Saturn

 

W ciemnym się tunelu kołatały cienie. 

Złowieszcza wilków harda hołota.

nosząca swej krwi ponure brzemię,

ludzie stworzeni spod Hefajstosa młota

W tunelu ciemnym cienie ponure
by Bogu gniewnemu miecz wstrzymać
dusze niespokojne, dziwne, złe i które
Kołatają się w sobie by ścierwo zarzynać.

Watahy cienie w ciemności znikają
ciche, dalekie i samotne z ołowiu
srogo i gniewnie marny pomiot nękają
bo one ze złego wedle prawych, są chowu.

Patrzył na nas wzrokiem zupełnie obojętnym, ale biła z niego pasja tresera.

Dzień miał się już ku schyłkowi, kiedy po raz pierwszy rozbrzmiał jego głos wewnątrz tego długiego, zimnego korytarza.


- Nazywam się porucznik Kowal - w tej przerwie można było usłyszeć nawet tupot mrówki. Tembr jego głosu powodował, że nikt nie odważył się oddychać - I od dziś będę was rzeźbił.


Po tym dostrzegłem gdzieś przez okno zanikające słońce. Miałem wrażenie, że jak teraz zajdzie to nigdy go już nie zobaczę.
Nie pomyliłem się dużo, bo dwa dni później wciąż nie było słońca.

- Dlaczego jesteś smutny?
- Jestem smutny, bo nie jestem wesoły.
- Mądrala. Wiesz kto to jest Saturn?
- Rzymski Bóg.
- A ja myślałem, że planeta.
- Wtedy zapytałby Pan porucznik, czy wiem "co" to jest Saturn.
- Nie myliłem się - wsparł dłonie na biodrach, wydając się jak monument na tle okna - Mądrala. Nigdy się nie mylę, zapamiętaj to.
- Zapamiętam.
- Kiedyś powiem Ci, kto to jest Saturn, a teraz padnij na glebę i pięćdziesiąt - nie drgnął, tylko patrzył ciężkim wzrokiem, a ja jednym ruchem położyłem dłonie na zimnej posadzce kompani wojskowej. Chyba się uśmiechał, nie wiem nie patrzyłem, ale buty jego wojskowe wydawały taki dźwięk jakby się uśmiechał, gdy podchodził do następnego żołnierza w szeregu.
- Ty też jesteś taki mądrala?
- Nie, Panie poruczniku.
- Dobrze. Musisz trzymać średnią. To kompania nieobliczalnych skurwysynów. Potrzebny jest tylko jeden mądrala. Reszta ma wykonywać, nie myśleć. Zrozumiano szeregowy?
- Tak jest.
- Wiesz kto to jest Saturn, szeregowy?
- Rzymski Bóg poruczniku.
- Jesteś pewien?
- Tak jest.
- Przeczytałeś o tym? Bo nie wyglądasz jakbyś kiedykolwiek przeczytał cokolwiek.
- Nauczyłem się od kolegi, poruczniku.
- Od tego co leży?
- Tak jest.
- Ufasz mu?
- Tak jest.
- Dobrze. Będziesz więc cierpiał razem z zaufaniem. Gleba i daj mi pięćdziesiąt.


