzebuje pomocy i gdzie jest. Z początku jest w szoku widząc wystającą z ziemi, obitą mordę swego kochanego. Odkleja mu plaster z kneblem i mdleje gdy z jego ust, które tak często całowała, wypada ucięty piłą do metalu członek. Nie można pozwolić aby takie ścierwo płodziło dzieci – facet siada i opiera się plecami bezwładnie o ścianę łazienki. Ktoś nagle wchodzi do mieszkania. Dają się słyszeć męskie, szybkie kroki i głos zapytujący gospodarza po imieniu. Kumpel wychodzi na przedpokój, słychać tylko dwa puste uderzenia. Wraca po kilku sekundach, nic nie mówi, wciąż patrzy beznamiętnie na ciało przy wannie. Upaja się jego strachem – Żona oczywiście się budzi ale zanim zadzwoni na policję, znajduje obok ze szczegółami przedstawioną pasję męża. Czy wiesz, że są żony które nie dzwonią po tym już na policję? Ani na pogotowie? Zwyczajnie sobie idą. Nawet jak grzybiarze zjawią się na drugi dzień, zawsze jest za późno. Znam takie miejsca gdzie wiele litrów krwi broczy ziemię. Chcesz abym Ci pokazał to miejsce? – facet pół przytomny kiwa przecząco głową – Więc zawrę z Tobą układ. Jeżeli jeszcze raz zobaczę na ciele twojej córki siniaka albo na ciele twojej żony lub zwyczajnie się dowiem, że jesteś dalej takim parszywym skurwielem to zabiorę cię w to miejsce. Oczywiście nie jesteś gwałcicielem. Skąd, ty jesteś panem domu i podwórka. Lubisz zwierzęta i kumple od kielicha mają Cię za szlachetnego obrońcę kobiet i dzieci. Nigdy przecież nie pozwolisz zrobić krzywdy swoim bliskim. Co innego napierdalać ich osobiście. W końcu należą do Ciebie – kucam przed nim i łapię go za szczękę. Unoszę bezwładną głowę i patrzę w oczy – Od dzisiaj ty należysz do mnie. Jeżeli podniesiesz na córkę lub żonę rękę, to ci ją utnę. I tak cię zakopię, z tą tylko różnicą, że zrobię to w chlewie pełnym głodnych świń. Świnia zeżre wszystko, poczynając od odgryzienia ci nosa. Będziesz wtedy błagał aby krew odpłynęła z Twojego ciał szybciej niż rośnie ich apetyt.
Zeszliśmy w dół po skrzypiących stopniach. Na zewnątrz nic się nie zmieniło. Żegnano nas w ukradkowym milczeniu.
Po chwili dziękowałem znajomym za odegranie znakomicie ról. Można było pójść i spuścić wpierdol temu człowiekowi samemu lecz to u takich ludzi nie wywołuje wystarczającego strachu aby chcieć się zmienić w tym jednym aspekcie. To ludzie, którzy nie czują lęku przed siłą, nie raz dostali wpierdol, łamali kości na ulicach swych plugawych okolic. Można było zawładnąć nimi tylko poprzez symbol niezniszczalności, czegoś większego od pojedynczego, wkurzonego furiata.
Trzeba było mu pokazać, że to nie jest awantura lecz wizyta śmierci.
- W co Ty grasz Mag? – zapytał kolega gdy zaparkowaliśmy przy ich tajniackim wozie policyjnym.
- W szachy gram – zapalili papierosy, ja podziękowałem.
- Przeciwko diabłu? – oparli się o auto i spoglądali na mnie.
Wciąż jeszcze było widno, w mojej pościeli spała ona, a do niej zapewne tulił się kot. Świat wyglądał nieco lepiej.
- Przeciw Bogu i Diabłu – dodaję od niechcenia.
- Myślałem, że Bóg jest po naszej stronie- uśmiecha się facet, którego dzisiaj poznałem. Równy chłop.
- Ja też tak myślałem. Później otworzyłem oczy. I nauczyłem się grać w szachy. Przeciw Diabłu, który jest zawodowym skurwielem i przeciw Bogu, który jest psychopatą z zamiłowania.
Kumpel wdeptał z niesmakiem papierosa w ziemię i klepnął mnie w ramię.
- Ktoś już kiedyś ich ograł? – otworzył drzwi samochodu, spojrzał trochę smutnawo jak wyszukuję w kieszeni portfel – Nie obrażaj mnie nawet- urwał moje zapędy.
- Za fatygę – mówię głupio.
- I tak byliśmy w pobliżu. Kręcimy się po ulicach łapiąc takich złych jak Ty – podał mi dłoń z uśmiechem. Pożegnałem też jego kumpla i obserwowałem jak odjeżdżają.

Stałem chwilę targany mrozem. Pozostało niespełna kilkanaście dni do końca kolejnego roku. Pomyślałem o śniegu i choince. Nie było śniegu i nie miałem choinki. Ciekawe czy ona kiedyś cieszyła się z choinki, czy miała choinkę. Postanowiłem, że nawet jak nie uda mi się załatwić śniegu to będzie duża, pachnąca choinka. Ona będzie ją stroiła, a ja wówczas spokojny zasnę na chwilę aby później móc żyć wiecznie.

"Nie krytyk się liczy, nie człowiek, który wskazuje, jak potykają się silni albo co inni mogliby zrobić lepiej. Chwała należy się mężczyźnie na arenie, którego twarz jest umazana błotem, potem i krwią, który dzielnie walczy, który wie, co to jest wielki entuzjazm, wielkie poświęcenie, który ściera się w słusznych sprawach, który w swych najlepszych chwilach poznał tryumf wielkiego wyczynu, a w najgorszych, gdy przegrywa, to przynajmniej przegrywa z odwagą, nie chcąc, aby jego miejsce było wśród chłodnych i nieśmiałych dusz, które nigdy nie poznały ani smaku zwycięstwa, ani smaku porażki." - Theodore Roosevelt


   Okazuje się czasem, że grudniowe uniesienia człowieka zmieniają rzeczywistość. Niestety okazuje się, że najczęściej na chwilę, ale to zawsze coś. A może to zwyczajnie zapach pieczonego gdzieś w okolicy ciasta.
Ojciec mojego małego elfa wrócił do roboty, którą olał gdyż wpadł w cug alkoholowy. Tacy tylko czasem wyglądają jak ludzie, zbyt rzadko jednak aby z nimi ich mylić. Facet jednak nie tyle co unikał kontaktu z żoną i córką jakim miał nie wchodzić w drogę ile wykąpał się, ogolił i stanął przed lustrem z nową siłą. Szukał gdzieś wewnątrz siebie tej części mężczyzny, która być może jeszcze nie umarła.
Na sześć dni przed wigilią, przyniósł do domu choinkę. Przyniósł ją na trzeźwych nogach, całkiem żywą, dużą i piękną. Jego żona z niedowierzaniem patrzyła na niego gdy ciosał pień pewnie ściskając nóż w dłoniach. Córka natomiast z milczącym uśmiechem wpatrywała się w matkę. Była radosna jej spokojem.
Następnego dnia mężczyzna wyszedł rano, robiąc sobie kanapki do pracy i podążając na budowę, na której pracował.
Dziewczynka przyjechała do mnie po szkole i gdy ja wróciłem z roboty ona zalała gorącym mlekiem kubek kakao. Zauważyła, że wyglądałem inaczej gdy trzymałem kubek tego napoju w dłoniach i delektowałem się nim. Chyba lubiła ten mój wyraz twarzy.
Nigdy nie opowiadała mi o domu, a ja nie pytałem. Milcząco poznawałem każdą emocję, wszystko umiała wypisać na twarzy i wszystko umiała ukazać barwą głosu. Była może nie tyle co szczęśliwa ile radosna. Inna, spokojna. Uśmiechała się równie często co wcześniej ale teraz uśmiechała się całą sobą. Już jej oczy nie pozostawały takie nieruchome.
Cztery dni do wigilii postanowiła kupić prezenty mamie, tacie i mi. Zaoszczędziła pieniądze i była jak rozbrykane dziecko na placu zabaw kiedy przemierzaliśmy pasaż w galerii handlowej. Odwiozłem ją do domu, przyłożyła usta do mego policzka i pobiegła po schodach. Jakaś mroczna postać kiwnęła mi głową gdy wsiadałem na powrót do samochodu. Odkiwnąłem. Nigdy nie bałem się mrocznych postaci. Sam byłem mroczną postacią.
Kolejnego dnia opowiadała mi jak rodzice cieszyli się z upominków. Czuła się jak głowa rodziny, cementowała tych dwoje dawno temu kochających się ludzi, a teraz tak bardzo smutnych i rozczarowanych życiem. Na końcu tego oznajmiła głosem nieznoszącym sprzeciwu, że mój prezent dostanę pod choinkę w wigilie właśnie. Dopiero wówczas rozejrzała się w popłochu po pokoju, wybiegła z niego i lustrując resztę pomieszczeń wróciła z reprymendą wypisaną na twarzy.
- Jesteś gorszy niż dziecko – obarcza mnie tym spojrzeniem – gdyby nie ja i kolędy w telewizji myślałbyś, że to Wielkanoc – siedzę niewinnie na sofie po tym jak podniosłem głowę znad książki.
- Chciałem abyśmy razem wybrali to drzewo. Nigdy nie masz czasu – podejmuję rękawicę, na co ona robi wielkie oczy.
- Dobrze. Jutro pójdziemy po choinkę – teraz zerka na kalendarz wiszący na ścianie. Już dawno zauważyłem, że chce się do niego przyczepić – Więc jak już jesteśmy przy świętach to może zmienisz kartkę na grudzień? – spogląda nieco gniewnie na mnie – Z początku myślałam, że to pomyłka ale widocznie kręci Cię ten kwiecień – podchodzi do ściany i literuje wypisaną dedykację od dziewczyny ze zdjęcia w kalendarzu – Filipku, Wieczny Łowco – czyta z przekąsem ale w jej głosie jest coś naprawdę smutnego. Tak jakby obawiała się, że nigdy nie może być taką dziewczyną z kalendarza.
- To pomówienia – wypowiadam zalotnie – Nigdy niczego nie złowiłem.
- Więc ta ślicznotka nie mówi prawdy? Zwyczajnie zmyśla?
- Tak powstają legendy. Uczysz się o tym każdego dnia – sięgam po mandarynkę – Okazuje się, że wilk nie zjadł czerwonego kapturka dlatego, że był zły. On był zwyczajnie głodny.
- Ona też była głodna jak to pisała?
- Wierzycie w to co pasuje do waszego obrazu. Takie jesteście – wstaję i podaję jej połowę obranej mandarynki – Patrząc na szczerzącego kły psa jesteście przekonane, że jest wściekły. I że zaraz kogoś ugryzie. A on najprawdopodobniej broni się przed tym co chcecie mu zrobić. Ale to nie do końca wina kobiet. Ja również jak widzę jastrzębia szybującego nad łąką wiem, że zaraz zginie jakaś mysz, gołąb, bądź wiewiórka. Tacy jesteśmy. Żyjemy przekonaniami bo one są zgodne z naszą wiedzą. Nie chcemy się już uczyć. A okazuje się, że jak usiądziesz na takiej łące i przyjrzysz się temu ptakowi, między tym zanim wyleci z gniazda, a tym zanim upoluje swą ofiarę można się go nauczyć. I zobaczyć, że jemu chodzi o coś zupełnie innego.
- Lubisz wiewiórki – uśmiecha się pochłaniając owoc – Czytałam – lubi ze mną flirtować ale to nic złego. Sam lubiłem z nią flirtować. Tak dzieje się w świecie przyrody. Gramy i trenujemy jak młode gepardy walkę, pogoń za zdobyczą i umiejętność życia.
- Większość kobiet jest jak chłopaki nieznające się na samochodach. Jak dzieciaki, które patrzą na obły kształt auta, spojlery i niskie zawieszenie i od razu stwierdzają, że to musi być szybki wóz. A to tylko oszukany diesel.
- Ty nie jesteś oszukany diesel – teraz ona odwdzięcza się i obiera owoc. Wkłada mi w usta ząbek mandarynki – Nie możesz mieć za złe dziewczynom, że patrząc na faceta dostrzegają najpierw broń, która im zagraża. Jesteśmy jak policjantki na lotnisku, bo wy wszyscy nas przekonujecie, że każdy pasażer to terrorysta – zaskoczyła mnie. Nie posądzałem jej o retorykę, a tu proszę. Wie o tym i tym bardziej się delektuje sukcesem.
- Nie przemycę więc bomby na ten pokład? - uśmiecha się do mnie będąc myślami trochę daleko.
- Nie przeginaj – karci mnie palcem. Odwraca się nagle i zdejmuje kalendarz ze ściany. Obraca kartki – Przykro mi dziecino – mówi do kwietnia – To fałszywy terrorysta. On woli opowiadać dziewczynkom bajki niż podkładać bomby.

