Niszczony

 Rąk nie załamuj, uspokój się, usiądź.

Bo chcę Ci złamać serce, a potrafię..."

W. Szekspir „Hamlet"

Zabawne ludzkie szaleństwo! Gdy nasza fortuna omdlewa, najczęściej przez własne nasze błędy, składamy winę naszej niedoli na słońce, księżyc i gwiazdy, niby że zostaliśmy łotrami z konieczności, głupcami przez niebieskie zrządzenie, hultajami, złodziejami i oszustami przez sfer przewagę, pijakami, kłamcami i cudzołożnikami przez wymuszone posłuszeństwo wpływom planetarnym; słowem, że wszystkie nasze występki są tylko bożym zrządzeniem
Wiliam Szekspir „Król Lear"

 

W twoich oczach widziałam twe najmroczniejsze godziny i najjaśniejsze światła, ciemne zachody słońca i wschody nadziei. Przeżywasz cały czas wielką burzę.

 

- "Twoja specjalność to chodzenie po linie. Wiesz, że nie spadniesz i bez względu na to, czy biją Ci brawo, pełni podziwu, czy odwracają wzrok ze strachu, Ty w środku siebie samego toczysz swoją walkę."

 

 
Każdy gest może być relikwią pod warunkiem, że ten gest jest jedynym świadectwem, iż życie miało sens choćby przez pół godziny czy też chwilę dłużej, choćby do świtu.


"rozmawiałem z nim
Lecz nie brałem wszystkiego do serca
(nauczony smutnym doświadczeniem
iż ludzie mówią pewne fakty o sobie
z błaganiem w oczach
by im zaprzeczyć)
Więc kiedy mówił co myśli
zastanawiałem się
ile w tym przekory

Znał swoje możliwości
Ograniczenia
Umiał widzieć jasno i prosto
Wiele spraw dla mnie
ciemnych i zagmatwanych
wyzbyty złudzeń udowadniał
iż słowa znaczą to
co znaczą"

 

Mój ojciec był z rodu orłów"
ale, ale...na ten temat nie jestem jeszcze gotowy. Trzeba przejść czasem długą drogę aby umieć przebaczyć.
Był ucieleśnieniem autorytetu i jasnej, czystej inteligencji. nauczył mnie, ze trzeba być stanowczym i że nie wolno usiłować przechytrzyć drugiego człowieka. twierdził, że godłem mężczyzny jest honor, który jako jedyną ziemską wartość można zabrać do grobu; a powinnością mężczyzny - lojalność, wierność danemu słowu. należał do tych ludzi, którzy mają odwagę gdy los zetknie ich ze skurwysynem, zakomunikować mu co o nim myślą. Nie ulegał nikomu i nigdy się nie płaszczył przed nikim-był jednym spośród tych rzadkich wystających gwoździ, których żaden młot nie umie zrównać z ziemią.
O takich dinozaurach pisała- nie bez złości- Andrea Hurton w "Erotyce perfum" "najgorsi są panowie z tym osobliwym surowym zapachem czystego samca. Pachną schludnością, emanując jedynie woń mydła, potu i spermy. Łatwo ich rozpoznać jako wrogów perfum"
Niby już wiem po czym została mi tendencja do zakopywania się nocą w lesie i czerpania z tego satysfakcji zamiast wchodzenia do sephory.
Złości mnie czasem gdy kobieta chce ocenić mężczyznę. wszelako kobieta nie jest właściwym sędzią, by sądzić mężczyznę ponieważ widzi w nim trywialną stronę jego egzystencji, nie rozumiejąc bogactwa mitologii, kreowanej przez zalety jego charakteru tak obce jaźni kobiecej.

„Nieskończona cisza prowadzi do smutku i przynosi obraz śmierci. Niezbędna jest wówczas pomoc roześmianej wyobraźni"
Jean Jacques Rousseau

 


Krople deszczu i brukowane uliczki jesiennym, środkiem nocy. Od ściany muru kamienicy odbija się liść niesiony wiatrem, nad głową skrzypi wisząca rynna, siadasz na murze, opuszczasz nogi, szczelnie okrywasz płaszczem nagą szyję. Na końcu drogi, tuż pod latarnią jakiś szczur porywa resztki jedzenia, w klimatyzowanym lokalu, pośród wyperfumowanych ciał i wypacykowanych mężczyzn stoi dziewczyna obok chłopaka. Barman podaje im ostrożnie drinka, przyjaciele śmieją się do rozpuku z przed chwilą opowiedzianego kawału. Słyszysz przez zimne mury zgiełk, podnosisz delikatnie głowę trzymawszy płaszcz, aby wiatr znów go nie zerwał. Patrzysz, a w zaparowanej szybie jakaś gęba filuje na Ciebie z ukosa. Uśmiecha się, a kiedy już wie, że ją dostrzegłeś unosi drinka w toaście. Mógłbyś stłuc szkło gdyby ciężki wzrok umiał roztrzaskiwać przedmioty, a nie tylko serca. Gęba znika w alkowie, przez szybę wydostaje się śmiech kobiet, szczur dzieli się z drugim gryzoniem jedzeniem, nieopodal po moście przemyka tramwaj z pijanym pasażerem, tuż pod jednym z jego filarów młody chłopiec zarzuca sznurek na stalową szynę. Sprawdza naprężenie liny po czym podkłada pod nią przygotowaną wcześniej skrzynkę po owocach. Unosi na chwilę twarz ku górze jakby chciał spojrzeć Bogu w ślepia...ma zapłakane oczy, a Bóg pije toast w klimatyzowanym lokalu z tymi których sobie wybrał.

Deszcz się wzmógł targany powiewami smaga teraz Twoje policzki. Zerkasz na kolebiąca się rynnę, jakaś natrętna łza miesza się z kroplą wody. Mógłbyś sobie pójść gdzieś, przed siebie. Mógłbyś pójść nad rzekę, a tam spotkałbyś chłopca. Mógłbyś ale to już niczego nie zmieni.

- Nigdy nie spotkałem krzyżówki bez dwóch haseł. nie dlatego, że jestem odludkiem ale dlatego, że nie pozwalałem jej na to. Ależ ile w takim zagubionym haśle pasji. Szukasz odpowiedzi skacząc po meandrach umysłu. Już ją prawie masz, przygryzasz długopis, chcesz wpisać lecz brakuje kratki. Więc dalej grzebiesz opuszkami palców w mózgu...najbardziej pociągająca jest magia odnajdywania.
A aby poczuć smak odnajdywania trzeba czuć pasję w szukaniu. Na końcu każdej historii zawsze są Ci którzy wierzą w magię i Ci, którzy szukają ukojenia. Jasne, że każdy chce ukojenia ale nie każdy go szuka za wszelką cenę. I nie każdy dobrze się czuje bez bólu. Wyobraźcie sobie, ze tak jak uzależniacie się od nikotyny, czekolady tak i uzależniamy się od bólu; niektórzy lubią dopominę inni kortyzol, to tylko lawiny hormonów zalewające nasze synapsy. Serca z żelaza znaczą tyle samo co z kartonu/ muszą bić, kłopot w tym, że te pierwsze biją z pasją, a jak to bywa z żelazem i echo jest przerażające.
Tak jak prostota nie musi być ani odkrywcza ani urocza, tak i magia nie zawsze jest skomplikowana. Nie możemy winić tych którzy nie umieją nas kochać. Nie wińmy ich, że muszą znikać zanim zapadnie zmierzch. Pewne istoty czasem tylko przechodzą obok, przez nas. Chcemy i pragniemy niektóre z nich zatrzymać ale nie są z naszego świata. Świat musi być realny, zrównoważony, rozsądny, praktyczny, przemyślany. Czasem zwyczajnie nie ma cen, które wystarczają. Nie ma Judaszów i srebrników. Wyobraźcie sobie, że czasem nawet jak Ci się zdaje, że przecież skoro tak chcę to można, musi się zdarzyć, musi wyjść; zwyczajnie nigdy to nie nastąpi. Czasem zwyczajnie wiewiórka nie dogada się z bocianem. Tak jakby orzech smakował równie jak żaba. Ktoś mi powiedział ostatnio; masz szaleństwo w oczach. Przy Tobie nikt nie może czuć się spokojny. Można się w Tobie zakochać ale miłość to sen w nocy, a nie oczekiwanie niespodziewanego. Nie zmienię już wyrazu mych oczu to one mnie zdradzają, ale..ale uśmiechnę się do tych którzy wydają o mnie wyroki...oczywiście, że ironicznie, kiedyś, gdzieś tam, na końcu.
- "Mógłbyś być...gdybyś był normalny byłbyś szczęśliwy. Błogosławieni normalni."

- Nie każdy chce być błogosławiony. Czasem zwyczajnie można mieć laskę Boga głęboko pod podeszwą buta stojąc w błocie, kiedy deszcz obmywa twarz i studzi skronie. Ale dla innych to tylko krople wody moczące ubranie.

 

- Co tak tłucze?- zapytuje przez słuchawkę podnosząc głos.
- Pralka.
- Brzmi jak klapki po podłodze.- wtrąca pospiesznie- Przyznaj się, masz tam jakąś lalę w klapkach pielęgniarskich.
- Pralka biega po łazience - tłumaczę cierpliwie, otwierając drzwi do łazienki.- Na szczęście futryna jest węższa od niej więc daleko nie pobiegnie.
Słyszę jak się śmieje. Jej swobodny głos w jej śmiechu sprawiał mi zawsze to samo uczucie co mój kot leżąc wzdłuż mego biodra z łapą zarzuconą na mnie i wbijający rytmicznie, nie gwałtownie pazury w bok mego ciała.
- I co teraz?- dochodzi do siebie i wiem, że robi naprawdę przejętą minę- Jak wymienisz taką pralkę?
- Był plan wywalić ją przez okno ale mam dzielone na dwa więc nici- powoli, pomagając sobie ręką, przesuwam ją kolanem w miejsce, z którego wylazła- Muszę ją rozwalić i wynieść w częściach.
- Boże, ja zawsze myślałam, że Ty tylko tak gadasz ,a Ty naprawdę jesteś sierotą - bawi się setnie. Pralka dudni jak oszalała, kot grzeje się na piecu, deszcz dzwoni o niefunkcjonującą antenę satelitarną - W ogóle nie przejmujesz się doczesnymi, ludzkimi rzeczami - pije herbatę albo sok, bo słyszę mlaśnięcia. Ale w jej wykonaniu to nie przeszkadza- Ludzie biorą kredyty na nową lodówkę, pralkę, telewizor. Wykupują telewizje satelitarne, internet w promocji, czajniki pożerające mało prądu, genialne mikrofalówki, a ten gania za pralką po całej łazience i nic sobie z tego nie robi.
- Ja zwyczajnie za tym wszystkim nie nadążam - siadam na łóżku z lampką wina, zahaczam kablem od ładowarki o butelkę stojącą na podłodze, ta się przewracam, na dywanie pojawia się czerwona plama. Podnoszę ją z niesmakiem, że mniej zostało- Nie nadążam za wypalającą się żarówką, za miesięcznym pitem, rachunkami, ubezpieczeniami samochodów, koszulą którą muszę wieźć do prasowania. I nie z powodów finansowych ale zwyczajnie nie mam do tego cierpliwości. Nie ogarniam.
- Nie ogarniasz bo błądzisz myślami po innych planetach - przypomina z satysfakcją w głosie, że jest w stanie zdefiniować o mnie kolejną prawdę- Zacznij od drobnych rzeczy...kup na początek żyrandol do pokoju w którym suszysz pranie. Jak można przecież wieczorami chodzić po domu z latarką w zębach i praniem w rękach.- wciąż się świetnie bawi. Nigdy niby nie miała mnie za śmiesznego ale czasem tak się śmieje przy mnie, że chyba bardziej nie można.
- Już tam w nocy nie wchodzę - informuję przejęty - Baterie mi się w latarce wyczerpały.- kiedy mówię, w telefonie rozbrzmiewa jej niezwykły śmiech.

 

- Ja naprawdę staram się tylko przeżyć - mówię mu kiedy księżyc odbija się jasną poświatą od wody.
- Wiem - chrząka bez współczucia - Długo to będzie trwało?
- Zależy od tego czy jesteś taki mocny jak piszą w bajkach - z prawdziwym gniewem potęgowanym przez spore ilości wypitej wódki, mówię mu prosto w twarz.
- Podstawowa prawda o bajkach jest taka, że wszystkie kłamią. Jedyna zmienna to taka w jakiej sprawie - robi krok ku mnie i wyciąga dłoń - Chodź. Zabiorę Cię do domu. Nikt nie patrzy.

Idę za nim, fale ostudzają moje ciało, On toruje drogę ku plaży. Nie trzymamy się za dłonie. Ja i Bóg; gdyby ktoś zobaczył mielibyśmy zszargane opinie.

- Zaryzykować można tylko w imię czegoś wielkiego - mówi monotonnie - Normalni ludzie mają żony, dziewczyny, dzieci, hobby...bo brak im tego czegoś - docieramy do plaży. Patrzy na mnie w mroku - Masz pasję szaleńców wypisaną na twarzy dlatego tracisz wszystko inne. W domu nie czeka na Ciebie kobieta z kolacją i pocałunkiem - wskazuje wysoką wydmę i obiera jej kierunek.
- Dlatego Bóg stworzył smażalnie ryb.
- Dlaczego tak bardzo Ci zależy aby być człowiekiem? - spogląda podejrzliwie.
- Bo jako Bóg musiałbym być prawdziwym skurwysynem.
- No jasne - siada na piachu - A nie chcesz być skurwysynem.
- No jasne - siadam obok - To moje indiańskie imię.
Siedzimy tak w milczeniu. Ponad nami niebo rozświetla miliony gwiazd, od północy wraz z szumem morza nadciąga bryza. Nawet mewy się jeszcze nie budzą.
- Człowiek jest najgorszym źródłem prawdy o sobie samym. Nie możesz mieć racji. Chowasz się za inteligencję. Żartujesz bo boisz się brać rzeczy poważnie. Nie dbasz o pozory. Uważasz, że życie jest krótkie i przykre więc mówisz co myślisz.- położył swą ciężką dłoń na moim ramieniu i skierował abym oparł się o wydmę.- A mówić co się myśli, znaczy być chamem - wstaje podpierając się swa włócznią - Idę i z Twoim własnym zostawiam Cię szczęściem.

„Zeusa, który wprowadził śmiertelnych
Na drogę rozumu. Ustanowił
Prawo: przez cierpienie wiedza.
Zamiast snu kapią w sercu,
Krople bólu, który pamięta.
Wbrew sobie ludzie uczą się rozsądku,
To jest przemożna łaska bóstw
Siedzących u świętego steru."

„Agamemnon" Oresteia

 

- Mimo, że ukarałem nie mogę patrzeć na samotność tytana.- wyszedł z mroku i podszedł bardzo blisko tak jakby chcąc wyczuć zapach mego osamotnienia- Jestem tu po to, aby wręczyć ci ogień. Nie będziesz musiał tak jak Prometeusz go kraść. Dostaniesz płomień i zaniesiesz do ludzi. - mówi gdy podnoszę na niego monotonny wzrok.