Podążał w lewo, jego głos nikł gdzieś w pocie. Na plecach dźwigałem dwadzieścia kilogramów oporządzenia, porucznik stwierdził na porannym apelu, że jedyna słuszna pompka to pompka na kościach, podczas gdy posadzka wbija się w nie, nie poddając się ani o milimetr pod ciężarem uzbrojonego żołnierza. Porucznik był bardzo mądry, a jego mądrość była wynikiem braku pośpiechu. Podczas żołnierskich pompek zawsze udawał filozofa, a aby stworzyć atmosferę filozoficzną należało pompki robić w odpowiednim tempie. Zejście około trzech sekund, przytrzymanie u dołu sekundę i powrót też około trzech sekund.
Na szczęście teraz nie udawał filozofa, poznaliśmy się trzy dni temu więc czasem zwyczajnie kazał zapierdalać gdy samemu badał inteligencję swojego mięsa piechoty rozpoznania.
- Zamierzasz tu kurwa umrzeć szeregowy? - zerknąłem w bok gdy jego głos się zbliżył. Kucał przy pompującym obok żołnierzu - Wyglądasz jakbyś chciał umrzeć.
- Nie mam sił Panie poruczniku. Dowódca brygady powiedział, że nie będzie tak ciężko.
- Dowódca brygady nigdy nie postawił nogi na tym korytarzu żołnierzu - fuknął na niego Kowal - Nigdy nie wiedział jak jest tu ciężko, a ciężko zacznie być dopiero za rok. Więc albo mi tu umrzyj albo pompuj. Twój wybór - i przygniótł go podeszwą buta do podłogi. Stał tak niczym monument zdobywcy ale wcale go to nie bawiło. Spojrzałem na niego i był autentycznie nieszczęśliwy, że ktoś się tutaj dostał i płacze trzeciego dnia - Mi dowódca brygady kiedyś powiedział, że trzeba być twardym, a nie miętkim. Znasz to żołnierzu? Dziewczyna do Ciebie nigdy tak nie mówiła? - nie doczekał się odpowiedzi - A prawda jest taka, że mój miętki szwagier czyta gazetki w kolorze przy kominku i pieści śliczną żonę. Wiem, że jest śliczna bo jest moją siostrą więc powinieneś się domyślić, że to dobre geny - chłopak leżał rozwalony na zimnej posadzce, nie miał sił drgnąć - Okazuje się, że jak jesteś twardy to lądujesz w twardym otoczeniu. Tam kominek, tutaj chłód nocy, tam kręgle, tutaj czołganie się w błocie, tam niedzielny obiad z krawaciarzami, tutaj zimowa zasadzka na zwichrowanych skurwysynów, upojonych alkoholem z przemytu. To chuja prawda szeregowy. W życiu trzeba być cipą, bo inaczej jesteś wiecznie obcym skurwysynem, którego więcej łączy z Hecklerem i Kochem niż z ludźmi - urwał i rozejrzał się na resztę twarzy. Ściągnął nogę i podniósł żołnierza. Tamten oparł się o ścianę - Więc powiedz mi teraz zanim zmarnuję kolejną cenną konserwę na darmozjada. Jesteś cipą czy jesteś twardzielem? Dajesz się ruchać innym?
- Nie lubię dawać się ruchać poruczniku - wyjąkał zdewastowany chłopak.
- Więc jednak wiesz coś o tym skoro twierdzisz, że nie lubisz.
- Nie rozumiem poruczniku.
- Nie można nie lubić czegoś, czego smaku się nie zna. Czy to logiczne? - nie odpowiedział, więc porucznik kopnął mnie delikatnie w jego mniemaniu, dając sygnał do powstania - Żołnierzu czy to logiczne? - stałem obok na baczność.
- Tak jest. Nie można nie lubić jabłka jeśli się go nie spróbowało.
- Więc byłeś ruchany i tego nie lubisz - powiedział do niego- Dobrze, nie będę przecież karał Ciebie za to, że jesteś cipką - zrobił krok w tył - Muszę Cię tylko wypierdolić - wyglądał jakby się uśmiechał - Nie licz na festiwal żołnierzu! Wypierdolić z kompani.

Po tygodniu z kompani wypierdolił dwunastu chłopaków. Po miesiącu kolejnych sześciu, a któregoś dnia zwyczajnie zastałem go pijanego. Siedział na betonowym bloku ze złożonymi rękoma i był zupełnie nieobecny. Wiedział, że nadchodzę. Łypnął na mnie jak zwykle monotonnie, a ja po prostu chciałem zniknąć za budynkiem w drodze swego samotnego patrolu wysuniętego posterunku. Nie bałem się go jak reszta chłopaków, po prostu wiedziałem w jakim miejscu teraz jest i wiedziałem, że w tym miejscu jest się tylko samemu.

- Ty nie jesteś zwyczajny - powiedział bez akcentu - Błądzisz gdzieś w ekstremach - urwał kiedy przystanąłem - jesteś sam. Byłeś sam przez całe życie - patrzył na mnie i mówił do mnie ale ja wiedziałem, że mówi o sobie. Też o sobie.
   Spojrzałem na liście drzewa. Lato z pewnością już się kończyło. Usiadłem obok i poczułem jakbym mógł siedzieć tutaj z nim przez resztę życia.


- Jesteś baśniopisarzem - mówił - W wielu religiach opowiadacze historii byli postaciami magicznymi. I to Cię ratuje. Każda historia jaką możesz opowiedzieć. Jednak gdy stawiasz kropkę na jej końcu, tam jest ona opowieścią zakończoną. Ale w sercu snuje się dalej ale co będzie w chwili gdy zakończysz historię jaką w danej chwili żyjesz? I gdy odejdą Elfy? - palił ale ja nie. Mimo to poczęstował mnie papierosem a ja zwyczajnie zapaliłem. Zawsze oczyma wyobraźni miałem dziecięcą wizję reklamy marlboro. Miałem się za jakąś cholerną postać z powieści - nie mając Boga, nie lubiąc ludzi, bez bliskich, goniąc mroki i zaglądając coraz głębiej nie wystarczy umieć czarować. Trzeba być mistrzem magii. Samotność zabija człowieka powoli i boleśnie - obrócił się w moim kierunku i wpatrzył się w moje ślepia - Nawet jeśli jest w tym mistrzem - wciąż mówił o sobie, a ja byłem nim za ileś tam ciężkich lat. Uczył mnie tego czego nie wpoił mi szaleństwem stary. Uczył mnie niezwykłej odwagi aby zwyczajnie móc rozchylić wrota piekła i bez poruszenia penetrować wzrokiem okolice - Zabiorę Cię stąd - wstał kiepując peta pod podeszwą buta- Gdzieś tam daleko czai się na Ciebie facet z siatką na motyle - wyglądał jakby się w tym swoim cierpieniu uśmiechał. Tylko za cholerę nie uśmiechał się do mnie - Botanik w najgorszej na ziemi dziurze - dopiero później zorientowałem się kogo on nazywał botanikiem. Wyrecytował mi apokalipsę św. Jana tej samej nocy, jak jeszcze bardziej się zrobił i przyszedł napić się z żołnierzami - "I ujrzałem, oto koń trupio blady, a imię siedzącego na nim Śmierć. I otchłań mu towarzyszyła"