Na drugi dzień kupiliśmy naszą choinkę. Było późno, a ona chcąc być w tym okresie w domu, poprosiła tylko abyśmy z dekorowaniem drzewka poczekali do wigilii. Oczywiście zgodziłem się.
Nie lubiłem bawić się w takie zabawy. Zostawiłem więc zakupione bombki, światła i inne ozdoby w pudełkach i spiłem się.
Spiłem się sam starając się klecić słowa. O ile mój mózg opowiadał historie i realizował scenariusze, dialogi, wieczne dyskusje o tyle nie mogłem skupić się i przelać tego w pismo. Nie byłem w stanie złapać tych gonitw myśli. A gdy już się kładłem byłem daleko od klawiatury i ołówków. Wówczas historie opowiadały się same w mojej głowie, postacie ożywały, dialogi rozbrzmiewały w pokoju. Wiedziałem, że jak zapalę światło aby zapisać coś to wszystko umknie na tą chwilę. A może zwyczajnie wciąż z kimś gadałem.
Pozostało dwa dni do wigilii, na którą miałem zostać w domu. Uciekałem niemal zawsze ale teraz była ona. Kazała mi zostać bo przyjdzie po kolacji z rodzicami i spędzi ten czas ze mną.
Nie miałem nic przeciwko temu tak jak nie miałem lepszej alternatywy. Od kiedy pamiętam nie było lepszego widoku na ten dzień. I lubiłem kiedy ona była w pobliżu. Zasypiałem wtedy szybciej.
Tego dnia zostałem dłużej w i kiedy wróciłem znalazłem kartkę znamionującą jej obecność. Kartka mówiła, że jutro wraz z rodzicami jadą odwiedzić rodzinę i nie przyjdzie. Kolację wigilijną zaplanowali wcześnie więc równie wcześnie będzie mogła być u mnie. I abym znalazł jakąś fajną bajkę do obejrzenia. W końcu zapach ciasta czyni ten dzień lepszym od innych więc i bajka musi być wyjątkowa. Cieszyło mnie jak dziecko, że sprawia jej to przyjemność. I że w tych chwilach gdy mrok rozświetla obraz, a ona wtulona w sofę głaszcze kota lub ściska moje palce, wydaje się być w bardzo przyjemnym miejscu. W miejscu gdzieś poza tym światem, który jej się nie udał. Który nie udał się wielu z nas. Nie udał się też mi ale ja byłem już duży i przestałem się bać. Ona jeszcze nie była duża i chroniła głowę w dłoniach gdy szła przez burzę.
Każdy szuka zbawienia na własną rękę, samotnej wyspy na której będzie bezpieczny. Czegoś bardzo drobnego co nauczy być silnym. To bardzo trudno znaleźć i też bardzo łatwo ominąć. Każdy krok musi być uważny, ostrożny, cichy w chwilach gdy szukasz samego siebie.
A kiedy już znajdziesz siebie czeka Ciebie trudniejsze zadanie. Musisz tego kogoś zaakceptować.


   Późną nocą kiedy zdołałem zapaść w sen zbudził mnie telefon. Spojrzałem kto dzwoni i odebrałem.
- Mag – powiedział znajomy gliniarz – Musisz przyjechać – głos dochodził z pustki. Za oknem gdzieś w oddali przejeżdżał pociąg, księżyc zaglądał do pokoju, a głos wciąż mówi – Nie wiem z kim teraz grasz ale ten ktoś założył Ci szacha – wstałem absolutnie obudzony. Mogłem po przebudzeniu o jakiejkolwiek porze funkcjonować w pełni po sekundzie. Zawsze świadomy – Przyjedź do krainy elfów.
Powiedział i urwał. Ubrałem się i wyszedłem. Spojrzałem w niebo, było pełne gwiazd ale ciemniało. Serce poczęło dudnić jak wojenny bęben. Skronie ścisnęły mi czaszkę, dłonie szybkimi ruchami wędrowały po kierownicy, noga ciężko wciskała pedał gazu.
Do krainy elfów dotarłem przed upływem jednej piosenki. To była gniewna piosenka. Piosenka szykująca mnie do wielkiej bitwy. Wszystko czułem ale jeszcze nie wiedziałem.
Wysiadłem z wozu, przedarłem się przez policyjną taśmę. Na środku ulicy stały dwa wozy strażackie i kilka karetek. Dookoła taśm opatuleni kurtkami przerażeni ludzie. Dojrzał mnie od razu, podszedł i stanął między mną, a spalonym budynkiem.
Patrzył mi w oczy ale ja wcale go nie widziałem. Było ciemno, całkowicie ciemno.
- Jesteś bystry facet Mag – mówi jakiś głos, a ja stoję coraz mniej wyprostowany – Pytałem czy ktoś już ich kiedyś ograł, pamiętasz – wydaje mi się, że wcale nie mam oczu, nic przecież nie widzę więc czemu spływa mi po policzku łza. Odczuwam jak zatrzymuje się na wargach ale nie wdziera się do ust gdyż są one zaciśnięte. Unoszę głowę, nie dostrzegam gwiazd. W całkowitej ciemności nie widać zupełnie nic- Ograł ich już ktoś? – głos jest nieco cieplejszy, wydaje mi się jakbym się uginał, drżą mi nogi.
- Innych tak – z mroku dobiegają mnie własne słowa. Mówię całym sobą, bębny w moim sercu tłuką z furią, skronie akompaniują im – Tego nie ograł nikt. Najwspanialszy z niego gniewny Bóg – uderzyłem kolanami w coś twardego, podtrzymują mnie mocne ramiona. Teraz wiem, że klęczę na zimnym bruku, spoglądam w dół ale piekła też nie widać.
Nic u góry i nic na dole. Jest tylko tutaj i teraz.
- Spała Mag – czuję dotyk na ramieniu – Nie bolało jej – mówi smutno dłoń na ramieniu. Zatrzymuje się czas, jestem teraz całkowicie sam w sobie.
Nie wiem po jak długim czasie świat zaczyna chcieć się wedrzeć we mnie.
Głosy zlewają się z krzykami strażaków, dźwiękiem odjeżdżających karetek, spływającej wody ze zgliszczy mieszkania elfa. Jakiś głos mówi coś jakby o pijanym ojcu i rozpuszczalniku. O tym, że wrócił od rodziny gdzie popił, sąsiedzi słyszeli jak się awanturuje, później cisza, że chyba zasnęli. Nie wszystkich zbudził ogień.

 

   Otworzyłem oczy i dostrzegłem, że to nie jest świat, w którym tu przyjechałem. Jakieś niebieskawo żółte światła, biali i niebiescy ludzie, zapach spalonego drewna.
Byłem po drugiej stronie lustra, skronie grały już inną muzykę, serce przestało chyba być bo wcale go nie słyszałem. Chciałem być jak skała, a byłem tylko z gliny. Twarde posągi upadają z większych hukiem i żłobią ziemię.
Wsparłem się dłońmi o bruk, wyprostowałem ramiona podnosząc ciało. Stanąłem całym ciężarem na nogach i unosząc smutne oczy spojrzałem górę.
Niebo było już bez gwiazd.


"Lubię tę aurę ciemności, która go otacza. Lubię jego twarz, smutne oczy. Jest dziwnie piękny, niczym noc bez gwiazd." - Isabel Abedi "Nawiedzony dom"

 

   Kilka dni później nastał czas wielkich śniegów, które przykryły każdą smutną drobinę ludzkiego miasta. Nawet zgliszcza w takiej dekoracji wyglądają inaczej. I pamięć, która gnie kark skuteczniej od mrozu, deszczu i wiatru. Albo raczej nie pamięć tylko każda część twego ciała i mózgu, jaka - gdzie tylko się obrócisz - ukazuje Ci roześmiane oczy elfa. Kiedy próbujesz się wówczas uśmiechnąć dostrzegasz nagle ogień, a z ognia wydobywa się przeraźliwy krzyk.
To krzyk, który woła Twoje imię.
W tym śniegu musiałem podjąć jedyną słuszną decyzję aby jakoś siebie ratować. Wsiadłem więc któregoś dnia do pociągu i ruszyłem w Polskę po samochód terenowy.
Uciekałem też przed światem bez gwiazd.
W ciepłym przedziale otworzyłem książkę na kolejnej stronie. Z początku ta książka wydawała się nijaka. Była w zasadzie nijaka, aż doszedłem do momentu którego mogłem się spodziewać. Ten autor nie zawodzi. Kiedy przeczytałem kolejne dwie strony nie umiałem oderwać milczącego spojrzenia od białego krajobrazu. Do moich oczu gwałtownie chciała dostać się woda, mózg odczuwał jedynie gniew. Gdzieś w sercu drgała w furii żyła życia. Mistrz ukazywania tego mało pojętego przez większość ludzi pierwiastka męskości nie tyle co mnie nie zawiódł ile całkowicie opanował. Jakże bliskie były to słowa i odczucia które ja dawałem i miałem. I ból, tak niesamowity do sprecyzowania, że nawet nie siliłem się na to. Poczułem jak przedział ciemnieje, zmniejsza się. Świat stał się gówniany, nienawiść potęgowały nieżywe moje oczy. Niby znałem to wszystko wcześniej, czułem wiele razy ale teraz tak ujęło mi gardło, że krzyczałem na cały świat milcząco. Prawie widziałem w szybie jak umieram aby stać się kimś innym.
Dzień wcześniej usłyszałem od jednej z dziewczyn, tych nadobnych, roześmianych stworzeń, że nie mogę być twardzielem bo mam kota. Dla nich mężczyzna z kotem to romantyk. Uśmiechnąłem się pobłażliwie i zniknąłem w oddali. Jakże ciężko im nie tylko definiować męskości ale i ją rozumieć. Starałem się czasem o tym pisać ale o ile ja nie mogę być autorytetem, to geniusza pisarstwa należy traktować poważniej. I wydawać by się mogło, że pisze o tym o czym ja i ja piszę o tym o czym on. Ktoś mógłby podejrzewać, że czytamy siebie wzajemnie i kopiujemy, a rozchodzi się tylko o tą mała, magiczną rzecz; o umiejętność widzenia tego właściwego pierwiastka człowieczeństwa i pragnienie krzyczenia o nim na cały świat przez gniewne, pełne rozdzierającego bólu gardło.
Te słowa mną zawładnęły, spadałem i nie chciałem się zatrzymywać. Słowa wyrażają wszystko i uważajcie bo mogą one w was coś zabić. Jeśli chcecie być ludźmi musicie je ominąć, ja je czytam na okrągło aby wiedzieć, iż obrałem kierunek właściwy.
Właściwy aby być Złym.

" Idziemy na taras. Kobiety rozstępują się, w mroku widać tylko wysepki białych zębów jaśniejsze od żaru. Któraś uniosła głownię i dopiero teraz zobaczyłem maleńką istotę, całą drżącą i boleśnie skurczoną. Kilkumiesięczny gorylek, przypomina mi Tytusa. Powieki ma wepchnięte w oczodoły, plecy skatowane grudkami żaru. Dotykam go. Odskakuje, zakrywając główkę łapkami. Nie próbuje jednak uciekać.
Serce rozrywa mi litość, a skronie pulsują mi rytmem gniewu. Czuję nienawiść wprost morderczą. Biorę malucha na dłonie i przytulam ale to bezcelowe, zero reakcji. Zabito w nim już wszystko, jeżeli zabito instynkt rodzinny, który każe małpiej sierocie tulić się do człowieka.
Kładę go na ziemi. Jedna z dziewcząt celuje rozżarzonym węglem w kłębek bólu. Trafia. Kłębek podskoczył jak ukłuty machając łapkami rozpaczliwie. Lecą kolejne rakiety, czuć swąd gorejącej sierści. Dziewczęta cieszą się i klaszczą.
- Muszę wracać Panie komendancie.
- Już?
- Tak, już późno, a ja mam dziś sporo pracy.
- Dobrze, jest Pan wolny poruczniku.
- Chciałbym zabrać swoją spluwę, panie komendancie.
Kapitan Saturn daje znak. Z ciemności wysuwa się delikatna, upierścieniona dłoń, trzymająca mój pistolet. Strzelam gorylkowi w głowę dwa razy, tyle zdążyłem. Potem ta dłoń całuje mi czoło z siłą młota kowalskiego i tracę przytomność...
...leżę na tarasie, obok kłębka dymiącej sierści. Widzę pysk komendanta, pełen dzikiej pogardy i wstrętu.
- Myliłem się! Sądziłem, że jesteś inną kreaturą! Ale ty jesteś po prostu idiotom błądzącym między romantycznym idealizmem, a obojętnością niedzielnych cyników, i niemogącym się zdecydować. Inteligentne gówno!... zrobiło ci się żal małpy! Małpy!...uważaj byś nie musiał żałować samego siebie!...powinienem zamknąć cię w ZOO, wśród twoich przyjaciół, lub od razu rozwalić za to co zrobiłeś w moim domu. (...)
Podnoszę się nie bez wysiłku. Dotykam czoła. Mokro. Coś lepkiego, chyba krew. On dalej gada, tym samym syczącym głosem rozczarowanych przyjemniaczków.
- Szukasz swojej szczęśliwej wyspy w drugim świecie, w halucynacjach i snach? Nie jestem takim mądralą jak ty poruczniku ale czytałem, że w dawnych wiekach uważano, że śmierć to bliźnięta z brzucha jednej Matki Mrocznej Nocy. Uważaj! Pamiętam też jak w szkole kazano mi dwadzieścia razy przepisać rozdział z Saint - Exupery'ego. Rozdział o zasypiających porucznikach. Pamiętam każde słowo, a najlepiej ostatnie zdanie : i morduje się pięknych śpiących poruczników.- Uważaj!
Na co uważać? Niebo jest puste. Ziemia też jest pusta i prawie każdy jest zupełnie sam we świecie, o czym byś wiedział kapitanie gdybyś musiał dwadzieścia razy przepisywać rozdział Singera lub kogoś podobnego.(...)
- Nie, uderzono mnie w łeb czymś.
- Czym?
- Pierścionkiem.
- Kto to zrobił?
- Jedna z dziewczyn Saturna.
- Dlaczego?
- Bo zastrzeliłem gorylątko, znęcali się nad nim...
- Jak?
- Miało wydłubane oczy, przypalali mu skórę rozżarzonymi węglami, turlali ślepego...
- Po co?
- Dla zabawy...
- Dla zabawy...- powtarza Robert tym samym monotonnym szeptem - Dla zabawy...dobrze, zabawa jeszcze się nie skończyła...
Gdybym był kapitanem Saturnem, miałbym już tylko jeden cel w życiu - wykończyć Roberta. Lub zwiać stąd na koniec świata. Ale Saturn nie słyszał tego szeptu.
Kinga też eksterminowano dla zabawy.
(...) ...Robert miał tam coś co nie istnieje - był szczęśliwy. Czy jest szczęśliwy teraz? Skoro się jeszcze nie zastrzelił - to chyba tak. (...)Musiał maszerować parę kilometrów. Ale nie sam, bo kiedy wysiadł na tym przystanku, ujrzał Kinga siedzącego między słupkami. Witali się długo i gorąco, i ruszyli razem przez las. Przy sosnowych młodnikach ścieżka skręcała w prawo, ale kiedy chciał iść dalej, pies zastąpił mu drogę i nie pozwalał zrobić kroku. Zębami chwytał nogawki dżinsów i ciągnął boczną ścieżką ku kotlinie, którą można było obejść wioskę i trafić tam z drugiej strony. Robert ustąpił psu, pomaszerowali tą okrężną drogą.
Babcia stojąca w progu dała Robertowi rękę do ucałowania pytając:
- Czy otrzymałeś mój list?...ten gdzie pisałam, że na starej drodze jest teraz bagno, i że utopił się tam kowal i że trzeba iść krajem młodnika?
- Nie, babciu.- odpowiedział Robert.
- Więc chwała Bogu, że nic ci się nie stało!
- King nie dał mi iść starą drogą, poprowadził mnie dołem.
- King?...Mój chłopcze, jesteś zmęczony...To nie mógł być King.
- To był King babciu. Czekał na mnie koło przystanku autobusowego.
Babcia wzięła go w ramiona mówiąc:
- King już od roku nie żyje. Zatłukli go jacyś miastowi, przyjechali tu na pomiar. Upili się i zatłukli go kijami. Nie pisałam Ci o tym, żebyś się nie martwił ale teraz i tak byś się dowiedział.
Dowiedział się wszystkiego od wieśniaków, każdego szczegółu jaki znano. Spakował manatki, ucałował babcię i dziadka, i ruszył na przystanek autobusu. Dziewczynę zostawił pełną łez, ale miał serce skaleczone tak głęboko, że jej miłość i jej rozpacz nie znaczyły już dla niego nic prócz bladych wspomnień.
Wkrótce potem przyszło od babci parę listów. Pisała, że Robert zamienił się w wilkołaka, gdyż dziewczyna rzuciła na niego klątwę i urok, i że mieszkańcy okolicznych wsi boją się wędrować lasem. "

