Opowieść o ołówku

Everybody Lies - Dr House

Jest we mnie coś, co nie do końca odpowiada ogólnie przyjętym normom. Pociągają mnie nie te rzeczy, co trzeba: lubię obrażać, jestem mizantropem, nie mam boga, polityki, idei ani planów. Jestem mocno osadzony w nicości, w swego rodzaju niebycie, i akceptuję to w pełni. Pozbyłem się złudzeń; stwórca kimkolwiek jest nie ma żadnych długów. Nie czyni to ze mnie osoby zbyt interesującej. Nie chcę być interesujący. Pragnę jedynie miękkiej, mglistej przestrzeni, w której mogę żyć, i jeszcze żeby zostawiono mnie w spokoju. Z drugiej strony, kiedy się upijam, wariuję i wbiegam boso do kojca z psem. Albo patrzę w jeden punkt na suficie godzinami. Jeden rodzaj zachowania nie pasuje do drugiego. Mniejsza z tym. Jestem niewiadomą, która być może w swoim czasie przerazi ludzkość. A jak nie to się spiję i pobiegnę boso jeszcze dalej.


Pod koniec lata milcząco godzimy się na zmrok w porze, gdy jeszcze trzy tygodnie temu upał unosił pył z wysuszonej ziemi. W porze, kiedy jeszcze miesiąc temu leżysz przy otwartych drzwiach balkonu w innym mieście, a ona zasypia na Twoim ulubionym filmie. Nie gniewasz się tylko patrzysz pobłażliwie na jej powieki i nawet, jeśli odwracasz głowę z zamiarem okazania irytacji, jej wizerunek, ten nadzwyczajny błogostan i rytm spokojnego oddechu sprawiają, że stajesz się bardziej bezbronny niż kiedykolwiek mogłeś do tego dopuścić. I nigdy się nie bałeś, aż do tej pory. I nie mówię o zbirach, chorobach i śmierci.
Pod koniec lata, gdy już nie masz się czego bać, wychodzisz do świata, stoisz na polnej drodze z dziewczyną.