 

   

   W miejscu w którym polował botanik wylądowaliśmy niespełna miesiąc później. On, Ja i jeszcze czterech niezmordowanych chłopaków z naszego plutonu. Przewieziono nas poczciwym rosomakiem do bazy na środku pustyni po czym nawet się nie rozpakowując wezwano nas na odprawę. Wówczas pierwszy raz usłyszałem jak nas nazwał.


- Merkury, Wenus, Mars, Jowisz i Saturn - ja stałem ostatni gdy wymieniał w kolejności. Pułkownik posłał nam nieco szydercze spojrzenie co porucznik Kowal wychwycił - to nie cipki na zarobek z turbodynomenem jako przyjacielem. Nie mają komórek, laptopów i żon do których tęsknią podczas gdy artyleria napierdala nad błądzącym przy listonoszu ze swojej ulicy żołnierzem. Oni nie umierają. Ich trzeba zabić.
- I o takich Bogów rzymskich prosiłem Hefajstosie - i tak nasz porucznik zyskał przydomek starożytnego kowala - I liczę na niezłe starcie tytanów, a kiedy wrócą do domu będą mogli zadzwonić do swoich mam- uśmiechnął się szeroko - rozumiem, że mają mamy, chcę aby mieli mamy. Żołnierz który nie ma dla czego żyć, zwyczajnie umiera.


- Już mówiłem pułkowniku - przypomniał Hefajstos - Oni nie umierają. Ich trzeba zabić.
- Mam tutaj takich całe plemię. Nie chcą umrzeć i zabijają- podszedł do nas stojących w szeregu i lustrował - Zarzynają maczetami dzieci sąsiadów, nakazują gwałcić i torturować w okrutny sposób. Kobiety cieszące się publicznym zaufaniem wzywają w miejsca gdzie ma niby być punkt czerwonego krzyża - urwał i myślał chwilę - dzieci i kobiety tam uciekają... czeka na nich setka krwiożerczych bestii z pałkami nabitymi gwoździami. Wcześniej byli sąsiadami, kobiety bawiły ich dzieci, a teraz patrząc im w oczy ucinają małe rączki tępymi od kości maczetami, patroszą...- spuścił głowę. nikt nie oddychał, każdy był w swoim własnym piekle - potrzebuję naprawdę złych ludzi porucznikuHefajstosie - w tej chwili ten poważny mężczyzna wyglądał jak człowiek dla którego już nic w życiu nie ma znaczenia. Poznał swoją siłę i słabość i dołożył wszelkich starań aby wymodlić śmierć dla tych których nienawidził. Dla triumfu zła wystarczy aby dobrzy ludzie nic nie robili. On zrobił. Zupełnie poza protokołem ściągnął tutaj sześciu jeźdźców apokalipsy


"i ujrzy go wszelkie oko i wszyscy którzy go przebili. I będą go opłakiwać wszystkie pokolenia ziemi" apokalipsa św jana


