Nowa historia

Ależ klawo jest być włóczykijem, nikim, niczym, żadnym.

- Ty palisz synu?
- Nie - unoszę delikatnie dłoń trzymającą tlącego się papierosa - właściwie to nie palę.
- to poza?
- przyszedłem do ciebie nie na darmo. A papieros pasuje do mojego wyobrażenia postaci samotnej i smętnej. Taki literacki ideał ponurego gościa włóczącego się po zmroku w deszczu.
- wróciłeś z dalekiej podróży i zamiast dać się odwiedzić znajomym przyłazisz do mnie? Nie lepiej przebywać wśród żywych?

Zimny wiatr był łagodniejszy pod dużym drzewem w miejscu w którym znajdował się jego nagrobek. Niektóre tylko z kropel nieśmiałego deszczu opadały na moją ulubioną zimową czapkę. Nie lubiłem czapek i nigdy ich nie potrzebowałem dopóki nie przywiązałem się do swego wizerunku w tej zielonej, wojskowej, bawełnianej. Gdy byłem w tej czapce, wojskowej kurtce i butach nikt nigdy nie zadawał mi pytań. Tak jakby każdy musiał mnie akceptować poprzez pryzmat człowieka muszącego stać po stronie prawych. Nie wyglądałem jak świr ubierający się w paramilitarne ciuchy o twarzy nie skażonej poczuciem wojny.

Moje ciuchy i moja twarz pasowały do siebie. Były symbolem tego samego charakteru.
- potrzebuję tu być – mówię do czarnego marmuru – dobrze tu masz pod tym drzewem. To dobre miejsce.
- rozejrzyj się. Jest zimno i ciemno. Gdzieniegdzie tylko blask świeczki. I wszędzie śmierć.
- Tak jak mówiłem. To dobre miejsce – obróciłem się w stronę nagrobka jakiegoś dziecka sądząc po rozmiarach. Palił się na nim znicz – nie zabiorę światła dziecku aby dać je tobie. Mogę co najwyżej rozpalić ognisko .
- spodziewam się tego. I nawet nie uznałbyś tego za nic zdrożnego gdybyś przyniósł drewno i rozniecił ogień na mojej nagrobnej płycie. Którą a propos zrobił dla mnie Twój brat. Gdzie Ty wtedy byłeś?

Moja poza z papierosem nie udała się. Myślałem, że będę czuł się jak filmowy melancholik, poszarpany przez życie twardziel, zaciągający się powoli i długo, niemal majestatycznie. Krzywiąc się na smak tytoniu zrozumiałem, że nie ma w tej czynności żadnego majestatu. Chyba bardziej działała na moją imaginację literackiej postaci moja czapka i ogorzała twarz zarastająca brodą niż ta cholerna fajka.
Wyrzuciłem ją, zapiałem kurtkę i wcisnąłem ręce do kieszeni. Patrzyłem na starego ale już bez gniewu.

- wyglądasz teraz jak egzekutor nad swoja ofiarą.
- nie przyszedłem z tobą walczyć. Potrzebuję tu pobyć. Możemy nic nie mówić jeśli wolisz.
- nie zmieniłeś się. Tyle lat minęło, a ty się nie zmieniłeś.
- nic się nie zmienia. Byłem wtedy twardy teraz jestem twardszy, byłem samotny teraz jestem bardziej.
- czemu nie napiszesz jakiejś nowej historii o sobie?
- nowa historia o tym samym gościu niczego nie zmieni.
- nowa historia to nowa historia, nawet o starym gościu.
- chcesz poznać jakąś nową historię? – rozglądam się dookoła. Mrok i zimno sprawiły, że nikogo oprócz mnie tutaj nie ma. Wyśmienite miejsce - przyszedłem do Ciebie bo będę musiał uciekać. I być może jestem tutaj ostatni raz. Być może już nigdy nie zobaczę tego miejsca i rodzinnego domu. To takie przezorne pożegnanie. I tak wiele jak na mnie. Ja się nie żegnam. Nigdy. Tylko znikam.
- co znowu nabroiłeś?
- całe życie coś broję. Bóg opatrzności mnie nie kocha.
- jesteś nieudacznikiem?


Pomyślałem o chwili gdy byłem tu z kimś. Z kimś bliskim. Człowiek jest często brudną rzeką i trzeba być morzem aby przyjąć tą brudną rzekę. Ta osoba była dla mnie morzem i ja dla niej. Zapaliłem świeczkę na jego grobie w towarzystwie tego mojego elfa co to wiecznie czuwa nad tym abym nie był człowiekiem który chce zginąć. Nie do końca jej się udaje ale na szczęście i nie do końca i mi się udaje.
Stała obok patrząc na czarny piękny marmur.
- przepiękny nagrobek - oznajmiła szczerze.
- to pewnie sprawka mojego brata - pomyślałem bo tylko jego było stać na to aby to zrobić. Poczułem ukłucie w boku. Nie udało mi się życie - powiedziałem w myślach do ojca.
- Ten Twój brat to chyba wspaniały człowiek - rozmawia ze mną najzwyczajniej jak może rozmawiać z kimś inny człowiek.
- w każdym calu wspanialszy ode mnie – ojciec nie przeczy. To pierwszy raz gdy z nią tutaj jestem. Zupełnie przypadkowo przyszła ujrzeć moją samotność w miejscu mojego wroga.
- jak to możliwe, że jesteście aż tak innymi ludźmi.

Powiedz jej, że jeśli nie wydarzy się nic spektakularnego pochłonie Cię mrok.

Wpatruję się w wyryte na biało imię mego ojca na jego grobie. Nie czuję nienawiści, nie czuję nawet gniewu. Nie czuję też smutku. Czuję jedynie niewyobrażalną pustkę, nawet mimo obecności jej.
A przecież powinienem czuć tęsknotę i miłość. Tak być powinno. Ale tak nie było, nie jest i z pewnością nie będzie.

- któryś z nas musiał zacząć walczyć. Wypadło na mnie - mój głos był cichy ale nie przygnębiony. Wyczuła w nim jednak coś złowieszczego.
- Jaki on był?
- był - wciąż wpatrywałem się w jego inicjały bez emocji - był twardy - chciałem powiedzieć, że był zły ale ona chyba już o tym wiedziała. A może zostawić mu trochę przyzwoitości.
- jak on umarł? – chciała z pewnością od dawna o to zapytać ale wiedziała, że do mnie nie da się dotrzeć jeśli nie zdecyduję sam wyjść. Wymyśliła, że cmentarz i jego grób to najwłaściwszy moment.
- przewrócił się. Był pijany i się przewrócił.
- i umarł? Tak po prostu – wiedziała, że nie mówię całej prawdy. Patrzyliśmy w tym samym kierunku. Nie byłem winny nikomu żadnych wyjaśnień ale rozumiałem, że jej mógłbym powiedzieć.
- Miał uszkodzoną czaszkę. Kiedyś, pewnego ranka wracałem do domu, stanął na mojej drodze z kumplami pod mordownią w której chlał od rana. Chciał zaszpanować albo po prostu był sobą. A ja już nie byłem bezbronnym dzieckiem. Wylądował w szpitalu i od tamtej pory już umierał.

- To twoja nowa historia? - z zamyślenia przywołuje mnie znowu on - przyznanie się, że mnie zabiłeś?
- nie miej się za wyjątkowego. Zabiłem wielu złych ludzi -  wiem jak wygląda teraz moja twarz w tej czapce. I co gorsza lubiłem tą twarz.
- i uważasz to za fajne? Przecież ty cierpisz. Możesz sobie przybierać tą pozę twarzy zimnego skurwysyna ale zdradza cię iskra w oczach. Cierpisz.
- cierpię z zupełnie innego powodu. Lubię cierpieć
- nikt nie lubi cierpieć.
- mylisz się. Lubiłeś pić dzień w dzień do utraty przytomności. Jak można to lubić aby bolała głowa, aby był kac aby organizm potrzebował kilku godzinnej regeneracji. Nie ma w tym logiki ani niczego co można byłoby polubić. Tak jest i z moim cierpieniem poza faktem, ze mam z niego więcej korzyści.
- nawet jeśli cię ono uszlachetnia i w twoim chorym mniemaniu czyni wyjątkowym to nie masz żadnej korzyści. Ono sprawia, że jesteś sam, byłeś i jesteś sam przez całe życie. A co gorsza będziesz.
- doskonale sobie z tym radzę.
- ni chuja. Nie radzisz. Jest sobota w wielkim mieście. Nie masz żadnych obowiązków. Masz nadmiar wolnego czasu, ładne dziewczyny chcą ci się oddawać, spotykać się z tobą, rozkochiwać cię, rozpieszczać, bawić, rozśmieszać, uszczęśliwiać a Ty. A Ty sterczysz tu z martwym ojcem, którego nienawidziłeś w mrozie i na deszczu. Nawet się stosownie nie przebrałeś z tych swoich wojskowych ciuchów. Generalnie widać po twojej twarzy, ze masz wszystko co ludzkie w dupie. Straciłeś zainteresowanie cywilizacją i ludźmi w niej. Czy to dalekie góry we wrogim kraju czy bezkresna pustynia, ciemne lasy i mokre bagna. Czy też świąteczne miasto, ty pozostajesz taki sam. Brak zainteresowania doczesnym życiem. Idź stąd. Pojedź tym swoim pięknym cadillaciem na miasto. Puść głośno muzykę, poszpanuj, przejdź się w nowej kurtce po deptaku, zobacz jak ludzie dają sobie prezenty. W Twoim ulubionym klubie dziewczyny przebierają się za mikołajki. Idź po swój prezent.