-„Przebiegłego łańcuchem spętał niezmożonym, Ciężkimi kajdanami, wbił klin w środek ciała i szerokoskrzydłego napuścił nań orła. Ten nieśmiertelną zżerał wątrobę, lecz nocą odrastało z niej wszystko co ptak za dnia wyrwał."- przypominam jak "Teogonia" relacjonuje karę za taki czyn - Dzięki za propozycję. Zawsze cierpią bohaterowie. Tym razem poudaję głupca. Wejdę tam i wypiję razem z nimi
- Pozwolisz umrzeć bliskim z zimna?- zapytał donośnie wyciągając z kieszeni monumentalnego płaszcza cygaro. Przez chwilę się mu przypatrywał z prawdziwą satysfakcją.
- Powiedzmy, że jestem w takiej samej sytuacji.
- Co nie znaczy, że musisz przejść obojętnie. - zapalił w deszczu.
- Za jaką nagrodę?- wskakuje na murek obok - Za życie wieczne na brukowanych ulicach?
- Za świadomość, że przeżyłeś swoje życie godnie.
- Masz rację - puściłem kołnierz płaszcza bowiem i tak już byłem cały mokry, a wiatr wydawało się jakby ustał - Ja je przeżyłem.
- Chodź.- kładzie mi dłoń na ramieniu tak jakby ten gest miał mnie przekonać.
- Tam gdzie kocice robią miau?
- Chodź.- powtórzył zdobiąc twarz w kontencie. Pchnął ciężkie drzwi aby ciepło lokalu mogło zaprosić nas chętniej do środa.
- Dlaczego wybrałeś mnie? - pytam go gdy przechodzimy pod bar. Niektórzy rzucają nam ciekawskie spojrzenia. Dwóch facetów w płaszczach i ze śpiącymi oczami.
Czasem ludzie nie umieją oderwać oczu od kamiennych twarzy.
- Jest w Tobie coś takiego - mówi kiwając palcem na kelnerkę- Jakbyś Ty też cierpiał.- strzepuje deszcz z włosów, krople spływają po jego ogorzałej twarzy. Kelnerka zamarła tuz przed nim jakby nie mogąc oderwać wzroku.
- Dwa razy wódkę z sokiem, lodem i cytryną kwiatuszku.- mruży do niej oko. Kurewski Bóg, myślę sobie. Staję między nimi i pochylając się kieruję twarz naprzeciw niej.
- Co jest z Tobą?- pytam ze szczerym przejęciem- Przecież on liczy sobie wieki.
- Wow.- wyjękuje nie mogąc ruszyć głową- Muszę przestać brać koks.- mówi chyba sama do siebie, zaczarowana dziewczynka- Jesteście tacy...
- Fajni.- wtrąca mój kompan z za moich pleców
- ...i podobni.- oznajmia ona, podczas gdy odwracam się w stronę Boga.
- Twarz człowieka przeraża mnie najbardziej, gdy widzę jak bardzo podobna jest do mojej.- dodaje, podczas gdy ona stara się obudzić.
- No, goń już kwiatuszku. Pić nam się chce.- dotykam jej ramienia aby ją zbudzić. Wzdryga się, znów patrzy na mnie. Robi krok naprzód, delikatnie przechyla głowę, jej usta dotykają moich ust, wzdycha cicho, tak aby tylko musnąć najwrażliwszego punktu w moim mózgu.
Kiedy czuję, że jej głowa się cofa, ona nie odrywając ust, obsuwa je w dół tak, że moja dolna warga znajduje się na ułamek sekund między jej obiema. Smakuje jak ambrozja. Stoję chwilę zamrożony, nie chcąc nawet drgnąć aby nie utracić tej chwili. Ona cichutko mlaskając znika w za stolikami.
- No widzisz.- częstuje mnie fajką, a przecież wie, że nie palę- Zawsze lepiej pić chłodnego drinka w ciepłym wnętrzu i smakować ust kobiety niż moknąć na bruku ciemnej uliczki.
- Taaa.- ruszam przed siebie w ostatniej chwili chwytając fajkę którą sobie przypalił.- Poczekaj tu na mnie.- mówię do niego zaciągając się głęboko
- Ej.- krzyczy- Myślisz, że jestem tylko Twoim Bogiem?
- Jesteś moim kawalarzem.- wkraczam w mrok przecinany czerwonymi lampkami- Uwielbiasz wycinać mi kawały.- zwężam powieki, źrenice dostosowują się braku światła. Widzę skurwiela jak przytrzymuje za rękę dziewczynę. Znam ją w przeciwieństwie do niego. Ma czarne zęby i czerwone rogi. Milknie na chwilę ze swojego rubaśnego śmiechu gdy moja sylwetka znajduje się naprzeciw.
- No i...- dziewczyna zdolna jest się uwolnić, on zaciska ręce, ona załzawionymi oczyma patrzy z boku...- marny człowieczku.- dodaje gdy w tej samej chwili odchylając ciało do tyłu, mój but ląduje na jego podbródku. Jego głowa uderza o oparcie kanapy, z ust wypadają dwa zęby.
Ponownie się zaciągam, posyłając mu monotonne wejrzenie. Chrząka, prostuje kark, rozmasowując go, opierając dłonie na udach, podnosi się. Po chwili dobre ponad dwa metry skurwysyna mieni się przede mną. Nawet nie ujrzałem ruchu jego nogi gdy brakło mi oddechu. Czułem tylko w tej samej chwili, że w plecy uderza mi mur. Opadłem u podnóża ściany.
Ktoś zgasił wszystkie światła.

- Straciłeś przytomność.- budzi mnie kobiecy szept rozbrzmiewający tuż przy mej głowie. Otwieram oczy i widzę dwie piękne piersi w zalotnym dekolcie.
- Poważnie?- sprawdzam czy żyję chcąc usłyszeć własny głos- Mój penis stracił przytomność.- teraz patrzę w jej ślepia- Mogłabyś go reanimować?
Wydawało mi się przez chwilę, że ona się uśmiecha więc czemu przywaliła mi w twarz. Wstała i odeszła.
Patrzę w górę, nade mną majaczy postać czerwonego skurwiela. Nigdy nie widziałem diabła, aż do dziś. Staram się podnieść, czując jakby żebra wbijały mi się w płuca. Przezwyciężając problemy z oddychaniem, staję na nogach. Znowu mu sięgam głową do klatki piersiowej.
- Czy Ty czasem nie podpisywałeś ze mną umowy?- pochyla się aby móc zerknąć na moją gębę. Gdybym nie miał cięższego wzroku pewnie bym się zląkł. W tej samej chwili walę go czołem w nos. Słychać tylko chrzęst łamanej kości, ale to go nie osłabia. Dostaję w głowę z pięści większej od niej. Lecę na drugą ścianę. Tym razem mur roztrzaskuje ramie.

- Trzymaj.- nawet nie wiem czy cknę się po dłuższej chwili niż poprzednio.. Kelnerka, która wcześniej mnie pocałowała wkłada mi coś do ust.- To nie łagodzi bólu.- mówi ocierając chusteczką mój pęknięty łuk brwiowy.- To go eliminuje.- wypluwam natychmiast to świństwo - Czego chcesz?- pyta rozczarowana.
- Nie możesz spełnić moich życzeń.- mówię starając się usiąść prosto na podłodze.
- Nie musisz czuć bólu aby być dobrym człowiekiem. - głaszcze mnie po skroni- Boisz się być szczęśliwym?
- Dlaczego interesuje Cię czy jestem szczęśliwy?
- Boisz się zmian. Umysł to jedyne co masz. Myślisz, że jak on nie działa jak należy, to nie zostanie Ci nic.
Wstaję, diabeł przykrywa dłonią nos, unosi gniewne spojrzenie na mnie. jego brwi się marszczą.
- Czy Ty aby nie jesteś jakiś pojebany?- zapytuje prężąc mięśnie gotowe na atak.
- Podpisałeś ze mną umowę.- ruszam w jego kierunku. Mam tylko cztery kroki a czuję się jakbym miał nigdy nie dojść.
- Wiedziałem, że znam skądś zapach tej duszy.- wydaje się naprawdę ucieszony- Oddałeś mi ją.
Przyspieszam, ostatnie dwa kroki wyskakuję w przód, wpadam na niego łokciem, obaj lądujemy na stoliku, który rozpada się w drzazgi. Ściska mnie dwoma potężnymi ramiona tak jakby chciał utulić , aż tracę oddech. Zasypiam.

- Ej.- łapię za rękaw faceta wsuwającego mnie do samochodu podczas gdy leżę bez ruchu na plecach- Nie możecie mnie zawieść do szpitala.- mówię mu na wpół przytomny.- Ja nie mam ubezpieczenia
- To nie karetka.- wyjaśnia bez emocji- To karawan. -wsuwa mnie pod dach i zatrzaskuje klapę.
- Ufff.- wyjękuję z ulgą - Udało się.- zamykam oczy aby zostać sam. Całkowicie sam.

- Nigdy nie prosiłam abyś opowiedział swoją smutną historię.- dochodzi do mnie damski głos.
Nie otwieram oczu bo jest mi to obojętne. Oni znani i nieznani są już obojętni. Zaraz przekroczę ciemną wodę.
- Dlaczego?- zapytuję korzystając z ostatnich możliwości obracania z kimś słowami.
- Masz ją wypisaną na twarzy.- mówi ona i czuję jak kładzie mi dłoń na ręce.
Nic nie mówię.
Skakanie z samolotu, każda kobieta na świecie, noc pod drzewem, szare uliczki, bicie po mordzie, pokój wypełniony samotnością, ołówek między zębami.
- Czemu odchodzisz.- przerywa milczenie.
Otwieram oczy, jej twarzy i tak w mroku nie mogę dojrzeć ale otwieram oczy.
To każda kobieta na świecie, a ja zatrzymuję wzrok w ciemności ponad mną. Nigdy nie bałem się ciemności.
- Każdy musi opuścić dom.

 

Ruszył w dalszą drogę, wstecz nie spoglądając, a pod wieczór, krocząc kamiennym szlakiem, tuż przy łagodnym potoku, spotkał starca, siedzącego na pniu.
-Teraz cię na sąd powiodę.- przywitał go starzec tymi słowy.- Za czyn na polanie, godzien oklasków, bądź łez.- obracał drewnianą laskę w dłoni i spoglądał na młodzieńca.- A ty, rycerzu, co wybierasz?
-Pominąłbym oklaski i nie upuszczał łez, albowiem tylko brak wzruszeń wyraża pogardę należną zmarłym tam bandytom.
-Nie wzrusza cię to?
-Wszak nie wzrusza to wody, że ogień ugasiła.- przysiadł obok staruszka- Tacy jak oni, nie są w stanie przyprawić mnie o emocje. Są za mali, aby wzruszyć me serce.
-A ja cię muszę mimo to osądzić.
-Jako człowiek, czy jako Bóg?
-Jako człowieka.
-A kim jest sędzia mój? Bo jeśli bogiem jesteś, a sądzić mnie chcesz to patrz na me czyny nie jako bóg, lecz jako człowiek. Możesz być przy mnie jako Bóg, lecz sądź mnie jako człowiek. Jednak jeśli człekiem jesteś, to odstąp, starcze, gdyż prawa nie masz wyroków na mnie wydać, ani czynów mych oceniać.
-Takich jak ty było wielu.- zaczął rzecz starzec- Drobni bohaterowie, co w rzeczy samej skroś złodziei i cwaniaczków prześwitywali, niźli herosów, których ludzkość z nich zrobiła.- podał młodzieńcowi orzecha- idziesz i co myślisz, że znajdziesz? Dostać się chcesz do bogów i skraść roślinę życia, by przynieść do ludzi? I po co? Spójrz dookoła. Naprawdę chcesz, aby ci szubrawcy żyli wiecznie...aby wstali z tej polany i poszli do dawczyni szczęścia. I fakt, że wówczas i ona nie umrze, ale jakie zło potrafią jej wyrządzić.- urwał, wsłuchując się w śpiew słowika- Znałem Prometeusza i to ja go skazałem. Drobny cwaniaczek, który ma czelność oszukać bogów na rzecz tej hołoty. Wcale nie był bohaterem. Miał swoje pięć minut i to wszystko. Zdradził łajdak własną rodzinę. Wystąpił przeciw swym boskim kuzynom i ośmieszył bogów. Powiedz, czy chcesz być taki jak on? Jesteś zdrajcą?- roztrzaskał w starej dłoni dwa orzechy i ponownie poczęstował pielgrzyma- Najpierw czyni z siebie zdrajcę, a później złodzieja. Kiedy ukryłem ogień, aby ukarać jego niesubordynację, on go ukradł. Jak zwykły złodziej. Mój kuzyn.
-A Ty oczywiście musiałeś się zemścić i zesłałeś „aidoie" (Pandora), aby poraz kolejny udręczyć ludzkość.
-Nie bądź taki protekcjonalny.- rzekł z wyrzutem- Przypomnij sobie dawczyni szczęścia i powiedz, czy aż tak bardzo cię udręczyła.- chyba się zaśmiał, co na jego starej twarzy niezbyt dokładnie się odzwierciedlało, po czym wstał i ruszył w kierunku pobliskiego stoku- Chodź krzyżowcu, bowiem nadciąga burza. Tam, dalej, od południowego zbocza tamtej góry jest karczma. Przeczekaj nawałnicę i ruszaj dalej. I pamiętaj, że zabijając mordercę, sam stajesz się mordercą.
-A przechodząc obojętnie jestem gorszy od mordercy, gdyż pozwalam umrzeć, jak tchórz. Bękart od matki podłości i ugiętego karku.
-Pamiętaj, że bohaterowie nie żyją długo, ani szczęśliwie. Tchórze to co innego. Nimi nikt się nie przejmuje. Są nie istotni. Oni dożywają starości ,a po drodze pieszczą te, których ty szukasz w deszczu i ciemności, pokonując strach i potwory. Broczysz w bagnach i toniesz w zaspach, a oni grzeją się przy ogniu kominka i w łonie dawczyni szczęścia. Są tchórzami, ale mają więcej. A ty...- zerknął poraz ostatni na wędrowca-...a ty idziesz i idziesz jak debil w łachmanach i mimo, że masz wielkie i szlachetne serce, zawsze przegrywasz, bo los i bogowie nienawidzą herosów. Kochamy głupców i tchórzy. Z nimi możemy uczynić wszystko, a tacy jak ty zawsze gdzieś się wyrywają i nie oczekują, ale sięgają bez strachu po to co jest udziałem bogów, a nie ludzi.

 

Starzec znikł, wraz z zachodzącym słońcem. Pielgrzym natomiast obszedł górę i dotarł do karczmy, wtedy, kiedy rozpętała się burza.
-Wejdź. Wejdź strudzony podróżniku.- z okna, które starała się zatrzasnąć, wyjrzała kobieta.- Nadchodzi okropna noc, a tutaj będziesz bezpieczny, bo nie wiem, czy wiesz, ale to noc demonów.- mimowolnie starała się zachować radosną kontorsję na swej ładnej twarzy.- Wejdź. Zapraszam.
Uporała się z oknem i kiedy schowała się do środka, on spojrzał na drzwi. Gdy sięgał do ich otwarcia, rozpadał się deszcz, ciężkimi, nagłymi kroplami. Cofnął rękę, przypominając sobie uśmiech gospodyni, po czym zrobił krok w tył i ruszył w ciemność, drogą ku odmętom północy.
Zdało mu się, gdy docierał do szczytu wzgórza, iż majaczy tam jakaś postać, a po chwili przekonał się, że to nie złudzenie. Postać okazała się krępa i wysoka, w długiej szacie, z twarzą okrytą kapturem.
Pielgrzym podszedł do niej i stanąwszy na odległość miecza, wsłuchał się w ciszę dobiegającą z jej gardła. Zawsze starał się zachowywać ostrożność; zawsze spodziewał się ciosu w plecy. Nigdy nie odwracał się do ciemności podczas snu.
-Jeśliś szlachetnym jest człowiekiem...- wydusiła postać-...to wspomóż słabego w biedzie.- starał się dostrzec twarz stojącego mu na drodze, lecz natrafiał na nieprzeniknioną ciemność. Nawet oczy nie lśniły ludzkim blaskiem.- A jeśliś podły, to zadaj cios śmiertelny, bowiem uciekać nie będę, gdyż jam jest wyczerpany.
-Zatem przyjmij tą skromną strawę.- krzyżowiec sięgnął do swego pakunku i wydobył kawał chleba i suszonego mięsa.- To wszystko, ale wystarczyć powinno zanim znajdziesz karczmę. Jest nieopodal, na skraju drogi, jaką przybyłem.
Postać przyjęła dar i gdy wydawać by się mogło, że zacznie jeść z pogardą cisnęła pokarmem o ziemię.
-Dobry człowiek.- syknęła z wściekłością- Nie ma istoty, jakiej bardziej bym nienawidził.- nagłym, płynnym ruchem dobył miecz i wymierzył w stronę pielgrzyma. Zamarkował cios, po czym uderzył z potężną siłą.
Tamten jednak nie ugiął się , odpierając zamach, a ciało sprężystym ruchem okręciło się wokół postaci i zachodząc od tyłu, szybkim cięciem ostrza pozbawiło atakującego głowy.
Spoglądał jak kaptur, odcięty od szaty opada na ziemię, a następnie jak tułów prężąc się, na powrót zdobi się utraconą przed chwilą częścią ciała.
-Niezłe...-dłonie nieśmiertelnej postaci, okryły poraz drugi głowę, kapturem, jakiego przed chwilą jeszcze nie było.-...naprawdę niezłe.- prychnął śmiechem.- Efektowne. – splunął do stóp zwycięzcy.- Ale mało skuteczne.
-Mogę powtórzyć.- odparował spokojnie pielgrzym, dzierżąc gotowy do walki miecz.
-Ja również.- prychnął tamten.- Aż do znudzenia. Nigdy, nigdy zmęczenia.- wpatrywał się w mniejszego o ponad dziesięć centymetrów człowieka, i nie mógł nadziwić się jego obojętnością.- nie wzrusza cię to?
-Jesteś kolejnym napastnikiem.- rzekł mierząc ukradkiem okolicę- Tylko następną przeszkodą. Nic tego nie zmieni.
-Nawet fakt, że nie można mnie zabić?- zainteresował się z udawanym przejęciem.
-Twój obcięty łeb broczy krwią. Potrzebujesz ust do mówienia i oczu do patrzenia. Musisz oddychać. I mimo, że jesteś jakąś wredną formą demona, jesteś też śmiertelny.- chyba posłał mu delikatny uśmiech, co tamten musiał rozróżnić- każdą formę życia można zabić. Pytanie tylko jak.
-A więc jak?- demon najwyraźniej doskonale się bawił, gdyż jego ton głosu emanował sardonią.
-Nie wiem.- powiedział oględnie i posyłając mu kontorsję zakłopotania, ruszył przed siebie.- Nie znam się na mordowaniu.- przechodząc obok zdezorientowanego napastnika, schował na powrót miecz i poczuł, że robi mu się bardzo przyjemnie, kiedy tak deszcz smaga jego twarz.
-Hej!- wrzasnął za nim- Co robisz śmiertelniku?- wpatrując się w jego plecy, widział jak tamten z wolna zlewa się z mrokiem.
-Skoro nie mogę cię pokonać...-wykrzyknął pielgrzym-...mogę o tobie zapomnieć.
-Wracaj i walcz!.- krzyczał w determinacji.
-Tacy jak ty istnieją tylko dzięki wierze. – wędrowca już nie było widać, lecz jego głos roznosił się po całej okolicy- To tylko moje pragnienie drastycznej próby sił.- urwał głos- Puszczam cię w zapomnienie.
Dwa dni później, po swobodnym marszu, nie nękany, ani wścibskimi demonami, ani natrętnymi gospodyniami, dotarł nad brzeg jeziora, za którym dalej na północ zapraszająco leżały doliny.
Niezwykła cisza zrodziła myśli o tym, że coś się musiało wydarzyć. Żaden dźwięk nie zagłuszał spokoju, żaden ptak nie śpiewał, ani gryzoń nie biegał w gęstej trawie. Znajdując się bliżej wody uświadomił sobie, iż okolicę tą przed chwilą musiał nawiedzić wicher. Mniejsze drzewa były połamane, a dookoła panował nieład. Spojrzał na taflę jeziora i gdy ujrzał tysiące motyli na powierzchni, zrzucił toboły i wszedł do wody. Piękne i kolorowe starały się wyrwać śmierci i w odmętach złowieszczej dla nich toni, traciły siły. Bezlitosny wiatr musiał targnąć nimi, tak majestatycznymi i pełnymi harmonii, a one pod ciężarem większej siły utraciły kontrolę swego łagodnego lotu i opadły w rozłożone ręce śmierci.
Delikatnie podbierając umieszczał na dłoni po kilka owadów, po czym przenosił na ląd. Słońce szybko suszyło ich skrzydła, a koniec rozpaczliwej walki z wodą miał zwrócić siły.
Po chwili brzeg mienił się setkami kolorowych skrzydeł, ale jezioro więziło ich jeszcze więcej.
- Jaki to ma sens, człowieku?- z brzegu doszedł wędrowca głos chłopca. Kucał na kamieniu i kapryśnie obserwował poczynania unurzanego do połowy mężczyzny w łachmanach.- Ich jest tysiące, z czego połowa pewnie już nie żyje.- beztrosko rzucił gałąź do wody- Nie uratujesz wszystkich.- urwał- Daj spokój. To nie ma sensu.
-Masz rację chłopcze.- odparł życzliwie pielgrzym- Nie uratuję wszystkich, ale ma to sens dla każdego, który przeżyje.
Chłopiec zamarł w bezruchu, a jego beztroska gdzieś uciekła. Teraz wyraz jego młodych oczu spowiła zaduma, a twarz umalowała się w kontorsji smutku.
Nagłym susem powstał i wskoczył nieopodal mężczyzny. Woda sięgała mu do szyi, a on pospiesznie, jakby w walce o swe życie począł pomagać i ratować życie motylom. Wiedział, że nie uratuje wszystkich, ale nie to miało znaczenie