- To moja przyjaciółka, kochana Olusia - chichocze ponownie odczytując wiadomość w telefonie - Wie, że się spotkaliśmy i przeszkadza. Specjalnie.
- Wie o spotkaniu?
- Mówimy sobie wszystko.
- Nie boisz się, że powie Twojemu facetowi?
- Ona wie o mnie wszystko, a ja o niej.
- Więc jesteście zależne od siebie.
- Jakie? Tak, tak - odpisuje - Jak wyda mnie, ja wydam ją.
- Ma faceta?
- Od dawna. Jest bardzo zazdrosny. Ja nie lubię go, wcale nie lubię zazdrosnych mężczyzn.
- Jak widać nie mają powodu do zazdrości - mój głos odbija się echem od pól i delikatnie chwiejących się na wietrze drzew.
- Chodź do mnie.- rzuca mi figlarne spojrzenie łapiąc delikatnie za pasek i starając się przyciągnąć.
- Twój facet nie jest zazdrosny?
- Jest ale radzę sobie z nim. Mówię mu, że przecież gdybym chciała go zdradzać, to bym go rzuciła i spotykała się z facetami na legalu.
- Jak widać jego pretensje są wyssane z palca.
- Chodź, teraz ja Cię wyssię.
- Lubisz ssać?
- Uwielbiam.
- Często ssiesz?
- Często, w końcu jestem w stałym związku.
- Często ssiesz poza związkiem?
- Zdarza się - znowu patrzy na telefon.
- Olusia? - pytam nie spuszczając wzroku z dalekiego dębu. Mógłbym tam teraz być zasiąść pod nim i w samotności zlać się ze zmierzchem.
- Wariatka moja. Olusia lubi policjantów.
- W sensie, w którym się spodziwam, że lubi?
- Ma kilku stałych, z którymi się spotyka.
- Jak kurwa?
- Nie, normalnie, koleżeńsko.
- Koleżeńsko robi im lody?
- Lody i nie tylko. Moja wariatka - ponownie odpisuje, patrzę na nią ale na szczęście ciemność osnuwa jej twarz. Mogłaby być to całkiem fajna dziewczyna tylko w jakich realiach. Co psuje moralność? Środowisko, brak wrażliwości?
- Czemu nie zerwie ze swoim facetem skoro go zdradza?
- Ona? No co Ty, kocha go.
- Aha- pod dębem mógłbym zerwać źdźbło trawy i tak jak w dzieciństwie gdy jeszcze miałem złudzenia pobiec myślami do niej. Z tym, że w dzieciństwie jej nie znałem, wyobrażałem ale nie znałem. Teraz to się zmieniło. Mógłbym pobiec myślami do wspomnień.
- A Ty czemu nie zerwiesz skoro i tak spotykasz się z innymi?
- Kocham swojego chłopaka.
Przerwałem mój ulubiony film, gdy jej ciepły oddech zbliżył się do mojej szyi. Leżąc na boku wtuliła się we mnie, za balkonem stolica żyła własnym rytmem, a ja stałem się spokojny. Spokojny jak nigdy, mogłem tak tkwić bez ruchu, w tym samym miejscu, czując ten sam oddech na swej szyi, na wieki. Jak w mauzoleum, na które wreszcie zasłużyłem?
- Czemu zdradzasz tego kogo kochasz?- zapytałem wprost wracając na ziemię. Wprost starając się wciąż poznawać zachowania zwierzęce.
- Młoda jestem, a życie ma się jedno.
- Tylko jedno.- wtóruję nie chcąc wtajemniczać jej w meandra, że liczyć powinny się wartości, a nie wrażenia. A może to tylko moje przekonanie. Wszak to niby ja jestem z innej planety. Coraz częściej uświadamiam się w tym aby zbadać sobie kod genetyczny. Czy naprawdę istoty ludzkie aż tak mogą się od siebie różnić. Gdzie występuje błąd w chromosomach, niby ten sam gatunek ale zupełnie inny rodzaj zwierząt.
- No chodź - wyrwała mnie z daleka. Stawiam opór i zapytuję.
- Kiedy ostatni raz ssałaś innego od swojego chłopaka?
- Nie powiem - uśmiecha się wścibsko, zagryzając zęby aby walczyć skutecznie z niecierpliwością, gdyż jak najszybciej chce mi to powiedzieć ale przecież taka młoda dziewczynka musi być trochę niewinna lub przyzwoita - No dobra - nie wytrzymuje - W sylwestra. Mój chłopak akurat zachorował.
- Dzięki Bogu - parskam śmiechem ale tylko w mózgu. Szczęśliwi, nieświadomi głupcy - I puściłaś się w sylwestra?
- Tak, mój były szef przyjechał po mnie.
- Twój były szef?
- Były szef mój i mojego chłopaka.
- Więc musiał wcześniej z Tobą flirtować skoro przyjechał i zabrał Cię z imprezy.
- Często w pracy łapał mnie za tyłek - opowiada naprawdę zadowolona, a nawet szczęśliwa. Co to jest szczęście? Co czyni nas szczęśliwymi? Położyłbym się pod drzewem w trawie z dala od kurewek. Z dala od kobiet, które niezłomnie wierzą w to, że nie są kurwami, mimo, że puszczają się z innymi w tym samym budynku w którym pracuje ich facet. Ale kochają go. Przecież w życiu miłość jest najważniejsza. Nic więcej w życiu im nie potrzeba.
- Więc pierdoliłaś własnego szefa kwiatuszku?
- Ciągnęłam mu w biurze kiedy tylko chciał - wydaje się być całkowicie zadowolona ze swoich osiągnięć. Mówi to zupełnie bez zająknięcia, bez niczego w głosie co może choćby zdradzić trochę wstydu. Tak jakby na świecie istniała tylko miłość i jej brak. Bez moralności, etyki, przyzwoitości, duchowości, dumy.
- Gdzie jeszcze ciągnęłaś facetom? - co ja tutaj robię. Czemu ja kurwa wylazłem ze swojej jaskini aby spotkać się z kobietą. Czemu ja kurwa jadę spotkać się z kobietą i trafiam na małego kurwiszonka. Czy na każdym kroku trzeba uważać gdzie stawia się stopy. Podnoszę głowę na niebo, chmury pędzą przynosząc zimny front.
- Zdarzało mi się w aucie - kiedy to mówi opierając się o mój samochód odczuwam coś w rodzaju paniki. Już chyba wolę wyrywać się z uścisku nasterydowanego ochroniarza w jakiejś melinie niż ze spotkania puszczalskiej dziewczynki dysponującej największą wiarą w prawidłowość i słuszność swego poczynania.
- Opowiedz o tym - udaję zainteresowanie jak najlepszy aktor. Każdy może być aktorem ale nie każdy może mieć moją specjalność. Był w tym nie tylko jednak cynizm lecz i przemyślany plan; im więcej zmarnuję czasu na gadanie tym lepiej będzie się czuła jak ucieknę. Jednak coś dostała.
- Na przykład ostatnio po dyskotece.
- Ooo - młody, osiemnastoletni kwiat młodzieży  - Zrobiłaś loda obcemu facetowi pod dyskoteką?
- Tak - i znowu jest naprawdę zadowolona - Pół roku też z kolegą się spotykałam w aucie - dostrzegam pierwszą gwiazdę poniżej księżyca. Właściwie dopiero teraz uświadomiłem sobie, że dziś jest pełnia. Ciekawe czy Ona też widzi tą gwiazdę pod księżycem. Musi widzieć jeśli patrzy. Ale przecież piątki w wielkim mieście są inne. Półnagie ciała ściśnięte w kazamatach rynku, smród piwa i tytoniu. A tutaj nieopodal jest taki piękny dąb. Moja towarzyszka coś opowiadała będąc pewną, że jestem z nią nie mając pojęcia, że jestem kilkaset kilometrów stąd.
Co może się stać gdy odnajdziesz Gralla. Wówczas gdy jako krzyżowiec podbijesz Jerozolimę. Nie ma już drugiej Jerozolimy. Jak żyć będąc tego świadom. Jak żyć nie mogąc wędrować ulicami podbitego miasta.
- Chodź już wreszcie. Pociągnę Ci tak, że oszalejesz.
- Mózg?
- Że co?- nie wie czemu miałaby słyszeć słowo "mózg" przy mowie o obciąganiu więc nie przystaje nad tym- Zrobię Ci laskę, do końca, będę Twoją malutką kurewką.
Czego właściwie więcej potrzeba dorosłemu, samotnemu facetowi. Stoi naprzeciw czternaście lat młodsze stworzenie o piersiach wielkości jej głowy. Każdy z tych cycków był większy od jej głowy, podczas kiedy reszta była szczuplutka aby nie powiedzieć chuda. Czego chcieć więcej od nasycenia chuci z wyuzdaną młódką gdzieś tam na skraju wsi. Czego chcieć więcej od...gdy wszedłem po długiej, niefortunnej podróży do jej domu zły na cały świat ona tylko stała. Oparłem się o barek w kuchni, podczas gdy czekała na wybuch mojego gniewu po licznych przygodach podczas podróży, rozwaleniu koła, nieoczekiwanych wydatkach włącznie z łapówkami dla gliniarzy. Mniejsza z tym, kiedy wszedłem pierwszy raz do jej domu i oparłszy się ujrzałem jak bez słowa staje po przeciwnej stronie blatu i w milczeniu patrzy mi wprost w oczy. Wszystko inne w jednym momencie, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przestało mieć znaczenie. Odczyniła urok. Mogła tylko zniweczyć mój gniew, obezwładnić mój temperament, ukoić nienawiść do świata. Ukoić uważnym spojrzeniem swych szklanych oczu, a to co sprawił jej dotyk obróciło w niwecz wysiłek mój aby być z granitu. Widziałem ją wówczas po raz drugi w życiu, a czułem jakbyśmy znali się od wieków. We wzroku niektórych jest coś czego nie wyrażą najcichsze nawet słowa ale jest też coś fałszywego. Wzrok jest zwodniczy bo jest w nim wszystko co chcielibyśmy sobie podarować najlepszego zapominając o emocjach o tym kim jesteśmy i z jakiego świata przychodzimy. O tym, że kilkadziesiąt lat rzeźbi kształt, a wzrok zwyczajnie tego kształtu nie umie pokazać. Spojrzeniem można obezwładnić największego nawet potwora, topić ludzi, usypiać, uciszać, zakochiwać. I jest tylko jedna przeciwność, która z baśni robi dramat; niemożność patrzenia cały czas. Wtedy czar nie działa.
- Czy wiesz, że na świecie są bestie, w których oczy jeśli patrzysz to nie potrafią zaatakować? - przerywam jej dywagacje spadając z nikąd.
- Że co?- jest zgubiona ale to nie jej wina. To wina mężczyzn.
- Widziałem taką baśń, że jak patrzysz w oczy bestii to ona się nie umie ruszyć, nie zaatakuje.
- Nie wiedziałam - mówi pierwszą rzecz jaka przyszła jej na myśl.
- Ale to nie wszystko - po raz pierwszy jej dotykam. Łapię ją dłońmi za ramiona, jest niezwykle wiotka, aż niepasująca do swych piersi - Posłuchaj teraz uważnie bo to bardzo ważne - ściszam głos aby czasem nikt nas nie posłyszał - Odkryłem to właśnie w tej chwili  - ciemność i wiatr wywołał dreszcz na jej ciele - To odpowiedź na wszystko. Dokładnie na wszystko, na każdy aspekt życia mężczyzny i kobiety. I miłości, zdrad, kłamstw, szczęścia, nieszczęścia - zacisnąłem mocniej palce - Odkryłem to w tej chwili. Teraz. W tym momencie, rozumiesz?
- Boję się  - szepcze.
- Ja też się bałem. To znaczy nigdy się nie bałem, aż...- zaczęło drzeć mi serce w znanym tylko mi rytmie. No nie wiem, kilkaset uderzeń na minutę. Kompletnie inny gatunek zwierząt - Posłuchaj, nigdy się nie bałem aż ona na mnie tak patrzyła. Tak, że nie mogłem zaatakować. Rozumiesz?
- Nie - chciała się cofnąć ale była przyciśnięta do samochodu - Jesteś mordercą? Psychopatą?
- Byłem - zamykam na chwilę oczy i widzę jak wszystko staje się jasne - Byłem psychopatą, to znaczy nigdy się nie bałem. Niczego. Reagowałem instynktownie jak zwierzę. Atakowałem, a jak nie miałem potrzeby atakować pokazywałem zęby aby wiedzieli, że nie mogą podejść. Nikt.
- Filip, Ty cały się trzęsiesz.
- To wina mojego serca - często przenosiłem się w inny wymiar i zaglądałem w ciemność i wówczas moje serce rozpędzało się jak szalona lokomotywa. Byłem pewien, że zwyczajnie kiedyś wyskoczy z torów - To, że można zatrzymać mój gniew wzrokiem jest faktem. Że można uczynić mnie ludzkim też.
- Boję się - zdjęła z samochodu kurtkę aby ją ubrać - Nic nie rozumiem.
- Co jest najgorsze dla bestii? Wyobraź sobie wielkiego wilka na tej drodze, z wyszczerzonymi kłami - puszczam ją, cofam się starając zakreślić w mroku postać - Idzie tutaj, stąpa powoli ale pewnie, jego łapy rzeźbią kształt w miękkim piachu, ogon niemal niezauważenie zdradza podniecenie. Bo przecież dla bestii możliwość ataku musi wiązać się z podnieceniem, z rozkoszą. To jej natura - cofam się dalej, aż znika mi ona z pola widzenia, nade mną księżyc w pełnej poświacie - Więc stoi tak jak ja tutaj, widzisz postać zlewającą się z ciemnością, po chwili coraz wyraźniejszy kształt. Sunę w Twoim kierunku - robię krok w jej stronę, słyszę jej ciężki oddech - Taka zmora nie może bać się niczego. A jednak - teraz widzę jej dziewczęce ciało dokładnie - Jak myślisz co może mnie powstrzymać, co sprawi, że bestia stanie i nie zaatakuje?
- Wzrok - krzyczy - Wzrok, spojrzenie - sunę dalej wolno, wyprostowany i spokojny, zaciskam pięści, unoszę głowę.
- Najgorsze dla bestii jest kiedy nie może zaatakować. Kiedy patrzy w coś co całkowicie odbiera jej krwiożerczość. Najgorsze jest kiedy okazuje się, że nie atakuje bo nie chce tego - jestem na wyciagnięcie ręki przy niej.
- Więc nie atakuj - wtrąca zmieszana - Patrzę na Ciebie - gubi się dziecinka.
- I tutaj dochodzimy to najważniejszego  - łapię ją ponownie za ramiona i pochylam głowę tak aby mogła wpatrywać się w moje ślepia - Cały sekret wszystkiego zawiera się w jednym, jedynym szczególe, który jest odpowiedzią na wszystko. Dokładnie na wszystko, na każdy aspekt życia mężczyzny i kobiety. I miłość, zdrady, kłamstwa, szczęścia, nieszczęścia, rozumiesz?
- Tak, tak. Mówiłeś już - jej głos przybiera cieplejszej barwy, już nie musi na tle ciemności oczekiwać kroków bestii.
- Nie jesteś w stanie mnie zatrzymać - chciała coś powiedzieć lecz przytknąłem palec do jej ust - Nie jesteś w stanie zatrzymać mnie przed absolutnie niczym. Mógłbym w tym momencie bez mrugnięcia powieką obalić cały Twój świat, wywlec brak wartości, brak rozumu, zbesztać, zrównać z ziemią, unaocznić płytkość. Chwycić w dłonie i ulepić kulkę aby wrzucić ją w błoto. Mógłbym Cię zetrzeć w proch jak rozjuszony niedźwiedź zabłąkanego trapera.
- Przecież patrzę na...
- Ciiii - syczę łagodnie - Mógłbym Cię zniszczyć nawet gdy patrzysz. Cały sekret tkwi w jednej prawidłowości...w tym kto patrzy.