   Trochę się rozgadał, a tymczasem ja patrzyłem w dal. Nie chciałem aby wiedział, że ma rację więc patrzyłem tępo w dal. Zawsze chciałem widzieć dziwne rzeczy na horyzoncie bądź w bliskiej ciemności. I uwolnić się od tego co tutaj i teraz.


   - wyglądasz na faceta, jaki czeka na gwiazdkę z nieba, która zejdzie po schodach w dół sali. Spojrzy na Ciebie i będzie wszystko jasne. Będziecie dwojgiem ludzi którzy będą sobie coś chcieli podarować. Ale takie rzeczy o ile się zdarzają to nigdy się nie udają. Jesteś marzycielem, to widać. Chcemy Ci się podobać, przebywać przy Tobie być adorowane przez Ciebie i być może Cię rozkochiwać. Ale każda racjonalna część naszego mózgu każe uciekać. Uciekaj, krzyczy moja głowa, uciekaj Jess, wrzeszczy w panice.
- Już tak miałem. Spojrzałem jak i ona patrzyła. Siedem minut później znalazła się obok. Siedem minut i piętnaście sekund później już do mnie mówiła.
- Skrupulatny jesteś. Zapamiętałeś to – mówi trochę nie bez złości .
- To zwyczajnie orientacja w czasie i przestrzeni. Wiem ile jest wokół zagrożeń, gdzie są wyjścia ewakuacyjne, kto stoi za plecami i która dziewczyna chce pójść ze mną do łóżka.
- to chyba nie jest trudne – mówi wciąż z tą nutą złości w głosie ale z nieco frywolną twarzą. To mądra Jess, moja małoletnia kelnerka z nad morza, która teraz stała się stołeczną wyrachowaną panną. Jedynie oczy ją ratowały - skoro przebywasz w samych miejscach pełnych kurew.


   Nie mogła przecież wiedzieć, że to mój pierwszy dzień w cywilizacji, w mieście po półtora miesiąca koczowania w improwizowanym obozowisku w zimnych górach. Wciskała mnie gdzieś w menażerię osobników jakich znała traktując poprzez pryzmat obyczajowy, że dobrze wyglądający facet musi być kurwiarzem.
- to ma być ta Twoja nowa historia? – znowu słyszę głos starego – historia z nową dupą w tle?
- to nie nowa dupa. Znalem ją zanim umarłeś.
- i jeszcze z tobą gada?
- już niedługo. Albo już wcale. To krótka historia - mam katar więc pociągnąłem trochę nosem - być może już nawet się skończyła.
- przykro mi. Chyba.
- na pewne rzeczy nie mamy wpływu. Nawet jeśli ich chcemy.
- Dopiero teraz widzę, że wyglądasz na zmartwionego.
- To znużenie. Trochę ciężko sypiam.
- zacząłeś opowiadać swojej przyjaciółce o swoim bracie. Opowiedz o tym.
- nigdy nie opowiadam takich rzeczy.
- więc niech to będzie właśnie nowa historia.
- zapytała czemu mój brat aż tak różni się ode mnie.
- bo Ty jesteś zły, a on jest dobry
- tak też jej powiedziałem ale ona nie zgodziła się. Rzekła tym swoim aksamitnym głosem który koił mnie od wielu lat:


- obaj jesteście dobrymi ludźmi. Jemu się tylko trochę bardziej poszczęściło. I ma tą przewagę, że nie ma uszkodzonego mózgu. Ty masz.
- On jest realistą. Znakomicie odnajduje się jako ogniwo społeczne. I jest geniuszem technicznym. Zarabia duże pieniądze tylko dzięki swojej wiedzy i całkowicie na to zasłużył. Z rodziny bez perspektyw, z rodziny bez niczego stał się zamożnym człowiekiem. I dobrym. Jest filantropem. I pomógł mi tyle razy, że jak muszę u niego być to czuję wstyd, że nigdy nie zdołam się odwdzięczyć.
- czemu Ty taki nie jesteś. Jesteś geniuszem. Więc obaj jesteście geniuszami więc czemu ty nie umiesz być taki jak on. Prawy, rozważny, spokojny, ułożony – przysunęła się tylko nieco bliżej ale nie chciała patrzyć mi w twarz. Domyślała się, że w tym miejscu nad grobem mego ojca ja potrzebuję być trochę sam - Wiecznie gdzieś pędzisz, czujesz niepokój, tułasz się. Nie umiesz się zatrzymać.
- nie chcę należeć do tego gatunku. Do tego gatunku jednostki społecznej. Nie chcę półbutów, nie chcę biurka, nie chcę odkładać na emeryturę, nie chcę należeć do żadnej kasy chorych, nie chcę brać kredytów, nie chcę pokornie stać się zwierzęciem stadnym.
- Nie jesteś głupcem tylko jesteś marzycielem. Jesteś coraz starszy ale wciąż jesteś chłopcem żyjącym w jakiejś iluzji świata bajkowego. To co być powinno ma dla ciebie większe znaczenie niż to co być musi. Walczysz z wiatrakami i zdajesz sobie z tego doskonale sprawę ale że jesteś niewyobrażalnie silny to wciąż walczysz. Wiem, że nie braknie ci siły ale mam jedną obawę. Nie wygrasz bo nie możesz wygrać ale też nie pozwolisz sobie umrzeć. Będziesz musiał zginąć.
- tacy jak ja giną od złamanego karku lub od kuli - mówię cicho - po to aby tacy jak mój brat byli częścią społeczeństwa. Musi być w tym wszystkim, na granicy tego społeczeństwa garstka ludzi wypranych z tej atrakcji życia, którą ceni reszta. Muszą być Ci żli którzy w waszej najgorszej chwili zjawią się i was uchronią. Przed bandytą chcącym skrzywdzić, przed gwałcicielem, przed bandą zwyrodnialców, przed terroryzmem, przed każdym innym złem. Aby być do tego zdolnym trzeba być stęsknionym do innej formy świata. Trzeba być stęsknionym do własnej duszy, własnego charakteru który jest jak gwóźdź. Nie można go wbić ani wygiąć ale i wyciągnąć się nie da. Nie winię za to kim jestem nikogo. Znam swoją drogę i znam jej koniec. I może nawet jeżeli czasem wyobrażę sobie normalne życie, poranek z kimś bliskim, obiad wśród rodziny, jakieś małe cudo na rękach to budzi się we mnie kolejny ból. Ale, że jestem mistrzem znoszenia bólu to i ten skutecznie zagłuszam.


Na chwilę naszą rozmowę przerywa matka z córką pochylające się nad sąsiednim grobem. Przyszły i odeszły równie nagle pozostawiając za sobą dwa palące się znicze.


- Nie jesteśmy podli. Gdybyś spojrzała w twarze ludzi mojego pokroju zrozumiałabyś, że łączy nas ta sama tęsknota. Każdy z nas chciałby móc umieć zaakceptować normalność przynajmniej w jakimś stopniu.
- Nie ma ludzi Twojego pokroju. Nigdy takich nie spotkałam. A jeśli mówisz o ludziach walki to musieliby mieć jeszcze taką samą duszę. A oni nawet jeśli są dobrzy nie mają takiej duszy. Duszy chłopca, który dawno temu zabłądził i nawet jeśli spotyka innych, którzy mogliby go wyprowadzić z tej krainy, on zwyczajnie nie idzie.


Teraz obróciła się i spojrzała w moją twarz. Miała wobec mnie zawsze takie same oczy nawet gdy często chciała okazać mi gniew. Miała oczy osoby, która chce dla ciebie jak najlepiej ale nie wie tak naprawdę kim jesteś. Nigdy nie umiała zaakceptować faktu, że moja dzikość jest tak samo realna jak to co ludzkie w człowieku .
- Bo ta kraina to moje miejsce.


- i to ma być nowa historia? Opowiedz lepiej coś pieprznego. Opowiedz lepiej jak teraz podrywa się dziewczyny.
- Ja nie podrywam dziewczyn. Nie umiem.
- ale miewasz jakieś?
- chciałem Ci o jednej opowiedzieć ale byłeś znudzony.
- ale dodaj coś pikantnego.
- mogę dodać bandziorów.
- świetnie. Uwielbiam bandziorów. Coś jeszcze?
- i przyjaciela
- to ty masz przyjaciela?
- w dodatku mnie lubi – zastanawiam się czy tej paczki fajek, którą kupiłem specjalnie na tą okazję nie zostawić jemu. To był głupi pomysł udawać bohatera literackiego .
- nikt Cię nie lubi – ripostuje szybko aby po chwili już łagodniej dodać - no to mów. O dziewczynie, bandziorach i przyjacielu.