 

Chłopiec towarzyszył wędrowcowi do skraju lasu, przy którym topornie rósł niewielki klasztor. Mężczyzna zapukał, a kiedy otworzono mu drzwi, towarzysz rzucając szybkie do zobaczenie pobiegł polną drogą, uradowany i szczęśliwy. Poczuł, że jest już kimś innym.
-Śpimy na kamiennych płytach, a jemy tylko kaszę.- poinformował mnich prowadząc gościa przez dziedziniec.- Jeżeli to ci odpowiada wędrowcze, to służymy gościną.
-Prześpię się na sianie.- wskazał ręką stertę siana suszącego się na słońcu.- A w worku mam zasuszone mięso, więc można przyrządzić dobry posiłek.
-Nie rozumiesz.- uśmiechnął się troszeczkę drwiąco.- My jemy tylko kaszę. To asceza. Wyrzekamy się uciech.
-Zaiste, czy suszone mięso to uciecha?
-Jesteś wędrowcem, nie pielgrzymem.- dodał, kiedy znaleźli się przy długim stole, zajętym już przez mnichów. Mężczyzna skłonił się wszystkim na przywitanie i zaproszony zajął miejsce- Idziesz skarbu szukając, nie mądrości.- wycedził- Tylko poprzez wyrzeczenia, Boga prawdziwego możesz znaleźć.
-Pielgrzymem jestem i idę ani Boga, ani skarbu szukając, lecz spokojowi hołdując.- Położył kawał mięsa na środku stołu i wziął miskę z kaszą- Wędruję przed siebie bez mapy i celu, a jedynie odpowiedź chcąc pozyskać.
-I nie znajdziesz jej, gdyż tylko poprzez ascezę możesz zajrzeć tak głęboko. Tylko wyrzeczenia synu, tylko wyrzeczenia doprowadzą do świadomości.- powiedział mentorsko inny z mnichów.
-Powiedz proszę.- wtrącił przybysz- Czy jeśli struny lutni są zbyt napięte, czy mogą pęknąć?
-W tym właśnie rzecz.- rzekł zuchwale inny- Nasze struny nie pękną. Nie są napięte. To asceza.
-Ale gdy są zbyt słabe, to czy wydadzą dźwięk?
-oczywiście, że nie...- uradował się mnich.
-Milcz.- syknął tamtemu starszy o surowych rysach twarzy. Przeniósł swe monotonne wejrzenie na gościa i westchnął.- Poprzez cierpienie dostąpimy chwały Boga. Przyjemności i uciecha jest oznaką słabości.
-Tylko odpowiednie naprężenie strun gwarantuje wydobycie z lutni pięknego tonu. Pewien książę imieniem Siddhartha Gautama, porzucił majestat i wyruszył w tułaczkę w poszukiwaniu odpowiedzi. W swej wędrówce napotkał pięciu ascetów, którzy praktykowali surowe umartwiania. W ich towarzystwie, podzielając owe rytuały stał się słaby i wątły. W końcu zdał sobie sprawę, że te umartwiania są bezcelowe. Bóg Indra zademonstrował mu prawdę o lutni, którą ja wam wyłożyłem. Zakończył więc bezcelowe życie ascety i zaczął się normalnie odżywiać. Wtedy to towarzysze opuścili go, uznając, iż okazał on swą słabość.
-Uczynili słusznie.- uradował się jeden z mnichów- A co stało się ze słabym księciem?- chyba bawiła go osoba bohatera tej opowieści.
Pielgrzym poczynając jeść nawet nie uraczył ignoranta przelotnym wejrzeniem, kiedy przełykając, dodał:
-Stał się Buddą.- wstał odsuwając misę- Kimś kim banda tak aroganckich, bałwochwalczych, zamkniętych na zło świata za dwumetrowym murem tchórzy, nigdy nie dorośnie nawet do pięt.
- posłał wszystkim pogardliwe wejrzenie.- Za gościnę dziękuję, ale dalej pójdę w swą drogę, samotności szukając, gdyż lepiej być samotnym, niż mieć złe towarzystwo. I nie obrazić was chcę, lecz przebudzić z owego letargu, bowiem rozum wasz kamień chwali, a siana się wystrzega, jakby jedwabiem ono było uściełane. To nie tylko przejaw braku logiki, lecz dowód głupoty, gdyż królowie śpią pod baldachimem, półspólstwo w pościeli, a na sianie drób i trzoda. Kamień zaiste nie jest posłaniem nawet najgłupszego ze zwierząt, a jak widać gatunku mnichem zwanego. Rozum wasz dowodzi, iż kamień jest posłaniem tych co bliżej są Boga, a nawet Adam nie kamieniarzem był, lecz ogrodnikiem i nie głazami się zajmował lecz trawę pielęgnował. Abel jak pewnie wiecie pasterzem był i nie po to, aby kaszę mieć z owiec, lecz mięso ich spożywać. Więc głupcy powiedźcie mi, czyście lepsi od najwcześniejszych dzieci Boga?
Poszedł dalej wstecz nie spoglądając, gotów na to co mu droga przyniesie. Był całkowicie sam, a jednak tak dobrze się czuł; jak w najlepszym towarzystwie. W rzeczywistości nie potrzebował ludzi. Dopiero w samotności był naprawdę sobą. Tylko w samotności możemy zobaczyć kim naprawdę jesteśmy i zrozumieć dokąd chcemy zawędrować.
Późnym, zimnym wieczorem napotkał innego wędrowca, grzejącego się przy ogniu. Zaproszony rozgościł się i oferując prowiant wdał się z nim w rozmowę. Opowiadali sobie skąd przychodzą i co widzieli. Tak zeszło im ponad pół nocy, po czym położyli się spać.
Kiedy słońce zbudziło ptaki, i pięło się ku zenitowi, gospodarz ogniska już gotów do drogi skłonił się przyglądającemu się w milczeniu pielgrzymowi.
-Pamiętaj...- uśmiechnął się doń- Iż istotą twojej wędrówki nie jest jej koniec, lecz ona sama.- orzekł pozostawiając go z tą świadomością i odszedł drogą na zachód.
Pielgrzym leżał okryty płaszczem, a gdzieś nieopodal wiewiórka biegając po konarach drzewa co jakiś czas zatrzymywała się i skrobała szyszkę. Wysoko myszołów majestatycznym lotem zdobił niebo, mała jaszczurka przemknęła między kamieniami, a szyszka wypadła wiewiórce z łapek.
Posłał małej, rudej i niesamowicie ślicznej rozpromienione wejrzenie, a usta jego wykrzywił uśmiech; prawdziwy uśmiech szczęścia rozświetlał jego skupioną twarz.
Znalazłem odpowiedź- pomyślał sobie, a na moment jego spojrzenie jak i rozbiegane oczka wiewiórki spotkały się- Wreszcie wiem kim jestem- powiedział, po czym puścił do niej oko.

„Zuchwała ludzkość nie zna granic
i wciąż ponawia zakazaną zbrodnię
odkąd zuchwały syn Jepeta
dał ludziom ogień wykradziony zdradą"
Horacy „Pieśni"

 

" Idziemy na taras. Kobiety rozstępują się, w mroku widać tylko wysepki białych zębów jaśniejsze od żaru. Któraś uniosła głownię i dopiero teraz zobaczyłem maleńką istotę, całą drżącą i boleśnie skurczoną. Kilkumiesięczny gorylek, przypomina mi Tytusa. Powieki ma wepchnięte w oczodoły, plecy skatowane grudkami żaru. Dotykam go. Odskakuje, zakrywając główkę łapkami. Nie próbuje jednak uciekać.
Serce rozrywa mi litość, a skronie pulsują mi rytmem gniewu. Czuję nienawiść wprost morderczą. Biorę malucha na dłonie i przytulam ale to bezcelowe, zero reakcji. Zabito w nim już wszystko, jeżeli zabito instynkt rodzinny, który każe małpiej sierocie tulić się do człowieka.
Kładę go na ziemi. Jedna z dziewcząt celuje rozżarzonym węglem w kłębek bólu. Trafia. Kłębek podskoczył jak ukłuty machając łapkami rozpaczliwie. Lecą kolejne rakiety, czuć swąd gorejącej sierści. Dziewczęta cieszą się i klaszczą.
- Muszę wracać Panie komendancie.
- Już?
- Tak, już późno, a ja mam dziś sporo pracy.
- Dobrze, jest Pan wolny poruczniku.
- Chciałbym zabrać swoją spluwę, panie komendancie.
Kapitan Saturn daje znak. Z ciemności wysuwa się delikatna, upierścieniona dłoń, trzymająca mój pistolet. Strzelam gorylkowi w głowę dwa razy, tyle zdążyłem. Potem ta dłoń całuje mi czoło z siłą młota kowalskiego i tracę przytomność...
...leżę na tarasie, obok kłębka dymiącej sierści. Widzę pysk komendanta, pełen dzikiej pogardy i wstrętu.
- Myliłem się! Sądziłem, że jesteś inną kreaturą! Ale ty jesteś po prostu idiotom błądzącym między romantycznym idealizmem, a obojętnością niedzielnych cyników, i niemogącym się zdecydować. Inteligentne gówno!... zrobiło ci się żal małpy! Małpy!...uważaj byś nie musiał żałować samego siebie!...powinienem zamknąć cię w ZOO, wśród twoich przyjaciół, lub od razu rozwalić za to co zrobiłeś w moim domu. (...)
Podnoszę się nie bez wysiłku. Dotykam czoła. Mokro. Coś lepkiego, chyba krew. On dalej gada, tym samym syczącym głosem rozczarowanych przyjemniaczków.
- Szukasz swojej szczęśliwej wyspy w drugim świecie, w halucynacjach i snach? Nie jestem takim mądralą jak ty poruczniku ale czytałem, że w dawnych wiekach uważano, że śmierć to bliźnięta z brzucha jednej Matki Mrocznej Nocy. Uważaj! Pamiętam też jak w szkole kazano mi dwadzieścia razy przepisać rozdział z Saint - Exupery'ego. Rozdział o zasypiających porucznikach. Pamiętam każde słowo, a najlepiej ostatnie zdanie : i morduje się pięknych śpiących poruczników.- Uważaj!
Na co uważać? Niebo jest puste. Ziemia też jest pusta i prawie każdy jest zupełnie sam we świecie, o czym byś wiedział kapitanie gdybyś musiał dwadzieścia razy przepisywać rozdział Singera lub kogoś podobnego.(...)
- Nie, uderzono mnie w łeb czymś.
- Czym?
- Pierścionkiem.
- Kto to zrobił?
- Jedna z dziewczyn Saturna.
- Dlaczego?
- Bo zastrzeliłem gorylątko, znęcali się nad nim...
- Jak?
- Miało wydłubane oczy, przypalali mu skórę rozżarzonymi węglami, turlali ślepego...
- Po co?
- Dla zabawy...
- Dla zabawy...- powtarza Robert tym samym monotonnym szeptem - Dla zabawy...dobrze, zabawa jeszcze się nie skończyła...
Gdybym był kapitanem Saturnem, miałbym już tylko jeden cel w życiu - wykończyć Roberta. Lub zwiać stąd na koniec świata. Ale Saturn nie słyszał tego szeptu.
Kinga też eksterminowano dla zabawy.
(...) ...Robert miał tam coś co nie istnieje - był szczęśliwy. Czy jest szczęśliwy teraz? Skoro się jeszcze nie zastrzelił - to chyba tak. (...)Musiał maszerować parę kilometrów. Ale nie sam, bo kiedy wysiadł na tym przystanku, ujrzał Kinga siedzącego między słupkami. Witali się długo i gorąco, i ruszyli razem przez las. Przy sosnowych młodnikach ścieżka skręcała w prawo, ale kiedy chciał iść dalej, pies zastąpił mu drogę i nie pozwalał zrobić kroku. Zębami chwytał nogawki dżinsów i ciągnął boczną ścieżką ku kotlinie, którą można było obejść wioskę i trafić tam z drugiej strony. Robert ustąpił psu, pomaszerowali tą okrężną drogą.
Babcia stojąca w progu dała Robertowi rękę do ucałowania pytając:
- Czy otrzymałeś mój list?...ten gdzie pisałam, że na starej drodze jest teraz bagno, i że utopił się tam kowal i że trzeba iść krajem młodnika?
- Nie, babciu.- odpowiedział Robert.
- Więc chwała Bogu, że nic ci się nie stało!
- King nie dał mi iść starą drogą, poprowadził mnie dołem.
- King?...Mój chłopcze, jesteś zmęczony...To nie mógł być King.
- To był King babciu. Czekał na mnie koło przystanku autobusowego.
Babcia wzięła go w ramiona mówiąc:
- King już od roku nie żyje. Zatłukli go jacyś miastowi, przyjechali tu na pomiar. Upili się i zatłukli go kijami. Nie pisałam Ci o tym, żebyś się nie martwił ale teraz i tak byś się dowiedział.
Dowiedział się wszystkiego od wieśniaków, każdego szczegółu jaki znano. Spakował manatki, ucałował babcię i dziadka, i ruszył na przystanek autobusu. Dziewczynę zostawił pełną łez, ale miał serce skaleczone tak głęboko, że jej miłość i jej rozpacz nie znaczyły już dla niego nic prócz bladych wspomnień.
Wkrótce potem przyszło od babci parę listów. Pisała, że Robert zamienił się w wilkołaka, gdyż dziewczyna rzuciła na niego klątwę i urok, i że mieszkańcy okolicznych wsi boją się wędrować lasem. "

Waldemar Łysiak „Flet z mandragory"

Ludzie z przedziału przestali istnieć, stukot kół jadącego pociągu nie umiał dogonić nawet rytmu bicia mego serca. Las na horyzoncie przecinał biel ziemi. Nieba nie było.
Skronie poczęły odgrywać mi rytm wojennych. Moja twarz musiała być czerwona. Wiedziałem tylko jakie mam oczy, wiedziałem też, że jak któryś ze śpiących ludzi zbudzi się i spojrzy na mnie to będzie musiał uciec. Wiedziałem też, że gdy wysiądę z tego pociągu to już jako ktoś inny.
Nie zamykałem oczu, nie umiałem zamknąć oczu. Bałem się, że spod zaciśniętych powiek, przemknie się woda jak kaskada wodospadu.
Musiałem umierającymi oczami patrzeć na świat bez nieba.