- Byłem dobry z mitologii poruczniku - usiadł na stole i gestem kazał nam spocząć - O ile Mars to Bóg wojny - tutaj uczynił ukłon wobec trzeciego w szeregu - symbol odwagi i ognia o tyle Merkury i Wenus nie przypominają mi o furii.
- Ma Pan całkowitą rację. Merkury to rozsądek w tym szaleńczym stadzie, a Wenus to symbol odrodzenia i szczęścia. Nawet największym skurwysynom przydaje się szczęście.
- A Jowisz?
- Jest sprawiedliwy. Musi mieć nas samych na oku - pułkownik pokiwał z aprobatą.
- A kim jest Saturn - zatrzymał na mnie ciężki wzrok, podczas gdy kapitan Hefajstos przypalił papierosa.
- Saturn to postać melancholijna i surowa. Jest dobry.
- Mówiłem, że potrzebuję złych.
- I to właśnie czyni go złym.
- W ostatnich czasach tylko bestialstwa w Nankin i Rwandzie były równie okrutne jak te tutaj. O ile W Chinach nie mógł pomóc nikt o tyle parszywe plemię Hutu mógł człowiek cywilizowany powstrzymać. Okazuje się, że kiepska z nas cywilizacja. O ile w byłej Jugosławii żołnierze ONZ pozwalali na czystki o tyle Ja, dopóki żyję nie będę przyglądał się bestialstwu. Moi żołnierze to dobrzy ludzie na kontrakcie w imię kraju, polityki, pieniędzy. To taki nasz poligon, testujemy nowe pojazdy, szkolimy się, zdobywamy gwiazdki i odznaczenia. Tylko kurwa nikt nie myśli o tym aby obronić człowieka. Nie ma Boga, polityki, idei ani strategii. Wystarczy człowieczeństwo aby zadecydować o ratowaniu bezbronnych. W świecie ludzkim silniejszy musi bronić słabszych. Nie dzieje się tak. Armia przygląda się przez płot na palenie ludzi, rozstrzeliwanie ich, torturowanie. Jesteśmy żołnierzami, wojownikami więc czemu stoimy i patrzymy - nie oczekiwał odpowiedzi, był to jego smutny monolog. Przyglądałem mu się tak jak naukowiec patrzy na nowy okaz zwierzęcia. Myślałem, że tacy ludzie byli tylko w powieściach. On i ten mój porucznik jak wyjęci ze starego amerykańskiego filmu, gdzieś na pustyni w Nevadzie podrzynający gardła każdemu ludzkiemu ścierwu. A później jak obaj wsiadają do starych aut terenowych, niczym ford bronco z 1976 roku. Tak, to byli dzisiejsi rewolwerowcy. Okazało się też , że i ja zagram w remaku "bez przebaczenia" Uśmiechnąłem się kącikiem ust.


- Bawi Cię to żołnierzu?- chyba skończył pod moją nieobecność.
- Uśmiecham się Panie Pułkowniku - chciałem być z nim całkowicie szczery. O ile lecąc tutaj miałem gonitwę przeróżnych myśli, o tyle teraz wiedziałem jaki charakter ma moja postać. I odpowiadało mi to - oczyma wyobraźni zobaczyłem Pana jadącego na zachód w fordzie bronco, gdzieś na obrzeżach gór skalistych. Uśmiechnąłem się do tej myśli, sam Pan rozumie.
Pułkownik rozumiał, rozumiał też Hefajstos. Ufał mojej roztropności i poczuciu humoru wiedząc, że jedynie może się to spodobać takim kozakom jak pułkownik. Tylko reszta chłopaków łypała na siebie płochliwie. Każdy mógł się bać gniewu tego człowieka.
- A co ja tam niby robiłem? - był naturalnie ciekaw.
- Poprawiał Pan źle leżące kaptury na głowach członków klu klux klanu.
- No tak - pokiwał z aprobatą głową - Niezły ze mnie Jacyków.
- Tylko w przeciwieństwie do niego fastrygował Pan pięcio calowymi gwoździami prosto do czaszki.
- Lubisz Clinta Eastwoda co?
- Każdy facet musi go lubić Panie pułkowniku. Gość ma wielką spluwę, ostre spojrzenie i nie lubi skurwysynów.
- To tak jak my co? - podszedł do mnie tak blisko, że czułem jego oddech - Przydacie mi się tutaj chłopaki - założył czapkę i skierował się do wyjścia - Widzimy się po kolacji poruczniku.