- mam uszkodzony bark - powiedziałem jej gdy pytająco wpatrywała się w grymas bólu na mej twarzy - mniejsza z tym.
- i przyszedłeś do baru?
- muszę znaleźć sobie miejsce na znoszenie bólu.
- tak. Dosyć to pospolite. Facet w barze szukający wytchnienia i dziewczyny która go pocieszy i zrobi loda.
- nie potrzebuję pocieszenia
- nie potrzebujesz też loda ale pewnie byś się na to nie obraził.
- traktujesz tak wszystkich swoich znajomych?
- dziś tylko Ciebie. Musisz to zrozumieć. Jesteś na przegranej pozycji od wejścia. Przegranej moralnie. Tylko oczy cię zdradzają.
- to samo właśnie mówiłem o tobie.
- opowiadasz o mnie?
- nie schlebiaj sobie. Broniłem cię.
- kochany filip. Staje w obronie uciśnionych niewiast. Tyle, że ja nie wyglądam jakbym oczekiwała pomocy. Znakomicie sobie radzę.
- nie radzisz sobie wcale. Żadna istota niedrapieżna, która musi przybrać barwy jaskrawe aby odstraszyć drapieżniki nie radzi sobie. Tylko udaje.
- czy Ty kurwa mówisz o biologii - klnęła często ale było to u niej urocze. Przeszkadzało tylko czasem gdy nie umiała rozróżnić tych momentów w których nie należy klnąć –-kochałam się w Tobie od siedemnastego roku życia. Kazałeś mi się ocknąć, przestać myśleć o nas. Po siedmiu latach spotykam Cię. Muszę być twarda aby nie cierpieć.
- to było dla Twojego dobra. Wiesz o tym. To nie miało szans, nic nie miało szans.
- jestem inną osobą. Ty jesteś tą samą. Nic się nie zmieniłeś. Masz identyczną twarz. To dobrze. Jesteś ukształtowany. Ja musiałam udawać kogoś innego. Nikt mnie nie chronił. Nie było Cię.


Mogła zarzucić mi wszystko. Nie było mnie tam gdzie i tak miałem nie być. Ale dziewczynki marzą o tych mężczyznach którzy je uchronią, uratują i będą jednocześnie kochać. A Ci mężczyźni oprócz tego, że irracjonalnie marzą o zabijaniu demonów, w takich przypadkach kierują się tą ostatnią cząstką rozwagi.
Czułem się jakbym znał ją od lat. Jakbym znał ją dobrze od lat. Niby znałem ją od siedmiu lat ale przecież dziś patrzę na nią po raz trzeci w życiu. Jest jednak jedną z dwóch osób z którymi godzinami rozmawiałem. Z nikim nie prowadziłem dialogów telefonicznych czy mailowych a z nią przegadałem nieskończoną ilość czasu.


Leżę na brzuchu półnagi , ona z boku po mojej prawej pije herbatę. Okryła mnie kołdrą, to gest który zdradza ją prawdziwą. Bez tej mimikry jaką w sobie wypracowała aby podbić stolicę. Była zwierzęciem miejskim, ja byłem gatunkiem z dzikiej puszczy. Jakaś zdeterminowana cząstka nas podjęła próbę walki o to co niemożliwe.


Przed chwilą gdy patrzyłem w jej oczy wiedziałem, że nie zabiła w sobie pięknej duszy. Tej duszy po której ją poznałem. Ale cała jej ikonografika, to jak się ubierała, to jak się pokazywała publicznie nie pasowała mi do tego obrazu.
- Już nie jestem tą dziewczynką, która podawała ci herbatę w restauracji. Być może prawdziwa ja, to ta tu i teraz. Ta, którą tak ganisz.
- zapominasz, że to ja cię wybrałem. A ja się nigdy nie mylę. Widzę to co człowiek ma w środku. Nie na darmo Cię wybrałem. I nie jesteś tą osobą na jaką się lansujesz. Z duszy się nie wyrasta, a oczy zdradzają wszystko.


Milczymy. Ona patrzy na mnie, ja patrzę w głąb szafy naprzeciw mojej głowy. Patrzę i widzę kilka par butów.
- Jess - mówię zdając sobie sprawę ze swojego katastroficznego tonu -masz piętnastocentymetrowe szpilki….i to białe - nagle dopada mnie świadomość, że wszystko co moglibyśmy chcieć sobie podarować traci znaczenie, Rozróżnia mój ton i przestaje udawać nie siebie.
- Nie chodzę w nich - mówi aby tylko nas spróbować obronić ale przecież oboje wiemy, że to kłamstwo. Udaję, że w nie wierzę.
- masz białe, piętnastocentymetrowe buty - powtarzam zaczarowany, a w mojej głowie głos krzyczy abym wracał do swojego świata.
- to bez znaczenia - wyjaśnia.
- to symbolika. Symbolika ma znaczenie. Określa nas, nasze tendencje -mój idealizm chce wszcząć awanturę ale przestaję mówić. Kładę głowę bokiem do szafy i patrzę pusto w ścianę.


Gdybyśmy się nie spotkali, czułbym nieprzejednaną pustkę.


- Tęskniłam za Tobą - mówi ale mnie już tam nie ma.

 

   Idę w deszczu główną ulicą stolicy. Znowu zostałem sam. Wchodzę do najgorzej wyglądającej knajpy gdzieś w bocznej uliczce.
Siadam przy barze, nie mam nawet zamiaru ściągnąć swojej zielonej czapki. Barmanka patrzy na mnie pobłażliwie aby po chwili zerkać już przychylniej. To albo ten strój albo moja gęba zachęcają do sympatii. Cóż z tego, że tu jak i w wielu miejscach nie pasowałem. Byłem pozbawiony pozerstwa i cwaniactwa i to zjednywało mi przychylność. Wyglądałem jak gość którego wychowywały zwierzęta i nie można było się do mnie przyczepić.
Zamówiłem sok w oczekiwaniu na przyjaciela. Dałem mu znać, że jestem na mieście co go zaskoczyło ale postanowił wpaść.
Zanim przyszedł, weszło do środka pięciu wysokich, barczystych facetów. Jakieś lokalne kozaki, bandyckie pomioty. Wystarczyło jedno spojrzenie aby to wiedzieć. Barmanka ich znała, zerkała trochę z ciekawością na mnie i na nich jak na siebie zareagujemy. Nie trzeba było być geniuszem aby wiedzieć, że moja kurtka służb wzbudzi zainteresowanie wśród tamtych.

Przybycie Dżohara tylko pogorszyło sprawę. Byliśmy identycznie ubrani więc symbolika zaczęła mieć znaczenie. Usiadł i zamówił to co ja.
- co Ty Carlos na mieście robisz?
- to co lubię najbardziej. Włóczę się.
- i jak?
- spotkałem dziewczynę która ma piętnastocentymetrowe szpilki - patrzę w jego oczy. Zawsze rozumieliśmy się bez słów - białe.
Moja twarzy musi wyglądać komediancko bo cały się cieszy.
- to warszawka stary. Łazisz po centrum i się dziwisz.
- nie spotkałem ich na mieście. Spotkałem je w szafie.
Patrzy na mnie i już wszystko wie.
- dobrze jest być czasem ponurym Carlosem. Mówiłem Ci to już.
Kiwam z dezaprobatą głową.
- czasem dobrze jest być nam kimś innym.
- barmanka ma nabrzmiałe usta i odsłania zęby gdy się tutaj krząta -  mówi, był doskonałym obserwatorem. Nawet mi umykały pewne rzeczy, ale nie jemu -  więc nie mów mi, że nie jest dobrze być Carlosem.
- i co z tego jak spotykasz czasem białe, piętnastocentymetrowe szpilki - bracam głowę i widzę jak od stolika wstaje jeden z bandziorów. Podchodzi nonszalancko do baru, przypatruję mu się obojętnie. On to widzi.
- potrzebuję postrzelać - mówię do Dżohara.
- na strzelnicy, piachach czy tutaj?
- jak najszybciej
- gapisz się na coś -  rzuca facet przy barze, barmance zaczyna drżeć ręka gdy nalewa pięć kieliszków wódki.
- czy wam zwyrodnialcom wydaje się, że bycie zbirem dodaje wam jakiś kurwa punktów mocy i wytrzymałości - mówię chłodno, Dżohar odsłania delikatnie kurtkę aby być gotowym do wyciągnięcia spluwy z kabury. Siedzi do tamtego tyłem ale widzi go w lustrze - że możecie każdego zastraszyć i wygrać? - facet obraca się w moim kierunku powoli i odsłania marynarkę. Moim oczom ukazuje się pistolet. Nic zaskakującego - Nie mówiła Ci żadna dziewczyna, że rozmiar nie ma znaczenia? - patrzy na mnie i na plecy Dżohara. Nie do końca jest przekonany co o nas myśleć.
- Carlos -  teraz Dżohar mówi wystarczająco głośno - dziewczyny kłamią mówiąc o rozmiarze. On ma jednak znaczenie - odwraca się i ukazuje tamtemu pistolet TT -  to kaliber siedem, sześćdziesiąt dwa. Nawet jeśli ochronisz tą masę tłuszczu kamizelką wywróci ci serce do góry nogami.
- widzisz -  ponawiam -  Nie dość, że nie wygrasz to jeszcze przegrasz.