Dziewczyna z gazety

Dziewczyna z gazety

- Wobraż sobie, że znam faceta, który będąc z cycatą małolatą po nocy na obrzeżach wsi, podczas gdy ona chce mu się oddać, on opowiada jej o wilku, pakuje ją stanowczo do samochodu i odwozi do cywilizacji.
- Kurwa. Prawdziwy zjeb. To Twój koleś?
- Nie zadaję się z kosmitami.
- Może kłamał, wiesz, żeby uchodzić za fajnego.
- Za fajnego? Gdzie? W klubie dzierlatek? Co to kurwa za fajność wśród mężczyzn?
- No tak. Ja nawet jak palca zamoczę w majtkach koleżanki mojej dziewczyny na wspólnej imprezie to muszę to kumplom opowiedzieć takie mam ciśnienie.
- I wiesz co zrobił? Wrócił do pustego domu i zaczął czytać książkę.
- O rzesz kurwa co za zjeb.
- Zamienił dupę na książkę.
- Ty to może on jakiś ciepły jest?
- Nie jest. Widziałem go ostatnio z dziewczyną. Kilka razy z tą samą. A kiedyś widywałem z jakimiś innymi ale ta ostatnia to było coś. Stary jakbyś sobie z gazety wyciął.
- Jakiej gazety?
- Przecież nie takiej z lodówkami. Takiej z gorącymi dupami.
- Ty, czy Tobie nie wydaje się, że my trochę gadamy jak debile?
- Jak pomyślę o odwożeniu napalonej dupy bez zamoczenia to nasz debilizm jest wersją bez turbosprężarki. Zupełnie bez mocy.
- Ty, a skąd Ty wiesz takie rzeczy? Śledzisz go?
- Moja siorka się nim ciekawi.
- Noo, jej chyba nie odmówi.
- Ty, kurwa to moja siorka.
- No to co? Myślisz, że siorki się nie rżną?
- Moja się nie rżnie.
- Jasne. Tak jak moja dziewczyna.
- To Ty teraz kpisz bo zgubiłem się?
- Sam się zgubiłem, przecież moja dziewczyna się rżnie. To znaczy ze mną.
- A moja siorka się nie rżnie. Ani ze mną ani z nikim.
- No to tak właśnie jak moja dziewczyna. To znaczy z nikim oprócz mnie...i Ciebie. Kurwa, to znaczy z Tobą też nie.
- Ja pierdolę. Może czasem zamiast rżnąć te dupy, mógłbyś je zawieść do chaty i pojechać przeczytać jakąś ksiażkę, haha.
- Dobre, dobre, haha. Ty no ale jak Twoja siorka się nim interesuje to chyba w końcu mu da.
- Niczego mu nie da. To znaczy on niczego nie dostanie, nawet jak ona zechce dać.
- No nie wiem. Jest tak, że jak komuś coś dajesz to ten ktoś to ma...to znaczy dostaje.
- No tak, jak dam Ci w ryj to będziesz miał w ryju...to znaczy dostaniesz w ryj.
- Co prawda, to prawda. Kurwa jakie to wszystko skomplikowane.
- To jeszcze nic, słuchaj jak wchodzę do pokoju siorki i widzę co ona wyczynia to drapię się po głowie. Ta, to ma łeb, a te studia to zupełnie ją zmieniły. Bo muszę Ci powiedzieć, że moja siorka interesuje się zjebem z tego, no naukowego powodu. Pisze pracę magisterską.
- O zjebach?
- Studiuje tą, no...no nauka o ludziach.
- Zoologia?
- Sam jesteś kurwa zoologia.
- Nie zoologia tylko weterynaria, to o zwierzętach. Pojebało mi się.
- O społeczeństwie kurwa.
- Ty, stary weź wklep w internet. Ja jak ściągnąłem z netu opis na portal randkowy to laski same do mnie pisały.
- I co?
- I nic. Musiałem się przecież odezwać.
- Kurwa, zdrowie.
- Zdrowie.
- Ty, weź idź do pokoju mojej siorki i zapytaj ją.
- Nie pójdę, zapomnij.
- Czemu? Ja nie mogę bo brałem amfę i ona zaraz będzie mordę darła.
- Nie idę do niej, ona na mnie tak dziwnie patrzy, że ja kurwa nie wiem o co chodzi.
- Może chodzi o seks, haha.
- Nie, to na pewno nie ma nic wspólnego z seksem.
- No kurwa wiem przecież. Moja siorka nie bzyka się z nikim.
- Socjopatyka!
- Co?
- Ta nauka o ludziach. Socjopatyka. Mam, zdrowie.
- Kurwa, Ty to masz łeb. Zdrowie.
- Więc ona zajmuje się nim z powodu nauki?
- No właśnie, pisze pracę socjopatyczną. O socjopacie.
- Czemu socjopacie?
- No bo chyba prace socjopatyczną pisze się o socjopacie.
- Ty, ja nie wiem czy w ogóle jest takie słowo "socjopata" Wiesz, jest nauka ale czy słowo. To tak jak z logiką. Jest taka nauka...to znaczy była kiedyś w Grecji...
- Ty to masz łeb stary.
- Ale nie ma takiego człowieka logik.
- A logistyk? Moja stara jest logistykiem.
- Kurwa. Myślałem, że nie ma.
- No ale słuchaj jaki numer. Ten zjeb po rozstaniu z tą dziewczyną.
- Z tą którą odwiózł do domu bez bzykania?
- Stary kurwa skup się. To nie była jego dziewczyna. Jego była ta, z tej gazety.
- To ona jakaś sławna?
- Ja pierdolę ile Ty w życiu kwasu wziąłeś?
- Kwasu nic.
- Tak jak i książek. Bądź logiczny...to znaczy bądź logistykiem i kojarz fakty.
- No sam mówiłeś, że ona z gazety.
- Taka jak z gazety, to znaczy laska, lachon, gorąca dupa.
- Ty, no to ja myślałem, że Ty o jakiejś gazecie reklamującej lodówki, że niby ona tam jako modelka.
- Ja pierdole, teraz już wiem, czemu moja siostra tak na Ciebie patrzy.
- I wcale nie chodzi o seks.
- Oj, nie. No i od kiedy nie jest już z tą laską, znalazł się na portalu randkowym.
- Na tym co ja?
- Nie wiem kurwa, a Ty na którym?
- Na randkowym.
- Ale na którym.
- Na internecie.
- Jak się nazywa?
- A nazwy to ja nie pamiętam. Po angielsku było napisane.
- Nie ważne stary. No więc ona włamała się na jego konto i podgląda korespondencję.
- Ale kosmos.
- A jak jej nie ma to czasem włażę do niej do pokoju i czytam co tam ona pisze.
- Po co?
- Żeby sprawdzić z kim się bzyka.
- Przecież się nie bzyka.
- No ale zawsze może zacząć. Nigdy nie wiesz kiedy ktoś Ci dupę...siorkę bzyknie.
- Kurwa, nie wyobrażam sobie tego.
- Czego?
- No tego, że na świecie po prostu jest tak, że sobie pracujesz, a tutaj Ci inny dupę bzyka. Takie rzeczy się nie zdarzają.
- Poważnie?
- Tylko na filmach.
- Ty stary, a w ostatnią sobotę co robiłeś w krzakach pod trzecim blokiem?
- Oj pobzykałem sobie dupę tego ciecia z trzeciego bloku.
- Poważnie? Zerżnąłeś dupę innego?
- Oj jak ona się wiła...o kurwa.
- Właśnie kurwa.
- Ty, to to naprawdę może się zdarzyć?
- Genialne.
- Kurwa, ale tak myślę stary, że to niemożliwe. Moja taka nie jest, kocha mnie i ja ją też kocham. To inne się bzykają.
- Jasne, że inne. Przecież nasze dziewczyny nie mogą się bzykać. To znaczy mogą, z nami ale przecież ufamy im.
- No ja ufam i ona mi ufa.
- Ale z tym zaufaniem to trochę tak różnie jest. Kiedyś ufałem swojemu psu...upierdolił mnie w rękę jak chciałem go pacnąć w łeb.
- No ale kobieta to nie pies, to znaczy, nasze kobiety to nie psy. Nie suki, te inne to suki.
- Zastanawiam się czy wiara w coś powoduje, że rzeczywiście tak jest.
- Zadzwonię do mojej, obiecałem powiedzieć kiedy wrócę.
- Jakoś tak poważnie się zrobiło. Polej.
- Opowiedz lepiej o zjebie. Co ona napisała w tej pracy socjopatycznej.
- Jeszcze nic. Czytałem tylko notatki jego rozmów z panienkami z tego portalu randkowego. Porobiłem kopie.
- Dawaj, dawaj. Ma bajerę?
- Chyba jest w tym kiepski. Koleś każe laskom spierdalać.
- O kurwa, ale zjeb. Poważnie?
- Nie dosłownie, to taka przenośnia.
- Aforyzm!
- Metaforyzm debilu.
- No właśnie miałem to na myśli. Dawaj coś.
- Ty patrz, laska go zaczepia, wysyła fotkę, mało wyraźną, on do niej, że nic nie widzi, ona odpisuje, że widać ogólny zarys, a on do niej, że on wie jak w ogólnym zarysie wygląda istota ludzka.
- I co?
- I nic. Koniec.
- Bez sensu. Ty ta Twoja siorka to na pewno o nim pisze czy tylko podgląda.
- Ty jak nie rozumiesz znaczenia słów to weź się nie wypowiadaj co.
- A jakie kurwa te słowa mają znaczenie?
- No, że wyciąga od lasek zdjęcia.
- aaaaaa. Cwaniak.
- To jest dobre. Patrz jaka lala
- Kurwa tu są zdjęcia.
- Laska wysłała mu buziaka, a on " czemu tylko dwa zdjęcia? Na jednym widać ucho, a na drugim nogę w piachu. (ona) - jest siedem zdjęć. (on)- pozostałe pięć przedstawiają Twojego psa, wodę w morzu, zachód słońca i dzban z kwiatami. Psa nie szukam bo mam kota ale on nie chciał szukać kocicy przez portal randkowy mimo, że długo go do tego namawiałem. O reszcie się nie wypowiem bo jaka woda jest każdy wie. Zdjęć zachodu słońca mam pełno, nie mam tylko kwiatów. Miałem iść do kwiaciarni ale skoro spotkałem je na portalu rankowym to sprawa załatwiona. (ona)- ;-) dwa zupełnie wystarczą (on) - Nie wystarczą. Nie mi.
- Ty, czy Ty coś zrozumiałeś?
- Że koleś twardo gra.
- Zaczyna mi się podobać. Kozak.
- A co mu będzie jakaś suka podskakiwała. Facet ma być facet.
- Ale ja obawiam się, że nie wyrwie dupy na bycie takim kozakiem.
- No tak. Głupi jakiś. Z babami trzeba być cwaniakiem.
- Trzeba mówić to co chcą usłyszeć. Głaskać, prawić im komplementy, pozwalać aby wierzyły, że to one rządzą.
- Ty nawet mądry jesteś jak na debila, haha.
- Zdrowie
- Słuchaj, jakaś dupa go zjechała od dzieciaków itd., a on do niej " rozumiem, że jestem dzieciakiem, czytaj mało męski w zachowaniu bo zwyczajnie nie podjąłem pałeczki i nie pojechałem Cię zerznąć. Czyli zwyczajnie skorzystać z Twojej propozycji. Więc jeśli ktoś Cię nie dyma to już nie jest facetem. Ja wiem, że okazji przepuszczać nie wolno ale wolałbym zjeść darmowego hamburgera w promocji niż Twoją dupę. Korzystaj z okazji ma zupełnie inne znaczenie w życiu niż Ty mu nadajesz.. Dzięki za szczodrość."
- Miałem rację. Kosmita.
- Jest tutaj tego pełno, nie wiem co czytać.
- Ale zapisana kartka.
- Co tam masz?
- Cała kartka zapisana.
- O czym?
- Nie wiem bo tu jest napisane.
- Dawaj. "Gdy w opowieści pełnej kolorów i samych pochlebiających sobie postaci, w opowieści w której każdy jest dobry albo przynajmniej stara się takiego grać, pojawia się czarno biała postać trzeba ją zauważyć. W tej opowieści wszyscy przemykają z werwą, kłaniając się sobie, życząc miłego dnia, doceniając życzenia pod własnym adresem, ujmując komplementy w słowa. W tej opowieści czarno biała postać siada na krawężniku i nawet nie obserwuje rytmu krajobrazu. Nie jest stąd i o tym wie. Ba, nie chce być stąd. Kolorowi ludzie uśmiechają się zawsze, kolorowi ludzie uparcie wierzą, we frazes, ze dzień bez uśmiechu jest dniem straconym. Kolorowym ludziom wydaje się, że smutek jest przyczyną nieszczęścia, a nawet że smutek zwyczajnie nie przystoi jak jakaś choroba. Kolorowi ludzie nie mogą wiedzieć, że smutek może być też efektem kontemplacji, że smutek może tlić się bez ustanku na twarzy z powodu naturalnego dobra. Kolorowi ludzie często uśmiechem maskowali wstyd, porażki, ból, zdrady, nieszczęścia. Kolorowi ludzie uśmiechem okłamywali rzeczywistość. Ludzie z kolorowej krainy cierpieli na jeszcze jedną przypadłość, jak niezbyt odważne chłopaki z mojego podwórka. Żaden zmuszony do bójki nie chciał uderzyć pierwszy, bojąc się, że tamten jednak odda. Tak więc w kolorowym świecie każdy mówił dzień dobry, gdyż to dawało pewność, że też usłyszą miłe przywitanie. Każdy mówił, że pięknie wyglądasz, bo liczył na to samo, nawet jak wyglądał paskudnie. Ciotka przyjeżdżała i mówiła, skarbie jak Ty cudnie wyglądasz i ta fryzura, aby zaraz wyczekując obserwować moje usta, mówiące, że schudła podczas gdy żadne ubrania już na nią nie pasowały. Tak, ja też byłam kolorowym człowiekiem. Nie umiałam pozbyć się kolorów. Aby pozbyć się kolorów trzeba pozbyć się złudzeń i umieć walczyć. Trzeba być tak bardzo uczciwym, tak uczciwym że stając u wrót nieba jako diabeł musisz powiedzieć, że przychodzisz zniszczyć niebo. Musisz to powiedzieć wiedząc, że przecież nie otworzą Ci drzwi. Jednak mniejsza z tym, czasem wchodzę w tłum aby być całkowicie samotną. I czasem w tym tłumie możesz dostrzec całkowicie obcą twarz...tamtego też dnia odkryłam, że to co postrzega się jako złe i wściekłe jest po prostu samotne."
- uhmmm
- taaaa...mój pies nie był samotny jak był wściekły.
- Twoja siorka to pisarka. O rzesz Ty, patrz na to. Ale dupa.
- To dziewczyna z gazety.
- To ona?
- Tak, to ta dziewczyna. Dziewczyna zjeba
- Wiesz co. A może on nie jest takim zjebem skoro miał taką dziewczynę.
- Mądre. Logiczne.
- Ale w końcu już jej nie ma. Przecież jakby nie był zjebem to wciąż by ją miał, prawda?
- Logiczne.
- I mądre
 