   Porucznik Kowal obrócił się w naszym kierunku, usiadł na stole i zawiesił wzrok na mnie.
- Pojebało Cię Saturn? Co to znowu za ford bronco?
- Jedyne moje marzenie poruczniku. Ford bronco i bezdroża ameryki.
- Jesteś wyprany z atrakcji życia? Co z plażami, pięknymi kobietami, sportowymi wozami z alufelgami?
- To wszystko już miałem Panie poruczniku.
- I co? Znudziłeś się? Tak szybko?
- Nie. Przekonałem się, że do tego nie pasuję.
- Znowu Ci w głowie cowboy z reklamy marlboro?
- Podoba mi się jego opalenizna ze słońca Nevady.
- A może Ty pedał jesteś Saturn co? Może ja się pomyliłem?
- Pan zawsze ma rację, pamięta Pan?
- Więc piasek i stary wóz terenowy co? Jesteś jednak pojebany. Gdybym był Tobą to zostałbym destruktorem jamesa bonda. Byłbym agentem 000. Z dobrą aparycją i głową na karku zostaje się dobrze opłacanym agentem ale my żyjemy w kraju gdzie furorę robi agent Tomek. Facet, który powinien prać ci skarpetki.
- Samsung pierze mi skarpetki Panie Poruczniku.
- A współczesne gwiazdy starych amerykańskich filmów tymczasem lądują w kompletnej dziurze na pustyni i nikt o nich nic nie wie. Powinieneś obracać Dowbor, Pieńkowską i inne lale z salonów Rzeczypospolitej, a Ty pchasz się aby biegać z kawałkiem stali w rękach, zamiast cycków. A po tym marzysz o namiocie na pustyni i trzydziestoletniej furze. Skąd ja Cię kurwa wygrzebałem Saturn?
- To ja do Pana przyszedłem - przypomniałem bez uśmiechu.
- Miałeś dychę na miesiąc, dwie fury, mieszkanie z ogrzewaniem, śliczną dziewczynę, a kasjerki w restauracjach dawały Ci zniżki bez karty. I przylazłeś do mnie abym zabrał Cię tam gdzie wielki mężczyzna tępym nożem ucina małej kobiecie piersi, tam gdzie matka dwojga dzieci, patroszy dzieci innego plemienia. To inna przyjemność Saturn. Zmysłowa. O to chodzi? Aby poczuć dreszcz odbierając życie oprawcom?
- Kiedy byłem małym chłopcem duży mężczyzna katował małą kobietę. W moim bloku mieszkało kilkadziesiąt rodzin. Nic się nie zmieniło, każdy dzień wyglądał tak samo. Wiem co czuje człowiek, który chce aby po prostu ktoś mu pomógł. Aby po prostu ktoś coś zrobił.
- I Ty chcesz zrobić?
- Jestem radykalnym idealistą w tej kwestii poruczniku. Ukradłeś, dłoń pod maczetę. Nie twoje nie ruszaj, chyba, że kradniesz jedzenie. Jeśli dokonujesz gwałtu, kastracja. Nie chemiczna, kutas pod nóż. Jeśli wyrządzasz krzywdę niewinnym, znęcasz się nad zwierzętami, dziećmi, kobietami, słabszymi, to samo dla Ciebie. Radykalna eksterminacja. Zrozumiałem niedawno, że traktujemy siebie, człowieka jak istotę chronioną. Rządy wydają mnóstwo funduszy aby uchwalać liberalne prawo, aby bronić zwyrodnialców, aby ich utrzymywać, podczas gdy zaledwie ułamek z tej kwoty załatwia wszystkie domy dziecka, schroniska dla zwierząt, etc. Nie jesteśmy gatunkiem chronionym. I nie możemy siebie tak traktować. Ktoś na świecie musi likwidować złych ludzi. Po prostu. Likwidować, zabijać, eliminować ze społeczeństwa. Naturalna selekcja jest najlepsza.
- No to dobrze - podniósł się - Pierwszy raz coś o sobie powiedziałeś. Jeszcze parę takich dni a może dowiem się, że nic nas nie różni. Myślisz, że Nevada jest wystarczająco duża abyśmy się tam zbyt często nie spotykali?
- Wszczepimy sobie nadajniki i będziemy się unikać. Ot, co, a jak nie to jadę do Kanady.
Uśmiechnął się i machnął ręką
- Dobra panowie. Czas wolny do odwołania. Sugestia jest taka aby zapoznać się z mapami i przygotować oporządzenie. Ja wiem, że ta baza wygląda jak klub na plaży ale my nie jesteśmy plażowiczami.

 

"Zwalczajcie na drodze Boga tych, którzy was zwalczają...I zabijajcie ich, gdziekolwiek ich spotkacie, i wypędzajcie ich...Kiedy więc spotkacie tych, którzy nie wierzą, to uderzcie ich mieczem po szyi; a kiedy ich całkiem rozbijecie, to mocno zaciśnijcie na nich pęta."


Koran


Gdy wystąpią w szeregach z imieniem Boga na ustach, wtenczas stanę im na drodze i wyjdę przeciw nim i ich Bogu. Rozbić ich w proch będę musiał gdyż wiem, że nigdy się nie zatrzymają bowiem święte wojny do jakich skrzykuje ich Bóg czynią ich jedynie ścierwem tej planety.
Muszą napotkać przeszkodę.
Tą przeszkodą będę ja i wielu mi podobnych.

 

   Kiedy skończył czytać te słowa z ekranu monitora nie podnosił na nikogo wzroku. Nawet nie słyszałem aby oddychał. Cokolwiek robił, robił to tak aby krzyczało w ciszy. Jego milczenie plus wzrok porucznika Kowala sprawiały, że pot spływał po moich plecach.