Waldemar Łysiak „Flet z mandragory”

 

Ludzie z przedziału przestali istnieć, stukot kół jadącego pociągu nie umiał dogonić nawet rytmu bicia mego serca. Las na horyzoncie przecinał biel ziemi. Nieba nie było.
Skronie poczęły odgrywać mi rytm wojennych. Moja twarz musiała być czerwona. Wiedziałem tylko jakie mam oczy, wiedziałem też, że jak któryś ze śpiących ludzi zbudzi się i spojrzy na mnie to będzie musiał uciec. Wiedziałem też, że gdy wysiądę z tego pociągu to już jako ktoś inny.
Nie zamykałem oczu, nie umiałem zamknąć oczu. Bałem się, że spod zaciśniętych powiek, przemknie się woda jak kaskada wodospadu.
Musiałem umierającymi oczami patrzeć na świat bez nieba.
 

-----------------------------------------------------------------------------------


 "Istnieją takie miejsca, które trzeba i można oglądać jedynie w ciemnościach." - Carlos Ruíz Zafón "Cień wiatru"

 

   Zmierzchało, a ciemność kładącą się z wolna na ulicach rozświetlały zwały śniegu.
To mógłby być prawie idealny zimowy dzień w wielkim mieście, o co jest niezwykle trudno. Może gdyby nie było jeszcze ludzi do okoła narzekających, że jest ślisko, a oni nie mogą bezproblemowo prowadzić swoich pojazdów.
Tak jakby zima nie charakteryzowała się śniegiem i zimnem.
Jedna z pań nerwowo walczyła ze skrobaczką przy szybach samochodu, jej mąż ze złością za pomocą rękawic pozbył się śniegu z szyb bocznych, przeklinając bogów, naturę i kto wie co jeszcze.
Spoglądający na to melancholijnie mężczyzna, przekładając ołówek w palcach, uśmiechnął sie do siebie w środku kawiarni. Pożegnał wzrokiem nieszczęśliwą parę jak w zawalonym śniegiem samochodzie oddalają się. Dziwił sie trochę, osobiście lubił poranki gdy mógł ubrać swoją ocieplaną, zimową kurtkę, założyć narciarskie rękawice i nie spiesząc się zrzucać śnieg z auta, przygotować szyby do drogi, zagrzać wnętrze. To była ta chwila kiedy dostrzegał, że świat jest naprawdę fajny i kiedy był spokojny. Później zrzucał kurtkę i rękawiczki, zmieniał buty i wciskał się w płaszcz. Natychmiast stawał się kimś innym, twarz mu smutniała, a gdy wjeżdżał na ulice obok innych, rzucał inwektywy przez okna i kazał wszystkim wypierdalać.
Sam o sobie wtedy mówił, że podnosi sobie cukier i gdy dojeżdża do biura jest spokojny. To nie była jednak prawda bo gdy dojeżdżał do biura chciał być jak najdalej stąd.
Zapisał ołówkiem coś na chusteczce higienicznej i poprosił kelnerkę o jeszcze jedną kawę gdy raptem spojrzał jak do wnętrza wchodzi dziewczyna i uśmiecha się do niego. Przedstawiła się imieniem, na co on poprosił, by usiadła. Była ładna, a ściągając szal wydała się jeszcze ładniejsza. Miała śniadą cerę, neutralnie wymalowane paznokcie i niebieskie oczy, którymi zerkała na mężczyznę nieco płochliwie lecz z aprobatą. Podobali się sobie.
Ona piła kawę i jadła ciastko z kremem, on zamawiał zimne napoje, nie chcąc wciąż poić się kofeiną. Czekała go noc, a i bez kawy jego serce wpadało w rytm jaki sam go przerażał. Dziwił się jak bardzo może serce podrzucać całe ciało gdy ono przygniata je do łóżka aby się uspokoiło.
Po niejakiej godzinie, gdy śnieg znów zaczął sypać na zewnątrz, mężczyzna spojrzał na ładną dziewczynę i przepraszająco się uśmiechnął. Głos mu trochę drżał gdy mówił coś co przecież musiał już kiedyś mówić wiele razy.
- Przepraszam Cię ale muszę iść- spojrzał jej głęboko w oczy aby należycie potraktowała tą deklarację.
- Już? Czemu? Jest miło- powiedziała spiesznie- Jest, prawda?
- Jest - odparł krótko i utkwił wzrok w oknie. Zatęsknił.
- Więc czemu? Podobamy się sobie przecież. Może kino?
- Jesteś bardzo fajną dziewczyną - mówił do okna - Ładną, masz ciepły głos, ładnie pachniesz, wszystko prawie idealnie.
- Więc czemu? - posmutniała ale jego twarz nie zdradzała niczego. Ciężko było z niej czytać cokolwiek oprócz tego, że nie chciał być w tym miejscu.
Wpatrzyła się w jego szkliste ślepia gdy odwrócił do niej wzrok i zobaczyła w nich coś czego nie widziała nigdy dotychczas. Nie mogła tego nazwać, nie wiedziała nawet, że to może istnieć.
Kiedy otworzył usta aby powiedzieć ostatnie zdanie jego głos był ciepły, przepraszający.
Poczuła jakby patrząc na nią z sympatią, wbijał w ciało stalowe ostrze.
- Nie jesteś Elfem.
Położył na stole banknot i wstał w milczeniu. Kiedy ubrał płaszcz drgnęło mu w kącikach ust coś przepraszającego. Wydawało się przez chwilę, że chciałby, że mógłby zostać.
Ona siedziała w bezruchu patrząc na jego plecy gdy odchodził. Zniknął. Zmieszana nieco, ze stukiem łyżeczki o talerz nabrała kawałek ciasta. Krem został jej na ustach, sięgnęła po chusteczkę leżącą na stoliku, była zapisana ołówkiem. Rozpostarła ją.
" Biegniesz i gonisz na koniec świata...i czegoż to jest warte...krew na Twoich rękach, zabiłeś martwego. Jeszcze raz i jeszcze raz... Klątwa na Twym imieniu... więc błąkasz się w osamotnieniu ...dźwigając najcenniejszy swój sekret..."
Z jej niebieskiego oka umknęła łza, tramwaj zadzwonił głośno, jakiś przechodzień zaklął tylko.
   Człowiek wszedł do domu, ściągnął płaszcz i zrzucił buty, gdy przy nogach pojawił się czarny kot. Otarł się na przywitanie i poszedł za człowiekiem do pokoju. Stali tam obaj przez chwilę w bezruchu. Człowiek patrzył po ścianach, na twarze zawieszonych tam ludzi, kot natomiast nagłym susem znalazł się na fotelu. Spojrzał na człowieka, a tamten spojrzał na niego. Uśmiechnął się i chwytając go w dłonie, usiadł na tym samym fotelu, kładąc kota na nogach. Tamten zamruczał, rozpostarł swoje ciało i wtulił głowę pod ramię, wbijając jednocześnie pazury w koszulę człowieka.
- To całkiem nowa koszula - powiedział człowiek bez przejęcia, a kot pomrukując nic sobie z tego nie robił - No tak- włączył komputer, otworzył plik ze słowami i patrzył na niego. Sięgnął do otwartej butelki wina, rozejrzał się za kieliszkiem. Nie było. Przechylił zatem butelkę i upił, skrzywił się, chciał wstać lecz patrząc na kota zrezygnował z tego zamiaru. Odstawił butelkę i raz jeszcze skupił się na klawiaturze. Położył na niej dłonie, chciał coś napisać ale tylko siedział tak przez dłuższą chwilę. Westchnął, przetarł dłonią czoło, spojrzał na ścianę, obrócił głowę. Wzrok miał martwy jak postacie ze ścian. Popatrzył na zegarek, dochodziła północ, pomyślał o śnie ale nie chciał spać, pomyślał, że powinien. Zatrzymał niepokojący wzrok na łóżku, wstał mimo sprzeciwu kota, przyniósł z kuchni kieliszek, nalał wina, stanął oparłszy się o futrynę. Wpatrywali się w siebie, On i dziewczyna ze ściany. Uśmiechnął się do niej tak jak ona uśmiechała się do niego. To już osiem lat - pomyślał i upił wina- Jesteś moim Elfem prawda? - nie odpowiedziała ale wydawało mu się, że kiwa delikatnie głową z aprobatą. Chciał zrazu coś jeszcze powiedzieć jednak zniknął nagle w cieniu przedpokoju.
Zdjął kurtkę wojskową z wieszaka i wyszedł z mieszkania.
 