-----------------------------------------------------------------------------------

"Istnieją takie miejsca, które trzeba i można oglądać jedynie w ciemnościach." - Carlos Ruíz Zafón "Cień wiatru"

 

- Czasem się Ciebie boję. Lubię Cię ale się Ciebie boję - powiedziała.
- Ja mam odwrotnie - upił kawy, głos jego nawet jeśli nie był łagodny był do zniesienia - Czasem siebie lubię ale nigdy się siebie nie boję.
- Jakbyś wiedział, że spełni się jedno życzenie, czego byś sobie życzył na święta?- zapytała oswajająco.
- Mam wszystko, oddaję swoje życzenie Tobie, zrób z niego pożytek- powiedział zimno.
- Nie- upierała się - gdybyś musiał.
Ciepła filiżanka w dłoni koiła go.
Zrazu myślami pobiegł do wyspy i zobaczył siebie jak wisi na linie na jakiejś Maderyjskiej skarpie. Jest sam, całkowicie sam ale może odnaleźć siłę.
Gdzieś tam w głębi przebiła się postać niej, to jakiś Elf, który ogląda z zaciekawieniem jeden z jego ulubionych filmów, a on wówczas zasypia spokojnie. Ale Elf ma trochę za złe, że on zasypia w takim towarzystwie. Jednak mężczyzna nie tłumaczy nic, zamyka oczy, czas się zatrzymuje, serce ledwo bije.
Po chwili widzi postacie męskie i ciemnoskóre dziewczynki klęczące w płaczu na skraju wsi. Postacie parskają śmiechem, jedna z nich trzyma zapalniczkę nad oblaną benzyną kobietą. On stoi i wbija nóż w gardło temu z zapalniczką, rozpętuje się piekło. W śmierć zamieniają się śmiechy ludzi. Strzela tak celnie jak zawsze. Gdzieś na końcu tego wszystkiego dziewczynki podchodzą do niego, kobieta oblana benzyną płacze bezsilnie. On leży z kawałkiem żelastwa w ciele wyrwanego wybuchem z pojazdu, z którego jakaś ludzka małpa waliła z kalibru pięćdziesiąt milimetrów do niego.
Jakby na w pół ocknąwszy się spojrzał na telefon i pomyślał tylko o tej jednej wiadomości. Tej która mogłaby być nitką, za pomocą jakiej mógłby się trzymać życia.
Był doskonały w trzymaniu się pozorów, spojrzał na dziewczynę, napił się kawy, wyprostował na krześle.
Na chwilę jego żywe oczy zatrzymały się na zgliszczach budynku.
- Nie chcę nic. Weź sobie moje życzenie – powiedział z nienawiścią do życia.
Uniósł ślepia w górę i już nie krzyczał gdy pokazywał Bogu jak bardzo jest jeszcze mocny. Tamten puścił do niego oko, gdzieś w powietrzu przemknęła cicha groźba śmierci ze strony człowieka.

 - Jesteś najniższą formą życia – wydziera się postać w wojskowym mundurze. Krzywi twarz w spazmie gniewu ale jest w tym pysku coś za co można by było go polubić – Nawet nie jesteś ludzką istotą – wskazuje na mężczyznę ociężale palcem. To dawny jego, pierdolnięty na punkcie dyscypliny sierżant – Ponieważ jestem twardy to mnie nie polubisz! A im bardziej mnie znienawidzisz tym więcej się nauczysz! – przerywa, pochyla się i wydmuchuje leżącemu dym z cygara w twarz. Zniża głos gdy widzi, że ciało tamtego jest coraz zimniejsze – Jestem twardy ale jestem sprawiedliwy.
Ma bardzo charakterystyczną twarz. W zasadzie jest jednym z niewielu ludzi jakich można spotkać, którzy mówią twarzą. Patrzy na Ciebie sekundę po szóstej rano i już wiesz, że za dwadzieścia dziewięć sekund musisz być ubrany i stać na baczność. A jak nie to również wiesz, że wyrzygasz zawartość wczorajszych posiłków do maski z oporządzenia chemicznego. Jak skończą się wczorajsze posiłki, wyrzygasz cokolwiek z żołądka. Będziesz zapierdalał nie wiedząc nawet jak długo.
- Podobasz mi się – wspiera dłonie o połamanych dawniej kościach na barkach – Wpadnij do mnie i pieprz się z moją siostrą – pluje na nogi mężczyzny – A może ma tutaj przyjść, bo ty już z czegoś co przypominało człowieka stałeś się ciotą. Jesteś ciotą szeregowy? – zapytuje ale oczy tamtego patrzą tylko na niego pusto. Ma gębę tyrana który uwodzi lub zabija ale nie jest odrażający – Wspaniale kurwa. Będziesz więc robił pompki dopóki nie umrzesz! – rozdarł się w nicość a gdy wciąż leżący nic nie mówi, robi sus w przód i wali go potężnym butem w żebro. Tamten zgina się w pół, z ust skapuje krew, oczy powleka ciemność – Mam Twoje imię. Mam Twoją dupę! Tu nikt nie płacze i się nie śmieje! – wydziera się wciąż i ponownie uderza potężnie. Głowa postaci opada na bok resztkami sił – urwę Ci głowę i naszczam do szyi!.
Zdaje się, że przez chwilę słychać wycie lisów. Mężczyzna otwiera oczy i unosi korpus nad śnieg ale nic nie widzi.
- Czemu dołączyłeś do mojego korpusu? – pyta ale wcale nie łagodnieje.
- Żeby zabijać – odpowiada machinalnie.
- Więc jesteś mordercą?
- Tak jest.
- Pokaż mi swój wojenny wyraz twarzy – przeskakuje w zaspę i zatrzymuje swoją wstrętną gębę naprzeciw zakrwawionej twarzy, która skupia na nim resztki sił – Masz taki czy jesteś tylko cipą? – teraz lustruje zmrożoną twarz, aż w końcu gdy wydaje się, że przypierdoli w nią, wstaje z nikłą satysfakcją – Skąd pochodzisz szeregowy?
- Z Wrocławia – odpowiada na rozkaz.
- Tylko psy i pedały pochodzą z Wrocławia. Nie wyglądasz mi na psa więc jesteś pedałem. Obciągasz kutasy?
- Nie!- ręce topią się całe w śniegu, czubkiem nosa dotyka białego puchu, który od razu zmienia się w czerwień.
- Lubisz obciągać?
- Nie!
- Wolisz posuwać czyjąś dupę i nawet nie chcesz mu obciągnąć?
- Nie!
- Czy Twoi rodzice mają jakieś normalne dzieci? – wgniata jego głowę podeszwą buta w morze śniegu. Jego usta czują smak własnej krwi.
- Tak- nie ma on sił walczyć ze śmiercią ale nie umiera jeszcze.
- Pewnie jest im przykro. Jesteś brzydszy niż dupa pawiana. Pewnie są wkurwieni, że to co z ciebie najlepsze zostało na ich prześcieradle.
Postać w śniegu unosi tułów, głowa podąża w stronę nieba bez gwiazd, ręce opadają na uda. Wyprostowany otwiera oczy i zatrzymuje ciężki wzrok na sierżancie.
- Gdzie masz karabin szeregowy? – wydziera się tamten z narastającą satysfakcją, że to nie koniec męczarni.
- Nie wiem.
- Chcesz powiedzieć, że zgubiłeś?
- Nie!
- Dam Ci nowy karabin szeregowy. Nadasz mu imię dziewczyny. Nie kurewskie imię jakiejś lampucery. To dobry karabin. Szeregowy.
- Tak jest.
- Będziesz spał ze swoim karabinem. Będzie to jedyna dziura do jakiej będziesz mógł włożyć palec.
- Tak jest.
- Skończyło się grzebanie pod spódnicą. Zaślubisz ten kawałek żelaza i drewna i będziesz mu wierny.
- Tak jest.
- Jakie mu nadasz imię szeregowy? – patrzy diabeł podejrzliwie gotów do potwornego ciosu na dźwięk błędnej odpowiedzi. Klęczący w śniegu otwiera szeroko oczy i zatrzymuje na wzroku rozjuszonej bestii. Zdaje się, że na ułamek sekundy prawdziwy uśmiech szczęścia rozświetla jego kamienną twarz gdy widzi w cieple nocnej lampki jej dziewczęce palce gładzące jego pokaleczone dłonie. Zapada w sen z ledwo bijącym sercem, ona przewraca kartki jego opowiadań, w których pisał o elfach. Lubiła czytać baśnie i lubiła zasypiać z myślą, że może być kiedyś jedną z nich. Kiedyś zbliżyła do niego smutne oczy i powiedziała tylko - Wiem czemu nie jesteś szczęsliwy - nie reagował gdy wilgoć pokryła jej policzki - Wtedy nie mógłbyś być opowiadaczem historii.
- Nie słyszę szeregowy – pochyla się na widok delikatnie ruszających się ust i zbliża do nich ucho. Chce znowu coś wrzasnąć gdy dwa stalowe ramiona oplatają jego szyję. W pierwszym odruchu podrywa swoje potężne ciało w górę lecz dwa mocne kleszcze ani drgną mimo, że ciało zostaje wyrwane w z ziemi. Miota się chwilę, po czym mroźną ciszę przerywa chrzęst zgniatanej krtani. Wielka kukła jakby chciała coś powiedzieć zdziwionymi ustami ale nie wydobywa się z niej żaden sensowny dźwięk. Puszczona opada w zwały śniegu i tam znika.

 - Gregory?
- Tylko Wilson może szkalować moje imię - stał opierając się na lasce - Umierasz- powiedział zupełnie zwyczajnie, jakby od niechcenia.
- Wszyscy umieramy House.
- Ale Ty umierasz tutaj i teraz - ich oczy się spotkały, były tak samo niebieskie.
- Nie zawsze możesz mieć to czego chcesz, czasem dostajesz to czego potrzebujesz - wpatrzył się w niego pobłażliwie - Znasz to, przecież to Twój ulubiony filozof Jagger.
- Ty nie masz ani tego czego chcesz ani tego czego potrzebujesz. Ale jest jedna korzyść. Świetnie z tym wyglądasz.
- Każdemu z czymś do twarzy. Tobie dobrze z bólem nogi. Uszlachetnia Cię, kto inaczej chciałby Ci pobłażać.
- To vicodin mnie uszlachetnia. Sprawia, że na mojej twarzy pojawia się ludzki grymas.
- Czasem dostajesz to czego potrzebujesz, co?
- Ból nogi to ból nogi. Diagnoza i remedium. Tabletki pomagają, a Ty co zażyjesz na swoją dolegliwość?
- Nie wiem. To Ty jesteś lekarzem. Myślę, że przydałoby się zszyć - starł dłonią przyschniętą już krew gdzieś w okolicach potylicy.
- Ja nie o tym. To robota dla chirurga, żadna łamigłówka. Pytam o duszę.
- Znajdę coś w aptece.
- Nawet jak znajdziesz to nie weźmiesz - zaczął wyglądać jakby się przejmował - Ból fizyczny się znosi, prawda oscarku? - parafrazował cytat - Ja go uśmierzam ale ból duchowy się wybiera - w jego tonie był jakiś zarzut - Kiedy ostatnio byłeś w aptece?
Leżący mężczyzna zerknął w ciemność do okoła, starając się nie wykonywać gwałtownych ruchów. Zamyślił się.
- Nie dostaję recept od lekarzy - powiedział złośliwie.
- Bo do nich nie chodzisz.
- To nieprawda.
- Kobieta od serc i facet od rozmów to nie lekarze. To szarlatani, a Ty poszedłeś tam dla hecy. Ja jestem prawdziwym lekarzem.
- Już chyba wolę trzynastkę albo Cudy.
- Trzynastka preferuje kobiety, a Cudy adoptowała dziecko i związała z innym. Oprócz tego oczywiście, że w Twoim przypadku przecież nie może chodzić o dupę.
- Chodzi - włożył dłonie pod ocieplenie kurtki - O moją.
- Wstawaj. Nie bądź dupkiem, czemu miałbyś nie chcieć się ocalić?
- Czy nie mógłbyś pozwolić umierającemu człowiekowi na jakąś błogą chwilę?
- Ale to jest głupie. Po co Ci? Staraj się żyć, tylko to się liczy.
- Dlaczego nie dasz mi przeżyć tych ostatnich chwil z myślą o plażach, słońcu, bikini, drinkach, szybkich samochodach, oceanie.
- Będą tam siedemdziesiąt dwie dziewice? Albo Walkirie?
- To koniec. Zostało mi kilka godzin. Jaką szkodę mogą spowodować mi ostatnie chwile spędzone bez bólu? Co za perwersyjną przyjemność czerpiesz starając się bym nie czuł nic poza strachem przed utratą życia. I żalem.
- Cierpienie jest lepsze niż pustka.
- Nie wiemy tego. Żaden z nas nie był po drugiej stronie.
- Męczy mnie ten głupi argument. Nie muszę jechać na Suwałki, żeby wiedzieć, że tam piżdzi.
- Wszystko świetnie House ale tam gdzie zmierzam, to nie Suwałki. Nikt tam nie pojechał i nie wrócił aby o tym opowiedzieć. Przekraczasz rzekę i już nie wracasz na ten brzeg.
- W którym miejscu umieranie jest lepsze od życia?
- W miejscu bez vicodinu, a z bólem?
- No dobra, może nie jestem idealnym przykładem na trzymanie się życia za wszelką cenę ale czas wszystko zmienia. Warto być po tej stronie ciemnej wody.
- Tak mówią ale to nieprawda. Konieczne są czyny, gdy się nic nie robi, wszystko zostaje dokładnie takie samo jak było wcześniej.
- Wierzysz w nadczłowieka Nietzschego, naucz się nadczłowieka. Człowiek jest tworem, który powinien być pokonany. Co uczyniłeś aby go pokonać?
- Dotarłem aż tutaj. Całkowicie sam, mroźnym, zimowym wieczorem i pogodziłem się z tym, że chcę tu zostać. Czy to mało?
- Dlaczego? Dlaczego uparłeś się aby tu zostać? Tu nawet nie jest ładnie.
- Dlaczego nie znosisz bólu bez vicodinu?
- Nawet nie zmierzaj w tym kierunku. To nie to samo.
- Kiedy istnieje skuteczne remedium na ból nogi, zażywasz je, gdy gnije Ci ręka, ucinasz ją.
- Nie da się amputować duszy, nie zapędzaj mnie i siebie w narożnik.
- Czasem ból staje się nie do zniesienia House. Przecież wiesz o tym doskonale.
- Naucz się tego. Naucz się jak go znosić.
- W jakim celu? Któregoś dnia zwyczajnie zbłądziłem i już się nie wydostałem. Rosłem ze skrzatami, podczas gdy aby żyć normalnie w dorosłym, ludzkim świecie muszę się do niego zwyczajnie dostać i uczyć umiejętności jakich wcale nie chcę umieć. Życie nie jest aż tyle warte.
- Nawet jeśli, to czemu nie chcieć jeszcze zrobić czegoś fajnego? Są ludzie, którzy Cię potrzebują. Wiesz o tym, wysyłają Ci listy.
- To postacie ludzkie. Obce.
- Czy nie jest poczuciem dobrym zdać sobie sprawę, że ktoś, gdzieś przetrzymał bo odnalazł słowa definiujące jego ratunek? Sam tak miałeś, wierzysz niestrudzenie w moc słowa.
- Ludzie są egoistami House.
- Sam jesteś egoistą. Spadłeś na głowę i dobrze Ci z tym. Tam czeka na Ciebie kot ale Ty nie chcesz się ruszyć, gdzieś wyczekują Twoich słów ale Ty nie masz zamiaru już nic dać.
- Moje słowa upuszczają mi krwi. Tam się wykrwawiam w męczarniach. Nie chcę już cierpieć. Chcę umrzeć śmiercią gwałtowną.
- Życie jest ciągiem pokojów. Czyż nie sprawia Ci przyjemności wchodzenie do tych wyjątkowych? I ujrzeć pąs na twarzy dziewczyny gdy czyta z Twoich słów własną przyszłość? Uratować chłopca przed skokiem? Ujrzeć za jednym spojrzeniem czyjś krzyk, podczas gdy reszta przechodzi nie umiejąc usłyszeć? Jesteś potrzebny tutaj.
- A co ja z tego mam?
Uderzył nerwowo laską o kamień, pokręcił głową i parsknął gniewnie.
- Nic - urwał - I co to zmienia? - spoglądali na siebie jak starzy przyjaciele. Mężczyzna zamyślił się, House spojrzał w niebo. Nie było na nim gwiazd. Śnieg psuł noc - Jaki dźwięk wydaje jedna klaszcząca dłoń? - zapytał zniżając głos, mężczyzna zmarszczył czoło, jego skronie wygięły się złośliwie - Co czujesz teraz? Co czujesz jak szukasz odpowiedzi?- obserwował leżącego bacznie, zrobił krok w tył i usiadł na głazie - Wyzwalaj się dzięki przeszkodom. Definiuj rzeczy, zjawiska, które dla ludzi są istną fantastyką. Po prostu wstań i idź i wciąż idź. Pewnego dnia na ziemi znajdziesz remedium. Schylisz się i weźmiesz je w dłoń. I nie zażyjesz. Taki właśnie jesteś, więc co mi chcesz udowodnić? Na złość odejść abym zapłakał? Ludzie są egoistami, przyjdą na twój pogrzeb dla hecy aby spojrzeć jak panienki, które powinieneś znać są poubierane i co ty kurwa w nich widziałeś. A później oczywiście cię wspomną. Na imprezie wypiją za Ciebie, po godzinie od toastu zarzygają kibel. Rano wszyscy będą mieli kaca ale Ty wciąż nie będziesz żył.