- Żołnierz winien żyć dla honoru. Nie dla zwichrowanej zemsty - rzucił, a ja wciąż stałem na baczność - Nie można zwyciężyć z grymasem gniewu na ustach.
- Clint Eastwood udowodnił, że jest inaczej - wtrąciłem chcąc jak najszybciej zejść z dywanika.
- Rozumiem jednak żołnierzu, że odróżniasz film od rzeczywistości?
- Odróżniam też pułkowniku odwagę od tchórzostwa, nawet jeśli odwaga jest pochowana wraz z gniewem i nienawiścią w jednej duszy. Obudziłem się po fakcie jak Holenderski generał poprzez tchórzostwo pozwolił zabić tysiące uchodźców. Wtedy skleciłem to co Pan przeczytał.
- I wiele innych sloganów nawołujących do rzezi?
- Wiele. Mnóstwo. Do rzezi skurwysynów.
- Jesteś tu po to aby nie mieć drżącego palca na spuście patrząc w oczy dziesięcioletniego chłopca po tym jak nauczysz jego ojca nowej religii. Wierzę, że podołasz ale chciałbym abyś pożył dłużej niż wyszkolą następnych rewolwerowców. Gniew nie jest dobrym partnerem w walce.
- Mój gniew czyni mnie lepszą maszyną do zabijania niż sielski klimat obozu skautów - musiał rozróżnić mój kpiarski ton.
- taak - wstał i podał mi fajkę - Niestety polski kontyngent jest na pokaz. A przecież ktoś musi zabijać. Ale skoro Ci to nie służy to wydesantuję Cię do przyczółka, którego nikt nie potrafi utrzymać. Ciebie i Twoich kumpli. Porucznik Kowal będzie Ci wdzięczny.
Skrzywiłem usta w grymasie uśmiechu.
- Przecież po to tu jestem. Wykupiłem all inclusiv z ładnymi widokami i atrakcjami. Nie mam zamiaru leżeć wśród rozwydrzonych Polaczków w klimatyzowanych namiotach.
- A Ty nie Polaczek? Masz się za wyjątkowego?
- Nikt nie wie kim był mój stary więc mogę być niewiadomą.
- Może to jakiś beżowy? I wróciłeś na włości.
- Nawet gdyby to co?
- Może będziesz miał opory zabijać swoich?
- Nie ma żadnych moich. Nie wierzę w narodowość, religię, fanklub Georga Michaela, feministki i klub dzierlatek. Nie wierzę w nic. Nie modlę się do papieża i nie piszczę na koncertach lady gagi. Jestem odrębną jednostką. Liczą się tylko moje wartości.
- Więc popracuj nad nimi. Dotychczas w tym kraju nasi sojusznicy zabijali chłopców od dziewiątego roku życia. Ostatnio zmienili tą prawidłowość. Należy zabijać każdego chłopca, który skończył sześć lat. Potrafisz?
- Nie wiem.
Podszedł do mnie na pół metra. Był wyższy, w ogóle był potężniejszy ode mnie. Patrzył w moje ślepia i położył mi rękę na ramieniu. Kowal uznał to za koniec spowiedzi i poprawił mundur.
- Za dwie godziny wymarsz Saturn. Zmobilizuj resztę operatorów - skinął głową na wyjście - Czas odkupić swoje grzechy.
- Jest Pan ich pewien poruczniku? - zapytał pułkownik - tego też?
- To bardzo dobrzy operatorzy.
- A moralnie? Do zabijania? - wątpił - Nie wyglądają na zabójców. Żaden z nich.
- Nie mają być zabójcami. Mają zabijać zabójców.
- No tak. A przecież to zupełnie nie to samo.
- Dajmy spokój z demagogią. Niech idealizmem żyją krzykacze, co to nigdy nie chodzili po paskudnej dzielnicy nocą. Co się stanie jak zło ujarzmi świat? Bóg nas obroni? Gdzie jest Bóg w takim razie teraz? Nikt nas nie obroni. Przeciw złu trzeba spuszczać takie psy jak on. Sfory wilków muszą strzec snu naszych niewinnych dzieci i wymyślających dyrdymały idealistów. Potwora nie powstrzyma chcąca go ugłaskać dłoń. Wyrwie ją razem z ramieniem. Potwora powstrzyma tylko siła. Oni są naszą siłą.
- Oni nie istnieją poruczniku. I proszę o tym pamiętać jak tylko przekroczycie granicę. Nie ma wsparcia, nie ma narodowości. Przekraczacie rzekę i już nie istniejecie.
 

 

„Tylko jakaś dziewczynka wychyliła się do pół ciała z okienka wagonu i straciwszy równowagę upadła na żwir. Chwilę leżała ogłuszona, wreszcie podniosła się i zaczyna chodzić w kółko, coraz prędzej i prędzej, sztywno wymachując rękoma jak na gimnastyce, łapiąc głośno powietrze i wyjąc monotonnie, piskliwie. Dusząc się- dostała obłędu. Działa na nerwy, więc podbiegł do niej esesman, okutym butem kopnął w plecy; upadła. Przydeptał ją nogą, wyjął rewolwer, strzelił raz i drugi: została, kopiąc nogami ziemię, aż znieruchomiała.”