Łowca Elfów

Łowca Elfów

Do dworca kolejowego dojechał po chwili, wszedł na peron, było zimno, rozejrzał się i wsiadł do pociągu, po czym wraz z nim pomknął w jasną od śniegu noc. Stał na korytarzu mimo wolnych miejsc w przedziałach, dochodził go stukot kół, odgłosy rozmów, co jakiś czas przewracanych kartek gazety. Wydawał się teraz spokojny. Kojący grymas przyozdobił jego twarz kiedy patrzył na niknący krajobraz.
Wysiadł gdy poczuł pierwsze znużenie, odnalazł pociąg zmierzający w drogę powrotną i wsiadł do niego. Przeszedł do wagonu restauracyjnego, patrzył na dłonie dziewczyny przy bufecie pijąc sok. Kartkował kolorowy magazyn, a tło mijało na zewnątrz.
Do swojego miasta wjechał po trzeciej w nocy, zapuścił silnik w aucie i pomknął w kierunku domu. Jak już dojechał spojrzał na radio, z którego szła piosenka. Pomyślał, że jak ją wyłączy to wszystko się skończy, to stanie przed ciemnością.
Wyciągnął dłoń, nagle zrobiło się cicho, zmrużył powieki, wysiadł, powietrze łapało za płuca, śnieg już nie sypał ale skrzypiał pod stopami. Tylko parę kroków i wszedł do jaskini.
Kot spał na parapecie, on ściągnął ubranie rzucając na podłogę i wcisnął się pod kołdrę. Martwy wzrok zatrzymał na suficie, sięgnął do okna po dłuższej chwili i otworzył je na całą szerokość. Tuż nad głową ze świata dochodziły go dźwięki pogłosu pobliskiej drogi szybkiego ruchu, czasem mknącego pociągu, wiatru i wycia lisów.
Zasnął.
Obudził się po ósmej.
Spojrzał w sufit, przez chwilę tak został, zerknął na Angi, nie uśmiechnął się do niej mając chyba za złe. Wstał, zamknął okno, było paskudnie zimno. Musiał tego dnia założyć od razu płaszcz, nie padało, a fakt, że przyjechał późno sprawił, że jego auto nie było zmrożone.
Wsiadł i ruszył do pracy, tam przyrządził kawę ale chwila przyjemności trwała niespełna kwadrans, spojrzał na puste biurko; tam powinna siedzieć jakaś ona, pomagająca mu ale jednocześnie potrzebna mu z innego powodu.
Zdołał wyjść normalnie, jak zwykle były korki, a śnieg sprawiał, że ludzie głupieli za kierownicą. Nienawidził ludzi za to, wsiadł do auta i ruszył w kierunku południowym. Bolały go oczy, czuł się źle, niby wyspany ale źle. Spojrzał na telefon tak samo jak patrzył na niego od dwóch dni. Nikogo w nim nie było, nie napisał nikt. Pomyślał, że może sam napisze ale tylko podróżował z tą myślą. Zatrzymał się w pobliżu dużego skrzyżowania i wysiadł. Wszedł do solarium, dziewczyna rzuciła do niego "dzień dobry" na co odparł "cześć". Spytał czy naprawili już łóżko numer trzy, pokiwała głową, że nie ale, że może iść na jedynkę. Patrzył na nią trochę się krygując zanim wymówił czy może położyć się na trójkę. Uznała to za pomyłkę i przypomniała, że ona nie działa.
Zbliżył się do niej i ściszył głos.
- Mogę chwilę tam poleżeć? - czuła jego zapach, zmieszała się z powodu własnych myśli - Zapłacę - nie miała powodu mu odmawiać, ani nawet nie chciała. Musiała tylko wpaść na pomysł jak się zachować w obliczu tak dziwnej prośby. Nabrała rezonu, uśmiechnęła się i poprosiła aby nie gadał głupot. Wpuściła go do kabiny trzeciej i nacisnęła przycisk z roletą. Podziękował obserwując jak opada zasłona, rozebrał się tylko z koszuli i położył. Ściszył radio aby dochodziły go dźwięki z zewnątrz. Stał się momentalnie spokojny, zamknął oczy.
Kilka godzin później nie musiała go budzić; nie spał. Tutaj pośród świata ludzi tylko był spokojny. Zastukała, wstał i otworzył roletę.
- Wszystko w porządku?- zapytała, znała go z widzenia i nie miała powodu nie lubić. Był uprzejmym facetem, nie tak jak wypacykowane typki bezustannie ją podrywające.
Wchodził i wychodził jak cień, witając się i żegnając uprzejmie ale tak jakby go nigdy nie było.
- Tak, dziękuję- posłał jej łagodną kontorsję unosząc głowę na zegarek.
- Przepraszam ale zamykamy- uśmiechnęła się.
- W porządku. Dzięki, że pozwoliłaś mi tak długo zostać- było po dziesiątej wieczorem, zorientował się, że już nawet zdążyła posprzątać dając mu te kilka minut więcej. Uśmiechnął się - Wiszę Ci dobre wino.
Wszedł do domu godzinę później zwalniając czas dojazdu jak najdłużej. Przez chwilę pomyślał nawet, że wróci przez okoliczny poligon ale tylko zaklął głośno przekonując siebie samego, że na sportowym zawieszeniu w samochodzie osobowym mogłoby być to głupie. A może da radę, starał się negocjować po czym spojrzał w lusterko pobłażliwie. Zezłościł sie na fakt, że sprzedał swego jeepa.
Zaparkował kilka minut później. Wszedł do mieszkania, kot spał na jego kurtce rzuconej na kanapę w pokoju gościnnym. Dziwne było nazywać pokój gościnnym, nigdy nie mając gości.
Kot zawsze spał na jego kurtce gdy ona tam była rzucona. Ucieszyła go ta dziwna więź między człowiekiem, a zwierzęciem. Uśmiechnął się do kota lecz tamten spojrzał na niego podejrzliwie.
Zbliżył się i przytulił głowę do jego, przez chwilę zatrzymali czas.
Nalał soku i sięgnął po książkę, po paru stronach sięgnął po drugą książkę. Odrzucił ją po minucie. Wstał poirytowany i lustrował biblioteczkę. Włączył komputer, puścił słuchowisko "Agamemnon" Ajschylosa i zniknął pod kołdrą. Słowa lektora zmieszały się ze zmęczeniem, gniewna treść, retoryka starożytnego języka porwały go ze świata.
Odetchnął z ulgą tylko gdzieś w tle nocy serce łomotało całym ciałem.
Obudził się jak codzień. Spojrzał sennym wzrokiem na ścianę naprzeciw, na której widniał kalendarz od znajomej ze zdjęciem innej znajomej. Lubił obie co jak na niego było i tak dosyć dziwne. Obok jej dłonią wykaligrafowana dedykacja. Uśmiechnął się do dziewczyny mając trochę za złe treści tej dedykacji ale mało się tym przejmował.
Świat ludzi tylko w koniecznej połowie traktował z powagą. Walczył z pewną myślą, jaka rozsadzała mu ciało aby nie podążać śladami tej, która pewnego wieczora wodziła opuszkiem palca po kształtach liter dedykacji wypisanej ręką dziewczyny z kalendarza. Kaligrafowała te słowa tak jakby chciała nauczyć się jak należy pisać by stać się kimś z kalendarza. By stać się dziewczyną z miesiąca cieplejszego niż teraźniejszy, a jednak zdobiącego grotę kogoś kto ją uratował. Pragnęła w tamtym momencie być tego wszystkiego warta.
Kot już czekał na jego pobudkę z wpatrzonymi doń ślepiami. Ich wzrok się spotkał, źrenice kota zaczęły się zmieniać, powiększać, jakby narastał w nim niepokój.
Wszedł pod prysznic, oparł dłonie na ścianie. Woda opływała jego kamienną twarz. Teraz było dobrze. Hałas zagłuszał serce.
Wyszedł, ucieszył się widząc auto przykryte zwałami śniegu. Zarzucił kurtkę, kot skakał na klamkę, zeszli obaj. Wyciągnął z samochodu rękawiczki i szczotkę, kot wskoczył na maskę i patrzył na niego. Zbliżył się do kota, ten zaczepnie zaczął się cofać, śnieg usuwał mu się spod łap. Przednią łapą chciał chwycić złośliwie mężczyznę, cofnął się, zjechał z maski, mężczyzna wyzwał go od wariatów.
Dał sobie dłuższą chwilę na uporanie się z przygotowaniem samochodu do podróży. Zawołał kota, przyszedł bez przekomarzania się, zimno zmusiło go do powrotu do domu. Został tam, a mężczyzna założył płaszcz, zmienił buty i wyszedł.
Znowu był w obcym dla siebie świecie. Włożył telefon do uchwytu, nawet nie patrzył czy ktoś napisał, wiedział, że nikt nie napisał. Wszyscy jesteśmy egoistami, pomyślał, włączył muzykę i ruszył w kierunku ludzi.
Pracę rozpoczął od kawy, przez kwadrans był szczęśliwy, coś niesamowitego rozświetlało jego oczy. Otworzył prywatną skrzynkę mailową; tylko trzy adresy i bez wiadomości. Spojrzał na biurko naprzeciw, tam powinna siedzieć jego asystentka ale ta, która jednocześnie mogłaby go ratować każdego dnia. Pomyślał przez chwilę, że nigdy nie będzie jej miał bo nie ma takich dziewczyn. A jeśli są to umierają lub odchodzą. Inne są ale nie takie. Wszyscy zresztą jesteśmy egoistami - powiedział sobie. W międzyczasie przeszedł się do pobliskiej księgarni, kupił parę książek, na biurku odnalazł materiały na temat broni palnej, zasad strzelania i przepisy prawne. Musiał się tego nauczyć, nie uwierzył, że mu się uda w tym stanie w jakim sie znalazł na koniec roku.
Wyszedł po zmierzchu, pojechał do sklepu. Załadował cały koszyk kocim jedzeniem, suchym i w puszkach, kupił żubrówkę i sok jabłkowy i podążył w kierunku domu.
Kot znał dźwięk jaki wydawała torebka z suchym pokarmem, zakręcił się przy nogach mrucząc nutę naturalnej wdzięczności i radości. Mężczyzna pokazał mu reklamówkę wypełnioną kilkoma różnymi workami z pokarmem. Chwycił nóż, jednym cięciem rozciął worek, wysypał kotu.
Zadzwonił do brata, usłyszał jego głos, pogadali o filmach, obaj uwielbiali dobre filmy, brat pochwalił się, że przeszedł misję w grze, na której utknął on sam.
Ucieszył się i rozłączył, pomyślał naraz o domu w którym jest kobieta, trzy koty i dwa psy. Uśmiechnął się do siebie na myśl, że jednego psa przygarnęli bo on im go zwyczajnie włożył do domu, po tym jak znalazł samotnie leżącego na drodze do nich gdy latem jechał tam motocyklem.
Pomyślał naraz, że brat i jego żona są lepszymi ludźmi od niego, a miał się sam za kogoś dobrego.
Poczuł smutek, chwycił kurtkę wojskową i wyszedł. Zajechał do kina, wszedł na film, trzy godziny minęły, szczypały go oczy i pomyślał, że głupio będzie tak wyjść bo ktoś pomyśli, że płakał. To ładna historia, wiedział o czym naprawdę była już po chwili, mimo przeróżnych interpretacji mądrzących się ludzi. Spóźniony hołd fantastyki dla wymordowanego narodu indiańskiego przez chciwych białych. Biali w roli ludzkości niszczący planetę obcych stworzeń pełnych szacunku dla otaczającego ich świata.
Wyszedł, udało się, że było przed pierwszą w nocy. Było wilgotno i mroźno więc auto zamarzło, to dało mu kolejne pół godziny. Inni ściskali zęby z zimna, jadąc zlodowaconymi samochodami, a on spokojnie, nucąc jakąś sobie znaną muzykę, skrobał szyby.
Położył się nocą, księżyc był w pełni co go przeraziło. Dziwnym tez było to, że od kilku dni nie było gwiazd. Dłoń opadła mu na czoło, gdy usta wypowiedziały, że będzie niezła jazda. Kot pomyślał, że to do niego te słowa i wskoczył z mruknięciem na łóżko, położył głowę przy mężczyźnie i obaj zamknęli oczy.
Usłyszał dźwięk telefonu oznajmiający nadchodzącą wiadomość, otworzył oczy, na chwilę ciemność rozświetlił ekran telefonu, ale nie sięgnął po niego. Patrząc w sufit, rozluźnił mięśnie twarzy, serce z wolna zaczęło bić nieco łagodniej.Ta świadomość da mu możliwość większego spokoju, może zaśnie, wszak lepiej podróżować z nadzieją niż dotrzeć do celu. Nie może jej odczytać. Jeśli odczyta, nie zostanie mu już nic do rana. Zamknął oczy, obrócił się na bok, kot wyraził gniew mruknięciem, mężczyzna też mruknął na kota.
Zasnęli.

Przebudził się jak zwykle, ujrzał wścibskie ślepia wpatrujące się w niego. Ślepia mówiły, wstawaj do cholery ale z drugiej strony tak bardzo te ślepia pragnęły dać trochę swego spokoju. Mężczyzna powiedział, ok,ok, podniósł się, zamknął okno i odkręcił grzejnik na trójkę. Spojrzał przychylniej na telefon, sięgnął po ubranie.
Było cieplej, wypuścił kota i ruszył do pracy. Kot spędzał całe dnie na dworze gdy nie było wrednej pogody. Jedna z sąsiadek miała klucze do jego groty, jedna taka która uwielbiała koty i która zawsze twierdziła, że ten kot bardzo kocha swego pana. Akurat w to wierzył, zresztą sam kochał tego kota.
Gdzieś w międzyczasie spojrzał na telefon, pomyślał, że właściwie to mógłby nie odczytywać tej wiadomości. Wiedział, że nic ona nie zmieni, że lepiej z nią podróżować, że cuda same nie przychodzą. Nie po tej stronie lustra.
Dotknął palcem ekranu z zakładką wiadomości; reklama. Twarz mu się nie zmieniła, nie drgnął żaden mięsień, dodał gazu, silnik wydał gniewny pomruk informując, że za dużo mocy do tej przyczepności. Już prawie chciał się z nim kłócić ale machnął na to ręką.
Trzask kuchennej szafki przywołał w to miejsce asystentkę księgowej w panice. Spojrzała na niego podczas gdy stał z oczami tak wściekłymi jakich ona nigdy nie miała okazji ujrzeć.
Nie była nawet gotowa na zło, które mógłby ze sobą nieść. Instynktownie zapytała co się stało.
- Kawy kurwa nie ma.- wycedził z furią w oczach. Ta dziewczyna wiecznie się nim dziwiła jak gatunkiem zwierzęcia jakiego nie miała nigdy okazji poznać. Był tak prawdziwy, że każda emocja musiała być uzewnętrzniona. Jeśli ktoś zapytałby ją o człowieka który zawsze jest prawdziwy nawet w emocjach, musiałaby opowiedzieć o nim.
Wyszedł bez słowa zakładając po drodze płaszcz. Ruszył ulicą do sklepu, spojrzał na półki, nie było. Było dziesiątki kaw ale nie było tej, którą pił. Pił jedną i tylko w jednej szklance, każde odstępstwo wpędzało go w furię.
Ludzie spozierali na stojącego przed regałem, na jego kamienną narastającą gniewem twarz. Jakiś ochroniarz popełnił tragiczny błąd, z jakiegoś niezrozumiałego powodu mógł pomyśleć przez chwilę, że to coś, że ta zjawa może być złodziejem. Podszedł żwawo ale głos miał drżący gdy poprosił o opróżnienie kieszeni. Kiedy napotkał go wzrok zjawy uczynił krok do tyłu. Wyciągnął rękę mimo, że tamten mężczyzna nie uczynił nic. Trzymał rękę wyprostowaną jakby zasłaniając się przed złem i cofał się. Mężczyzna skierował wzrok ponownie na regały z kawami, kucnął, kierowany jakimś dziwnym przeświadczeniem. Ujrzał rzuconą na inne opakowania tej samej marki, pomarańczową, jedyną sztukę. Źrenice mu się zwężały, świat przestał istnieć, chwycił kawę w dłoń, ochroniarz stał licząc na coś, na co sam nie wiedział. Mężczyzna podniósł na niego wzrok, było w tym wzroku coś tak upokarzającego, że ochroniarz odwrócił głowę. Mężczyzna stanął przy kasie, powiedział dzień dobry, zapłacił i pożegnał się. Poszedł do biura, zrobił kawę, usiadł i odetchnął.
- Już? - asystentka księgowej zajrzała do gabinetu niepewnie - Będziemy żyć?
- Nie ma nic bardziej mnie wkurwiającego niż brak kawy rano - powiedział mężczyzna, a ona weszła do środka, usiadła przy jego biurku i uśmiechnęła się uspokajająco - W życiu liczą się tylko chwile, te momenty kiedy można być naprawdę szczęśliwym, a jeśli nie szczęśliwym to kiedy może przestać boleć. Nic innego nie ma znaczenia. Całokształt, przyszłość, wigilia, bal sylwestrowy, nic z tych rzeczy nie ma znaczenia. Życie to chwile,w których człowiek patrzy pobłażliwie na samego siebie.
- Czasem się Ciebie boję. Lubię Cię ale się Ciebie boję - powiedziała.
- Ja mam odwrotnie - upił kawy, głos jego nawet jeśli nie był łagodny był do zniesienia - Czasem siebie lubię ale nigdy się siebie nie boję.
- Jakbyś wiedział, że spełni się jedno życzenie, czego byś sobie życzył na święta?- zapytała oswajająco.
- Mam wszystko, oddaję swoje życzenie Tobie, zrób z niego pożytek- powiedział zimno.
- Nie- upierała się - gdybyś musiał.
Ciepła filiżanka w dłoni koiła go.
Zrazu myślami pobiegł do wyspy i zobaczył siebie jak wisi na linie na jakiejś Maderyjskiej skarpie. Jest sam, całkowicie sam ale może odnaleźć siłę.
Gdzieś tam w głębi przebiła się postać niej, to jakiś Elf, który ogląda z zaciekawieniem jeden z jego ulubionych filmów, a on wówczas zasypia spokojnie. Ale Elf ma trochę za złe, że on zasypia w takim towarzystwie. Jednak mężczyzna nie tłumaczy nic, zamyka oczy, czas się zatrzymuje, serce ledwo bije.
Po chwili widzi postacie męskie i ciemnoskóre dziewczynki klęczące w płaczu na skraju wsi. Postacie parskają śmiechem, jedna z nich trzyma zapalniczkę nad oblaną benzyną kobietą. On stoi i wbija nóż w gardło temu z zapalniczką, rozpętuje się piekło. W śmierć zamieniają się śmiechy ludzi. Strzela tak celnie jak zawsze. Gdzieś na końcu tego wszystkiego dziewczynki podchodzą do niego, kobieta oblana benzyną płacze bezsilnie. On leży z kawałkiem żelastwa w ciele wyrwanego wybuchem z pojazdu, z którego jakaś ludzka małpa waliła z kalibru pięćdziesiąt milimetrów do niego.
Jakby na w pół ocknąwszy się spojrzał na telefon i pomyślał tylko o tej jednej wiadomości. Tej która mogłaby być nitką, za pomocą jakiej mógłby się trzymać życia.
Był doskonały w trzymaniu się pozorów, spojrzał na dziewczynę, napił się kawy, wyprostował na krześle.
Na chwilę jego żywe oczy zatrzymały się na zgliszczach budynku.
- Nie chcę nic. Weź sobie moje życzenie – powiedział z nienawiścią do życia.
Uniósł ślepia w górę i już nie krzyczał gdy pokazywał Bogu jak bardzo jest jeszcze mocny. Tamten puścił do niego oko, gdzieś w powietrzu przemknęła cicha groźba śmierci ze strony człowieka.