"Ja was uczę nadczłowieka. Człowiek jest czymś, co pokonanym być powinno" Fryderyk Nietzsche

- Psujesz mi podróż House - sięgnął ręką do plecaka, wyczuł kapelusz wojskowy, czapkę z daszkiem, okulary strzeleckie. Pomyślał, że mógłby kiedyś jak normalny człowiek pójść i kupić czapkę zimową.
- Ja po prostu nie chcę żebyś jechał - jego głos wydobył się z zaciśniętej krtani, było w nim coś tak tragicznego, że mężczyzna musiał podnieść wzrok - Jak odejdziesz, zostanę całkowicie sam - mądre oczy poczęły odbijać w szklistej wilgoci blask śniegu.
Ranny dając wygrać wyczerpaniu, opuścił głowę na klatkę piersiową, jego oddech był coraz płytszy, rany na ciele mroziło zimno. Ciężkie powieki opadły, oczy poszyła ciemność. Czuł dookoła przerażającą pustkę ale nie mógł bać się czegoś z czym obcował od dawna.

- Hej - usłyszał za sobą stłumiony okrzyk. Odwrócił się i dostrzegł starca na łodzi przybijającej do brzegu - Gotów? -stojący na brzegu skinął przytakująco - Masz monetę? - Charon wyciągnął ku niemu dłoń - Nie ma co stroić min. Zapłata za przewóz to warunek konieczny.
- Zapomniałem portfela- poinformował z przejęciem mężczyzna, klepiąc po kieszeniach wojskowej kurtki.
- Podróży po Styksie się zachciewa, a nawet jednego obola biedak nie ma przy duszy. - splunął beznamiętnie starzec.
- Nie możesz zrobić wyjątku? Zdarzało Ci się - próbował negocjować stojący na brzegu.
- Na rok mnie za taki wyjątek wobec Heraklesa zakuto w kajdany. - rzucił z niechęcią, odbijając łodzią od brzegu.
- Jestem przyjacielem Tanatosa- krzyknął w stronę łodzi.
- To wracaj do niego bo na mrozie siedzi i czeka na Ciebie - odpowiedział starzec - A z Elfami jest jeden problem - człowiek patrzył pusto w ciemność nad wodą, przewoźnik już zniknął - One za wszelką cenę pragną być ludźmi - dochodził tylko jego głos.
- A co to zmienia? - zapytał nicości bez przejęcia.
- Nie rozumiesz.- słowa Charona były coraz cichsze - One muszą być z ludźmi. Mogą kochać Ciebie ale tak jak Ty kochasz je. W marzeniu.
W kojącej agonii, otwiera z wolna oczy, przy nim pochyla się postać ściskająca w dłoni wielki kawał stali i broczy nim w jego sercu.
- Poczekaj!.- krzyczy mężczyzna obserwując jak House z pasją w ślepiach wolną ręką dobywa z jego serca rozbrykane stworzenie i wpatruje się w nie z triumfem - To Elf - wycedza mężczyzna z niedowierzaniem.
- To pasożyt - reprymenduje House, odstępując kroku i wciąż ściskając w ręku zakrwawiony nóż, podrzuca w górę ogłupiałe stworzenie. Ono natychmiast rozpościera małe złociste skrzydła i rozświetla mrok niczym świetlik.
- Łap ją! - krzyknął leżący bezsilnie starając się wstać.
- Niech leci - elf wachlował skrzydłami jak koliber - Spójrz jak ładnie wygląda na tle drzew. Przewrotna bestia. Niech leci i żeruje na innym sercu.
- House - ranny wciąż krzyczał - Ona zamarznie.
- To Ty zamarzasz - wyprostował się i mienił przed nim jak nikczemny rzeźnik.
- Łap ją i wsadź z powrotem do mojego serca. Jest minus dziesięć stopni.
- A w powietrzu minus osiem- posłał mu ironiczny uśmiech ale on przecież zawsze się tak uśmiechał - To i tak cieplej niż w Twoim sercu.
- Daj mi tabletkę- rzucił krótko.
- Moją?
- Tak. Daj mi vicodin.
- To się jeszcze nie zdarzyło- zmieszał się - Nie dzielę się vicodinem.
- Dawaj tabletkę, musi przestać mnie boleć. Widzę jeszcze ją i złapię. Nie zamarznie.
- A może zacząłbyś się martwić o siebie, co? Jest minus dziesięć, leżysz z połamanymi trzema żebrami, stłuczoną kostką i pękniętą czaszą. W dodatku jakiś rzeźnik zrobił Ci dziurę w sercu.
- Dawaj tabletkę House!
- To vicodin, narkotyk usuwający ból, a nie specyfik zamieniający połamanego zdewastowanego człowieka w zdrową sarenkę. Nie wstaniesz i nie pozapierdalasz po śniegu jak parzystokopytne stworzonko z pstrokatymi uszkami. Co najwyżej przestanie boleć.
- A masz coś co zamieni mnie w sarenkę? - wpatrzył się w niego poważnie.
- Jestem lekarzem, nie szamanem.
- Więc do czego Ty mi właściwie jesteś potrzebny?
Wydobywa z kieszeni fiolkę patrząc smutno w dal. Na chwilę zapomina się i przestaje udawać szczęście. Wysypuje tabletkę na dłoń i szybkim ruchem umieszcza w ustach. Tylko tragiczny grymas w kącikach oczu towarzyszył temu.
Przysiada ponownie na kamiennej płycie i kładzie dobyte z nicości tuż przed rannym dwa przedmioty.
- Mogę zrobić dwie rzeczy Mag – mówi mu po imieniu i smutno – Zafundować Ci rejs – tutaj wskazuje na monetę – Lub nauczyć grać w szachy – otwiera pudełko, z którego rozsypują się wojenne figury. - patrzy w niebieskie ślepia Złego - Wybieraj.

„Wyrychtuj łuk, Kyprido, i bez namysłu idź sobie
Gdzie indziej

- Ja wiem co Ci dolega - odezwała się śliczna barmanka. One wszystkie tutaj były śliczne - Musisz cierpieć. Nie lubisz sam siebie ale siebie podziwiasz. Boisz się zmian, utraty wyjątkowości. Uważasz, że cierpienie Cię uszlachetnia - zapaliła papierosa i wydmuchała dym wprost w moją twarz.- A zwyczajnie przez cierpienie nie jesteś lepszy od innych tylko bardziej nieszczęśliwy.
- Są dziewczyny które prześpią się nawet z bezkręgowcem - mówię wyciągając dłoń po papierosa z jej paczki - Nie Ona, bo Ona sypia tylko ze mną i ze swoim facetem ale...ale są takie - patrzyłem na nią głupkowato.
- Powinieneś usłyszeć siebie kiedy z nią rozmawiasz. Nic innego na świecie nie ma znaczenia.
- Ale ja wyjdę z tego.
- Tak - przypala mi papierosa zapalniczką. Pierwszy papieros od kilkunastu lat - I dokąd pójdziesz?
- Zakończę ten dzień. Wiesz co jest najlepszym na końcu każdego dnia? Jutro wszystko zaczyna się od nowa.

Niby czym zasłużyłem sobie, aby mógł mnie nazwać obłudnikiem? Jestem prawy i sprawiedliwy. Pomagam pająkom przejść przez ulice. Wyciągam pomocną dłoń, nie oczekując niczego. Żyję nie czyniąc nikomu zła i nie gardzę mądrością, którą potępia. Księga mądrości uczy nas: „Nieszczęsny bowiem kto mądrością gardzi i karnością."
To dlatego Ojciec i syn tak bardzo nienawidzą kobiet? Bo sięgnęły po owoce, które dają wiedzę?
Nie zamykam nikomu bram nieba. Nie mam takiej mocy. Posiadam jedynie moc chodzenia właściwymi ścieżkami. Jestem dobry i taki pozostanę. Nie zwrócę się przeciwko bratu, czy osoby, którą kocham. Nie wyzwę przyjaciela, który stara się mnie pocieszyć. Nie będę żałował, że jeszcze się nie pali tam, gdzie chcę aby się paliło- „Przyszedłem rzucić ogień na ziemię i jakże bardzo pragnę żeby on już zapłonął...czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie, powiadam wam, lecz rozłam. Odtąd bowiem pięcioro będzie rozdwojonych w jednym domu.; troje stanie przeciw dwojgu, a dwoje przeciw trojgu." (ewangelia wg, św. Łukasza)
Pragnę, abyśmy byli wolni od każdego jednego Boga. Aby jedyną rzeczą jaka mogłaby nas rozdzielić była śmierć, a nie wiara. Pragnę, aby dwie spotykające się osoby w jakiejś części świata, mogły sobie powiedzieć- jesteśmy dobrymi ludźmi. Dalej możemy pójść razem- a nie, że mój Bóg jest lepszy od twojego.
W czym lepszy? W mordowaniu, czy w ilości składanych obietnic? A jeśli rzeczywiście w czymś lepszy, to co to zmienia?

 

Biały, wielki kaukaz który lizał mnie po uchu, zupełnie obcego przedstawiciela najgorszego z gatunków wywołał jedyną nutę radości na twarzy kiedy spadłem na dno przepaści. Było życie jako wszystko i był kaukaz jako ten pierwiastek. To On sprawił, że usiadłem i jestem tutaj. Bo nawet jeśli żyjesz i jesteś idealistą czyli kimś zupełnie z innej planety i nawet jeśli zrobisz coś durnego i skażą Cię na katorgę i zapomnienie - sami będąc całkowitymi głupcami - przychodzi stworzenie które czuje instynktem, zapachem, gestem. I wtula się w Ciebie jakbyś był ostatnią istotą na ziemi. Różnica gatunków? Uwierz mi, że więcej znaczy pysk potężnej bestii przy policzku niż uśmiech niegroźnego człowieka.

 

Popadam często w melancholijną zadumę i wspominam dobre chwile; jestem szczęściarzem, gdyż zostały mi dane, po czym nostalgia ukazuje mi rewers mego losu, a melancholia przybiera twarz ironii; bo jednak wypaczyły moje życie.

Spoglądam melancholijnie wiecznie zmrużonymi oczyma i jestem bardzo, bardzo daleko. Cały czas odbiegam gdzieś myślami. Nigdy nie jestem z tym, na kogo akurat patrzę, kogo akurat tulę. Zawsze mogę być gdzie indziej. Zawsze jestem gdzie indziej; ale sam. Całkowicie sam.

„Teraz moc srogą stalowego klina
na wskroś mu przegnaj przez pierś ciosem młota."
Ajschylos

...są ludzie którzy wymieniają marzenia...

 

„Czas nie chce się zatrzymać, każdy upływający dzień postarza mnie, a ja wciąż szukam tego czego szukałem rok temu, dziesięć lat i dwadzieścia lat -
bezskutecznie. Świat pędzi, ja zaś stoję w miejscu, biegnąc za chimerami i coraz mniej wierzę, iż można je doścignąć. Nie ma bezinteresownych uczynków i uczuć, nie ma prawdy, przyjaźni i wierności, nie istnieją idee bez skazy i przysięgi bez pułapek, jest tylko zgorzknienie, które odkłada się we krwi, niczym słoje trującego drzewa."
Łysiak; „Wyspy bezludne."

 

Czerwoni Khmerowie poobcinali wszystkie zaszczepione przeciw chorobom rączki obozowych maluchów. Zwykłą siekierą, jak skrzydełka drobiu tasakiem. Wyrywali malca rodzicom, kładli rączkę na pniak i ciach! wokół masztu piętrzyła się piramidka tych dziecięcych kończyn, a ja zdrętwiałem- nie mogłem się ruszyć i nawet nie mogłem płakać. Później odchyliłem głowę ku niebu i spojrzałem bogu prosto w oczy. Wieczorem piłem sam. Moi towarzysze również tankowali całą noc.

 

- Przepraszam.- chwytam delikatnie kelnerkę za nadgarstek, starając się opanować działanie alkoholu- Boję się ciemnych miejsc, czy możesz mnie odprowadzić do domu?- zrobiłem minę urwisa, ale ona nawet na mnie nie spogląda wymęczona dziesiątkami propozycji i kilometrami przebytymi po lokalu. Zapomniałem o jednej dewizie- nigdy nie podrywać kelnerek i barmanek.
- Jest tu kilku kelnerów, poproś któregoś z nich albo zamówię Ci taksówkę.- brnie zwinnie ku wolności.
- Ale ja nie proszę kelnerów i nie chodzę z taksówkami.
- Podrywać też nie umiesz.- zgarnęła puste szkło i zniknęła za filarem.