Borowski „zbiór opowiadań”

 

- O naturze ludzkiej…- wymówił, kiedy pochylałem się nad trupem taliba, wydobywając z jego ciała nóż. 
- O naturze ludzkiej - przerwałem mu, chowajac kawał stali jakim zmasakrowałem ciało meżczyzny, który zanim przybyliśmy zabił kamieniem trzynastoletnią córkę i pastwił się nad umierającą żoną, oblaną chwię wcześniej kwasem - świadczy masa nie tyle co samych rzezi ale to czego rzeźnicy się dopuszczali. Wojownik zabija w walce o życie, rzeźnicy pastwią się. Żywe ofiary choćby Asyryjczycy w Babilonie trzymali, a ciała ich rozcinano aby sprawdzić czy nie ukryli czegoś cennego. Potem zostawiali ich na powolną śmierć w męczarniach czołgających się po ziemi i ciągnących za sobą wnętrzności. To jest właśnie człowieczeństwo i nie będę go nobilitował.
- Ale człowieczeństwo to też ukochany brzdąc w ramionach ojca.
- Tak, tylko tego trzeba się nauczyć. Trzeba umieć jako mężczyzna dwie rzeczy. Umieć nie dać się złu i umieć dać odpór złemu.
- Saturn -  Wenus kopnął ciało zabitego - Spójrz na niego. Ty sam jesteś zły.
- Modły, uśmiechy, nadstawianie policzka nie zatrzymają skurwysyna przed robieniem skurwysyństwa. Rękę z maczetą należy uciąć inną ręką z maczetą. Jeśli ucinanie łap skurwysynom czyni mnie złym to już tak musi pozostać. Będę najgorszym bydlakiem na tej planecie.
- To bądź jeszcze bardziej zły za pomocą pół calówki - wtrącił się Merkury wskazując pnący się wzdłuż zbocza pojazd – i załatw nam trochę czasu.
Wytargałem z naszego land rovera moją ślicznotkę, Berettę M82A1. Pojazd wraz z kierowcą liczył sześciu bojowników, poruszając się z prędkością około czterdziestu kilometrów na godzinę w odległości ośmiuset metrów wystawiony na nasz ogień przez jeszcze długi czas na tle zbocza. Pocisk kalibru 50 mm ma to do siebie, że z takiego samochodu z tej odległości robi sito ze wszystkim co spotka po drodze, czy to ciało, czy to stal. Drugą jego zaletą była znakomita nośność więc i zwiększona celność. Porządny karabin snajperski w działaniach dywersyjnych, tym bardziej w otwartych górach był bronią niezastąpioną. Jedyną wadą mojej ślicznotki była waga ale poruszając się pojazdem waga stawała się mało istotnym elementem doboru sprzętu. Pudełkowy magazynek na dziesięć naboi stanowił o potędze tej broni, używanej głównie do unieszkodliwiania opancerzonych pojazdów.
- wiatr bez znaczenia. – powiedział cicho spoter, ułożywszy się przy moim lewym boku – prędkość jeden metr na sekundę. Za dziewięć metrów przeszkoda skalna.
W tej odległości znaczyło to tylko tyle, że pocisk o prędkości początkowej około 850 metrów na sekundę dosięgnie celu po ponad sekundzie, biorąc pod uwagę przewyższenie terenu oraz prędkość pojazdu, sekunda opóźnienia zamieniała się przy wietrze bez znaczenia w dwie sekundy dotarcia do celu przy celowaniu z wyprzedzeniem nie bawiąc się w operację na przyrządach. Optykę miałem ustawioną na optymalną odległość najczęstszych starć, to jest na 600 metrów. Nie dodając więc żadnego MOA, ułożony na piachu śledziłem pojazd.
Wyszeptałem sobie pod nosem w jednostajnym rytmie:

 

Z oddali nie wyglądasz na przyjaciela
Z dużej odległości nie słyszę Twego krzyku
Moja dłoń zaraz serce Ci sponiewiera
nabrałem już w sumieniu tego czynu nawyku

 

Padł pierwszy strzał dudniąc w górach. Powalił dwóch facetów na pace pikupa. Zgodnie z zamysłem, w prostej linii. Celowo nie unieszkodliwiałem kierowcy aby nie uciekali z pojazdu. Wolałem utrzymywać ich dłużej w jednym miejscu. Kierowca zaczął wykonywać manewr przedostania się przez przeszkodę skalną gwałtownie przyspieszając.


W międzyczasie zginął trzeci na pace, przy czym strzał był mało udany bo czwartemu urwało tylko rękę na wysokości łokcia. Za dwie sekundy rozpędzony pocisk wyrwał mu twarz. Samochód wydostał się z urwiska i zaczął przyspieszać.
- prędkość półtora metra na sekundę i rośnie. Wiatr bez znaczenia. Zrównanie za dwanaście, piętnaście metrów.