W domu ściągnął wilgotne półbuty, zawiesił płaszcz i apaszkę. Włączył film aby tylko słyszeć głosy. Znał "inka" na pamięć ale musiał słyszeć głosy. Tę grotę podczas gdy nie mogło rozświetlić światło, rozpraszał głos. Przyrządził sobie kanapkę, położył jedną na nadgarstku lewej ręki, drugą na poprzedniej, w prawej niósł kubek z sokiem. Zahaczył o dywan, kanapka spadła, z drugiej spadł pomidor, zaklął, wszedł do pokoju, siadł i spojrzał na kromkę z masłem, którą położył na biurko. Pokiwał głową, skosztował i zabrał się do pisania. Milion myśli nie potrafiło zatrzymać się przy jednej konkretnej i nie potrafiło skupić się na jakimś porządku rzeczy. Latały w powietrzu, gdy wstawał, kładł się, gdy walczył z nocą. Był błyskotliwy w tamtych chwilach ale teraz nie wiedział nic, czuł tylko bezbrzeżny ból, gdy sięgał w pamięć.
Pomyślał, żeby porobić pompki, poćwiczyć ale poczuł się na to zbyt słaby. Otworzył skrzynkę mailową, Aga, Kamila, ona_z_nieba, basia, iza, nord bank, justyna81, dziuniax, allegro. Wściekłość mogłaby przyjść z listem ale nie musiała. Patrzył pusto na słowa, ludzie są egoistami, mówił sobie, wszystkie one, piszące farmazony, chcące go jako człowieka, podczas gdy on nie nadawał się do tego.
Gdzie Elfy, przeklął, rzucił resztę kanapki z masłem do kosza pod biurkiem, odnalazł wzrokiem butelkę wina, była pusta. Poszedł po wódkę do lodówki, nadepnął na pomidora, posłał światu inwektywę. Chwycił sok jabłkowy i literatkę, upuścił ją wracając ale się nie stłukła. Usiadł, otwierał wiadomości machinalnie i zanim zaczął je czytać wiedział co w nich jest. Powtarzanie tego samego, bicie dłutem w jego grotę. Nigdy się nie mylił.
Oferowano mu ludzkie uciechy, podczas gdy oczy poczęły się zwężać, powieki stały się ciężkie. Gdzieś w środku coś ścisnęło gardło.
Kot wskoczył przez bark znienacka, upadł na kolana. Położył się i zamruczał. On utkwił w nim wzrok.
- Nie chcę uciech, seksu, kin, romansów, zakrapianych alkoholem spotkań, pogaduszek, dysput, kaw, szaleństw - powiedział do kota, kot wbijając pazury w jego klatkę piersiową znowu zapomniał, że to prawie nowa koszula - Chcę ratunku .- dodał smutniejąc, dookoła nastała cisza.
Telefon milczał, ślepy tropiciel w filmie odliczał jeden, dwa, trzy, cztery, odliczał rytm świata.
Gdzieś w lewym oku pojawiła się łza. Skosztował drinka aby oszukać mózg. Nieco u góry na półce po lewej stał posągowo grecki bóg wojny.
Opuścił głowę, kot mruknął złośliwie gdy spadła na niego kropla.
Otworzył rozpoczęty plik ze słowami. Patrzył na nie w milczeniu przez dłuższą chwilę.
Był bezsilny, rozpoczął historię która mogłaby go uratować, nie ma co liczyć na Elfy głupcze - mówił sobie, więc próbował pisać ale był bezsilny.
Tliło się w nim mnóstwo emocji ale był bezsilny. Nie umiał o nich mówić, a nawet gdyby powiedział nikt nie umiałby tego zrozumieć. Wyobcowanie zmieniało go coraz bardziej.
Spojrzał na taflę telefonu, czarny. Wychwycił wzrokiem równie czarną rękojeść wojskowego noża, sięgnął po niego. Uwielbiał czuć dotyk broni, wszelakiej, czyniło go to innym, spokojniejszym. Jednak spokojniejszym.
Odnalazł dłonią schowaną pod skórkami od pomarańczy owoc kiwi i wbił w nią czubek ostrza. Na moment obrócił się do Angi aby przekonać się co ona o tym myślała. Okazało się, że nic nie myślała. Dziwna kobieta. Podniósł głowę gdzie była dziewczyna jaką znał i cenił i napisana jej dłonią dedykacja. Pomyślał, że mogłaby go uratować ale zganił tą myśl. One pragną ludzi - powiedział do siebie ale nie umniejszyło to jego szacunku wobec niej. A szanował mało kogo, nienawidzić umiał jak mało kto. Jednak poruszać się przy nim jako postać ludzka było wyczynem godnym szacunku. Kąsił jak wąż niemal każdego, gdy tylko swymi zmysłami nie rozpoznał tego właściwego rytmu. Był jak zwierzę, jak owad, jak pająk, który po odpowiednich drganiach sieci, rozpoznaje czy zbliża się do niego właściwa istota. Poznawał dziesiątki, setki ludzi, kobiet, ładnych, pachnących, fajnych między niefajnymi. I nic. Nic od nich nie chciał. Możliwe, że były niezwykłe ale miały jeden feler.
Nie mogły go uratować.
Otworzył zakładkę z portalem towarzyskim, na którym był. Był ale w zasadzie nie uczestniczył, zmienił się. Wyczuł to dosyć niepokojąco, gdyż była to zmiana tragiczna. Stał się całkowicie obcy.
Niektóre zarzucały mu, że jest tam mając się za mizantropa, że czemu nie umawia się z nimi. Czemu nie podtrzymuje kontaktu, czemu nie próbuje, a on tylko patrzył i zamykał ich wiadomości bez mrugnięcia okiem. Tej zimy okazał się idealnym tropicielem. Tropicielem Elfów. Tą zimą zrozumiał, że żadna kobieta go nie uratuje. Zrozumiał, że alkohol, kino, kawa, seks, randka, spacer, impreza, czynią go tak płytkim i nijakim, że każdą godzinę później cierpi na większą pustkę. A wiele lat temu lekarka dusz napisała słowa jakie poważnie zaczął traktować dopiero dzisiaj : "Jest tylko miłość i właśnie jej nie ma.To Twój paradoks. Jak widzisz już przed Tobą był on przedmiotem rozważań Jana Lechonia. On go nie przerobił do końca bo nie spotkał swojej Beatrycze i dlatego zdecydował się na skok w przepaść. Ty tę szansę od Bogów dostałeś Ratuj sie Filipie."
Zrozumiał zupełnie momentalnie dzisiejszego dnia, że umie rozpoznawać Elfy. Ktoś mu pisał, że nie można poznać człowieka przez zdjęcia, przez opis siebie. I, że tak naprawdę przez pierwsze spotkanie, ale on wiedział, że można. Wystarczy, że zerknął i wiedział czy ma do czynienia z kobietą czy Elfem.
Nie potrzebował kobiety, kobiet mógł mieć nadto; potrzebował Elfa. Nikt tego nie rozumiał. Traktowali to jako narcyzm, jego zarozumiałość ale on był jak najdziksze zwierzę - wyczuwał wszystko zmysłami. I najgorsze było to, że nie mylił się.
Odnalazł i znał osobiście kilka Elfów. To było jego błogosławieństwem ale błogosławieństwem w okropnym przekleństwie.
Przestał mieć tej zimy złudzenia. Oswoić go mogła tylko istota magiczna. Nie brały go te ładne, bezkształtne dla niego dziewczyny. Nie oceniał ich, wielu facetów rzuciłoby im świat do stóp i na to pewnie zasługiwały ale on by je zniszczył poprzez niszczenie samego siebie.
Nie umiał żyć wśród ludzi, od dziecka przed rzeczywistością uciekał do świata baśni. Wierzył, że można kiedyś zmienić los, odegnać zło. Gdy rósł potrzebował większej siły; siły wojowników, którzy umieli przecierpieć i umrzeć godnie. Przeżył ale nie umiał zmienić duszy jak już stał się dorosłym człowiekiem. Jak już był dorosłym człowiekiem umiejącym rozpoznawać postacie z baśni. Jego dusza wciąż pozostała dzieckiem w mroku. Z tego mroku można było wyjść tylko za pomocą jednej z istot z tego samego świata.
Ludzkość mało go interesowała. Rzucał inwektywy do telewizora, gdy słyszał jak politycy marnują czas na uznanie obozu zagłady, obozem zagłady, czy może pensjonatem. Wszystkie ludzkie skupianie uwagi na zupełnie dla świata nieistotnych rzeczach wzbudzało w nim gniew. Obrazami do których uciekał, a które cenił najwyżej były obrazy smutne, a jednocześnie fantazyjne. Brały go jedynie surrealistyczne obrazy lub filmy o tym właściwym charakterze zależności, gdzie grupa ludzi polega na sobie poprzez przyjaźń. Świat mógł pędzić swoim rytmem, gwiazdy telewizyjne mogły rosnąć, mogły tańczyć, śpiewać, grać, stawać się bożyszczem, sięgać po nagrody ale były to ludzkie nagrody.
On uciekał w obrazy o wszystkim co pokazywało jakikolwiek świat obok ludzi.
Zupełnie tak jakby tęsknił do domu.
Przyrządził mocniejszego drinka. Gdzieś przeminęła następna godzina, czuł że ma zmęczone oczy ale nie chciał spać. Obejrzał kilka odcinków żołnierskiej elegii o przyjaźni, po czym czując się gotowym, ułożył do snu, bezceremonialnie, jak zawsze.
Powtarzanie obrazów, mimo, że znał je na pamięć to jak powtarzanie szczęścia. Tych konkretnych emocji, o których wiedział, że są w konkretnych miejscach.
A sny go nigdy nie przerażały, bał się jedynie tego czasu zanim zaśnie. Dziś nieco zdezorientowany alkoholem poruszał się łagodniej niż każdej nocy poprzednio.
Zamknął oczy, zniknął w ciemności.
Następnego dnia rozpoczął się okres wielkich śniegów. Ucieszył się rankiem jak dziecko, kot skarcił go ugryzieniem w łydkę popędzając do wypuszczenia go na dwór. Zeszli obaj, ziemia wydała się jak z bajki. Kot poczynił sus w największą zaspę, mężczyzna kucnął i obserwował go. Obaj wydali się niesamowicie szczęśliwi.
Po kawie, patrząc na sypiący wciąż śnieg, podjął jakąś decyzję i chwycił torbę na dokumenty. Zapakował do niej książkę, ubrał się i wyszedł.
Wrócił przed północą, kot spał na jego kurtce rzuconej na łóżko. Zamruczał z aprobatą i merdał ogonem. Mężczyzna wydał mu się trochę inny.
Chwycił wojskowy plecak i zapakował do niego sprzęt wspinaczkowy. Wyszedł i ruszył zakupionym tego samego dnia autem terenowym w kierunku wolności. Nie było na ulicach innych samochodów, a on sunął przez zaspy, wyjechał za granice miasta, i na pamięć zagłębiał się w teren byłego poligonu wojskowego.
Dojechał brodząc w śniegu, uważnie testując nową terenówkę, podziwiając dzielność Land Rovera z jedynie słusznym silnikiem ośmiocylindrowym. Pamiętał jak jego znajomy spadł w ponad stumetrową przepaść takim autem tylko dlatego, że miał zbyt słaby silnik diesla. Mężczyzna wierzył w moc. Nawet jeśli nie trzeba z mocy korzystać, warto mieć ją w zapasie.
Zatrzymał się w głębi nicości lecz dla niego był to świat idealny. Wysiadł, stanął w metrowej zaspie, rozejrzał się. Tylko szum płynącej rzeki docierał z za drzew. Do okoła białe morze, nad nim niebo bez gwiazd. Księżyc puścił do niego oko Nie odwzajemnił tego. Dotarł do pobliskiego budynku ćwiczebnego, wspiął się na niego, tam założył uprząż, przeciągnął linę przez ósemkę, zaczepił ją do szekli, wskoczył na okno na wysokości trzeciego piętra.
Za późno dostrzegł, że w całym tym podnieceniu światem, szekla zabezpieczająca taśmy nie była dokręcona. Z ciałem wyrzuconym już za okiennicę, zmrużył tylko powieki.
Chyba pozostawił za sobą dosyć cyniczne "hm" kiedy spadał plecami w biały puch pod którym kryło się piekło.