Gość odchodzi w milczeniu, barmanka poczerwieniała ze zdenerwowania, reszta przy stolikach coś szepcze. Patrzą na nas, my uważamy na nich. Wypijają wódkę i wstają. Pozostawiają za sobą pełne nienawiści wejrzenie i znikają po drugiej stronie ulicy.
- od dawna zastanawiam się kiedy zamienimy się w mrocznych gości ganiających za złem po mieście.
- to jedyna moja obawa -  mówi Dżohar -  świadomość, że to zrobię. Że zdecyduję się strzelać do każdego skurwysyna na swojej drodze.
- chodź - wstaję dając mu znać, że idziemy za nimi, na co gestem każe mi się wstrzymać bo dzwoni telefon. Odbiera i słucha w milczeniu. Wpatrujemy się w siebie, widzę dziki śmiech w jego ślepiach. Potrafił cieszyć się oczami. Ja tego nie umiałem. Kończy rozmowę, chowa telefon, poprawia kurtkę i oznajmia jakby nigdy nic.


- Zgadnij kto wyskoczył z okna klatki schodowej z nożem w zębach po tym jak zawinął zestaw ucieczkowy z rodzinnego mieszkania i biega z bronią po mieście na jakiś dwóch promilach.
- popatrz, popatrz -  mówię posyłając barmance pożegnalne „do widzenia” - kto by pomyślał.
- lokalizujemy, zgarniamy i usypiamy -  kontynuuje wesoło mówiąc o trzecim z naszej paczki.

   Pytanie tylko było jak uśpić jednego z nas, najvardziej doświadczonego podczas gdy on wcale nie będzie chciał spać.

 

   Przerwały mi jakieś kroki. Sterczałem tu już jakaś godzinę samotnie gdy po cmentarzu rozeszły się kroki. Ruszyłem bezszelestnie pod żywopłot aby widzieć większy obszar. Na tle światła latarni od ulicy niknęła postać w płaszczu. Jakiś samotnik. Dziwny gość. Pomyślałem i wróciłem do grobu starego.
- trochę nudne te Twoje historie. Myślałem, że będzie o jakiś młodych, napalonych dupach, strzelaninach, pościgach samochodowych, a Ty się kurwa przejąłeś butami.
- też jestem zaskoczony. Ale to dobrze. To dowód, że jest dla mnie jeszcze szansa.
- szansa na co? Miałem Cię za twardziela, a Twoim problemem są buty.
- nie chodzi o buty -  trochę mnie jego upór irytuje.
- wiem - wydaje mi się jakby chciał się uśmiechnąć - i w tym rzecz.


I ponownie sam jak palec. Niby niezła "działka" dla uzależnionego ależ ile można ćpać. Cisza aż budzi szaleństwo. Z szaleństwa bólu fizycznego od razu wtrącają Cię w szaleństwo tego gorszego rodzaju. Gdy tylko poczujesz się lepiej, musisz poczuć się gorzej. Takie tam drobne przymioty dla tych którzy są cierpliwi i umieją wytrzymywać aby byli cierpliwsi i umieli wytrzymać więcej.

- gdzie pójdziesz teraz?
- przed siebie. Po prostu przed siebie.
- Mógłbyś pobyć tutaj jeszcze ze mną? -  zdziwiła mnie ta prośba ale pokiwałem przytakująco głową. Patrzyłem w górę na igły drzewa, deszcz wciąż popadywał ale drzewo chroniło przed jego naporem.
Pomyślałem o tym co czeka mnie po powrocie w świecie z dostępem do innych ludzi, z telefonem który milczy. Byłem zły na siebie, że zacząłem trochę potrzebować świata, ludzi, że zacząłem gubić instrukcję jak być sobą. Nie lubiłem siebie takiego.
- myślisz, że można wędrować bez końca? Wędrować dla samej idei wędrówki?
- nie we wszystkim musi być cel. Cel często pozbawia wędrówki sensu. To wędrówka jest sensem. I trzeba iść w las.
- tak . Idź w las, idź w las a z pewnością coś ci się przytrafi. A co jeśli przytrafi się samo zło?
- nie robi to na mnie już żadnego wrażenia.
- tak myślałem - wydaje się być pełen smutku - źle Cię wychowałem.
- wychowały mnie zwierzęta. Ty przez całe moje życie chciałeś mnie zniszczyć.
- opowiedz mi jakąś prawdziwą historię - nie podejmuje tamtego tematu. Wcale się nie dziwię.
- nigdy nie opowiadam takich historii.
- opowiedz mi kim właściwie jesteś. Jesteś moim synem a nie mam zielonego pojęcia kim naprawdę. Gdybyś umarł znienacka i gdyby zapytać cała twoją rodzinę aby wskazali kogoś ci bliskiego nikt nie wiedziałby kogo. Wyobrażam sobie taką sytuację. Nie żyjesz. Pogrzeb, mnóstwo, no może nie przesadzajmy. Kilkunastu  ludzi. Ktoś z rodziny wpada na pomysł aby twoi przyjaciele coś o tobie powiedzieli. I następuje konsternacja. Nikt z rodziny nie wie kto jest twoim przyjacielem, kto jest kimkolwiek bliskim.
- dowcip ci się wyostrzył widzę -  nie mam mu tego za złe. Nie winię go już za nic. Przyszedłem tu z własnej woli bez poczucia winy, nawet nie zajrzałem na groby innych bliskich tutaj spoczywających.
- możesz udawać, że cię to nie rusza. Że nie ruszają cię piętnastocentymetrowe buty albo raczej ich właścicielka, że nie cenisz sobie przyjaźni z przyjaciółką, która tak naprawdę nie jest przyjaźnią. Że nie rusza Cię prawdopodobna konieczność ucieczki. W ogóle możesz udawać, że jesteś kawałem skurwysyna co zniesie wszystko ale to nieprawda. Zniesiesz bardzo wiele ale mylisz się jeśli myślisz, że możesz znieść wszystko.


Pomyślałem nagle o podróży przez Azję motocyklem. Podróży w nieznane, samotnie, przed siebie, tam gdzie nikt mnie nie zna, tam gdzie niekórzy zechcą mnie zabić, tam gdzie nie przyjdzie żaden list.


- a co Ty w ogóle tutaj robisz. Tutaj w sensie w domu?
- przyjechałem odpocząć. Trochę odpocząć. I nabrać dystansu. Zobaczyć kota, który mnie już nienawidzi, ujrzeć tańczącą, tajemniczą nieznajomą którą polubiłem. Zawsze lubiłem trochę zbliżać się do tajemniczych nieznajomych.
- tą, która tańczy w twoim ulubionym klubie?
- właśnie tą.
- w piątek i sobotę?
- tak.
- dziś jest sobota.
- jest - cichnę. Kucam i patrzę czy w pudełkach zniczy są świeczki aby mu zapalić - bez wątpienia.
- A ty tutaj. Z martwym skurwysynem sobie gadasz.
- wychowywały mnie zwierzęta. One miały inne priorytety. Zmysłowe dziewczyny w tańcu były gdzieś tam na końcu.
Nic z tego, nie zapalę mu światła. Wszystkie wypalone.
- a co z Twoją przyjaciółką z którą tu byłeś?
- ją też chciałbym zobaczyć.
- pracujesz nad tym? - nie dziwi mnie jego ironia. Jest sobota, wystarczy napisać wiadomość, zadzwonić aby spotkać się z tymi których cenię lub wystarczy pojechać dwanaście kilometrów stąd aby posłuchać muzyki i stać się na chwilę kimś innym.
- muszę mieć plan. Plan podstawowy i plan awaryjny- wymyślam
- jasne. Bo człowiek chaosu potrzebuje planować. Żyjesz z dnia na dzień, nie planując niczego, nie działając w kierunku kompletnie niczego. Uwielbiasz chaos i znakomicie się w tym odnajdujesz. Czasem tylko spotykasz coś, kogoś kto sprawia, że nie chcesz uciekać i nie czujesz niepokoju. Wtedy rozpoznajesz, że to jest coś warte podjęcia walki. Walki o swoje człowieczeństwo. Aż tu patrzysz nagle do szafy i czujesz paniczny strach z powodu butów. Jednej pary pierdolonych butów. A kiedy rezygnujesz z walki to nie ma już nic. Jeden gest przekreśla wszystko. I tak człowiek walki unika walki.