   Na zrównanie czekałem, był to skręt pod małym kątem, który ustawiał mi kierowcę i pasażera w jednej linii. Pocisk roztrzaskał drzwi, a pojazd z rozpędem wbił się w zbocze. Kolejny nabój pozbawił silnik możliwości pracy. Nad wyżyną ponownie nastała błoga cisza. Dwóch z naszych ruszyło w stronę celu, a ja zostawiając nabój w komorze broni gotowej do strzału, uzupełniłem magazynek, zostając w tej samej pozycji i czekając na sygnał stopera o ewentualnym ruchu, ubezpieczając naszych.


„człowieka błąkającego się po ziemi niczyjej z obu stron ścigają cienie”
James H.knight-adkin

 

- Merkury zabieramy się z transportem ciał - orzekł dowódca, a mój spoter wstał, klepiąc mnie w ramię. Rozładowałem broń i oddałem mu – Saturn zabezpieczacie materiały i udajecie się do punktu zbornego Floryda. Kontakt o trzynastej, a chcę was widzieć przed północą.


Skinąłem głową sięgając po plecak i poczciwy karabin G 36 z optyką i długą lufą. Nie należał do najlżejszych karabinów szturmowych ale lubiłem go za małą awaryjność i dużą celność. Skuteczny ogień kończył się jednak na około pięciuset metrach w zależności od warunków więc od razu zacząłem schodzić do dwóch kompanów będących już prawie przy zneutralizowanym samochodzie, aby w razie niebezpieczeństwa móc ich wesprzeć.
Kowal i Merkury ruszyli ze złowionymi głowami terrorystów. To były warunki potwierdzenia eliminacji i otrzymania gratyfikacji za zadanie. Bez gratyfikacji nie ma sprzętu, a jak nie ma sprzętu to nie ma krucjaty i satysfakcji.


- Sałatka warzywna w szoferce - oznajmił Jowisz gdy do nich dołączyłem - tak, to jest jak używa się do takiej roboty pocisku, który przebija dwudziestomilimetrowy pancerz. Subtelny to Ty nie jesteś - uśmiechał się w środku wyciągając wszystkie papiery jakie znalazł z kieszeni trupów.
- Ale jaka frajda - nasypałem piachu na skwierczący rozgrzany olej z rozwalonej komory silnika.

 

    Obaj posłali mi to samo spojrzenie jakim i ja na nich patrzyłem. Gdybyśmy tylko mogli i chcieli to wolelibyśmy wszyscy siedzieć na plaży przy piwie i obserwować biegające cycki i dupy. To jest dopiero rodzaj perwersyjnej przyjemności. Naturalnie, że to nasz wybór i ten wzrok o tym mówił ale przecież ktoś nie śpi, aby spać mógł ktoś.

 

W pogardzie miałem całe życie krzykaczy, jakichs tam anarchistów, umysłowych durni, których karmiła ideologia tak naiwna jak wiara w dobro zwyciężające zło. Popełniali oni dwa błędy. Pierwszy to ten, że natura ludzka jest zła i należy być ciężko uzbrojonym aby dać temu opór. Wiadomym jest, że dla triumfu zła wystarczy aby dobrzy ludzie nic nie robili. Drugim to fakt, że istnieje pewien procent wojowników, którzy chcą walczyć i nikt nie ma prawa ich oceniać tym bardziej rozkrzyczane małpiszony i tym bardziej gdy tamci walczą o ich spokojny sen.
Panuje ostatnio trend „efektu motyla”, oczywiście zapoczątkowany filmem bo przecież przed tym te wszystkie dziewczynki i chłopcy lansujący różne ideologie nie zachwycali się efektem motyla bo nie wiedzieli o istnieniu takiego zjawiska. Efektem motyla tłumaczy się teraz niemal wszystko i skoro jest to na topie, to wyidealizowane społeczeństwo musi rozumieć, że efekt motyla to efekt pojedynczego ekstremisty ukrytego w górach, na końcu świata, którego poczynania powodują wybuch kilkusetkilogramowej bomby na dworcu metra w innej części świata. I to jest odpowiedź na krzyki o wyjściu z biednego kraju, uciskanej ludności. Ale ciężko znać prawdę będąc półgłówkiem i krzycząc frazesy.

I docenić, że nie jest łatwym i bezpiecznym ścigać ukryte zło po jamach, jaskiniach, górach, w śniegu, upale i włazić za nim w ciemność aby wytargać brocząc we własnej krwi, tracąc rozum.

 

„bohaterstwo polega na wytrzymaniu jeszcze chwilę dłużej:
Kaukascy górale.
 

 

...ciąg dalszy w toku...

Zaloguj się