   Nazywano go człowiekiem bestią. Nie istniały dla niego świętości do jakich klękali ludzie. Widziałem go często oczyma wyobraźni jak staje naprzeciw diabła i łapie go za gardło z taką furią, że tamten nie tyle co z bólu ile ze strachu przed tymi demonicznymi oczami blednie. Albo jak podchodzi do niego Bóg, a on kipiąc w pogardzie spluwa do jego stóp i mierzą się spojrzeniem.
Człowiek bestia, niszczył ludzi w mgnieniu oka. Musiał wydzielać jakiś czysto biologiczny hormon, zapach, który innym mężczyznom kazał milczeć nawet gdy chcieli na niego krzyczeć. Kiedyś w cywilizacji mając lat niespełna trzydzieści, spojrzał na brata architekta miasta Wrocławia, z którym pracował i zwyczajnie besztając o ponad piętnaście lat starszego, szanowanego obywatela społeczeństwa, syczał na niego z takim lodowatym szeptem w głosie, że tamten mógł tylko przepraszająco się tłumaczyć. A żaden nich wzajemnie sobie nie podlegał. Mówił mu, siedząc gdy ten wyrzucił z pokoju konferencyjnego jego koleżankę gdy ta przepraszająco weszła aby o coś spytać. Tamten wybiegł za nią krzycząc, że jak śmie wchodzić i pytać o głupoty, podczas gdy on negocjuje z bardzo ważnym człowiekiem. Czy Ty wiesz kim on jest? Pytał jej w podnieceniu.
- Może Ty jesteś liżącym tyłki lepiej ustawionym w życiu szczurom i zaraz klękniesz u jego nóg błagając o przychylność ale nie wymagaj kurwa abym miał patrzeć na człowieka z większym szacunkiem niż patrzę w lustro. Wysłałem swoją asystentkę tam z ważną dla mnie informacją i mam w dupie czy siedzisz tam, ze sprzątaczką, czy z prezydentem. Jaki kolor krwi w nim płynie? We mnie płynie ten sam kolor krwi. Chyba, że udowodnisz mi, że ma krew szkarłatną, wtedy może poczuję cokolwiek.- mówił i mógł mówić bez końca gdy tamten stał z przepraszającą miną.
Dla człowieka bestii nie liczyły się hierarchie społeczne. Reagował instynktownie, a respekt mógł czuć tylko wobec większej siły przyrody.
Jego szef wykorzystywał go często do spławiania upierdliwych kontrahentów, nazywając go wariatem. Ale musiał go szanować, nawet gdyby miał go nie lubić. A człowiek bestia nawet nie chciał funkcjonować w tym świecie.
Kiedy kupił samochód jakim przyjechał na to odludzie by teraz umierać, zabłądził w stolicy wśród tych kretyńskich ulic i kierowców. Stanął w centrum na poboczu i czytał mapę, gdy puknął w okno facet.
Spojrzał na jego twarz, otworzył drzwi. Potok słów z ust faceta trochę był dla niego mało zrozumiały, zerknął na dziewczyną stojącą na chodniku przed jego autem o jakiej obcy wyrażał się jako o żonie. Ponoć ukradli im z auta torebkę, a oni byli z radomia i bardzo proszą o pomoc na osiemnaście litrów benzyny aby dojechać do domu. Kogoś już uprosili o pomoc, a tamten człowiek wywiózł ich za miasto i zabrał pieniądze przeznaczone na paliwo i zostawił.
Zerknął na faceta.
- Posłuchaj. Niektórzy zapierdalają kopiąc rowy, Ty masz własny sposób na kasę. O ile jednak mogę mylić się w pierwszej ocenie o tyle dam sobie szansę. Sobie, nie Tobie. Szkoda mi tej kobiety nawet jeśli wykorzystujesz ją tylko do przekrętu aby wyciągać kasę z naiwnych ludzi. Bo widać z jej twarzy, że jest jej wstyd. Nie czułbym się jednak dobrze, gdybyś rzeczywiście nie miał jak wrócić do domu. Kupiłem właśnie ten samochód, wyciągając całą gotówkę i wynegocjowałem kasę tylko na powrót do domu. Dam ci pięć dych i sam będę zastanawiał się jak dojechać do domu bo to paliwożerna bestia.
- Nie chcę pieniędzy, tylko chcę pożyczyć. Zapiszę sobie Pański numer telefonu i zadzwonię i oddam pieniądze.
- Słuchaj, nie obrażaj mojej inteligencji. Są ludzie, którzy mają za złe żebrakowi, że nie dali mu pieniędzy. Ja zawsze mam za złe sobie. Ja sobie poradzę, a jak nie to też sobie poradzę. Jeżeli potrzebujecie pomocy to wam pomogłem, a jak wyłudzacie kasę to nie ja, lecz ty będziesz stawał przed lustrem. Ja za parę srebrników nie zbiednieję, a Ty oddasz duszę. To taka transakcja. Kiedyś i tak staniemy naprzeciw siebie.
Człowiek bestia był jak cień. Wychowywał się na ulicach nędzy, brudu i rozpaczy. Ulicach smutku zmąconym klejem, grzybami halucynogennymi, nożami i mocnymi pięściami.
Nigdy nie przytknął do ust niczego co mogłoby sprawić, że jego mózg choćby na chwilę przestał mieć kontrolę na sobą. Aczkolwiek gdy się upijał, zło kroczyło zaraz za nim. Miał dwie słabości, którymi ryzykował życie. Słabość na przemoc wobec zwierząt i wobec kobiet. Rozbijał kości o wiaty przystanków autobusowych większych od siebie, gdy Ci zaczepiali dziewczyny. Inni patrzyli, a on wpadał w furię.
Zmieniał się, jak idący na wojnę w rytm pieśni.
Nawet kiedy musiał prosić o pomoc największych zbirów z mrocznej dzielnicy, samemu pomagając dziewczynie, której banda szmaciarzy groziła gwałtem, to i tak z cynicznym grymasem szedł w drzwi ciemności sam.
Przyszło ich trzech, podpitych, ale przyszli darząc bestię szacunkiem. Dwóch z nich wyciągnęło gnaty, chwaląc się. Wtenczas wiedział już, że kupi im dużą flaszkę i zostawi na ławce. Mógł zadawać się z twardzielami ale nie z szaleńcami. Sam traktował życie z przymrużeniem oka, broń na szmaciarzy nie była pół żartem w rękach pijanych zbirów.
Wiedział, że w mieszkaniu w jakim melinowali się grożący jego znajomej, jest i pies. Nie obawiał się psów, nigdy psy nie umiały traktować go jak wroga. Dzisiejszego wieczora, było w melinie też trzech mężczyzn. Właściciel i dwóch do kielicha. Stanął przed drzwiami w wojskowych, wysokich butach, których podeszwy były twarde. Każdy celny kopniak musiał wystarczać na jednego. Zapukał, odezwał się głos, zasłonił dłonią judasza, głos ponowił, odburknął pół zdaniem po pijacku. Zamek ustąpił, potężne uderzenie nogi w drzwi, przygniotło otwierającego do ściany. Wszedł jednym krokiem do środka, uderzenie z łokcia lewej ręki uspało oszołomionego. Pies szczekał od momentu zapukania, teraz wpatrywał się w oczy przybysza. Szczekał wciąż lecz ogon zaczął poruszać mu się w rytmie sympatii. Chciał aby przybysz go pogłaskał. Poczuł dłoń na karku, palce zmierzwiły sierść między uszami. Owczarek niemiecki przytulił głowę do uda wchodzącego mężczyzny. Znalazł się w pokoju, spojrzał na dwóch osiłków pijących wódkę.
- Macie dwa wyjścia - powiedział cicho głosem w którym była śmierć- Szpital i inwalidztwo albo wieczny spokój.
Takie argumenty nigdy nie działają na podpitych facetów. Tak jakby demagogia mogła w emocjach i większej liczbie przeciwników wywołać cokolwiek szlachetnego. Pierwszy który podniósł się ze wściekłym okrzykiem padł rozwalając ławę bezwładnym ciałem z nosem wciśniętym w twarz. Drugi nie zdołał podnieść się z bufoniastej sofy, gdy na wyciągniętą jego rękę rzucił się pies. Przegryzł ją przed łokciem, została tylko miazga. Wyjącego w panice mężczyznę ogłuszył kop w czaszkę.
Człowiek bestia znalazł ołówek i kartkę, napisał parę słów, wygrzebał w kuchni długi gwóźdź, podszedł do leżącego przy drzwiach i nadziewając kartkę na gwoździa wbił go w udo leżącego. Spojrzał na psa, podczas gdy ten wesoło merdał ogonem wpatrując się w przybysza z nieco skulonymi uszami.
- Idziemy. - powiedział, tamten wyprostował uszy jakby w przekonaniu czy dobrze słyszał i wybiegł ochoczo na klatkę schodową.

Człowiek bestia potrafił wypić szesnaście piw kuflowych tuż przed pójściem do armii w miejscu w którym zarabiał parszywe pieniądze, ryzykując zdrowiem.
Przy siedemnastym piwie podchodzi znajoma i mówi do niego, że mu brata biją, który był ochroniarzem na wiejskiej dyskotece tak jak on. Człowiek bestia jednym ruchem wstał z hookera i znalazł się w grupie osiłków spiętrzonych dookoła jednej postaci. Następne sekundy były jak we śnie. Słyszał głosy, a jednocześnie niezliczone ręce opadające na jego ciało i kopniaki. Nie czuł nic, absolutnie nic ale wiedział, że nie wydostanie się z tej nawałnicy. Teraz on był w środku i jakby bardziej poddając się alkoholowi niż uderzeniom napastników, kucnął, przybrał gardę i powiedział do siebie żartobliwie, że zaraz się wystrzelają. Najważniejsze, że brat jest bezpieczny. Nikt nie będzie mu brata bił, mówił sobie w myślach.
Wystrzelali się. Człowiek bestia wstał, wyprostował się i ściągnął bluzę. wyszedł przed drzwi wejściowe, poniżej schodów biegały spanikowane postacie. Kazał podchodzić im pojedynczo, tamci krzyczeli, nikt nie wchodził nawet na stopień schodka .Któryś chwycił sztachetę przygotowaną w samochodzie transportowym. Człowiek bestia parsknął śmiechem i jakby w zwolnionym tempie widział lot kawałka drewna. Wiedział kiedy i gdzie zrobić unik ale jednocześnie za plecami pojawiła się jakaś dziewczyna. Zrozumiał, że jak sztacheta trafi w nią to połamie jej kobiece ciało w drzazgi. Nawet zaskoczył się faktem, że ma tyle czasu na analizę sytuacji, naprężył mięsnie brzucha i wzruszył tylko ramionami. Poczuł potworny ból. Chwilę później wypił jeszcze sporo wódki z wdzięcznymi miejscowymi na pace starego pół ciężarowego samochodu, głaskany przez jakąś wiejską Szeherezadę.
Ale ona nie chciała opowiadać mu historii. Mało kobiet chciało opowiadać mu historie.
Wiejska dyskoteka należała do przyjaciela jego szalonego wuja. Po tym zdarzeniu szalony wuj nigdy nie zapominał się przy człowieku bestii. Zmieniło się w nim coś gdy obserwował zasypiające oczy, spojone alkoholem człowieka bestii.
Jednak nieobliczalny wuj zaledwie dwa dni później spotkał się z nieobliczalnym ojcem. I na jednej wąskiej ścieżce spotkali człowieka bestię. To nie było dobrze zapowiadające się trio. Naprzeciw każdego innego człowieka, nieszczęścia, demona, diabła i boga oddaliby za siebie ostatnie tchnienie. Oddaliby życie w mgnieniu oka ale kiedy stawali na własnej drodze musieli walczyć przeciw sobie. Po prostu musieli.
I walczyli z taką nienawiścią, z jaką ludzie nie potrafią przeżyć nawet chwili.
Niczym postacie z mitologii ciskające piorunami. Wściekli Thor i Odyn chcący skarcić młodego Magniego.
W takich dniach cierpieli wszyscy ale teraz Thor i Odyn nie żyją.
Dzisiaj jeszcze tylko Magni żyje z ciałem rzuconym gdzieś w śniegu.