Odczułem pierwszy chłód. Kurtkę miałem ciepłą, taką jakiej używają wojska specjalne w rejonach biegunów. Czapka dawała komfort cieplny mimo, że nigdy nie potrzebowałem tego. Buty „meindle” sprawiały, że stałem pewnie na ziemi i dodawały ochoty na długi, zimowy marsz. Aby tylko znaleźć powód by nie wracać do cywilizacji. Usprawiedliwić siebie przed niepojechaniem do klubu, nie spotkaniem się z przyjaciółką, nie patrzeniem w telefon.
- powiedz mi. Co jest gorsze - zapytuje mnie monotonnie - nie walczyć, czy nie mieć już z kim walczyć.
 

 Muszę zamknąć się w ciemnym domu ze skrzypiącą podłogą. I aby stał on na skraju głębokiego lasu. Musi tam też być siekiera i drewno abym mógł rozpalić ogień i ogrzać ziąb tego miejsca. Przydałby się też stary amerykański pick up. Nie muszę nim jeździć ale mógłby być niczym dostojny stróż niesprzyjającej okolicy. Tak na ratunek jakiegoś niefrasobliwego osobnika, którego należałoby wyciągnąć z nieprzejezdnej, odległej drogi.

Mógłby być też tutaj pies, bo samotność jest niezwykła ale ślepia dzikiej istoty są kojące. A w samotności coś cię musi koić bo idzie zwariować.
I gdy wariuję to staję się człowiekiem który chce umrzeć. A na to jeszcze nie pora. Za chwilę, ale jeszcze nie.
Muszę zamknąć się w drewnianym domu ukrytym w cieniu lasu. Powinien być tu kominek aby móc słuchać jak pali się porąbane własnoręcznie drewno. Mógłbym je rąbać w podkoszulku, na który opadałaby płatki śniegu. Gdybym chciał odpocząć stałbym tak i uniósł głowę w górę aby lodowaty wiatr studził skronie, a mróz oziębiał krew. To spowolniłoby czas, a ja potrzebuję teraz czasu. Szukam siebie i tam się znajduję.

Zanim spadłby śnieg, byłbym człowiekiem który stoi w błocie, kiedy deszcz obmywa twarz i studzi skronie. A moją twarz malowałaby satysfakcja, że dla innych to tylko krople wody moczące ubranie.
Wieczorami mogłyby wyć lisy. Zawsze budzą we mnie dziwny niepokój, a ten niepokój sprawia, że wychodzę i ich szukam czy aby nie dzieje im się nic złego. Ganiałem kiedyś tak lisy w trosce o ich wycie. Jeśli nie słyszeliście nigdy wycia lisów to nie słyszeliście niczego niepokojącego.
Wycie lisów przypomniało mi dziś, że jestem człowiekiem drogi i, że muszę ponownie wejść na tą drogę. A o wyciu lisów przypomniały mi dawne słowa pewnej osoby.
"... za to, że masz dobre serce i wrażliwą duszę. Za to, że w obronie słabszej istoty zaryzykujesz własne życie. Za to,że gardzisz opiniami ludzi, którzy nie są warci Twojej uwagi. Za Twój niewątpliwy geniusz. Za Twoją męskość. Za Twoje wiecznie zmrużone, nieobecne, lazurowe oczy. Za troskliwość i opiekuńczość jaką mnie obdarzałeś. Za wycie lisów, za Magiczny Obraz, który do końca będzie mi towarzyszył. Za szacunek jaki mi okazałeś...Nienawidzę za to, że każdy inny mężczyzna przy Tobie wydaje się nie istnieć a co za tym idzie? Samotność i pogoń za cieniem...!"

Dopada mnie coś w rodzaju dzikiego instynktu, który każe zranionemu zwierzęciu znaleźć najgłębszą jamę i tam się skryć aby dokonać żywota.
A ja przecież wcale nie umieram, ba, jestem w świetnej formie człowieka z żelaza. Tymczasem mój instynkt samozachowawczy każe mi uciec, podczas gdy nawet nie odczuwam przytłaczającej melancholii.

Po powrocie do domu  zabiorę się do przeglądnięcia swojego zestawu ucieczkowego.
Dodam do niego chyba kilkunastometrową linę. budynki w których teraz przebywam są wyższe wiec potrzebna dłuższa lina. I parę granatów hukowo - błyskowych. 

- Nie znasz całej prawdy o mnie ojcze - po raz pierwszy tak go nazwałem - pewne rzeczy nie mogą mi się zdarzyć.
- Wierzę, że sobie byś z tym poradził aby mogły się przydarzyć. Ale Twoja duma nie pozwoli Ci ugiąć karku. Wszystko na opak. Jest zamieć, wichura, śnieg sypie jak oszalały, wszyscy w domach, a Ty wychodzisz w podkoszulku i jesteś szczęśliwy. Głowa w górze, idziesz powoli i pewnie. Wsiadasz do auta i wyruszasz w podróż chcąc aby warunki były jeszcze gorsze. Po co? Jesteś znudzony? Uzależniony od emocji? Szukasz zabawy? Nie. Ty zwyczajnie robisz swoje gdy inni się chowają. Więc i Ty się nie chowaj. Walcz o to co dobre.
- Całe życie walczę o dobro. I zobacz gdzie przez to jestem. W sobotnią noc na cmentarzu tracąc lub ignorując wszystko co może być ważne, co może odmienić chociaż trochę moje życie. Nic nie mam, wszystko co mogłem mieć cennego straciłem. Zbiry, gnoje, malwersanci chowają w domach tyle pieniędzy, że im się nie mieści. To bandziory którzy zagłuszyli sumienie i mają co chcą. Szybkie samochody, piękne kobiety, spokój przed skarbówką, pełen stół w święta, wakacje za granicą. Ja ganiam po jamach, granaty rozsadzają mi słuch, samotność przyprawia o szaleństwo i w jakim celu? W imię jakich idei?
- w imię własnego sumienia synu.
- tak - stoję pewnie, mój głos nawet nie drży - więc daj już spokój i nie namawiaj mnie do utraty tego co ukochałem.
- ukochałeś samotność i pogoń za wiatrem. A wiatru nie da się złapać. Można go tylko odczuć.

Mrużę oczy, decyduję się iść. Kładę palce na nagrobku. Obracam się i robię krok przed siebie, przystaję jednak i przechylam głowę w jego kierunku.
- masz na myśli te buty z szafy?
Nic nie mówi. W mych myślach wygląda na zadowolonego z tej rozmowy, z mojej obecności. Po raz pierwszy na tak długo do niego przyszedłem.

   Nawet gdy w życiu rozpierdala Ci się niemal wszystko to i tak czasem znajdujesz jakąś swoją wyspę gdzieś na mapie. Wydaje Ci się wtedy, że zasłużyłeś i z aprobatą kiwasz głową. Robisz sobie drinka w toaście. Wypijasz go ale coś zaczyna Ci świtać. Kończysz toast za tą swoją fantazję i patrzysz, że od wyspy dzieli Cię całe morze.
Nigdy nie panikujesz i bywasz niezrównoważony ale też masz precyzyjny mózg i umiesz kalkulować. To całe morze, mówisz sobie nalewając kolejną porcję trunku bo przecież już wybrałeś szaloną pogoń w bezkres. Jestem świetnym pływakiem - pewnie opróżniasz szklankę i wstając obracasz się w kierunku ściany z lustrem gdzie spotykasz twarz. Ta twarz patrzy na Ciebie z uśmiechniętą aprobatą - tak, mówi twarz, ale do brzegu jest za dużo mil.
Teraz Ty patrzysz na twarz z podobną aprobatą ale już bez tego uśmiechu w kącikach ust.

Wsiadłem do samochodu. Zapuszczam silnik, tłumiki pięknie mruczą. Włącza się radio, w tle rozbrzmiewa głos dziennikarza z pytaniem w jakimś konkursie.
- odpowiedź na jedno z powiedzeń jednostki specjalnej SEALS -mówi głos - jak się zjada słonia - później przypomina numer telefonu i rozbrzmiewa muzyka.
Siedzę, nigdzie nie chcę jechać. Opieram ręce na karku

- słonia zjada się po kawałku - mówię w powietrze o podstawowej prawdzie aby coś olbrzmiego osiagnąć przy pomocy własnego wysiłku. Nie chcę jednak traktować tego jako jakiś znak. Nie wierze w znaki chociaż siódemka jest niby moją szczęśliwą liczbą. A drugiej strony moja nić życia na dłoni ma być drastycznie przerwana w tym roku mego żywota. Ale ta sama czarownica, która to przepowiedziała orzekła, że wyjdę z tego dzięki swej sile. Czarownica nie mogła wiedzieć tylko jednego, tego, że ja nie chcę wychodzić.