 

- Bogowie mnie nienawidzą.- powiedziałem podczas końca pewnego roku.
- Nieee.- skwitował mój przyjaciel z przekąsem- Wówczas spełniliby wszystkie twoje marzenia.- pochylił się, aby sięgnąć po szybko opróżnianą butelkę wódki- A ty nie masz nic. Zupełnie nic. Jak kurwa w deszcz. Brak wiary w sukces.
- Przepraszam.- chwytam delikatnie kelnerkę za nadgarstek, starając się opanować działanie alkoholu- Boję się ciemnych miejsc, czy możesz mnie odprowadzić do domu?- zrobiłem minę urwisa, ale ona nawet na mnie nie spogląda wymęczona dziesiątkami propozycji i kilometrami przebytymi po lokalu. Zapomniałem o jednej dewizie- nigdy nie podrywać kelnerek i barmanek.
- Jest tu kilku kelnerów, poproś któregoś z nich albo zamówię Ci taksówkę.- brnie zwinnie ku wolności.
- Ale ja nie proszę kelnerów i nie chodzę z taksówkami.
- Podrywać też nie umiesz.- zgarnęła puste szkło i zniknęła za filarem.
- To nowy rok.- zaśmiał się przyjaciel- Wymów życzenie.
- Właśnie je sobie pomyślałem- przegryzłem smak wódki ogórkiem kiszonym.
- Juz się spełniło. Ona luka z poza tego filara.
- Jeszcze się nie spełniło.- wskazuje mu wzrokiem faceta całującego ją w usta schwyconą w biegu- On jeszcze żyje.
- Ona go juz pogrzebała tylko jeszcze o tym nie wie.
- Pamiętaj, aby mi zawsze przypominać żebym nigdy nie podrywał kelnerek.
- Dlaczego? zawsze miałeś do nich słabość.
- Są zabiegane, podrywają je dziesiątki facetów, starają się tylko przeżyć do rana, gardzą męskim wzrokiem tutaj. mają tego najzwyczajniej dość, uśmiechają się tylko z konieczności.- kiwnął głową abym się obrócił co niechybnie uczyniłem.
- W niebie musi brakować anioła jednego.- patrzę jak nademną stoi zdyszana złotowłosa, a facet niosący dwa piwa szczerzy do niej zęby.
- Chłopie czy ty wyobrażasz sobie jak oni się tam teraz kurwa cieszą.- odpowiada na jego podryw rozglądając się po lokalu.
- Cieszą? oj chyba płaczą.- kontynuuje osesek.
- Deprawowałam wszystkich świętych i pozarażałam jakimś paskudztwem.
- ale...- smutnieje chłopak z piwami kiedy ona nie częstuje się żadnym.
- Wywalili mnie z receptą do apteki.- jej spojrzenie zatrzymuje się na mnie. Przeskakuje nad oparciem kanapy i siada. Facet od piw uznaje to za koniec rozmowy, ona sięga po paluszki.
- no to jak? bawimy się? w końcu to nowy rok.- mówi niby wesoło chociaż bez uśmiechu.
- Jeśli obiecasz, że mnie nie zarazisz tym z recepty.- przypominam ostrożnie.
- Chłopcze.- częstuje się fajką ze stołu i zapala.- obiecuję że cię nawet nie dotknę. Nie schlebiaj tak sobie.
- Czuję się więc wyróżniony zważywszy, że puszczałaś się w całym niebie, to znaczy je rozpierdoliłaś, przepraszam, wypierdoliłaś.
- Chcę się tylko napić...tak na krzywy...na ładny ryjek.
- W końcu to nowy rok.- nalewam jej wódki- Bądź moim gościem.
- Wiedziałam, że porządny z Ciebie chłopiec. że postawisz flaszkę nie chcąc za nią wpychać mi czegoś do pochwy.
- Żartujesz. wpychać tam gdzie wszyscy święci? - kumpel przydławił się trunkiem kiedy mówiłem- Nie dam rady, to znaczy on- zwróciłem wzrok ku memu rozporkowi- bo ma o sobie zbyt wysokie mniemanie. Lubi być wyjątkowy.
- Myślisz, że dla niej to jakaś różnica? jeden czy dziesięciu? po jednym i po dziesięciu woda i mydło skutkują tak samo.
- Ale może recept nie trzeba realizować.
- Czasem trafisz jednego i musisz od razu kupić 3 recepty.- stuka swoją literatką o moją i mojego przyjaciela - Nie ma rady na taką przyrodę.
- A serce nie boli?
- A co to takiego?
- Taka pompka.
- Od seksu? od seksu to boli mnie czasem tylko pochwa nie pompka.
- Więc dla pompki to bez różnicy?
- A co ma być? Ona pompuje tylko krew czy śpię, czy się pierodlę, czy jem kolacje.
- A dusza? nic tam nie kłuje?
- Czasem kłuje jak facet ma porządny sprzęt. ale nie w duszy.- wypiła jednym haustem i nie czekając na moją reakcję nalała sobie sama.
- A coś kłuje w duszy?
- Ja nie mam duszy. jestem wyrachowaną suką.
- Może mózg?
- Waży 1150 gram.
- Całkiem okazała waga.
- Zastanawiam się i po co. Czy Ty wiesz, że tam na górze żaden z tych hujków nie zapytał nigdy czy lubię np. krzyżówki?
- A lubisz?
- No ba, takiego ponad kilowego mózga trzeba karmić.
- Karmisz go krzyżówkami?
- Taa, jak to w życiu, mózg krzyżówkami, pochwę kutasami, żołądek sałatką.
- A nie mogłoby być odwrotnie?
- że co? że pochwę sałatą?
- Że jakaś fajna dieta dla pochwy.
- hahaah.- po raz pierwszy się uśmiechnęła. Była taka urocza i niewinna z twarzy. - Żartowniś. Cipka na diecie. Widziałeś kiedyś jakąś cipkę na diecie?
- Widziałem mnóstwo takich cipek.
- No co Ty.- skrzywiła się po własnym drinku - na sałacie kurwa? bez mięsa?
- Aha.
- Oszukiwały.- ucięła szybko - musiały oszukiwać. Kobieta nie wykarmi cipki sałatą. To tak jakbyś pająka chciał zmusić do jedzenia kaktusa. Przecież to mordercza bestia jest.
- Więc cipkowa dieta nie istnieje?
- Może gdzieś tam żyją takie desperatki ale ja nie jestem w stanie tak o suchym pysku...suchej cipce.
- Nie mówię o suchej, mówię o tym, że mózg krzyżówkami, żołądek sałatką, a cipkę tym jednym rarytasem.
- aaaaa.- uniosła triumfująco brew - Ty o wierności. A ja myślałam, że ty naprawdę każesz mi używać sałaty.
- No coś Ty. Nie zrobiłbym Ci tego.
- A czemu miałabym chcieć to zrobić?
- Może z takiej diety wyrosłaby Ci dusza.
- Miałam kiedyś duszę.
- Zgubiłaś?
- Całą duszę dla tego jedynego. Wieczorem raz ujrzałam jak jakaś suka wyciąga głowę spod kołdry pod którą on leżał.
- Może szukała kolczyka.
- Coś Ty, oba miała na uszach. I nie tylko kolczyki zwisały jej z uszu.
- I to wtedy oddałaś dusze?
- Przeleciałam wszystkich jego kumpli.
- Dobry sposób na...- przerwałem aby podrapać się po głowie - No nie wiem kurwa na co.- nie wiedziałem.
- Dobry sposób na zemstę.- wyręczyła mnie.
- Na kim się mściłaś? Na swoim ciele?
- Przestań. Na nim. To jasne.
- Czy ja wiem. Nie wystarczyłoby splunąć mu do stóp? tak pogardliwie?
- Chciałam aby poczuł jak to jest.
- Jak jest bzykać jego kumpli?
- Jak jest wiedzieć, że pierdolisz się z innym.
- Zyskałaś coś oprócz utraty duszy?
- Rozgłos.
- Pewnie czułaś się jak gwiazda.
- Polubiłam to. Zwyczajnie. Czemu nie można roznosić miłości po całym mieście. Sex jest przyjemny.
- Tak jak orgazm co nie znaczy, że mamy się brandzlować na ulicy.
- To nie to samo.
- Dokładnie to samo. Chcesz wiedzieć co jest najprzyjemniejsze? Powściągliwość, wówczas każdy owoc smakuje najlepiej.
- Obżarstwo też jest dobre. Jeśli dobrze się trawi.
- Zrób proste doświadczenie. Pogłodż się, dwa dni, a później pójdź do restauracji. Sam zapach potraw sprawi, że wylądujesz pod sufitem. Rozkosz. Później oczywiście zamów coś i jedz powoli. Każda sekunda będzie wiecznością. A teraz zjedz te chipsy, paluszki, śledzika, i sałatkę. Zamówimy jeszcze coś pieczonego. Jutro na śniadanie wciągnij jakąś pizzę, a po południu idź do restauracji. Nie poczujesz nic, zjesz coś to jasne ale czy odróżnisz jakieś smaki. Bez szans.
- Przerysowujesz.
- To banalnie proste. Codzienny barszcz z uszkami zabiera nam wyjątkowość świąt.
- Z facetami jest inaczej. To nie barszcz cholera.
- Więc zrób drugi eksperyment.
- Kiepski ze mnie naukowiec.
- Nie dawaj przez tydzień albo dwa. a później wybierz kogoś skrupulatnie.
- Dlaczego skrupulatnie?
- Każdy towar ma określoną jakość. To tak jak z Liścami sałaty; są soczyste, zielone, zwiotczałe...nie wiem, nie znam się na sałacie.
- Myślisz, że dyszenie samca nad Twoim uchem ma różne barwy?
- Nie wiem jak z dyszeniem samca nad uchem ale dyszenie samicy pod uchem z pewnością ma.
- Czyli, że pochwa to nie tylko pochwa ale jeszcze jakość pochwy?
- Prawie wyjęłaś mi to z ust.
- Przecież to tylko dziura do cholery. Wiem, że dla nich liczy się tylko zatkanie tej dziury jak najszybciej.
- Nie wiem jak dla nich ale są na świecie takie ktosie, którzy lubią fajne dziury.
- Samiec to samiec. Nie zeżresz nic przez miesiąc to i dżdżownice wpierdolisz.
- Pewnie z głodu tak. ale jeśli mogę polować i wybierać to nie muszę żreć małych, tłustych, śmierdzących robaków.
- Ale dopóki nie weźmiesz w dłoń nie będziesz wiedział, że jest tłusty i śmierdzący.
- Ok, ale biorę w dłoń i mogę wywalić. To, że masz coś w dłoni nie znaczy, że musisz od razu wkładać do ust.
- o kurwa.- wymówiła zbyt głośno przez co na chwilę staliśmy się stolikiem największego zainteresowania. - Nie wiedziałam.
-Najlepiej w ogóle nie sięgać jeśli nie jest się głodnym. A jeszcze lepiej sprawić tak aby chcieć być głodnym i jeść własną uprawę z wyjątkowego pola.
- kurwa.- przerwał nam przyjaciel- zaczęliście od aniołka a jesteście przy polu.- odkręcił kolejna butelkę wódki- Muszę się napić.
- Mądrala z Ciebie. Pewnie też lubisz krzyżówki.- kontynuuje ona- Co mam zrobić aby odzyskać duszę?
- Musisz znowu być małą dziewczynką.
- Że co?
- Że przestań się puszczać.
- Wtedy będą mnie szanować?
- Wtedy będą śnić o Tobie.- spotkałem się wzrokiem z niedawną kelnerką- I Ty zaczniesz szanować siebie.- minęła stolik i podążyła dalej.
- Śnić o mnie. Pięknie. Jeszcze nigdy nikt o mnie nie śnił.
- Bo każdy Cię miał. Śni się o postaciach z bajek za którymi się tęskni.
- Oni tęsknili za mną. Tak mi mówili.
- Ich kutasy tęskniły ale one nie mają ani mózgu ani duszy. Czasem się dziwię, że taka mała waga, a takie duże znaczenie dla niektórych.
- Jak odzyskam duszę to będzie mi lepiej?
- Będzie.
- Łatwiej?
- Nie
- Więc po co miałabym chcieć to robić?
- Aby było lepiej.
- Ale to łatwiej znaczy lepiej.
-Nie. Łatwiej to łatwiej, a lepiej to lepiej.
- A masło to masło. Ja nic kurwa nie rozumiem.
- To weź przestań żreć tą sałatę i skosztuj trochę protein.
- Że białka?
- Aha
- no dobra.- poprawia kosmyk włosów zalotnie- To chodź.
- Banan kurwa.- mówię wbrew pozorom bardzo delikatnie- Zjedz banana.
- Ty jesteś jakiś dziwny. Ty w ogóle jesteś stąd?
- Ne, nie jestem.
- A skąd Ty jesteś jeśli nie stąd?
- Z daleka.
- Ale z ziemi?
- 80 kilometrów na północny wschód.
- Od Ziemi?
- Od Ziemi to kurewsko daleko.
- A gdzie to?
- Do góry i w prawo.
- Do góry i w prawo.- sprawiła, że jej rozwiane wcześniej włosy nabrały ponownie smagłego uroku. Śliczna była ta Anielica.- Ja nawet nie wiem gdzie kurwa jestem a ty mi każesz do góry i w prawo.
- Jesteś w sorento.
- To miasto?
- Miasto to Bolków
- A gdzie to?
- Na dolnym śląsku.
- To gdzieś w Afryce?
- Aniołku co z Tobą? przecież 1150 gram to waga całkiem zobowiązująca.
- A co Ty kurwa myślisz, że ja wiedziałam gdzie spadałam.
- To Ty naprawdę?
- A co myślałeś? że do jakiegoś Bolkowa recepty przyjechałam wykupić? Wywalili mnie.
- Więc tam naprawdę brakuje aniołka?
- Skurwionego aniołka.- dodaje z uśmiechem- Ale jest nowy rok. Mam postanowienie.
- Masz dwa wyjścia. możesz zostać kurwą albo aniołkiem. Na tej planecie lepiej być...
- Cichoo.- przytyka palec do mych ust. pachniał cytryną po tym jak wymieszała sobie nim drinka. - Sama na to wpadnę.
- Sama to Ty wpadniesz pod pociąg towarowy wypełniony całym województwem samców. Lepiej wracaj tam skąd przyleciałaś.
- Pomysł dobry ale nie wiem jak. Ja nawet nie wiem w której części Afryki jestem.
- Pogoda jest całkiem nie afrykańska. Proszę Cię nie bądź durnym aniołkiem. Nie niszcz mojej wiary we wróżki. Wiąż fakty ze sobą.
- No dobra. więc jestem w europie. Wyglądasz jak wiking więc muszę być w europie.
- Prawie to samo plemię.
- Nigdy nie spałam z wikingiem.
- A ja nigdy nie bzykałem aniołka.
- Więc może.- zamilkła w oczekiwaniu
- Aniołka? - przyjaciel wpatrywał się w nas jak zaczarowany, jego dziewczyna tańczyła z siostrą, a ja chłonąłem urok to raz aniołka to raz kelnerki. Prawdziwy ze mnie skurwiel.- Z opowieści którą tu usłyszałem jesteś trochę inna niż aniołki z moich baśni.
- A co z tamtymi? mają mniejsze cycki?- zapytuje z przejęciem Ona.
- Czy Ty wiesz jak ciężko jest pić przy kimś takim jak Ty i myśleć o baśniach i aniołkach?
- Możesz mieć jednego.- pochyla się nad stołem- Na własność, prywatnie, na co dzień. Skoro już wylądowałam w tej afryce...przepraszam europie to czemu nie oddać się wikingowi.
- Jak na wikinga to całkiem zagorzały ze mnie słowianin. Chociaż kto wie czy kiedyś, gdzieś tam jakiś wiking nie dopadł mojej pra,pra,pra babci jak zbierała bursztyn.
- A widzisz.- całuje mnie w policzek jak mała dziewczynka, nieco tak dla żartu- Czasem wielki człowiek może zaistnieć poprzez zupełne przypadkowe, małe pierdolonko.
Czemu niby jej nie uwielbiać. Ot, taki tam zepsuty aniołek. Wywalili ją chociaż wcale się nie dziwię.
- Idę się poruszać.- puszcza do mnie oko.- Obiecuję, że będę grzeczna.
Grali coś szybkiego, trochę w głowie mi dudniło, nabrałem powietrza do płuc. Nie mogłem pić wódki, to znaczy wiedziałem, że nie mogę bo poziom agresji po wódzie wzrastał mi do pułapu poza wszelką kontrolą. Przyjaciel to wiedział ale on też lubił drastyczne próby sił. Jego dziewczyna za to wiedziała i nie lubiła. Zabrała nam flaszkę i zamieniła na wodę. Tak na godzinę, mówi, abyśmy nie rozpierdolili całej imprezy.
- Czy TY stary byłeś tutaj cały czas?- patrzy na mnie, a ja podnoszę wzrok na niego.
- W tym samym miejscu.- staram się dostrzec gibającego się Aniołka, a przez to wpadam na korpulentkę w czerwieni.
- I byłeś podczas rozmowy z nią?
- Stary.- mówię wypijając całą szklankę wody- Ja nawet z nią rozmawiałem.- resztki z dna z lodem wylałem na czoło.
- Ok. mówi dając znać, że przyjął- Więc powiedz mi czy to Anioł czy zwykła kurwa.
- A jaka kurwa jest niezwykła?- zapytuję otwierając oczy bo przy zamkniętych świat wiruje.
- Ok. Więc to Anioł czy kurwa?
- Wyszło na to, że to skurwiony Anioł.
- Stary.- nakłada sobie sałatki- Czy Ty widziałeś jej oczy?
- Widziałem jej cycki.
- Ale oczy.- wrzuca na talerz też mi. zawsze o mnie dbał.
- A to nie to samo?
- Oczy ma mniejsze.- kiwa na kelnerkę.- Ja wiem, że nie odprowadzisz go do domu ale czy mogłabyś przynajmniej przynieść mu widelec?
- A czy on kurwa nie może sam tego zrobić.- odkrzykuje zbuntowana.
- Kochasz tego gościa przy filarze?- zadaje jej pytanie na co ona zmieszana odwraca głowę aby się przekonać kto tam stoi. Stał jej facet.- Więc uwierz mi, że nie chcesz aby on sam szedł po ten widelec.
Przekonał ja, ja wygrzebałem lód z pojemnika i położyłem na czoło.
- Więc nie widziałem jej oczu. Nie mogę podnieść głowy wyżej niż wysokość ramion.
- Więc jak ona tutaj wróci to podnieś głowę. Ma oczy takie, że można się zakochać. Gdybym nie był już zakochany to bym ją już kochał.
- Nie można kochać dwóch?
- Nie.- odpowiada szybko. Lubiłem go. Był facetem z kosmosu. Nigdy nie zdradzał. Kochał jak dziecko.- Nie w ten sam sposób.
- Biorę Cię za słowo. Ma zajebiste oczy.
- Proszę.- staje nademną kelnerka z widelcem.
- O.- patrzę na nią ponad jednym promilem- To jest dziewczyna którą kocham.
- Kurwa.- zawsze, szybko ripostuje- naprawdę nie umiesz podrywać.
- Kiedy ja nie podrywam.- wzruszam ramionami zabierając widelec- Informuję tylko o swoim uczuciu.
- Więc poinformuj swoją rudą dziwkę zanim zapomni o nim i puści się na parkiecie.- odwraca się i idzie.
- Stary, przecież to kurwa zazdrość jest.- zauważa przyjaciel.
- To nie zazdrość. To zwykła dziwka.
- Ja nie o Aniołku, ja o kelnerce.
- Przecież ona mi kurwa ledwo ten widelec przyniosła.
- Ale z jaką furią.- podniósł głos.- Przecież w tym jest większe napięcie niż buziak z tym burakiem przy filarze.
- On wciąż żyje?- nie wiedziałem bo siedziałem tyłem.
- Do kolejnej flaszki.- delektuje się sałatką patrząc na swoją dziewczynę na parkiecie- Mieliśmy nie pić tyle...tak szybko. Ale jak zwykle wyszło odwrotnie.
- Uwielbiam pić w tej afryce.- podłapałem od Aniołka- mogę się schlać, zawsze trafi się jakiś wiejski kozak i zawsze mogę iść środkiem ulicy i usiąść na kamieniu. i na tym kamieniu przesiedzieć do rana. Kocham małe afrykańskie miasteczka.
- Czemu nie zabierzesz jej ze sobą?
- Muszę najpierw go zabić. Jesteś szeryfem, muszę najpierw Cię spić.
- Połowa knajpy tutaj to szeryfowie.- przypomina.
- Więc czeka mnie ciężkie zadanie. Muszę schlać was wszystkich.
- Ale ja nie o niej. Ja o Aniołku.
- O tej dziwce?
- To pomówienia. Nic złego nie zrobiła.
- Sama o sobie tak mówi.
- To baba. Nie wie co mówi.
- To dziwka.
- To Aniołek. Jeden, całkiem zajebisty Aniołek.
- A co ja będę robił z Aniołkiem?
- Nie wiem. Co się z nimi robi? Modli się do nich?
- Ty od modłów to ja mam jakiegoś skretyniałego Boga. Laskę to ja chcę mieć do łóżka.
- Wiedziałam kurwa, że kolejny szowinista.- kelnerka akurat przyniosła nową popielniczkę.- Czasem facet wydaje się fajny. Nie obcina Cię bezpośrednio na dupę, patrzy w oczy, a przy tym ma takie mądre spojrzenie i płochliwe. A później okazuje się, że to zwykły kutafon chcący złowić coś pod swoją kołdrę. Czy Wy naprawdę musicie mieć kutasy zamiast mózgów?
- A po "łóżka" był przecinek i miało być do kochania, do przebywania, do uwielbiania.
- jak dla mnie to po "łóżka" był zajebisty wykrzyknik aby wszyscy przy tym stole ujrzeli jakim samczym jesteś samcem.
- Ale kurwa tu siedzi tylko jeden gość.
- Więc on już wie. Za dwadzieścia złotych dj ogłosi to przez mikrofon.
- Masz stówę skarbie.- wyciągam banknot i wkładam jej do kieszeni- Niech ogłosi to pięć razy. Niech powie, że jestem największym skurwielem na tej planecie.
- Nie przesadzaj.- odrzuca banknot - To mała wiocha. Do planety nam daleko. Szkoda kasy, zostaw na swoją dziwkę, może to jej zaimponuje.
- A Tobie?
- Mi nie imponuje kasa.
- To dobrze, bo ja jej nie mam.
- Oszczędzałeś cały rok aby zagrać kozaka na wiejskim sylwestrze?
- No coś Ty.- przyjaciel z sąsiedniego stolika skombinował wódkę- Zaciągnąłem kredyt w providencie.
- I teraz jesteś kozakiem z Wrocławia co?- przysiadła na oparciu- słyszałam o Tobie. Ostatnio jakaś dupa wydrapała Ci oczy. Musiałeś być napalony na nią.
- Z tym kredytem mógłbym być na balu u prezydenta, a przyjechałem na wieś. Opowiadali mi o Tobie, postanowiłem zmarnować cały kredyt aby móc być blisko. Oczy wydrapała mi dupa ratując życie swojemu chłopakowi. Nie śmiej się bo dziś możesz być w podobnej sytuacji.
- Ja nie mam chłopaka.
- Jasne.- podaję jej kieliszek wódki- A ten pod filarem wymyśla mi już tortury
- Jeśli go tkniesz to Cię zabiję.
- Chcesz być moja?- pytam od niechcenia, a ona wypija kolejny kieliszek. wchodzi znajomy.
- Muszę iść. szef przyszedł.
- Bądź moja.- chwytam ją za rękę, znajomy podchodzi i patrzy.
- Stary kurwa. Wiedziałem, że bez Ciebie się nie obejdzie.- patrzy na nią i na moją rękę.- Widzę, że moje pracownice dbają o samopoczucie klientów.
- Przepraszam, ale...- zaczęła, a znajomy po przywitaniu się usiadł.
- Spokojnie.- uśmiechnął się do niej szeroko.- Jeśli masz tutaj kogoś uszczęśliwiać to właśnie jego.- uniósł w górę kieliszek- tylko kurwa wywal tego swojego do domu. To grozi holocaustem.
- Przepraszam szefie ale ja wracam do roboty. ten tutaj juz ma swoją dziwkę.- "ten tutaj" brzmiało upokarzająco.
- A to dziwne bo on unika dziwek jak wampir lustra.
- to nie dziwka. To Anioł.- wtrąca przyjaciel.
- Anioł.- zainteresował się- Tutaj? w Bolkowie? Kurwa, coś mnie ominęło?
- Zwykła panienka huj wie skąd.- wyjaśniłem polewając kolejkę.
- Nie chuj wie skąd tylko z nieba i nie panienka tylko anioł.
- Gdzie niby to zjawisko?
- Ty mu nie mów bo ten facet ma dwa kutasy w każdej z półkul. One nie znają się na krzyżówkach.
- Jakie one?
- Te kutasy pod czaszką.
- Stary, ja jestem zajebisty w krzyżówkach. krzyżuję blondynki i brunetki w jednym miejscu; moim samochodzie.
- A ja was pierdolę. wszystkich. Idę usiąść na kamieniu.- wstałem nieco się kolebiąc i starałem się przeskoczyć oparcie kanapy .
- Kochanie gdzie Ty idziesz.- słyszę głos. Dobiega gdzieś z ciemności. odwracam się do niej i widzę postać Anioła.
- Zostaw mnie. - nawet przy kilku promilach nie upadam bez walki. odpycham kogoś, zatrzymuję się przed ślicznotką z tacą.
- Nie wygłupiaj się. Nie możesz go zabić. W ogóle nie możesz mu nawet powiedzieć "spierdalaj" Ja go kocham.
- A ja mam to w dupie. liczy się tylko to co ja czuję.
- Słuchaj.- zbliża usta do mego ucha.- za dziesięć minut mam przerwę. Chodź na zaplecze. Właściciel to Twój przyjaciel, załatwi wszystko.
- Angi.- odpowiadam jej- Ale ja nie chce się jebać. .- kiedy ja jej szepczę, moje usta dotykają jej ucha- Ja chcę kochać.
- Aleś Ty się najebał.- głaszcze mnie pobłażliwie po głowie.- Numer masz w kieszeni. Jak jutro wytrzeźwiejesz, to zadzwoń.
- Jeśli przeżyję bo mam inny plan.- mówię i idę w stronę wyjścia.
- Skarbie.- dopada mnie inny głos.- Nie tam.- łapią mnie delikatnie dłonie. Podnoszę wzrok i widzę jej oczy. Niespokojną toń.- Wszystko czego potrzebujesz jest tutaj.- obraca mnie i kieruje na powrót do stolika.- Ja i przyjaciele.
- A kim Ty jesteś?- mrużę oczy kiedy podchodzi dziewczyna przyjaciela i nie zwracając uwagi na Aniołka przytyka do mych ust lodowaty napój.
- Jeśli chcesz aby wszyscy żyli.- chwyta jej dłoń aby ona wzięła literatkę- To on musi pić wodę. Tylko wodę.
- Skarbie.- powtarza Aniołek- Wróciłam z parkietu do Ciebie.- głaszcze mnie po policzku.- Dla Ciebie.
- Poczekaj.- koncentruję się aby obdarzyć ją uśmiechem.- Skombinuję dla Ciebie jakiś medal.
Zostawiłem ją zdezorientowaną i skierowałem się do wyjścia. Dopadła ją dziewczyna przyjaciela:
- Zrozum dziewczyno, że to Marsjanin. każdy z takich dziwolągów jest cudzoziemcem w każdym miejscu, nawet we własnym domu, pośród własnej rodziny poprzez swą wybitność, czyli inność. To intruz z Marsa, obcy, nigdy nierozumiany i nigdy do końca niezaakceptowany. Taki człowiek w bliskim kontakcie zawsze jest cudzoziemcem... -dalej nie słyszałem, wyszedłem na minus dziesięć stopni. usiadłem na krawężniku. Po chwili podeszła kelnerka, dostałem buziaka jak przez mgłę, później też dostałem buziaka nieco dłuższego i nie wiem czy od tej samej kelnerki. Chwile potem zjawiła się dziewczyna przyjaciela. Ona jedyna o mnie tu dbała, nie mówiąc o przyjacielu ale o niego też trzeba było dbać. co by było gdyby nie te wspaniałe kobiety. Matki, siostry, bliskie One.
- Stary.- mówi przyjaciel kiedy siedzę na powrót przy stoliku.- To całkiem gorąca ziemianka. Jesteś wolny, ona jest zajebista. Bierz ją, jest tutaj obca. Potrzebuje dachu nad głową, a Ty potrzebujesz aby ktoś poszedł po syrop kiedy masz 41 stopni gorączki.
- Aniołku.- mówi mój przyjaciel do niej.- I co teraz?
- Nie wiem. To znaczy wiem, że chce wrócić ale nie wiem jak się dostać do nieba.
- Aniołku.- powtarza.- Ja wiem jak to zrobić.- oznajmia i zapisuje na kartce jakieś słowa- Znajdź się jutro tam. Stamtąd dostaniesz się do nieba.