  Otworzył oczy.
Mróz ściskał mu ciało, przez co nie odczuwał wielkiego bólu. Ponad nim niebo w pełnej krasie, bez chmur. Noc jaśniała od śniegu. Podniósł się z wolna, dotknął żeber i wtedy zabolały. Przeturlał się i oparł plecami o ścianę budynku. Wychwycił ręką plecak. otworzył go w pół przytomny. Wydobył telefon, spojrzał. Nikt nie dzwonił ani nie pisał. Opuścił dłoń i zamknął oczy. Poczuł się dobrze. Kręciło mu się w głowie i czuł, że zaraz może zemdleć ale, że właściwie mróz albo pozwoli mu umrzeć albo będzie utrzymywał go w świadomości. Stopa lewej nogi promieniała bólem, znał ten ból. Ciało odmawiało posłuszeństwa przy próbie wstania, na śniegu mieniły się krople krwi. Dotknął dłonią powyżej karku, poczuł wilgoć.
Uniósł telefon nieco bliżej głowy. Nie widział teraz zbyt dobrze. Otworzył zakładkę z kontaktami, powoli im się przyglądał, kiedy kolejne litery w alfabecie znikały u góry. Posmutniał. Nie drgnęło w jego twarzy nic prześwitującego skroś zimna czy bólu fizycznego. Był klasycznie smutny ale bez emocji. Miał twarz jak codzień gdy czasem zamierał i patrzył pusto w nicość.
Dotarł do końca alfabetu. Mógł zadzwonić albo do rodziny, klientów, dwóch kolegów i kilku znajomych. Oprócz tego do kilku bliskich kobiet. Bardzo bliskich w środku niego o czym one same nawet nie miały pojęcia.
Chwilę ściskał telefon w zmrożonej dłoni jakby w złości. Zdawał sobie sprawę, że nie jest w stanie się nigdzie ruszyć, nawet czołgać.
Uniósł nie bez wysiłku rękę i spojrzał smutno na przedmiot łączący go z życiem. Drgnęło mu w kącikach ust coś sardonicznego, po czym cisnął telefon w dal.
Ten zniknął w ciemności i śniegu.

„Wszystko to różniło się od moich wyobrażeń na temat życia ze spluwą i brawurą. Przywdziałem mundur, dawałem różnym kapralom i sierżantom czołgać mnie wzdłuż i wszerz poligonów, trafiłem do egzotycznych państw jako potencjalny rambo i wciąż nie zastrzeliłem żadnego despoty, nie oswobodziłem krwawo żadnej uciśnionej dziewicy, nie zbawiłem globu różdżką lufy mojego gnata. Chorowałem na saturnizm. Saturnizm to zatrucie ołowiem. Miałem go szerzyć wśród bestialskich wrogów ludzkości ale zatrułem tylko siebie samego., swoje myśli i pragnienia”
Waldemar Łysiak.

- Zadzwoniłam do osoby, z którą rozmawiałeś najczęściej - uśmiechnęła się lekarka trzymając mężczyznę za dłoń.
- Po co? - wycedził do niej rozglądając się po szpitalnym pokoju.
- Bliscy powinni wiedzieć, że jesteś tutaj.
- Teraz jak nie przyjdą, okaże się, że znowu miałem rację. Ludzie są egoistami. A tak zawsze mógłbym marzyć, że ktoś mnie uratuje.
Kiedy to mówi lekarka odwraca głowę i zatrzymuje wzrok na czterech wchodzących do pokoju kobietach. Uśmiecha się z przejęciem i obdarza tym uśmiechem leżącego mężczyznę.
- To nie może być prawda.- mówię bezdźwięcznie leżący.
- To Elfy- wtóruje lekarka i wstaje. Kobiety wchodzą patrząc ze łzami w oczach na mężczyznę.

 

- Hej - skulonego pod murem człowieka szturchnęła nogą wysoka postać - To żeś sobie perwersyjną fantazję wymyślił- dodała , przysiadając naprzeciw leżącego, który starał się ocknąć. Musiał rozpoznać przybysza, gdyż jego twarz umalowała się w kontencie.
- Wiedziałem, że to nie może być prawda - powiedział, starając się oprzeć plecy o ścianę budynku.
- Wstawaj.
- Nie mogę.
- Nie marudź, wstawaj. Jak mężczyzna. Niedźwiedź do Ciebie idzie - mówiąc to rozejrzał się w udawanym popłochu.
- Jaki Niedźwiedź?
- Taki, który Cię zeżre. Wstawaj.
- Tutaj nie ma niedźwiedzi - zauważył poraniony sprytnie.
- Wierzysz w bajki, a nie wierzysz w niedźwiedzie? To Niedźwiedź z bajki.
- Z jakiej bajki?
- Z bajki o niedźwiedziu.
- Czytałem? Jaki ma tytuł?
- Nie ważne jaki tytuł, to bajka.
- Jest główny bohater?
- Oczywiście - rzucił z przejęciem - Wielki, zły Niedźwiedź.
- Czyli mam przejebane?
- Co się dziwisz - usiadł, a w dłoni znikąd pojawiło mu się cygaro. Przypalił je i zatrzymał wzrok na leżącym, zaklął w jakimś obcym języku - No dobra. Nie ma bajki o niedźwiedziu.

 

- Jesteś najniższą formą życia – wydziera się postać w wojskowym mundurze. Krzywi twarz w spazmie gniewu ale jest w tym pysku coś za co można by było go polubić – Nawet nie jesteś ludzką istotą – wskazuje na mężczyznę ociężale palcem. To dawny jego, pierdolnięty na punkcie dyscypliny sierżant – Ponieważ jestem twardy to mnie nie polubisz! A im bardziej mnie znienawidzisz tym więcej się nauczysz! – przerywa, pochyla się i wydmuchuje leżącemu dym z cygara w twarz. Zniża głos gdy widzi, że ciało tamtego jest coraz zimniejsze – Jestem twardy ale jestem sprawiedliwy.
  Ma bardzo charakterystyczną twarz. W zasadzie jest jednym z niewielu ludzi jakich można spotkać, którzy mówią twarzą. Patrzy na Ciebie sekundę po szóstej rano i już wiesz, że za dwadzieścia dziewięć sekund musisz być ubrany i stać na baczność. A jak nie to również wiesz, że wyrzygasz zawartość wczorajszych posiłków do maski z oporządzenia chemicznego. Jak skończą się wczorajsze posiłki, wyrzygasz cokolwiek z żołądka. Będziesz zapierdalał nie wiedząc nawet jak długo.
- Podobasz mi się – wspiera dłonie o połamanych dawniej kościach na barkach – Wpadnij do mnie i pieprz się z moją siostrą – pluje na nogi mężczyzny – A może ma tutaj przyjść, bo ty już z czegoś co przypominało człowieka stałeś się ciotą. Jesteś ciotą szeregowy? – zapytuje ale oczy tamtego patrzą tylko na niego pusto. Ma gębę tyrana który uwodzi lub zabija ale nie jest odrażający – Wspaniale kurwa. Będziesz więc robił pompki dopóki nie umrzesz! – rozdarł się w nicość a gdy wciąż leżący nic nie mówi, robi sus w przód i wali go potężnym butem w żebro. Tamten zgina się w pół, z ust skapuje krew, oczy powleka ciemność – Mam Twoje imię. Mam Twoją dupę! Tu nikt nie płacze i się nie śmieje! – wydziera się wciąż i ponownie uderza potężnie. Głowa postaci opada na bok resztkami sił – urwę Ci głowę i naszczam do szyi!.
Zdaje się, że przez chwilę słychać wycie lisów. Mężczyzna otwiera oczy i unosi korpus nad śnieg ale nic nie widzi.
- Czemu dołączyłeś do mojego korpusu? – pyta ale wcale nie łagodnieje.
- Żeby zabijać – odpowiada machinalnie.
- Więc jesteś mordercą?
- Tak jest.
- Pokaż mi swój wojenny wyraz twarzy – przeskakuje w zaspę i zatrzymuje swoją wstrętną gębę naprzeciw zakrwawionej twarzy, która skupia na nim resztki sił – Masz taki czy jesteś tylko cipą? – teraz lustruje zmrożoną twarz, aż w końcu gdy wydaje się, że przypierdoli w nią, wstaje z nikłą satysfakcją – Skąd pochodzisz szeregowy?
- Z Wrocławia – odpowiada na rozkaz.
- Tylko psy i pedały pochodzą z Wrocławia. Nie wyglądasz mi na psa więc jesteś pedałem. Obciągasz kutasy?
- Nie!- ręce topią się całe w śniegu, czubkiem nosa dotyka białego puchu, który od razu zmienia się w czerwień.
- Lubisz obciągać?
- Nie!
- Wolisz posuwać czyjąś dupę i nawet nie chcesz mu obciągnąć?
- Nie!
- Czy Twoi rodzice mają jakieś normalne dzieci? – wgniata jego głowę podeszwą buta w morze śniegu. Jego usta czują smak własnej krwi.
- Tak- nie ma on sił walczyć ze śmiercią ale nie umiera jeszcze.
- Pewnie jest im przykro. Jesteś brzydszy niż dupa pawiana. Pewnie są wkurwieni, że to co z ciebie najlepsze zostało na ich prześcieradle.
Postać w śniegu unosi tułów, głowa podąża w stronę nieba bez gwiazd, ręce opadają na uda. Wyprostowany otwiera oczy i zatrzymuje ciężki wzrok na sierżancie.
- Gdzie masz karabin szeregowy? – wydziera się tamten z narastającą satysfakcją, że to nie koniec męczarni.
- Nie wiem.
- Chcesz powiedzieć, że zgubiłeś?
- Nie!
- Dam Ci nowy karabin szeregowy. Nadasz mu imię dziewczyny. Nie kurewskie imię jakiejś lampucery. To dobry karabin. Szeregowy.
- Tak jest.
- Będziesz spał ze swoim karabinem. Będzie to jedyna dziura do jakiej będziesz mógł włożyć palec.
- Tak jest.
- Skończyło się grzebanie pod spódnicą. Zaślubisz ten kawałek żelaza i drewna i będziesz mu wierny.
- Tak jest.
- Jakie mu nadasz imię szeregowy? – patrzy diabeł podejrzliwie gotów do potwornego ciosu na dźwięk błędnej odpowiedzi. Klęczący w śniegu otwiera szeroko oczy i zatrzymuje na wzroku rozjuszonej bestii. Zdaje się, że na ułamek sekundy prawdziwy uśmiech szczęścia rozświetla jego kamienną twarz gdy widzi w cieple nocnej lampki jej dziewczęce palce gładzące jego pokaleczone dłonie. Zapada w sen z ledwo bijącym sercem, ona przewraca kartki jego opowiadań, w których pisał o elfach. Lubiła czytać baśnie i lubiła zasypiać z myślą, że może być kiedyś jedną z nich. Kiedyś zbliżyła do niego smutne oczy i powiedziała tylko - Wiem czemu nie jesteś szczęsliwy - nie reagował gdy wilgoć pokryła jej policzki - Wtedy nie mógłbyś być opowiadaczem historii.
- Nie słyszę szeregowy – pochyla się na widok delikatnie ruszających się ust i zbliża do nich ucho. Chce znowu coś wrzasnąć gdy dwa stalowe ramiona oplatają jego szyję. W pierwszym odruchu podrywa swoje potężne ciało w górę lecz dwa mocne kleszcze ani drgną mimo, że ciało zostaje wyrwane w z ziemi. Miota się chwilę, po czym mroźną ciszę przerywa chrzęst zgniatanej krtani. Wielka kukła jakby chciała coś powiedzieć zdziwionymi ustami ale nie wydobywa się z niej żaden sensowny dźwięk. Puszczona opada w zwały śniegu i tam znika.