- nic się nie zmieniłeś - głos sierżanta grzmiał po drugiej stronie stolika - Nic, a nic nie zmądrzałeś. Dać Ci trochę swobody, a z pewnością zrobisz coś głupiego.

Spozierał na mnie grożnie. Był w jednostce jakieś dwanaście lat. Doświadczony żołnierz z krwi i kości. Lepszego chyba nie znałem.

- nie wszyscy mogą być mądrzy - wtrącam zupełnie niepotrzebnie. Pali papierosa i wydmuchuje dym w bok.

- jesteś tego doskonałym przykładem. Mógłbyś przestać być głupim cynglem i coś dla siebie zrobić. Ale postanowiłeś inaczej. Normalnie stanąłbyś przed sądem wojskowym ale uważaj się za szczęściarza. Dostaniesz karny przydział - nieco spuszcza z tonu widząc moje obojętne oczy. Wzbudzał w ludziach strach swą kamienną twarzą ale teraz miał równie kamienną naprzeciw siebie. Nie mógł z tym nic zrobić - Będziesz medykiem, koniec walki. Będziesz latał z QRF-em tak często jak tylko się da. I łatał wytrzewienia. Przynajmniej do czasu aż ja zdecyduję inaczej.

   Patrzę na niego równie ciężko i monotonnie. Lubię go. I on lubi mnie.

- przyjmę wszystko co mi wymyślisz - mówię bez kacentu - jestem dwa razy większy od ciebie.

   Wypuszcza dym spokojnie. Ma twarz pełną strapienia. To człowiek który doznał w życiu wiele troski. I obumiera, powoli jak drzewo.

- na tym świecie pojedyńczy człowiek jest niczym. A innego świata nie ma.

- mylisz się sierżancie, widziałem inny świat.

- więc widzisz rzeczy, których ja nigdy nie zobaczę - urywa spokojnie...- żyjemy w świecie który sam się pcha w piekło. Można tylko zamknąć oczy i nie dać się. Ratować własną duszę - wstaje i rusza ku wyjściu z pokoju. Nie odwarca się i już nic nie mówi. Zostawia mnie samego.

 Czemu miałbym sie bać śmierci... Należę do Ciebie.

Śmigłowiec zdesantował nas na skraju wioski. Pierwszych czterech zabezpieczało teren, klepnąłem jednego aby poprawił pozycję. Nie przepadali za mną. Nie przepadali za nikim z mojego task forcu, a tu nagle musieli ze mną współpracować. I zamiast uczyć się od bardziej doświadczonego, klnęli i psioczyli na fakt, że poprawiam ich niedociągnięcia. Miałem to w dupie, tu chodziło o mój tyłek więc wolałem aby każdy pilnował własnego sektoru.

    śmigło wziosło się i odleciało, piach pustynny zaczął opadać. Nie wiem czemu tu jeszcze sterczeliśmy. Nie powinniśmy tak działać.

- ruszać się - powiedziałem, na co dowodzący posłał mi srogie wejrzenie. Wskazałem mu na mur okalający część wsi. Nie interesowały mnie personalne anse. Byłem w tej dziedzinie fachowcem. Działałem jak maszyna. Myślałem szybko. Zrozumiał powagę sytuacji, że gdy opadnie całkowicie skrywający naszą pozycję kurz będziemy tylko celem w  tym miejscu. Wydał rozkaz, zaczęliśmy się przemieszczać w zwartym szyku. Wreszcie.

Dostaliśmy się w głąb wioski. Prawdopodobnie była opuszczona z powodu faktu, że rozegrała się tu niedawno walka między talibami, a naszym patrolem. Lokalsi zawsze wtedy uciekają  i wracają po kilku dniach.

Dwóch naszych lezało na ziemi w kałuży krwi. Jeden nie żył. Sekcja z którą tu przyleciałem chciała zabezpieczać medyka czyli mnie przy działaniach ale kazałem im wypierdalać przeczesać i zabezpieczyć wioskę. Nie mogliśmy wiedzieć czy jest pusta. Zabezpieczenie terenu działania to podstawa. Poza tym należało zlokalizować resztę oddziału zaatakowanego gdyż łączność z nimi nie odpowiadała. Został ze mną jeden żolnierz. Patrzył blado na rozerwaną nogę w połowie tego żyjącego. Zakładałem cata aby zatamować krwawienie. Chłopak był nieprzytomny. Prawdopodobnie stracił już zbyt dużo krwi aby go ocalić.

 Kim jesteś ty, który istniejesz w tak wielu formach.

Jesteś śmiercią, która wszystko pochłonie. Ale także żródłem wszystkiego co ma się narodzić...jesteś chwałą. Miłosierdziem. Pokojem. Prawdą. Zsyłasz spokój duszy....zrozumienie....odwagę... Radość w sercu. 

Może istnieje jedna wielka dusza, a każdy z nas jest jej cząstką. Każda twarz jest twarzą tego samego człowieka. Jedno wielkie Ja.

Każdy szuka zbawienia na własną rękę. Jak bryłka węgla co wypadła z ognia.

- nie ma ich - oznajmił młody chorąży po powrocie gdy czekaliśmy na śmigło aby nas podjęło z rannym i martwym. Śpóżniali się ale nie słyszeliśmy żadnej eksplozji więc ciężko było zdefiniować problem.

- wezwij dwie sekcje task force 50 - powiedziałem do niego.

- masz na myśli Twoich? Po co?

- mamy tutaj dwóch z sześciu. Czterech albo uciekło w góry i potrzebuje pomocy albo ich porwano i trzeba ich wytropić dopóki mamy jakiekolwiek szanse - kuca obok zabezpieczając kierunek wschodni. Nie myśli zbyt szybko. Słabo ich szkolą, pomyślałem - wezwij task force 50 - rzuciłem do łącznościowca - dwie sekcje. Jedna na tą pozycję, druga w góry na północny zachód - wskazałem palcem pobliskie szczyty. - Kto ma kurwa mapę? czy ktoś z was wział mapę - patrzyli na mnie głupio. Nie mogłem sobie wyobrazić, że nikt nie ma mapy. Za to odpowiadał oczywiście dowódca - połącz się z dowódctwem wojsk specjalnych. Niech prześlą mi skan mapy - mimo, że byłem teraz medykiem w QRF korzystałem z własnego sprzętu. Miałem urządzenia mobilne z mapami terenu na którym operowałem. Nie miałem tego obszaru ale mogłem go zaraz uzyskać. Wysłal prośbę, Ktokolwiek był po drugiej stronie zadziałał szybko i wiedział, że z nimi jestem. Po drugiej stronie byli moi ludzie. Już miałem mapę, radiooperoator działał, ale nie bardzo się chyba dogadywał. Nie umiał przekazać faktów ofocerowi, który nie chciał wysłać bez potrzeby dwóch sekcji operatorów.

- TF 50, TF 50 tu Carlos, jak mnie słyszysz, odbiór - wyrwałem radio operatorowi.

- tu Tf 50, słyszę cię Carlos głośno i wyrażnie, odbiór.

- zasadzka na mojej pozycji. czterech zaginionych od osiemnastu minut. proszę o wysłanie dwóch sekcji na przesłane przeze mnie pozycje. Jedna z sekcji przygotowana do warunków nocnych w terenie - oznaczało to, że muszą zabrać ze sobą dużo więcej sprzętu niż ci do szybkiego działania - jak mnie zrozumiałeś odbiór.

- Głośno i wyrażnie. Dwie sekcje na wskazane pozycje. Jedna na działanie nocne. Dwa ptaki startują. Czas wsparcia czternaście minut. bez odbioru.

   Śmiglowiec ewakuacyjny właśnie lądował, dowódca wydał rozkaz do transportu martwego i rannego. Złapałem go za ramię.

- zostaw mi dwóch ludzi i swoje magazynki - patrzył na mnie jak na wariata, który ma czelność wypowiedzieć niewyobrażalną prośbę. Nie umiał improwizować, ja szkolony byłem do tego wiele lat - posłuchaj. Czterech naszych zaginęło, liczy się każda minuta zanim ślady zanikną pod piachem. Daj mi więc kurwa tych dwóch ludzi i zapasowe magazynki.

   Nie wydał takiego rozkazu. Wyciągnałem z ładownic kamizelki najbliższego trzy magazynki i umieściłem w jego plecaku, który zamieniłem ze swoim medycznym. Teraz miałem ich siedem. 

- czy tobie się wydaje, że pozwolę ci tu zostać? - szarpnał mnie za ramię. Był dowódcą, odpowiadał za mnie. Rozumiałem go ale to niczego nie zmieniało.

- sam sobie pozwalam tu zostać - wyrwałem się i wykorzystując ponaglania pilotów aby się stąd zmywali ruszyłem w kierunku przeciwnym. nie narzekalem na brak dwóch strzelców. Umiałem przetrwać sam na obcym terytorium bez łączności i wsparcia. Śmigło odleciało, nagle zrobiło się niesamowice cicho. 