Równanie życia

Równanie życia

 

   Stary mój był geniuszem; nauczył mnie zupełnie opatrznie, metodą kompletnie nie edukacyjną, metodą wściekłości, furii i mocy, że na świecie albo jesteś z metalu albo z porcelany. Udowadniał to każdego dnia na porcelanowych ludzikach jak pękali albo od stuku albo od strachu.
Później któregoś szczęśliwego dla siebie dnia udowodnił to mi, tyle że ja nie pękłem. Spróbował raz jeszcze z tym samym skutkiem. Więc ponowił ale znowu bez sukcesu, a że był uparty jak osioł nie potrafił odstąpić. Gdy wreszcie zorientował się, że syn też z metalu zamiast mu pogratulować, hartował żelazo. Kowal był z niego tęgi.
Takie sprawy idą w niepamięć. Są jak film, który obejrzeliśmy. Przeminęło, obraz rozmyty i gdyby nie była żona mojego wuja, drugiego człowieka z metalu ale bardziej nieobliczalnego, wściekłego jak, no nie wiem jak- jak cholera wcale bym sobie o tym nie przypominał. Obaj ludzie z metalu teraz nie żyją co jest najlepszym dowodem na to, że śmierć ma w dupie to kim jesteś.
Tak więc jego była żona, która w porę przed nim uciekła odwiedziła rodzinę zamieszkującą moje miasto. I wspominając w opowieściach o czasach dawnych powiedziała tylko, że mnie polubiła naprawdę gdy miałem trzynaście lat. W dniu, w którym kolejny raz skoczyło na nią kilkadziesiąt kilo nieobliczalności w postaci jej męża, a ja ten zuchwały dzieciak, zwyczajnie złapałem go za szmaty i ponoć powiedziałem, że jeśli ją tknie to go kurwa zetrę na podłodze jak o tarkę. Byłem skłonny w to uwierzyć znając mój charakter ale nie pamiętałem tego zupełnie. Zdałem sobie wówczas sprawę, że wcale nie pamiętam tych kilkunastu lat ścierania się z furiatami we własnym i obcym domu. Pamięć bywa zawodna. W zasadzie gdyby ktoś chciał abym opisał kilka historii nie znalazłbym wielu, a przecież to tysiące dni. Mimo tego jednak jakkolwiek o przeszłości nie pamiętamy jest ona największym artystą rzeźbiarstwa; no i kowal, oczywiście abyś nie był cipą musi być jakiś kowal.

   Dziś można mi zarzucić wiele. Prawdopodobnie jestem jednym z podlejszych osobników wobec ludzi jakich większość zna. Ja nawet nie jestem fajny i gdyby inni byli hartowani przez podobnych kowali, pewnie kazaliby mi zwyczajnie spierdalać. Nie spierdoliłbym oczywiście, mam trochę skrzywioną psychikę. Czy żeruję więc na ludziach za brak hartu ich ducha? Nie wiem, nie lubię krzywdzić ludzi, czyni mnie to smutnym. Wiele rzeczy czyni mnie smutnym; ślimaki cholera na środku szlaku pieszych tak mnie wnerwiają, że cofam się i wkładam je w trawę. Po chwili cofam się znowu i przesuwam dalej w trawę, tam gdzie nogi ludzkie nie stąpają. Zrozumiałem, że to nie szpan gdy zwyczajnie czułem smutek jego losem, tak jakbym nie chodził wówczas w dziurawych butach. Więcej rzeczy czyni mnie smutnym, niż tych, które czynią mnie wesołym. W ogóle to wesołość mnie wkurwia, mógłbym w zasadzie nigdy nie być wesoły. To zbyteczne. Kiedy nie cieszysz gęby do wszystkiego jesteś bardziej spostrzegawczy. Widzisz więcej i czujesz więcej. To naturalne. Jak grupa ludzi idzie ze mną do lasu po zmroku jestem jedyny, który nie drze mordy i widzi każdy kształt przemykający między konarami na tle jasnego nieba.
Czasem wchodziłem w grupę ludzi w lokalach nocnych. Kiedy ich mordy gadały, piły i rżały, ja byłem spokojny, jedynie moje łypiące ślepia i płynne ruchy głowy zdradzały życie. Następnego dnia mówiłem im jak długo która para będzie ze sobą i wyśmiewałem ich wychwalane miłości. Nigdy się nie pomyliłem. Oni nie rozumieli jak to mogło się stać. Nie rozumieli bo nie umieli obserwować i czuć.
Uparty kowal wykuł kształt i zahartował ale ostrze nakreśliły kobiety. Pierwsza zawsze jest znamienna ale w moim przypadku to była Lolita Nabokova tyle, że zupełnie odwrotnie. Miałem lat dwanaście, a ona osiemnaście gdy pokazała mi, że można za innym osobnikiem wodzić spojrzeniem, a na końcu ronić łzy. Ja wtedy żałowałem tylko, że nie dokopię już innym tutaj ani w siatkówkę, ani w piłkę nożną ani w koszykówkę. Później było inaczej. Nie interesowałem się kobietami na tyle aby wygrały ze sportem. Miałem jakieś jak miewa się szczeniaki, z tym, że kiedy dostałem swego szczeniaka po raz pierwszy ( ponoć wychowywał mnie jeden pies pilnując gdy hasałem jako ananasek z tym, że wcale go nie pamiętam) to był on ze mną do jego końca lat kilkanaście. Złamałem się jak zapałka, starego już nie było więc nie miałem do kogo mieć pretensji za fuszerkę.