- Gregory?
- Tylko Wilson może szkalować moje imię - stał opierając się na lasce - Umierasz- powiedział zupełnie zwyczajnie, jakby od niechcenia.
- Wszyscy umieramy House.
- Ale Ty umierasz tutaj i teraz - ich oczy się spotkały, były tak samo niebieskie.
- Nie zawsze możesz mieć to czego chcesz, czasem dostajesz to czego potrzebujesz - wpatrzył się w niego pobłażliwie - Znasz to, przecież to Twój ulubiony filozof Jagger.
- Ty nie masz ani tego czego chcesz ani tego czego potrzebujesz. Ale jest jedna korzyść. Świetnie z tym wyglądasz.
- Każdemu z czymś do twarzy. Tobie dobrze z bólem nogi. Uszlachetnia Cię, kto inaczej chciałby Ci pobłażać.
- To vicodin mnie uszlachetnia. Sprawia, że na mojej twarzy pojawia się ludzki grymas.
- Czasem dostajesz to czego potrzebujesz, co?
- Ból nogi to ból nogi. Diagnoza i remedium. Tabletki pomagają, a Ty co zażyjesz na swoją dolegliwość?
- Nie wiem. To Ty jesteś lekarzem. Myślę, że przydałoby się zszyć - starł dłonią przyschniętą już krew gdzieś w okolicach potylicy.
- Ja nie o tym. To robota dla chirurga, żadna łamigłówka. Pytam o duszę.
- Znajdę coś w aptece.
- Nawet jak znajdziesz to nie weźmiesz - zaczął wyglądać jakby się przejmował - Ból fizyczny się znosi, prawda oscarku? - parafrazował cytat - Ja go uśmierzam ale ból duchowy się wybiera - w jego tonie był jakiś zarzut - Kiedy ostatnio byłeś w aptece?
Leżący mężczyzna zerknął w ciemność do okoła, starając się nie wykonywać gwałtownych ruchów. Zamyślił się.
- Nie dostaję recept od lekarzy - powiedział złośliwie.
- Bo do nich nie chodzisz.
- To nieprawda.
- Kobieta od serc i facet od rozmów to nie lekarze. To szarlatani, a Ty poszedłeś tam dla hecy. Ja jestem prawdziwym lekarzem.
- Już chyba wolę trzynastkę albo Cudy.
- Trzynastka preferuje kobiety, a Cudy adoptowała dziecko i związała z innym. Oprócz tego oczywiście, że w Twoim przypadku przecież nie może chodzić o dupę.
- Chodzi - włożył dłonie pod ocieplenie kurtki - O moją.
- Wstawaj. Nie bądź dupkiem, czemu miałbyś nie chcieć się ocalić?
- Czy nie mógłbyś pozwolić umierającemu człowiekowi na jakąś błogą chwilę?
- Ale to jest głupie. Po co Ci? Staraj się żyć, tylko to się liczy.
- Dlaczego nie dasz mi przeżyć tych ostatnich chwil z myślą o plażach, słońcu, bikini, drinkach, szybkich samochodach, oceanie.
- Będą tam siedemdziesiąt dwie dziewice? Albo Walkirie?
- To koniec. Zostało mi kilka godzin. Jaką szkodę mogą spowodować mi ostatnie chwile spędzone bez bólu? Co za perwersyjną przyjemność czerpiesz starając się bym nie czuł nic poza strachem przed utratą życia. I żalem.
- Cierpienie jest lepsze niż pustka.
- Nie wiemy tego. Żaden z nas nie był po drugiej stronie.
- Męczy mnie ten głupi argument. Nie muszę jechać na Suwałki, żeby wiedzieć, że tam piżdzi.
- Wszystko świetnie House ale tam gdzie zmierzam, to nie Suwałki. Nikt tam nie pojechał i nie wrócił aby o tym opowiedzieć. Przekraczasz rzekę i już nie wracasz na ten brzeg.
- W którym miejscu umieranie jest lepsze od życia?
- W miejscu bez vicodinu, a z bólem?
- No dobra, może nie jestem idealnym przykładem na trzymanie się życia za wszelką cenę ale czas wszystko zmienia. Warto być po tej stronie ciemnej wody.
- Tak mówią ale to nieprawda. Konieczne są czyny, gdy się nic nie robi, wszystko zostaje dokładnie takie samo jak było wcześniej.
- Wierzysz w nadczłowieka Nietzschego, naucz się nadczłowieka. Człowiek jest tworem, który powinien być pokonany. Co uczyniłeś aby go pokonać?
- Dotarłem aż tutaj. Całkowicie sam, mroźnym, zimowym wieczorem i pogodziłem się z tym, że chcę tu zostać. Czy to mało?
- Dlaczego? Dlaczego uparłeś się aby tu zostać? Tu nawet nie jest ładnie.
- Dlaczego nie znosisz bólu bez vicodinu?
- Nawet nie zmierzaj w tym kierunku. To nie to samo.
- Kiedy istnieje skuteczne remedium na ból nogi, zażywasz je, gdy gnije Ci ręka, ucinasz ją.
- Nie da się amputować duszy, nie zapędzaj mnie i siebie w narożnik.
- Czasem ból staje się nie do zniesienia House. Przecież wiesz o tym doskonale.
- Naucz się tego. Naucz się jak go znosić.
- W jakim celu? Któregoś dnia zwyczajnie zbłądziłem i już się nie wydostałem. Rosłem ze skrzatami, podczas gdy aby żyć normalnie w dorosłym, ludzkim świecie muszę się do niego zwyczajnie dostać i uczyć umiejętności jakich wcale nie chcę umieć. Życie nie jest aż tyle warte.
- Nawet jeśli, to czemu nie chcieć jeszcze zrobić czegoś fajnego? Są ludzie, którzy Cię potrzebują. Wiesz o tym, wysyłają Ci listy.
- To postacie ludzkie. Obce.
- Czy nie jest poczuciem dobrym zdać sobie sprawę, że ktoś, gdzieś przetrzymał bo odnalazł słowa definiujące jego ratunek? Sam tak miałeś, wierzysz niestrudzenie w moc słowa.
- Ludzie są egoistami House.
- Sam jesteś egoistą. Spadłeś na głowę i dobrze Ci z tym. Tam czeka na Ciebie kot ale Ty nie chcesz się ruszyć, gdzieś wyczekują Twoich słów ale Ty nie masz zamiaru już nic dać.
- Moje słowa upuszczają mi krwi. Tam się wykrwawiam w męczarniach. Nie chcę już cierpieć. Chcę umrzeć śmiercią gwałtowną.
- Życie jest ciągiem pokojów. Czyż nie sprawia Ci przyjemności wchodzenie do tych wyjątkowych? I ujrzeć pąs na twarzy dziewczyny gdy czyta z Twoich słów własną przyszłość? Uratować chłopca przed skokiem? Ujrzeć za jednym spojrzeniem czyjś krzyk, podczas gdy reszta przechodzi nie umiejąc usłyszeć? Jesteś potrzebny tutaj.
- A co ja z tego mam?
Uderzył nerwowo laską o kamień, pokręcił głową i parsknął gniewnie.
- Nic - urwał - I co to zmienia? - spoglądali na siebie jak starzy przyjaciele. Mężczyzna zamyślił się, House spojrzał w niebo. Nie było na nim gwiazd. Śnieg psuł noc - Jaki dźwięk wydaje jedna klaszcząca dłoń? - zapytał zniżając głos, mężczyzna zmarszczył czoło, jego skronie wygięły się złośliwie - Co czujesz teraz? Co czujesz jak szukasz odpowiedzi?- obserwował leżącego bacznie, zrobił krok w tył i usiadł na głazie - Wyzwalaj się dzięki przeszkodom. Definiuj rzeczy, zjawiska, które dla ludzi są istną fantastyką. Po prostu wstań i idź i wciąż idź. Pewnego dnia na ziemi znajdziesz remedium. Schylisz się i weźmiesz je w dłoń. I nie zażyjesz. Taki właśnie jesteś, więc co mi chcesz udowodnić? Na złość odejść abym zapłakał? Ludzie są egoistami, przyjdą na twój pogrzeb dla hecy aby spojrzeć jak panienki, które powinieneś znać są poubierane i co ty kurwa w nich widziałeś. A później oczywiście cię wspomną. Na imprezie wypiją za Ciebie, po godzinie od toastu zarzygają kibel. Rano wszyscy będą mieli kaca ale Ty wciąż nie będziesz żył.

"Ja was uczę nadczłowieka. Człowiek jest czymś, co pokonanym być powinno" Fryderyk Nietzsche

- Psujesz mi podróż House - sięgnął ręką do plecaka, wyczuł kapelusz wojskowy, czapkę z daszkiem, okulary strzeleckie. Pomyślał, że mógłby kiedyś jak normalny człowiek pójść i kupić czapkę zimową.
- Ja po prostu nie chcę żebyś jechał - jego głos wydobył się z zaciśniętej krtani, było w nim coś tak tragicznego, że mężczyzna musiał podnieść wzrok - Jak odejdziesz, zostanę całkowicie sam - mądre oczy poczęły odbijać w szklistej wilgoci blask śniegu.
Ranny dając wygrać wyczerpaniu, opuścił głowę na klatkę piersiową, jego oddech był coraz płytszy, rany na ciele mroziło zimno. Ciężkie powieki opadły, oczy poszyła ciemność. Czuł dookoła przerażającą pustkę ale nie mógł bać się czegoś z czym obcował od dawna.

- Hej - usłyszał za sobą stłumiony okrzyk. Odwrócił się i dostrzegł starca na łodzi przybijającej do brzegu - Gotów? -stojący na brzegu skinął przytakująco - Masz monetę? - Charon wyciągnął ku niemu dłoń - Nie ma co stroić min. Zapłata za przewóz to warunek konieczny.
- Zapomniałem portfela- poinformował z przejęciem mężczyzna, klepiąc po kieszeniach wojskowej kurtki.
- Podróży po Styksie się zachciewa, a nawet jednego obola biedak nie ma przy duszy. - splunął beznamiętnie starzec.
- Nie możesz zrobić wyjątku? Zdarzało Ci się - próbował negocjować stojący na brzegu.
- Na rok mnie za taki wyjątek wobec Heraklesa zakuto w kajdany. - rzucił z niechęcią, odbijając łodzią od brzegu.
- Jestem przyjacielem Tanatosa- krzyknął w stronę łodzi.
- To wracaj do niego bo na mrozie siedzi i czeka na Ciebie - odpowiedział starzec - A z Elfami jest jeden problem - człowiek patrzył pusto w ciemność nad wodą, przewoźnik już zniknął - One za wszelką cenę pragną być ludźmi - dochodził tylko jego głos.
- A co to zmienia? - zapytał nicości bez przejęcia.
- Nie rozumiesz.- słowa Charona były coraz cichsze - One muszą być z ludźmi. Mogą kochać Ciebie ale tak jak Ty kochasz je. W marzeniu.
W kojącej agonii, otwiera z wolna oczy, przy nim pochyla się postać ściskająca w dłoni wielki kawał stali i broczy nim w jego sercu.
- Poczekaj!.- krzyczy mężczyzna obserwując jak House z pasją w ślepiach wolną ręką dobywa z jego serca rozbrykane stworzenie i wpatruje się w nie z triumfem - To Elf - wycedza mężczyzna z niedowierzaniem.
- To pasożyt - reprymenduje House, odstępując kroku i wciąż ściskając w ręku zakrwawiony nóż, podrzuca w górę ogłupiałe stworzenie. Ono natychmiast rozpościera małe złociste skrzydła i rozświetla mrok niczym świetlik.
- Łap ją! - krzyknął leżący bezsilnie starając się wstać.
- Niech leci - elf wachlował skrzydłami jak koliber - Spójrz jak ładnie wygląda na tle drzew. Przewrotna bestia. Niech leci i żeruje na innym sercu.
- House - ranny wciąż krzyczał - Ona zamarznie.
- To Ty zamarzasz - wyprostował się i mienił przed nim jak nikczemny rzeźnik.
- Łap ją i wsadź z powrotem do mojego serca. Jest minus dziesięć stopni.
- A w powietrzu minus osiem- posłał mu ironiczny uśmiech ale on przecież zawsze się tak uśmiechał - To i tak cieplej niż w Twoim sercu.
- Daj mi tabletkę- rzucił krótko.
- Moją?
- Tak. Daj mi vicodin.
- To się jeszcze nie zdarzyło- zmieszał się - Nie dzielę się vicodinem.
- Dawaj tabletkę, musi przestać mnie boleć. Widzę jeszcze ją i złapię. Nie zamarznie.
- A może zacząłbyś się martwić o siebie, co? Jest minus dziesięć, leżysz z połamanymi trzema żebrami, stłuczoną kostką i pękniętą czaszą. W dodatku jakiś rzeźnik zrobił Ci dziurę w sercu.
- Dawaj tabletkę House!
- To vicodin, narkotyk usuwający ból, a nie specyfik zamieniający połamanego zdewastowanego człowieka w zdrową sarenkę. Nie wstaniesz i nie pozapierdalasz po śniegu jak parzystokopytne stworzonko z pstrokatymi uszkami. Co najwyżej przestanie boleć.
- A masz coś co zamieni mnie w sarenkę? - wpatrzył się w niego poważnie.
- Jestem lekarzem, nie szamanem.
- Więc do czego Ty mi właściwie jesteś potrzebny?
Wydobywa z kieszeni fiolkę patrząc smutno w dal. Na chwilę zapomina się i przestaje udawać szczęście. Wysypuje tabletkę na dłoń i szybkim ruchem umieszcza w ustach. Tylko tragiczny grymas w kącikach oczu towarzyszył temu.
Przysiada ponownie na kamiennej płycie i kładzie dobyte z nicości tuż przed rannym dwa przedmioty.
- Mogę zrobić dwie rzeczy Mag – mówi mu po imieniu i smutno – Zafundować Ci rejs – tutaj wskazuje na monetę – Lub nauczyć grać w szachy – otwiera pudełko, z którego rozsypują się wojenne figury. - patrzy w niebieskie ślepia Złego - Wybieraj.


„Wyrychtuj łuk, Kyprido, i bez namysłu idź sobie
Gdzie indziej! We mnie nie ma już miejsca na ranę”
Epigramat Filodema

- To znowu Ty – podjął ze złością zmęczonego starca do czekającego na brzegu.
Miał nadzieję go przepędzić jednak gdy w milczącej dłoni ujrzał połyskującego obola, westchnął tylko smutno. Wyciągnął rękę po zapłatę, łódź zakolebała się na ciemnym Styksie pod krokiem przybysza. Wszedłszy, spoczął bez słowa. Niebieski kolor tlił się tylko w jego oczach gdy płynął na drugi brzeg.
Starzec w kapturze zaklął gniewnie lecz nie słysząc Bogów odpowiedzi, własnym głosem cedził wiersz Filodema:

„ja, Filip, który pierwszy powiodłem Macedonię ku rzeczom
Aresa, odziany w ziemię ajgajską spoczywam tu,
Dzieł sprawca, jakich żaden król nie dokonał przede mną:
Jeżeli po mnie większych, to dlatego, że z mojej był krwi”

 

 

------------------------------------------------------------------------

Z dedykacją dla tych kilku, które jeszcze nie wiedzą, że obitemu psu wystarczy dotyk dłoni aby ten nie szczerzył kłów i nie uciekał do jamy.
Bądź aby chociaż nie kulił się w nienawiści i bezradności.

Nie musi on uzasadniać swojej reakcji. Reaguje instynktownie, odruchowo, bez pierwiastka czegokolwiek w co ozdabiają swoje gesty ludzie.
Cała tajemnica kryje się tylko w tym aby głaszcząca go dłoń była dłonią z pogranicza jego świata.
Tylko wówczas można ożywić obitego psa i sprawiać, że pobiegnie przez wysoką trawę i przysiądzie na wzgórzu strzegąc waszego snu.

 I wypędzić go już nie zdołacie. 

Dla Elfów.

Zaloguj się