 

 

Jeden miesiąc i trzynaście dni później wchodzę do domu, w czajniku ciepła woda, w tle słychać muzykę, to z sypialni. Otwieram drzwi, spod kołdry wychyla się Ona. Patrzy na mnie przez chwilę jak opieram się o futrynę.
- Zgubiłaś kochanie kolczyki? - zarzuca kołdrę aby ukryć jego twarz. On dyszy ciężko.
- Wiesz przecież jak je lubię.- uśmiecha się wstając. Jest całkiem naga, ma wspaniałe ciało. Tak wspaniałe jak podczas sylwestra.- Tak skrupulatnie wybierałeś ten prezent.
- A on?- pytam kiwając głową na faceta leżącego w moim łóżku- Co on zgubił?
- Oj kochanie, nie rób scen. Ja wiem, że Ty szybko tracisz cierpliwość ale proszę Cię nie rób scen. Zaraz przypalisz papierosa, mimo że nie palisz tak jakby życie to była wyreżyserowana scena z melodramatu. Nie rób scen, to tylko zwykły facet, nikt specjalny.
- Pomagał Ci szukać skarbie?- pytam chociaż wcale nie mam fajek. Nie palę od kilkunastu lat ale ona chyba nie zakodowała.
- Oj kochanie nie rób scen. proszę Cię tylko, nie awanturuj się. Ostrzegałam, że nigdzie nie wychodzimy, nic się nie dzieje. To kino, dwa razy w tygodniu to samo za miesiąc obejrzymy na satelicie. Teatru nie lubię wiesz o tym, a dyskoteki Ciebie denerwują. Nie rób scen. zawsze jesteś taki poważny kiedy mnie o coś podejrzewasz, oj przestań już.
- Dobrze skarbie,- układam rozrzucone jej ubranie- Powiedz mi tylko dlaczego.
- Co dlaczego?
- Dlaczego obciągasz temu facetowi w moim własnym łóżku?
- Wielkie mi halo.- wyciąga bluzkę z moich rąk- Taki byle kto a Ty robisz awanturę. Oj jak Ty uwielbiasz się awanturować. zawsze miałam obawy co do tego. Nawet mnie ostrzegano, że przesadzasz w kwestii wierności kobiet.

W biurze z koszmaru obudziła mnie koleżanka.
- Idź już do domu. Kupiłam ci lekarstwa zanim się rozchorujesz na dobre.- kładzie na moim biurku reklamówkę- I znajdź wreszcie kogoś kto będzie robił to za mnie. - wychodzi i znika. Pomyślałem o moim Aniołku, którego wyciągnąłem z knajpy w sylwestra. Wywalili ją z nieba i nie miała gdzie się podziać. Przygarnąłem stworzenie ale ona nie chodziła do apteki widocznie. Ciekawe czy w ogóle wykupiła te swoje recepty.
Zdecydowałem się iść do domu ale coś mnie podkusiło aby zadzwonić do niej i jej o tym powiedzieć.
- Halo skarbie.- wita mnie szczęśliwa, prawie jak zdyszana.
- Chyba będę chory.- informuję ją.- Wychodzę mimo że miałem posiedzieć dłużej. Za chwilę więc będę w domu.- staram się cedzić słowa aby przyjęła do wiadomości.- To bardzo ważne kochanie, więc mnie nie zawiedź. Masz na to piętnaście minut.
- Dobrze skarbie. Mam dla Ciebie obiad.- jest naprawdę zachwycona, czuję to w jej głosie- Czekam niecierpliwie.
Wychodzę z biura i wsiadam w wyziębiony samochód. Jadę w kierunku domu, powoli, słuchając radia. Po piętnastu minutach wchodzę do domu. Anioł mnie wita, na patelni schabowy z ziemniakami. ładnie podgrzane.
- Dziwnie pachniesz.- zauważam kiedy daje mi buzi- Proteinami. - stwierdzam od niechcenia.
- Banan kochanie.- uśmiecha się- Jadłam banana.
- A masz dla mnie?.- zapytuję pełen nadziei.
- Kochanie, kupiłam ale tak mi posmakowały, że zjadłam wszystkie.- kiedy to mówi ja wyciągam kartkę z jakimś rachunkiem i wrzucam ją do kosza na śmieci.
- A to dziwne bo nie ma skórek.
- Skarbie.- miesza ziemniaki ze schabowym aby podgrzały się z drugiej strony.- Jak zjadłam te owoce to mi było głupio takiej zachłanności i abyś nie zauważył poszłam i wyrzuciłam śmieci.
- A te wczorajsze?- pytam smutno- Nie mogłaś wyrzucić i tych wczorajszych?- wskazuję głupio na prawie pełen kosz.
- Jakoś nie pomyślałam - śmieje się niewinnie.- Głuptas ze mnie.
- Skarbie muszę Ci coś powiedzieć.- wieszam płaszcz i myję ręce w kuchni..
- Coś się stało?- pyta z niepokojem.
- Miałem stłuczkę.
- Samochodem? - kładzie mi dłoń na ramieniu- Ale wszystko ok?
- Z autem czy ze mną?
- No z Tobą.
- Jak widać.
- A z autem?
- Na szczęście jechałem jeepem. A wiesz jaki on jest.
- Prawdziwe z niego bydlę. Wiem.- uśmiecha się uspokajająco.- Więc nic poważnego.
- Tylko orurowanie się urwało jak przypierodliłem w niego.
- Więc pospawasz i będzie ok. - podała mi obiad z patelni.
- A nie mogłaś kochanie ugotować czegoś? Ten kotlet jest z niedzieli, a dzisiaj mamy wtorek.
- Skarbie chyba nie wymagasz abyśmy codziennie gotowali. To znaczy abym ja gotowała. Czy Ty wiesz ile to czasu zajmuje?
- Wiem ile czasu moja praca zajmuje. Wstaje rano i wychodzę. Wracam po zmroku.
- Co z tym jeepem kochanie?
- Pospawam i będzie ok.
- Więc nic się nie stało. A z czyjej winy?
- No ja byłem na głównej, on był na podporządkowanej.
- Więc nie Twoja, naprawisz z jego ubezpieczenia.
- Właściwie można byłoby tak myśleć gdyby nie pewien szczegół.
- Jaki skarbie?- docieka polewając ziemniaki tłuszczem.
- Zjechałem nim na trawnik i rozpędziłem do prędkości sześćdziesięciu na godzinę. Trawnik już nie był główną.
- Jak to trawnik. - spojrzała na mnie z przejęciem- Po co miałbyś to robić skarbie?
- Aby go trafić dobrze. Czaił się z wyjazdem jak jakiś niedzielny kierowca z toyoty avensis. Wiesz jak nie lubię takich hujków. Więc zjechałem na trawnik.
- Ale kochanie dlaczego miałbyś chcieć go trafić a nie ominąć?
- Po prostu nie lubię takich hujków. Wiesz o tym.
- Ale to nie powód skarbie aby kasować każdego niedzielnego kierowcę bo ich nie lubisz.
- Myślisz, że przesadziłem?- uniosłem na nią wzrok- Widzisz, jak tak jechałem i zobaczyłem ten mały, czerwony samochodzik wyjeżdżający spod naszego bloku, coś mi krzyczało abym mu przypierdolił.
- Krzyczało?
- "Przypierdol mu". mówił głos. "przypierdol mu, to facet który Ci coś ukradł"- patrzę na nią, a ona wyciąga na talerz z moim obiadem dwa ogórki.
- Ale jak ukradł skarbie? - postawiła mój wymarzony obiad na stole.- To złodziej jest? Czy coś nam zginęło i Ty to przede mną ukryłeś?
- Nie wiem kochanie. Ale głos mówił wyraźnie. I mu przypierdoliłem.
- No to ma za swoje. Przestanie kraść złodziej jeden. Twoje przeczucia zawsze się sprawdzają więc zrobiłeś słusznie.
- Niestety ale masz rację kochanie.
- Zamknęła go już policja? Tego złodzieja?
- Pewnie go zamkną po tym jak uwolnią go z wraku. Wbiłem go w budynek.
- Kochanie o czym Ty mówisz.- sięgnęła do okna.
- Wkomponowałem go i ten jego czerwony samochodzik w skraj budynku.- skosztowałem ziemniaków. Były okropne.
- Ale...kto to był? zabiłeś go? - obserwowała jak strażacy tną blachę.
- Nie wiem kto. Nikt go nie zna. Ponoć wyszedł z naszej bramy. Może był u sąsiadów.
- Kochanie.- zamyka okno i staje nade mną- Zajechałeś niewinnego człowieka.
- Nie przesadzaj.- kotlet też do dupy- Nikt nie jest bez winy.
- Ale on...- wyszła na przedpokój i przyniosła paczkę.- On przywiózł Ci tylko paczkę.
- O tej porze?
- To kurier.- wymyśla szybko- Nie listonosz.
- A to dziwne bo jak mu przypierdoliłem to sąsiad powiedział, że musiał kogoś odwiedzać bo tu od trzynastej siedzi.
- Może zaparkował i poszedł paczki roznieść.- zauważa.
- A może zaparkował nie tylko na podwórku.
- Co przez to rozumiesz?
- Twój garaż, to znaczy Twoją pochwę, chociaż kto kurwa wie czym ona różni się od garażu.
- Ty skurwysynu.- mówi rzucając jednocześnie talerzem z moim obiadem o podłogę. To się najadłem.