W czasie mojego psiaka, kobiet w sensie "chodzenia" było ileś tam ale dzieci bawiące się miłością są jak przedszkolaki z kredkami. Coś tam rysują nie mając pojęcia jak należy układać dłoń. Później dopiero stają się malarzami; nieliczni, gdyż większość wciąż maluje kredkami swój młodzieńczy obrazek będąc przekonanym o jego wyjątkowości.
Młodzieńcze miłości bywają piękne bo są jak pierwsza kąpiel. Krygujesz się tylko przez sekundę aby po chwili pływać jak ryba. Niektórzy jednak się zachłystują, inni są podtapiani. Za kilka lat spędzonych razem chwalą się, że pływają w swym jeziorze tak długo wciąż razem i wciąż nie utonęli. Patrzę na nich i myślę sobie czy o to właśnie chodzi aby wskoczyć do jeziora i nurkować w jego toni. Bo co będzie jak ktoś taki rzucony zostanie do oceanu? Myślę sobie, że właściwie poprzez traf jestem szczęściarzem, gdyż poznałem wody każdego z mórz i oceanów. Umiem przepłynąć rzeki, stawy, jeziora i zimne wody Arktyki. I kto niby jest w życiu większym szczęściarzem. Co z siłą wysokich fal.

Co do szczęścia to nie wiem czy je lubiłem. W zasadzie nie wiem nawet czy je znałem. Czułem miliony razy euforię tak nadzwyczajną, tak wysoko i daleko wynoszącą mózg, że aż niemożliwą do zdefiniowania ale zazwyczaj trwało to sekundy, co najwyżej minuty. I miało raczej formę zmysłową niż czysto emocjonalną. Nie dążyłem do bycia szczęśliwym ani za wszelką ani w zasadzie za żadną cenę. Przyjmowałem życie jakim jest nie z powodu jakiejś pasywności lecz zwyczajnie z ciekawości co będzie za rogiem jak tego nie zaplanuję. Co się stanie jak zboczę w polną drogę, jak pójdę w ciemność. Kogo tam spotkam. I, że sobie z tym poradzę.
Kiedy sobie gdzieś przysiadywałem patrzyłem jak kolorowi ludzie mkną przed siebie w określonym kierunku i na wyznaczony czas. Wiedzieli co będą robić dziś wieczorem, jutro, a nawet na każdy weekend. Zaplanowali swoje życie i robili wszystkie rytualne czynności aby utrzymywać wszystko na powierzchni. Pseudofilozofowie i grafomańscy pisarze nazywali to panowaniem nad swoim losem, a dalej idąc pozytywnym myśleniem, które zmienia zło w dobro. Parskałem śmiechem na frazesy tych którzy głosili, że nie ma zła jest tylko złe nastawienie, myśl pozytywnie osiągniesz wszystko, jeśli czegoś bardzo chcesz musisz to mieć, dopóki walczysz jesteś zwycięzcą. Nie bądźmy skrupulatni, po co wnikać co na to dzieci z oddziału onkologicznego. Co na to ofiary holocaustu. Nic dziwnego, że hitlerowcy wymordowali ich skoro mieli złe nastawienie. Jak byłem mały chciałem mieć starego trzeźwego co roku na święta. Okazało się o dziwo, że to nie zależy ode mnie i znów wracał schlany i uparty jak osioł aby wykładać mi swoją naukę metodą mało humanitarną. Kumpel z dzielnicy co bronił małolatę na przystanku, był zwycięzcą, walcząc pół godziny po tym jak już się nie mógł podnieść, a kolesie katowali go trepami i żelaznym koszem na śmieci. Walczył ale z opowieści świadków nie wyglądał na zwycięzcę. Pewnie świadkowie się mylili.
Nie płaciłem cen za bycie szczęśliwym. Płaciłem ceny za bycie zuchwałym, opryskliwym, wyzbytym złudzeń. Kiedy koledzy kolekcjonowali imiona dziewczyn z telefonami, ja zwyczajnie o nich zapominałem gdy uświadamiałem sobie prawdę, iż nie jest mi ona do niczego potrzebna. Każdy teraz jest zaskoczony jak można być samotnym facetem i nie mieć koleżanek, nie chcieć utrzymywać z nimi kontaktu.
A dla mnie zawsze istniały na świecie tylko dwie kobiety; ta którą akurat kochałem i cała reszta.
W odruchach ludzkich jednak potrafiłem darzyć wyjątkowa estymą, te które zdobyły mój szacunek co było prawie równie wielkim ewenementem jak osiągnięcie tych które zdobyły moją miłość. Nie mam się wcale za taką dobrą partię, iż traktuję to jak jakiś cholerny zaszczyt, bardziej dziwiłem się temu, że ktoś zwyczajnie jest w stanie ze mną wytrzymać. Będąc uczciwym muszę zdradzić, że w zasadzie moja obcość wyrosła dopiero jakiś czas temu gdy zdałem sobie sprawę, że muszę natrafić na idealną harmonię uroku, zapachu, wdzięku i chemii abym mógł się temu poddać. Najzwyczajniej wyzbyłem się złudzeń. Wiedziałem, że istnieje grall i szukałem go. I mimo wielu wspaniałych, ślicznych, mądrych kobiet, które miałem okazję poznać wciąż myślami byłem daleko, zupełnie gdzie indziej.
Byłem jak izotop rtęci na którego mogła zadziałać tylko odpowiednia mieszanka chemiczna. Ale według teorii mojego starego jak zahartowana stal. Mówił wpatrując się we mnie obłędnymi oczyma - Tylko kurwa podpalić takiego chuja, to może Cię ogień ruszy, żebyś nie był takim skurwiałym synem. Rozgrzać Cię kurwa w wysokiej temperaturze to może się wyprostujesz.
Nie umiał mnie wyprostować ani on ani wuj z tego samego gatunku. Następnie prostowały wszelkie One również metodą mało edukacyjną ale ludzką przynajmniej, a ja dalej byłem kawałkiem żelastwa.
Pogodziłem się z tym i siadałem na kamieniu pod drzewem. Patrzyłem na te błyskotliwe - za bardzo ze mną chciały grać. Pojawiały się też wampy na wysokich obcasach z nogami do samej szyi - szukałem mózgu na co one zdziwione, że jak można w takiej dupie szukać mózgu. Inne chciały mnie leczyć mając mnie za skrzywdzone dziecko, matkować mi, pielęgnować; przepisywały terapie w swoich ramionach.
- Nie chcę terapii.- nie wstawałem.- Chcę jej.
- Jej?- rozglądały się dookoła ale nikogo nie było- Nie mnie?
- Jej.- moje oczy tylko wewnątrz stawały się ciepłe. Nie miała pojęcia o kim mówię, ja też go nie miałem. Wiedziałem tylko, że nie mówię o niej.

Kiedy się delikatnie robiłem piwem, śpiewałem w mózgu kilka zwrotek rockowej piosenki:

" Powinieneś być ten sam...
pozwól mi wymówić Twoje imię...
tylko wstyd z Tobą mam.
To samobójstwo, z Tobą zginę.

Zamknij się i przed siebie jedź
Gdziekolwiek zechcesz pojechać, możesz skłamać
Aby było w porządku. by zadrę z tego mieć.
Aby serce z życiem móc komuś złamać.