Zniknąłem w cieniu gór kierując się śladem dwóch pojazdów. Wiedziałem, że w pobliżu operuje też australijski task force 66. Gdybym ich odnalazł zyskłabym trochę czasu i wsparcie najwyższych umiejętności.

Mój sierżant mnie zabije, pomyślałem.

   My. My razem. Jedna istota. Płyniemy obok siebie. Aż jedno stapia się z drugim...Wypijam Cię. ..Teraz...teraz.

  - nic się nie zmieniasz, co - znowu pali papierosa. Lubię go. I on lubi mnie. Siedzę po drugiej stronie stolika w jego biurze. Nienawidził tego miejsca. Był człowiekiem akcji, a musiał więcej czasu spędzać tutaj - Dać ci trochę swobody, wypuścić z klatki, a ty pobiegniesz w nieznane.

- nie każdy może być mądry - nie miałem na to argumentów. Zresztą to było bez znaczenia. Ganiałem za wiatrem.

- normalnie trafiłbyś pod sąd wojskowy - chyba się trochę uśmiecha w środku. Mówi mi to drugi raz w ciągu tygodnia- Ale uratowałeś życie czterem chłopakom - wyciąga do mnie paczkę fajek jednak wie, że nie palę. To taki gest przyjażni - trudno tego nie zauważyć - wzdycha - Żal mi C ię jednak. Powinieneś pomyśleć o sobie. Wbiegasz do płonącego domu z którego nikogo nie da się wynieść. Myślisz, że masz na coś wpływ sam jeden? To nic nie zmieni. Człowiek jest niczym w tym obłędzie. Jeśli zginiesz, umrzesz za nic. Nie trafisz do lepszego świata. Istnieje tylko ten jeden. Ta pustynia.

- widzisz sierżancie - wstaję tym razem ja do odejścia - w moim świecie pojedyńczy człowiek ma moc. Moc wyciągania z piekła - wie, że mówię też o nim, o nim takim do którego on sam tęskni.

   Zamyślił się, miał ciężkie powieki i surową, smutną twarz. I takiego go zostawiłem. I takiego go zapamiętałem.

Wyleciał przed nocą na pojmanie jednego z talii kart. Wyleciał na czele mojej sekcji, w której nominalnie ja dowodziłem. Dzisiaj mnie przydzielił do zespołu bojowego C, który wyruszał w daleki patrol. Więc kiedy ja wylatywałem na osiem dni w góry on oddał mi złowieszczy salut.

Wchodził pierwszy.  W tej sekcji zazwyczaj ja wchodziłem pierwszy, uwielbiałem to. Wziął na siebie największe niebezpieczeństwo, bo cel był priotytetowy i ciężko strzeżony, jakby miał przeczucie, że coś pójdzie nie tak. Dostał trzy pociski z siedem sześćdziesiąt dwa. Pierwszy przebił mu dłoń którą ściskał na rękojeści karabinu i trafił dalej w bark. Drugi i trzeci trafił w brzuch i udo. Ale uratował ekipę, bo zdążył oddać ten ostatni strzał swego życia. Strzelił tak jak strzelał zawsze, prosto w oko. Seria z kałasznikowa umilkła, a reszta oddziału idąca za nim była bezpieczna.

 Jesteś prawy? Dobry? Czy budujesz na tym swoją wiarę w siebie?Spodziewasz się mniej cierpieć bo ukochałeś dobro. Prawdę.

- widzisz sierżancie - po  powrocie do domu stałem nad jego grobem - mówiłem, że pojedyńczy cłowiek ma moc.

Wszystkie nasze poświęcenia wsiąkły jak woda w ziemię. Wszystko co mogłem ofiarować w imię miłości...za póżno. Obumieram...powoli jak drzewo.

Dziewczyna popijała kawę drobnymi łyczkami. Druga wpatrywała się w nią zmartwiona. Dawno jej takiej nie widziała. Być może nigdy jej takiej nie widziała. Nie widziała jej przejmującej się, smutnej, zagubionej czy nawet rozczarowanej. Idealnie umiała ukrywać emocje, aż tu nagle piła kawę drzącymi ustami. 

Nie chciała dać po sobie nic poznać ale emocja była silniejsza od niej.

Za dużym oknem kawiarni wyszedł z apteki mężczyzna z bolącym ramieniem. Miał na sobie zieloną, czapkę, wojskową kurtkę i widać, że cierpiał. Bezwładna ręka opadała wzdłóż ramienia, na twarzy rysowała się kontorsja bólu. Ale i tak wyglądał jakby nie miało to dla niego większego znaczenia. W ogóle wyglądał jakby go tu nie było. 

Naucz mnie patrzeć Twoimi oczyma. Naucz mnie tak patrzeć.

- straciłam wszystko - powiedziała do wpatrujacej się w nią przyjaciółki- zrobiłam tak, że straciłam wszystko. Pragnęłam tego siedem lat a teraz straciłam z własnej winy.

- co to jest wszystko? - przyjaciółka położyła jej rękę na ramieniu w pytajacym geście.

- to jest wszystko - dziewczyna podnosła głowę i wskazała wzrokiem mężczyznę w czapce za oknem, który opierając się o samochód łyknął dwie tabletki i popijał wodą. Następnie wyrzucił butelkę do kosza i wsiadł do auta. Po chwili już go nie było.

Po chwili już nie było po nim nawet śladu.

My. My razem Jedna istota. Płyniemy obok siebie...aż jedno stapia się z drugim. Wypijam Cię.

- poważnie? - staję przed czarnym marmurem - byłeś u mnie wczoraj i jesteś u mnie dzisiaj? Czy Ty masz jakieś życie?

   Nic nie mówię. Wyciągam wczorajszą paczkę fajek i udaję postać literacką. Wkładam papierosa między skrzywione w niemym gniewie usta. Blask zapalniczki rozświetla moją twarz. Słyszę jego, a może swój ciężki oddech.

- podobasz mi się jako mój syn. Wyglądasz jak facet którego nie należy wkurwiać. Myślę, że osiągnałeś w tym sukces. Sukces w narysowaniu własnej postaci. Ksiażkowy przykład skończonego bohatera. jednak spójrz na mnie, usłysz mnie. Wcale się z tego nie cieszę. Taki bohater chodzi po cmentarzach i w samotności po ciemnych ulicach. komu potrzebny taki bohater. Martwię się o Ciebie jako ojciec., Tracisz wszystko oprócz samego siebie, zamykasz się w grobowcu. A przecież żyjesz i masz się świetnie. Jest kolejny wieczór i wciąż nie idziesz do tej ulubionej tancerki. Nie słuchasz jak gra skrzypaczka. Nie ścigasz wesołych ptaków, wpatrujesz się tylko w ciemność. A w ciemności czai się zło. Czai się wszystko co chce się ukryć, co chce zaatakować. Ludzie Cię szanują, w pełni na to zasłużyłeś a Ty się od nich odwracasz. Znikasz cofając się do jamy, w której wydaje Ci się, że jest Twoje miejsce. A w tym miejscu do którego zmierzasz  morze nie chłodzi nóg, las nie drapie po twarzy, wiatr nie targa koronami drzew, ptak nie przefrunie pędem.Tylko poza tym miejscem  jest rosa, która budzi śpiącego w trawie, poza nim jest mgła i cień wzgórza. Poza nim jest deszcz który zwilża wyschnięte wargi, poza nim woń dzikich ziół i krzyk wolnych zwierząt. Poza nim złodziej i grzech. Smak surowego mięsa. Magia grzechu istnieje tylko poza murami. Tylko tam można przyjrzeć się własnej duszy, znajdując skarb choćby był to kamyk polny lub zagubione pióra drapieżnego ptaka. Nie ma doskonalszego remedium na niesmak życia niż  choćby jedno nocne wybiegnięcie na łąkę spowitą mgłą. Czyż nie  fajnie jest być z niektórymi na ty, słuchać ich wymyślań i marzeń, pić kiepską kawę na mieście i nic sobie z tego nie robić. I cieszyć się zdobyczą; nową, frywolnie ubraną dziewczyną, podarowanym drinkiem, kuponem na bilard. Jak cudownie jest pałętać się po małych, zadymionych barach i obskurnych knajpach, gdzie wszystko jest pierwotne i proste. Gdzie albo masz odwagę tam wejść albo musisz być już w życiu nikim. Wystawać godzinami w parku, nie szukając jeszcze samego siebie tylko kozacko spozierając wszystkiemu wyzywająco. Jakże fajnie jest ogrzewać ręce przy ogniu w ciemnym lesie z kilkoma drwalami piękną zimą by mieć za co zjeść, wypić i zapalić. I zdawać sobie sprawę z bycia na samym dnie mulistej, ciepłej, żadnej egzystencji. Jak dobrze jest uciec paru szybkim gliniarzom i stać na ciemnej, cichej, pustej ulicy tuż przed świtem. I znowu pić tą kawę z jakąś przypadkową osobą w barze banitów, będąc jednym z nich, czując tą dziwną, awanturniczą komitywę z mrocznymi postaciami przeciw temu wszystkiemu co należyte, co dzienne, co żyje w świetle.

Ależ super jest widzieć to dziecko, tego chłopca, tego młodzieńca gdy stoi przed lustrem po tym jak opłukał twarz zimną wodą w kolejnym dniu bez perspektyw, w dniu chaosu, w dniu tego mojego bezcennego życia.
Jakże fajnie jest je bez cenić gdy zdajesz sobie sprawę, że jesteś człowiekiem który chce umrzeć.
Jakże klawo jest po miesiącach ujrzeć zgrabną dziewczynę w tańcu, dostać drinka od barmana który Cię szanuje i całusa w policzek od znajomej której tak naprawdę nie znasz. Jakże klawo jest poudawać przed sobą, że to jest moje życie. I jakże fajnie jest rzucić im ostatnie spojrzenie, wejść po schodach, zamknąć drzwi i znów zniknąć w ciemnej uliczce.
I być sobą nawet jeśli ten ktoś zmarnował Twoje życie. I odejść. I wciąż lubić tego kogoś. 

   Udaję, że palę. Dym leci mi do oczu, smród jest nie do zniesienia. Gram trochę twardziela przed starym. Udam, że wypalę fajkę do końca.

- Ależ fajnie jest przyjść chłodnym, deszczowym wieczorem na pusty cmentarz i stanąć nad grobem ojca. Klawo jest widzieć swoje oczy tak samotne, że samego ciebie to przeraża. Jakże dobrze jest być obcym w krainie ludzi gdy spozierają na ciebie jakbyś tutaj wcale nie pasował. Mnie spotykają same fajne rzeczy ojcze - mogę już spokojnie wyrzucić peta po tym jak udało mi się go doprowadzić do wypalenia - czyż tego nie widać? Nie wyglądam na fajnego? Cały aż kipię z radości w środku. Jeszcze nie wiem z radości na co ale cały się śmieję. Śmieję się bo tylko raz na jakiś czas robię głupstwo. Ale nie martw się. Ja z tego wyjdę.

- tak - zauważa czule - I gdzie pójdziesz? - urywa i doaje ale wcale mnie nie pociesza - Stajesz się jak cień człowieka. Jak tak dalej pójdzie nikt Cię nie zauważy. i Ty odczytujesz to za sukces. Nikt nie da Ci medalu za swoją duszę. To jest kompletnie bez znaczenia co tak głęboko w środku. W tym świecie to się nie liczy. Dlatego przegrywasz i przegrasz. Lubisz czasem grać różne postaci. Zagraj kogoś wesołego. I zobacz co ci się przytrafi. Zagłusz sumienie i dumę, pójdż do ludzi, stań w świetle, uśmiechnij się i pozwól im podchodzić. Zobaczysz jak wiele wygrasz, nawet nie będziesz musiał nic robić.

To wielkie zło. Gdzie ma swoje żródło. Jak przenika do naszego świata. Z jakiego nasienia, z jakich korzeni wyrosło. Kto za tym stoi. Kto nas zabija. Okrada nas ze światła i miłości. Mami nas wizjami pozornie znajomych rzeczy. Czy ten mrok jest także w Tobie. Czy poznałeś taką moc. 

 - odkąd sie zaciągnąłem nie tknąłem żadnej innej kobiety. Z żadną nawet nie rozmawiałem. Nie chcę, nie chcę czuć pożądania - czyścił swojego HK 416, u stóp leżał list od jego żony. Prosiła w nim o zgodę na rozwód. Poznała innego. Usiadłem obok na ziemi. Zobaczył to pies z amerykańskiego task force. Lubił mnie, a ja jego. Podbiegł i położył się między mymi nogami. Amerykanie rzucili mu parę złośliwych tekstów ale byli w porządku. Legendarni SEALSI, którym dwa dni temu uratowaliśmy akcję. Zmienili o nas zdanie. Już nie mieli się za jedynych najlepszych.

Targnęło mną dziwne uczucie. Psiak położył głowę na moim udzie, sięgnałem po długopis i kartkę. 

Wojna nie uszlachetnia. Zamienia ludzi w psy. zatruwa dusze. Moja droga matko. Aż coś się w środku skręca od tej krwi, brudu, halasu.  Pragnę pozostać niezmieniony. Chcę wrócić takim jakim mnie znasz. Jak dotrzeć do innych brzegów. 

Byliśmy jedną rodziną. ale przyszło nam się rozstać. a teraz powstaliśmy przeciw sobie. Jeden zasłania drugiemu światło. Jak utraciliśmy dobro, którym nas obdarowano. Pozwoliśmy mu umknąć. Roztrwoniliśmy je beztrosko. Mój drogi bracie. Nie schodż z tego światła jak ja zszedłem. Unikaj cienia i nie wchodż w ciemność.

- trzymaj - wyciągam rękę z kartką do Dżohara. Razem służyliśmy w sekcji C już drugą zmianę. Uzupełnialiśmy się idealnie. I jak to mawiają nigdy nie pierdoliliśmy się w tańcu - weżmiesz moje listy.

- to przynosi pecha - patrzy na mnie obarczająco.

- pecha to ja stary mam już od czasu gdy miałem dwa tygodnie. Miałem umrzeć. Spójrz na mnie. Mam sto lat i szykuję się właśnie do skoku z dziewięciu tysięcy metrów.

   Rozpościera kartkę i czyta. Wiedziałem, że to zrobi. Był jednym z tych który po prostu to robił, a ja nie miałem mu tego za złe. Taki był i takiego go lubiłem.

- a do dziewczyny? - zauważył, że nie ma tam treści do dziewczyny.

- jakiej dziewczyny?

- twojej.

- nie mam kurwa dziewczyny - trochę udaję irytację, że o tym zapomniał.

- wymyśl sobie jakąś - wyjaśnia i wręcza mi na powrót kartkę.

Miłość. Skąd się bierze. Kto w nas rozpalił ten płomień. Żadna wojna go nie zgasi. Nie pokona. Byłem więżniem. Zwróciłaś mi wolność.

Kończę. Wciskam dłoń w grzywę psa, mruczy, Dżohar ponownie otwiera kartkę. Czyta, patrzy na mnie i znów czyta. Bez słowa zwija starannie kartkę i wkłada do kieszeni bluzy na piersi. Wyciąga z drugiej kieszeni inną kartkę i mi wręcza. Ja w przeciwieństwie do niego nie czytam jej. Jesteśmy po prostu inni. Wkładam ją do kieszeni. Wyciągam rękę z zaciśniętą pięśćią w jego kierunku, on robi to samo. spotykają się nasze pięści.

Nie musimy nic mówić.

 teraz żyjesz w moim sercu....i wszędzie będziesz ze mną.

- To Twoja ostatnia historia synu? - milczę, a on chce jak najszybciej sprawić bym się ocknął. 

- Zostawię Ci te fajki - mówię wyrywając się z melancholijnej toni - nie umiem grać twardziela.

Wszystko jest kłamstwem. To co widzisz i słyszysz. Chcą byś był martwy albo odnalazł się w ich kłamstwie. Człowiek ma tylko jedno wyjście. Znależc coś swojego. Zbudować dla siebie wyspę. 

Jeśli Cię w tym życiu nie spotkam niech odczuję brak. Jedno Twoje spojrzenie, a oddam Ci całe swoje życie. 

- idziesz już? - zapytuje

- tak - mówię cicho - tam czeka mnie...- mógłbym mu skłamać. Zwyczajnie cokolwiek wymyślić ale on by o tym przecież wiedział. A i tak nie umiałem wymyślać. Nawet w kłamstwie nie chciałem być kimś innym.

Co nas ze sobą łączyło. Kim byłeś Ty obok którego żyłem, z kim wędrowałem. Bratem? Przyjacielem?

Ciemność i światło. Cierpienie i miłość. Czy to wytwór jednego umysłu? Rysy tej samej twarzy? O duszo moja, niech się stanę Tobą. Spójrz moimi oczyma, spójrz na stworzone przez siebie rzeczy....skąpane w cieniu.

Stawiam ciche kroki przez mrok. Zostawiam go za sobą. Zatrzymuję się w świetle latarni, które przecina deszcz. Patrzę w kierunku przedmieścia. Tam zaraz ruszę. Miasto i ludzie. Jednak moją uwagę przykuwa postać po przeciwnej stronie, w miejscu gdzie kończy się ulica i zaczynają pola w mroku. Widzę tam postać. Przypomina mi tą wczorajszą, która też tutaj była. Postać stoi chwilę, niemal zachęcająco po czym robi krok w tył i wkracza w ciemność. Patrzę na samochód, w stronę domów i mijam ostatnią z latarni. Za nią nie ma już światła. Znikam tam. Nie boję się.

Przecież to moje naturalne środowisko.

Zamknięty w grobowcu nie umiem unieść wieka.

Zaloguj się