Dzisiaj w nocy będziesz moja...
dzisiaj w nocy zabiję gnoja"



   Ołowiany był bardzo zniesmaczony gdy stał w kufajce nad skrajem kry i obserwował horyzont za którym istniał kontynent na jakim się urodził. Nic chyba go bardziej nie wkurwiało jak konieczność odmrażania palców z powodu rozpanoszenia się dzikich, krwiożerczych bestii na każdym z siedmiu kontynentów. Opanowały je, zagryzając ludzi i zjadając czterema porządnymi uściskami szczęki. Jedna bestia zjadała dorosłego faceta w mniej niż dwadzieścia sekund razem z przełykaniem. Ołowiany spoglądał w dal nie tyle z tęsknotą ile nieziemską furią z powodu niemożności opalania się latem bez podkoszulki. Tutaj gdzie schowała się ludzkość w najcieplejszym dniu roku było grubo poniżej minus dwudziestu stopni. Rzucił cygaro które zaczął palić dopiero na tej lodowatej wyspie i zdecydowanym krokiem ruszył w stronę jednostki wojskowej. Rzecz jasna mimo pospiesznej emigracji przed śmiercią ludzkość potrafiła się zorganizować i mieć wojsko. Mieli więc na tej wyspie nieopodal bieguna północnego i czołgi, pojazdy samobieżne, samoloty, a nawet cztery okręty wojskowe; nie mieli tylko genu zwanego nieobliczalność. Stał więc sprzęt zatankowany do pełna w razie pojawienia się tutaj jakiejś bestii, a w porcie kilkanaście tankowców wypełnionych po brzegi bezcenną ropą. Ołowiany patrzył na to długo, pierwsze co zrobił po przybyciu tutaj, to ukradł pistolet, później kradł raz na tydzień jakąś sztukę broni. Maczeta, którą lubił była słabą obroną przed drapieżcami mierzącymi po dwa metry w kłębie, a atakującymi ze zwinnością godną geparda.
Kiedy rzucił cygaro zrobił to z postanowieniem, że dzisiaj sobie ukradnie coś innego z asortymentu armii. Wlazł przez wyłom w murze, który sam niegdyś przygotował. Mimo dnia wartownicy grzali się przy paleniskach w zintegrowanych punktach. Wszedł najpierw do magazynu mundurowego. Capnął wyposażenie razem ze spadochronem, bez oporządzenia, nie miał zamiaru się okopywać. Chciał tylko wywalczyć słońce, opalić kark, zabić jedną z setek tysięcy bestii, później drugą i kolejną. Konsekwentnie jak wypala się cygaro wchodzić w głąb lądu. Odnalazł wzrokiem hangar i zapuścił wszystkie cztery potężne silniki samolotu transportowego. Dźwięk po raz pierwszy od dawna odpalanego diesla jak grzmot przeszył okolice. Na nogi stanęli wszyscy, włącznie z mieszkańcami. Ołowiany odpalił cygaro i zaciągnął się wywlekając potężnego C-130 Herkulesa na pas kołowania. Otworzył okno musząc pomagać sobie uderzeniem łokcia gdy szereg żołnierzy mierząc do niego z karabinów otoczyło samolot. Nie mogli strzelić po tym jak rzucił równie lodowate co powietrze w tej krainie- wypierdalać matkojebcy i ustawiając dźwignię przepustnicy w górze przeciął powietrze i wzniósł się w niebo. Ale niebo już nie istniało, a jeśli nawet istniało to nie mieszkał już w nim Bóg.
Ołowiany powrócił po ośmiu dniach gdy w karczmach zakładano się między sobą przekornie w ilu łaknięciach zjadła go bestia. Po lądowaniu znowu go otoczono i wycelowano karabiny ale kiedy wysiadł w hełmie ozdobionym wianuszkiem dwudziestocentymetrowych kłów, stali jak zahipnotyzowani.
- Daj mi stary cygaro.- rzucił do pierwszego z brzegu sierżanta, jeszcze nieobmyty z krwi zaschniętej na policzku. Kiedy nie doczekał się odpowiedzi, ponowił jak akwizytor- Daj mi cygaro. Wymień się na cały luk ładunkowy futer przerośniętej hieny.
Ołowiany przed lądowaniem miał prawdziwe ludzkie imię ale kiedy zapoczątkował nową modę na lodowatej wyspie dzięki futrom najokrutniejszego drapieżnika jaki kiedykolwiek nawiedził ziemię, stał się facetem z żelaza; nazwali go ołowianym, a on tylko palił i wspominał słońce spiekające jego kark. Wystarczyła chwila aby pojawiło się kilku kozaków, którzy też wzięli spadochrony plus pojazdy, oporządzenie i masę amunicji. Armia została ze swoimi czołgami, okrętami, spluwami, rakietami i samolotami. Mieli wszystko oprócz odpowiedniego kodu genetycznego. Ołowiany wraz z kozakami czasem wracali po kilku, czasem po kilkunastu dniach na przegrupowanie, uzupełnienie zapasów i chwilę wytchnienia. I znów do walki, ubywało ich ale przywozili coraz więcej futer. Jak już zorientowali się, że niczego się nie boją, pięć z siedmiu kontynentów było oczyszczone z krwiożerczych zwierzaków. Ołowiany i dwóch kozaków wliczając pilota podążyli ze słonecznego południa europy po zapasy, gdy nad oceanem rozpętała się burza. Herkules mimo swego poczciwego imienia, nie dał rady i spadli gdzieś nad Islandią. Pilot pozostał w kokpicie z drążkiem sterowniczym w płucach wierząc iż może posadzić C-130 na ziemi bez umierania. Nie było czasu ani go przekonywać ani z nim negocjować. Dwaj desantowcy wyskoczyli w ciemność. Ponieważ Bóg kocha głupców i lubi się nimi otaczać, mówi się, że to on właśnie, osobiście im składa spadochrony. Kozak z nieustającym 'geronimooooo' w okrzyku wbił się w ziemię aby ta zamknęła mu usta. Bóg źle spakował czaszę spadochronu.
Ołowiany lądował na skraju plaży. Wyczepił się, odbezpieczył pistolety, przewiesił do pozycji taktycznej poczciwego drugonova i ruszył w las. Zdawał sobie sprawę, że jeśli był na Islandii to nie wyczyści tego cholernego obszaru z drapieżników przy pomocy takiej ilości amunicji, ba - nawet nie przeżyje. Musiał odnaleźć skomponowane z ziemią zwłoki kozaka i zrewidować jego wyposażenie, a później dostać się do wraku samolotu, który spadł gdzieś dalej na północ.
Ciemność i burza nie pomagały człowiekowi w mroku, toteż ołowiany z nabytym instynktem, żyjąc od lat z głęboko zakorzenioną świadomością o bestiach które opanowały ziemię, walił po jednym strzale do wszystkiego co kołatało się w zaroślach w promieniu kilku metrów. Nocy zostało niespełna połowę gdy dotarł do samolotu. Jedynie drugonov był jeszcze naładowany i gotowy do strzału. Po wschodzie słońca wyciągnął z kieszeni cygaro i zapalił. Mimo przyjemności jaką z tego czerpał nie uczyniłby tego w ciemności. Zawsze śmiał się z filmów jak na świecie była jeszcze telewizja, w których żołnierze poruszający się w ciemności świecą latarkami. Jak latarnia dla statków. Ołowiany dozbroił się w ciężką broń maszynową i po próbie nawiązania kontaktu przez radio, postanowił rozpoznać wyspę. Nie było kłopotem odnalezienie łodzi bądź statku z czasów jeszcze ludzkich. Na łodzi mógł dopłynąć do lodowej wyspy, uzupełnić zapas cygar, zapuścić silniki kolejnego herkulesa i robić to co do niego należy. Wędrować i walczyć.
Dopiero gdy przemaszerował dwa kilometry dostrzegł na wzgórzu jelenia. Reagował instynktownie, a ten widok sprawił, że nie było w tym prawidłowości. Na ziemi, na której gnieździły się bestie, choćby jedna, nawet niedźwiedź nie miał prawa przeżyć. Chodziły słuchy, że stado lwów umiało zabić bestię, a nawet dwie. Po takich atakach jednak większość lwów zdychała z powodu ran. Stada się kurczyły, bestie panowały. Obserwował urwisko przez chwilę aby dojrzeć całe stado, skierował się w drogę powrotną na szlak który przemierzył od plaży do samolotu, na szlak który usłał co najmniej kilkudziesięcioma trupami czegoś w co zaczął wątpić. Kiedy w wysokich paprociach odnalazł pierwsze ciało, stał bez słowa. Mimo, że nikogo przy nim nie było zawsze mógł zakląć do Boga ale on stał bez słowa. Nie drgnął w nim żaden mięsień dopóki z wiotczejącej dłoni nie wyślizgnęła się broń i nie opadła na mech. Od lat wielu nie znał świata bez bestii, na każdym kroku tam gdzie lód nie pokrywał ziemi w swych okowach za każdym rogiem czaiło się niebezpieczeństwo, z którym musiał walczyć. Za każdym wyłomem skalnym mógł czaić się potwór. Zawsze był na to gotowy.
Życie było jak desant w obcej niebezpiecznej krainie z bronią gotową do strzału. Ale życie czasami płata figle i Twoje lądowanie z furią w oczach i palcem na języku spustowym musi sprawić, że mięsień Ci drgnie. I zaczniesz strzelać nie mając naprzeciw siebie wroga. Zaczniesz zabijać tych którzy są Ciebie ciekawi i cieszą się z Twego przybycia. Ty nieobliczalny, wściekły desantowcu. Smutny, wyobcowany popaprańcu.
Ołowiany dotarł nad ocean i zatrzymał się na skraju kilkudziesięciometrowego urwiska...pomyślał gdy gasił cygaro pod podeszwą buta, iż woda o tej porze roku musi być w miarę ciepła. W sam raz ciepła...w sam raz na umieranie.

Właściwie to chciałem opowiedzieć o ołówku ale gdy wziąłem go do ręki to spisałem nim najpiękniejszą opowieść.
Być może nie najpiękniej opowiedzianą ale najpiękniejszą z historii. Najpiękniejszą z historii wściekłego desantowca, który po czasach długich bitew zrzucony jest na wyspie szczęśliwej i poprzez swe naturalne przystosowanie do walk, zabija wszystko co dobre.
To opowieść o miłości niemal magicznej ukryta między wierszami. Niemal magicznej bo okazuje się, że w tej legendzie miłość nie radzi sobie z prozą życia. Historia pełna tęsknoty po tym jak odkryłem nową możliwość mózgu i chyba serca ludzkiego. To znaczy mózgu i serca mojego więc czy i ludzkiego, to zaczynam w to wątpić. Przeżyłem opisaną przez siebie najpiękniejszą opowieść mojego życia, a teraz znowu jestem tym kim powinienem być. Skazańcem Bogów. Znowu muszą wrzucić mnie do samolotu i wykopać z czterech tysięcy metrów w nieznane. I najlepiej w niepogodę.
Widziałem dużo, a pozwalałem na niewiele. Hołdując najwyższym wartościom ludzkim wierzyłem w honor, dumę i odwagę. Na koniec któregoś dnia okazało się, że byłem twardszym żelastwem od obu kowali z tym jedynie wyjątkiem, iż zmieszanym z dodatkiem metalu szlachetnego kobiety która wydała mnie na świat; inteligencji.
Dotykałem nocami księżyca, nie pojmując jak serce wciąż może dudnić tak gwałtownym rytmem, a umysł czuć kaskadę niesprecyzowanego ciężaru, który spada z nikąd i przytłacza każdy nerw. Świadomość oczywistości świata i natury rzeczy zabiła we mnie naturę odkrywcy i archeologa. Wiecznego awanturnika Bogów, którzy dla dowcipu zesłali tuż pod nogi, znienacka ową Elpis- Nadzieję. Ale nie w puszce Pandory tym razem lecz w postaci kobiety.
Wyobraź sobie teraz matematyka, który wchodząc do gabinetu widzi na tablicy kompletnie nowy wzór dla świata, otwierający możliwość wejścia do innych światów. Podróż w czasie, przestrzeni. Rozpoczyna się szaleńcza euforia zaraz po tym jak w smętnym się śnie przepychał pretekst z rozsądkiem do dalszej podróży.
Opowieść o ołówku nie powinna być opowieścią o miłości. O miłości i ołówku można opowiedzieć nazywając wszystko po imieniu. Każdy wie czym jest ołówek. Swoim mógłbym teraz opisać dokładnie ów organizm wodny jaki potrafi rtęć metylować. Niezwykła reakcja chemiczna, która z początku była dla mnie tak trudna do zaakceptowania, iż opukiwałem w poszukiwaniu nieprawidłowości. Okazuje się z naukowego punktu widzenia, że taka zmetylowana rtęć atakuje mózg, powoduje zaburzenia wzroku, słuchu, mowy, koordynacji ruchów, połykania i wreszcie upośledzenie umysłowe. Normalnie jakbym czytał o czystej, skroplonej miłości. Tej jej najwyższej formie, bo miłość ma formy i siłę jak sztorm. Wszystko ma swoją skalę w przyrodzie, ja czekałem na dziesiątkę, po dopytywaniach jestem w stanie przyznać, że zgodziłbym się na dziewięć w skali Beauforta. Inaczej nie wyskakuje z płynącej łodzi, pierdolę, nie pływam. Po jednym z kowali odziedziczyłem oczywiście upór, po drugim nieobliczalność; więc płynąłem mijając różne szaleństwa przyrody, mijając czwórki, piątki, zdarzyła się i siódemka. Wstaję zuchwale kiwając głową, że płynę dalej chcąc Jej, chcąc dziesiątki; dostałem pewnego popołudnia jedenastkę. Musiałem się utopić.
Beaufort się mylił, wściekły desantowiec się mylił, Bóg się mylił, wszyscy się mylili. Szczegóły tworzą całość, każdy szczegół składa się na końcowy obraz; wzrok, ładność, zapach, smak, dotyk, wdzięk, tembr głosu, dynamika gestów, słów, sposób w jaki milczysz obok. Każdy ruch dłuta wprawnego rzeźbiarza nadaje kształtu. szczegóły tworzą całość i to nie całość ma być akceptowalna lecz szczegóły muszą być właściwe do naszej wrażliwości.
Przy całości obrazu dostrzegamy tylko kształt; większość jest odpowiadającym im kształtem szczęśliwa lecz gdy usiądziesz na kamieniu na chwilę, zerwiesz źdźbło trawy, pominiesz rytm świata i zostaniesz sam na sam z posągiem, ujrzysz linię podkreślającą oczy, kaprys wykrzywiający usta, wierzch dłoni w geście który Cię ukoi bądź rozgniewa. Szczegóły tworzą całość, ale całość może zaburzyć jeden choćby szczegół.
Wszystko czego szukasz, czego oczekujesz od świata, na co możesz się zgodzić i co uczyni Cię naprawdę szczęśliwym programuje Twoja wrażliwość. To w kim się zakochujesz i jak mocno jest nie do zdefiniowania. To kod matematyczny, w którym zawsze brakuje współrzędnej jeśli chcesz go opisać. Czasem się zdarza tak, że pewnego dnia, znienacka uzyskujesz wynik. I dopiero po tym jesteś w stanie odnaleźć brakującą liczbę, pierwiastek, zjawisko. I zdefiniować właściwy dla palpitacji swego serca i zatracenia wdzięk.
- No wypierdalaj.- wydziera się z za drążka Bóg pilotujący mój samolot. Widzę jego wykrzywioną w paroksyzmie rozkoszy twarz. Pali moje cygaro.- Ołowiany, wyskakuj kurwa z tego samolotu.- pioruny napierdalają, wiatr huśta herkulesem, deszcz rozbija się na mojej twarzy pusto patrzącej w ciemność na zewnątrz.
- Jesteśmy na środku oceanu- oznajmiam mu.
- Przecież jesteś świetnym pływakiem.
- No i co z tego. Do brzegu jest za dużo mil.
Obumieram; powoli, jak drzewo.
- No dobra.- podnosi głos Bóg, aby przekrzyczeć grzmoty- Poznaj łaskę. Mam dzisiaj dobry dzień- wychyla się przez drzwi nie stając z fotela pilota - A to skurywsyn! Wyskoczył.
Kiedy krzątała się po sklepie, a ja gdzieś za nią przy regale z musztardą, obserwowałem jak chodzi, uśmiechałem się w środku i nigdzie nie spieszyłem. Całe życie czułem niepokój; nie zagrożenie. Niepokój, nawet gdy spoczywałem na łożu z bliską osobą, targała mną jakaś taka dziwna emocja, że za oknem, gdzieś w świecie coś mi ucieka, coś się dzieje, że czas płynie strasznie szybko, a ja ...a ja muszę się wreszcie stąd wydostać. To było powtarzalne uczucie i zwyczajnie dla dobra samego siebie musiałem szukać ukojenia. Spokój w życiu jest najważniejszy, taki wewnętrzny spokój nie marazm. Kiedy Ona kręciła się między sklepowymi regałami, ja ze wściekłego desantowca postanowiłem być człowiekiem i wybrać musztardę. Musieliśmy przez to kupić dwie ale wybraną przeze mnie również zabrałem do domu. I nawet nie chciałem wybiegać z tego miejsca pełnego robotów ludzkich. Nigdzie się nie spieszyłem, czas na zewnątrz się zatrzymał, byłem spokojny, mogłem usiąść i zamknąć powieki i wciąż byłbym spokojny. Była nieopodal. Zacząłem akceptować cywilizację poprzez jej pryzmat.


  Opowieść ta miała być o ołówku ale jest o magii. O magii jednego człowieka i niespodziewaności życia.
Zacząłem pisać tą historię na koniec pewnego tygodnia wiedząc, że jedynie nie odnalezienie tej właściwej struny w mózgu może mi przeszkodzić. Kartkę toku myśli umiałem zapisać w mig, były opowieści wielostronicowe spisywane w godzinę. Dziś jest środa, a ja właśnie teraz piszę te słowa. Cały weekend poświęcony jednej myśli, poniedziałek do grubo po drugiej w nocy, wtorek również, a ja wciąż nie umiem zakończyć. To nadzwyczajne zważywszy, że nigdy nie spisywałem jednej historii tak długo. Zacząłem żyć tą historią, a dzisiejszego popołudnia zrozumiałem, że czekała ona na pewien inny finał.
Od lat w świecie ludzkim uprawiałem pewną poważną pracę. Z sukcesami, osiągnąłem pozycję, dobrą pensję, odpowiedzialność, trud i satysfakcję; dziś rzuciłem tą pracę po karkołomnej awanturze. Stary byłby dumny; zahartował żelazo doskonale. Podczas gdy ludzie zwijają ogony gdy prezes tupnie, wściekły desantowiec stał się wściekły. Już widzę jak wuj i stary piją moje zdrowie przepełnieni dumą. Patrzę w niebo gdy dojechałem nad rzekę i też się uśmiecham.
- Udało wam się, co?
Udało im się, dziś pozbyłem się wszelkich złudzeń. Przez chwilę chciałem podziękować staremu za charakter, który kazał mi rzucić dobrze płatną robotę, po czym zastanowiłem się skąd ja właściwie mam tak starodziejowe wartości. Pobiegłem myślą do setek powieści o najdumniejszym z narodów, które pochłaniałem po kilka razy, a słowa w nich spisane niby niewinnie rzeźbiły kształt. Pióro jest silniejsze od miecza.
- Pomóc Ci? - pyta gdy kładę się w szarej koszuli prosto z pracy na murku tyłem do rzeki. Nade mną liście usychającego powoli drzewa, ponad nami błękitne niebo. Był piękny dzień.
- Nie, nie trzeba. Już miałeś pomóc kilka razy. Machnąłem na to ręką.
- Jesteś na mnie zły?
- Tak, mam Ci za złe.- odpowiadam.
- Uważasz, że Bóg powinien być dobry dla kogoś kto go szkaluje?
- Uważam, że jesteś Bogiem nijakim.
- I rozpowiadasz to dookoła, wypisujesz i oczekujesz dobroci?
- Nie mogę mówić, gdy jesteś czarny, że jesteś biały. To nie jest tak, że moja opinia czyni z Ciebie Boga złego lub dobrego. Bo jeśli tak jest to masz przejebane. To jest tak, że jesteś tym kim jesteś, a ja to widzę.
- Nie możesz kłamać?
- Nie.
- Wszyscy kłamią. Ty również.
- W pierdołach.
- Kłamstwo to kłamstwo.
- Mówię dziewczynie, że nie jest w moim typie aby nie powiedzieć jej, że jest pasztetem i niech kurwa spojrzy w lustro zanim do mnie napisze. Jeżeli to tak samo ciężkie kłamstwo jak dobroć Boga to masz rację. Jestem największym kłamcą na tej planecie.
- Masz się za zajebistego?
- Mam się za zmęczonego.
- Mówię o lustrze, czemu nie mogą pisać aby się umówić z facetem?
- Czwórki umawiają się z czwórkami, bywa, że z trójkami, piątkami. Nie może jedynka skakać o kilka pozycji w górę. To jak wyścig cukiernika ze sprinterem. Trzeba użyć wyobraźni. Wkurwia mnie taka bezczelność.
- I co teraz?
- Nie wiem. Posiedzę tutaj trochę i się zastanowię.
- Co z życiem? Takim w świecie, w sklepach, na stacji benzynowej, skąd weźmiesz na bilet do kina.
- Nie wiem.- patrzę na samochód z młodzieńczych marzeń- Sprzedam wóz, motocykl. Przeżyję parę miesięcy.
- A później?
- Zawsze spadałem na cztery łapy. Nie przejmuj się.
- Nie wkradaj się do świata baśni i surrealizmu. Już wiem co oznaczają Twoje zwężone ślepia gdy tak patrzysz. Analitycznie i konstruktywnie mi powiedz jak chcesz żyć w cywilizacji?
- Powiedziałem. Sprzedam coś i napiszę książkę. Rok to długo, wreszcie będę miał czas na popracowanie nad tym.
- Trzysta sześćdziesiąt pięć dni w jaskini? Bez możliwości pojechania motocyklem w las? Bez możliwości pościgania się na ulicach? Mniejsza o auto i motor. Bez kasy na drinka dla dupy? - zniża głos- Nie chciałbym zabrzmieć zbyt poważnie ale chyba zwyczajnie nie przeżyjesz tego.
- Bez dupy przeżyję.
- Tak, ale nie bez ludzi, nie bez wyjścia, nie bez możliwości spotkania się z kimś, nie bez wycieczki. A nawet jeśli przeżyjesz to już nigdy nie wrócisz do świata. Wściekły desantowiec po roku na bezludnej wyspie? Kurwa, ja nie jestem gotowy jeszcze na apokalipsę.

Naucz mnie patrzeć Twoimi oczyma. Naucz mnie tak patrzeć.
Kiedy wyciągnęła mnie ze mnie samego, zacząłem rozumieć szczęście. Jeszcze je nie do końca akceptować ale rozumieć. Rysowała na mnie, a ja chyba za wolno się uczyłem. Po latach bitew gdy wylądowałem na tej wyspie mogłem tylko strzelać.
"jestem jednym z tych ludzi, którzy z braku poczucia humoru mają cholernie nerwowy palce na spuście"; napisała niespodziewanie cytując Łysiaka i tłumacząc, że czytając te słowa pomyślała tylko o jednym człowieku na świecie.
Dzięki temu co mi pokazała zacząłem rozumieć. Mniejsza z tym, że za późno. Miłość nie wszystko zwycięża, musi czasem wygrać proza życia i rozsądek. Jej wygrał podczas gdy mój nerwowy palec na spuście zbyt często drgał.
Można kochać wściekłego desantowca ale jak można zaznać przy nim spokoju.
Pokochałem osobę naturalnie wspaniałą, z której chciałem podświadomie uczynić kogoś gorszego. Może aby zrównać do siebie, a może zwyczajnie aby igrać i walczyć gdyż nie umiałem zaznać całkowitego spokoju gdy była daleko.
Tylko patrząc bestii w oczy, można sprawić, że ona nie zaatakuje.
Wróciliśmy do swoich światów ja z nowym doświadczeniem i bardziej zaciętą miną. Czas jest jak świnia i zżera wszystko łącznie z uczuciami. Zżarł i moje po tym jak w pełni świadomie postanowiliśmy się od siebie uwolnić. Aż pewnego dnia którego nie jestem w stanie odnaleźć po długim już okresie rozstania zacząłem zakochiwać się ponownie. Mówi się, że z czasem wybielamy ludzi, że nie pamiętamy tych złych momentów lecz dobre. Nie wiem kto to mówi ale nikt chyba bardziej ode mnie nie analizuje i nie rozpamiętuje złych rzeczy. Nie wybielałem jej. Zwyczajnie z każdym dniem, z którym powinienem czuć się coraz lepiej w swoim świecie wolności i walk, po tak długim czasie, z każdym dniem czułem się coraz gorzej. Smutek, jaki zawsze lubiłem stał się teraz nie tylko emocją lecz amputował mi wszelki animusz. Musiałem tracić energię aby odmawiać poznawania nowych kobiet, wymyślać powody, robić z siebie głupka. Niemal każdy facet nazwałby mnie zjebem ale ja zwyczajnie myślami byłem przy niej.
Mój własny mózg bez ciała, bez dotyku zakochał się na odległość w niej. Ponownie ale jak to bywa z mózgiem z większym rozsądkiem i mądrością. Z samym rozsądkiem i mądrością. W pełni świadomie. Bez zmysłowości, na którą można byłoby zwalić winę za zakrzywienie obrazu.
Nigdy nie miałem przewlekłych ran, ropy wyciekającej z częstych przecięć, zdartych paznokci, ukrojonych częściowo palców, oparzeń. Goiło się wszystko na mnie w mig, a i dusza leczyła szybko, serce zdrowiało. I za tym razem mimo, że to jedenastka poza skalą Beauforta wylizałem rany nie tracąc dużo krwi.
Do dnia gdy pękło wszystko od środka. To było jak rak, który wyżerał mi organy. Ale taki zajebisty rak.
Ludzie nie czynili mnie lepszym, czynili mnie za to gorszym. Nie z powodu krzywd lecz z powodu wstydu jaki wywoływali we mnie jako w człowieku. I pogardy. To była prawidłowość wściekłego desantowca. Od lat się nie zmieniałem, nie umiałem. Brnąłem głębiej w inność, aż do dnia wczorajszego gdy zdałem sobie sprawę, że chciałbym być szczęśliwy ale okazuje się, że do tego potrzebni są inni ludzie.
Kiedy przerwałem mój ulubiony film, jej ciepły oddech głaskał moją szyję. Leżąc na boku tuliła głowę na mojej piersi. Ktoś na świecie zatrąbił klaksonem i rzucił przekleństwo, samolot w oddali podchodził do lądowania, autobus ruszał z przystanku. Świat pędził, a ja byłem całkowicie spokojny. Spokojny jak nigdy dotąd; zamknąłem oczy i położyłem usta na jej czole. Wzdrygnęła się, a w kącikach jej warg pojawił się uśmiech. Prawdziwy uśmiech szczęścia rozświetlał jej piękną twarz. Zasłużyła na to, a ja musiałem nauczyć się jak być jej kamelotem. Jej ostoją, jej wyspą. Miłość to za mało.
Zasnąłem.
- Idziesz?- zapytuje gdy podnoszę się i poprawiam koszulę. Rzeka za mną płynie swoim biegiem, pająk bez ruchu czyha na ofiarę na rozpostartej sieci.
- Spójrz. - mówię po minucie.- Jeśli naprawdę istniejesz to po co stwarzasz taką istotę.- tłusty pająk ani drgnął przez ten czas- Nie chodzi do kościoła, nie zaprasza znajomych, nawet nie ma ulubionego programu telewizyjnego. Każdą minutę dnia spędza na sterczeniu bez ruchu aby tylko coś zeżreć. A później naprawia sieć. Po co tworzyć taką istotę?- podchodzę do samochodu.
- Może być choćby po to aby jakiś mądrala zastanawiał się nad tym po co.- uśmiecha się szeroko zapewne - Jedziesz?
- Mam swoją historię do dokończenia.
- Tę o ołówku?
- Muszę ja dzisiaj skończyć. Żyję nią od dawna jak żadną inną.
- Hmm.- czeka, aż zapuszczam osiem cylindrów- A czym będziesz żył jak ją skończysz?
Zamykam oczy i sięgam na wyczucie do radia. Już po sekundzie głośniki wyśpiewują "Mad World".
Sunę w stronę świat aby dokończyć najpiękniejszą historię mojego życia. A może powinienem był napisać zwyczajnie o ołówku.


 

Zaloguj się