"Prędzej czy później na którymś etapie stałego związku, usłyszysz: {kochanie, musze z Tobą poważnie porozmawiać} sądząc, że chodzi o comiesięczną poważną rozmowę na temat braku kobiecych ubrań w domu, przestraszysz się umiarkowanie gdyż bywają w życiu gorsze rzeczy niż bezwstydna zachłanność dyktatorów mody i właścicieli magazynów. Jednak tym razem będzie coś gorszego niż tekstylia, biżuteria i wyspy Bahama na urlop. Ona zacznie mówić, że ma okropny kryzys psychiczny z którym musi się uporać bo inaczej do reszty zwariuje. jest znerwicowana, zmęczona, zagubiona, przytłoczona, wykończona, rozbita, i pod kreską, nie rozumie samej siebie oraz sensu życia. W tym celu mimo, że bardzo Cię kocha pragnie na jakiś czas Cię opuścić i pomieszkać gdzieś sama, samiuteńka, co pomoże jej odpocząć, przemyśleć wszystko, zregenerować nerwy i wyjść na prostą wiodąca do waszego wspólnego szczęścia. całe to gadanie o potrzebie chwilowej samotności, dzięki której będzie mogła uładzić się sama ze sobą i podreperować swą psychikę, znaczy jedno; ma dość ukradkowego spotykania swego gacha i chce z nim jakiś czas pomieszkać na stałe. Będzie truła swoje pierdoły bardzo długo, bardzo przekonywująco i bardzo szczerze, gdyż bardzo solidnie przygotowała się do tego. Tobie zaś nie wolno przerywać, zadawać pytań, dziwić się robić miny, protestować, perswadować, itp.- słuchaj w milczeniu, jak święty na obrazie, gdyż wszystko jedno co byś wtedy mówił, nie będzie to miało żadnego znaczenia, ona juz pod jęła decyzję; nie warto robić z siebie durnia. Przyjdzie jednak moment taki, iż twoje zdumiewające milczenie przestraszy ją. Wstrzyma grad swoich słów i popatrzy na Ciebie pytającym wzrokiem. Wówczas spokojnie zapytaj - Kim on jest? lub- Czy on pali Marlboro? czy coś w tym rodzaju. Nie dlatego byś był ciekaw kim on jest lub czy pali, lecz dlatego aby ona zrozumiała, że ty nie jesteś kretynem. reakcją będzie atak furii ( wówczas zapoznasz się z całkowitym rejestrem swoich najgorszych cech) dalej kaskada nadzwyczajnie rzeczowych zaprzeczeń wobec haniebnego pomówienia, które wysunąłeś i wreszcie repetycja wykładu pod tytułem - Musze się uporać sama ze sobą- Ty jednak już tego przed chwilą wysłuchałeś, więc powtórka Cię nudzi. Wstajesz bez słowa, narzucasz płaszcz i wychodzisz z domu biorąc na spacer psa, co pozwoli jej zadzwonić do ukochanego, tobie zaś da odrobinę ciszy, tlenu, głębszego zrozumienia faktu iż dama tym się różni od człowieka, że myśli wyłącznie spodem."

Waldemar Łysiak

- Święta Ci się popierdoliły kochanie.- udało mi się wtrącić podczas jej paplaniny.
- Co Ty znowu wymyślasz.- wyciągnęła z naszej lodówki żubrówkę.
- Walentynki z wigilią.- tłumaczę podczas gdy moja piękność przyrządza sobie drinka.- Dobrze skarbie. Pozwolę ci zrozumieć.- informuję widząc jej znakomitą, aktorską twarz- Popierdoliło Ci się z wigilią i talerzykiem. Dzień zakochanych z dniem karmienia nieznajomych.
- Ale to nie wigilia tylko dzień zakochanych. Nasz dzień.
- Poważnie? Chcesz świętować?
- W końcu się kochamy/
- Nie Aniołku, to nieprawda.
- To nie ten dzień?
- To nie miłość.
- Nie kochasz mnie?
- Miłości nie ma z tym nic wspólnego.
- Więc proszę Cię, nie przerażaj mnie już. Nie wytrzymam tego dłużej kochanie.
- Dobrze. To nie nasz dzień. Jedno z nas, jednego nie kocha.
- Więc to jednak musisz być Ty, bo ja cię kocham. Wiem to.
- I nigdy mnie nie zdradzisz?
- Nigdy.
- I nigdy nie zdradziłaś?
- Skarbie. Nigdy.
- A kurier?
- Co z nim oprócz tego, że go stuknąłeś.
- Co tutaj robił od trzynastej?
- Zmarzł facet. Jest minus dziesięć. Poczęstowałam go herbatą. Wiesz, że jestem troskliwa.
- Tak wiem. Do dziś gdyby nie koleżanka z biura nie miałbym aspiryny nawet.
- Kochanie a Ty chory jesteś?
- Nieee, te czterdzieści jeden stopni to temperatura ciała kogoś z mojej planety. Ale przecież mogłaś o tym nie wiedzieć, wszak Ty nie jesteś stąd.
- Kochanie wybacz. Zaraz pójdę do apteki.
- Mam już wszystko czego mi potrzeba. A Ty teraz zajmij się kurierem. Jest minus dziesięć, a on tam z połamanymi rękami, miednicą i nogami leży. Przyrządź mu herbatkę z miodem i cytryną... I znajdź wreszcie kurwa lewy kolczyk w naszym wspólnym łóżku. A jak już go znajdziesz kwiatuszku to po prostu wypierdalaj.

 

Stałem chwilę targany mrozem. Pozostało niespełna kilkanaście dni do końca kolejnego roku. Pomyślałem o śniegu i choince. Nie było śniegu i nie miałem choinki. Ciekawe czy ona kiedyś cieszyła się z choinki, czy miała choinkę. Postanowiłem, że nawet jak nie uda mi się załatwić śniegu to będzie duża, pachnąca choinka. Ona będzie ją stroiła, a ja wówczas spokojny zasnę na chwilę aby później móc żyć wiecznie.

"Nie krytyk się liczy, nie człowiek, który wskazuje, jak potykają się silni albo co inni mogliby zrobić lepiej. Chwała należy się mężczyźnie na arenie, którego twarz jest umazana błotem, potem i krwią, który dzielnie walczy, który wie, co to jest wielki entuzjazm, wielkie poświęcenie, który ściera się w słusznych sprawach, który w swych najlepszych chwilach poznał tryumf wielkiego wyczynu, a w najgorszych, gdy przegrywa, to przynajmniej przegrywa z odwagą, nie chcąc, aby jego miejsce było wśród chłodnych i nieśmiałych dusz, które nigdy nie poznały ani smaku zwycięstwa, ani smaku porażki." - Theodore Roosevelt

 

 „Tak przyjdź i teraz do mnie, spod udręki
wyrwij mię takiej ciężkiej! Czego serce
łaknie, wypełnij wszystko. Sama moim
bądź sprzymierzeńcem."
-Safo-

 

 

Sięgnął po książkę leżącą na ławie i otworzył w miejscu zakładki. Poczułem przez chwilę, że to wszystko było zaplanowane, że wiedział o tym gdzie będziemy siedzieli. Zaczął czytać "silniejszego od nienawiści, Tima Guenard.
- "Są też osoby bardzo „jak należy". Spotykając się z nimi, pytamy: „Wszystko w porządku?" One odpowiadają: „W porządku". Nie mogą powiedzieć nic więcej, ponieważ są więźniami samych siebie i społecznego jarzma. Nie mogą wypowiedzieć cierpienia, które je dusi i łamie. A my przechodzimy, nie zauważamy ich spojrzeń – świateł alarmowych, nie słyszymy ciszy ich krzyku, nie dostrzegamy nawet, że na barometrze ich serca wskazówka zatrzymała się na kresce „burza" - zamknął książkę i odłożył. - To dlatego byłeś u lekarza od serca? Wiedziałeś zawsze dlaczego wskazują Ci drogę ale nigdy nie jadą w nią z Tobą, prawda? Trzeba pamiętać, że ten drugi też chce aby dać znak.
- Daję znać. Wszystko mam wypisane na twarzy - nie było to przekonywujące stwierdzenie na co się uśmiechnął.
- Na twarzy masz wytatuowane wszystko co daje ludziom znać aby trzymali się daleko. Kto w przyrodzie zbliża się do drapieżnika w jaskrawym ubarwieniu? Nikt kto chce żyć. Dziwisz się? Umieranie kobiet dla miłości zdarza się tylko w baśniach. Stąd ta złość? Wieczna wściekłość na kobiety? Że nie są tymi, o których czytałeś gdy tylko nauczyłeś się czytać? Uciekałeś do światów, które były wyobrażeniem równie szalonych umysłów ale Ty głupcze w nie uwierzyłeś albo raczej chciałeś wierzyć tak mocno, że w końcu siłą rzeczy musiały istnieć. - zapalił papierosa rzucając paczkę na ławę z gestem, który zezwalał mi sięgnąć po jednego w każdej chwili - I teraz masz pretensje do każdej, że nie jest żadną z nich. Nie są elfami, rusałkami, wróżkami ani nawet czarownicami. Taka by Cię przynajmniej ciekawiła, nawet gdyby chciała zamienić Cię w głaz.
- Parę już zamieniło mnie w głaz.- rzuciłem w powietrze.
- Coś takiego.- zaciągnął się głęboko - I jak sobie z tym radzisz?
- Nie radzę.
- Czyżby? Żyjesz.
- Jeszcze tylko parę chwil.
- Czy to uczyniło Cię lepszym człowiekiem?
- Co takiego?
- Twardniejące serce - wpatrywał się we mnie, ja oparłem łokcie na udach i tylko nieznacznie uniosłem głowę - Nie walczysz z ludźmi dlatego, że ich nie lubisz, to nie byłoby dla Ciebie nawet trudne. Ty walczysz z ludźmi bo masz im za złe, że nie są bohaterami z literatury, bo nie trzymają się w garści, bo są słabi. Nie szydzisz z kobiet dlatego, że któraś wyrządziła Ci krzywdę, czy cokolwiek innego przyziemnego zrobiła. Krzywdy i każde zło jakie możesz zaznać od ludzi znosisz bez mrugnięcia okiem. Nie mścisz się na nich bo są tego nie warci, a w Tobie nie ma odruchów nienawidzenia ludzi. Gardzisz nimi i idziesz dalej szukając wejścia do świata, który nie istnieje. I każdego dnia coraz bardziej jesteś tego świadom i każdego dnia coraz mniej pogodnie na nich patrzysz. Tak jakbyś był strasznie zły, że musisz tutaj z nimi żyć. Nie, wcale nie masz się za lepszego tak jak większość nienawidzących Ciebie sądzi. Ty zwyczajnie wiesz jak być człowiekiem i mówisz im kiedy nie umieją być ludźmi. Kobiety wymagają z założenia należytego traktowania, ale Ty nie dajesz im tego. Nie dzielisz człowieka na płeć, kolor skóry, religię. Wymagasz tylko abyśmy byli ludźmi bez względu na fakt w jakiego boga wierzymy. Tylko bycie ponad podziałami jakich wymaga od nas choćby wiara, pozwala być człowiekiem, prawda? Tego od nas oczekujesz i nienawidzisz gdy udowadniamy, że nie umiemy być ludźmi. Nie ma dumnych wojowników, zabijających dostojnego jelenia tylko dla pożywienia, są podli szubrawcy goniący stado bizonów dla sportu, zabawy. Są wypacykowani faceci mający się za hardych, bo wycieńczają ogłupiałego byka na arenie i go zabijają. I są wiwatujący ludzie na jego śmierć. I w którym z tych miejsc jesteśmy ludźmi? Jak ktoś kto wyrzuca psa z pędzącego samochodu na autostradzie może być godnym twego gatunku? To dlatego z furią w oczach łamałeś komuś takiemu kończyny, nawet gdy jego dzieci prosiły o litość. Tyle dyskutuje się o moralności o dobru i o złu, a nikt z tych mądrych nie umie poznać, że na świecie najlepszymi są ludzie, którzy umieją zamordować innego człowieka bez mrugnięcia okiem, a płaczą nad podpalonym kotem. Czyje życie jest wartościowsze? zwierzęcia czy człowieka? Człowieka, powie każdy ale Ty powiesz, że oba mają taką samą wartość. To Ci dolega. Nienawidzisz gatunku ludzkiego dlatego, że ma się za nadrzędny i dlatego tak często jesteś dramatyczną siłą natury. Mógłbyś zabijać ludzi bez żalu, każdego kto krzywdzi niewinne życie. Gatunek który ma się za nadrzędny powinien posiadać najważniejsza umiejętności, prawda?

Nic nie powiedziałem. Znowu się zmieniłem.
- Kto może decydować o tym czy w imię lekarstwa na raka możemy skazywać na cierpienie tysiące zwierząt. Jeżeli nauka nie umie obejść się bez torturowania zwierząt to powinniśmy obejść się bez nauki, prawda? Nikt nie ma prawa pastwić się nad słabszym życiem i dlatego tak bardzo chciałbyś ich pozabijać aby pokazać im, że jest ponad nimi większa siła. Siła gniewu. Ktoś już Ci powiedział, że mógłbyś wykładać o nienawiści, masz to wypisane na twarzy. I to jeden z powodów dla których mało kto się zbliża do Ciebie. Dopiero gdy ten ktoś udowodni Ci, że jest godzien bycia człowiekiem, łagodniejesz. To pierwsza zasługa, oswoić Ciebie, pokazać, że nie przyszli z kijem jak do uwiązanego psa aby się nad nim pastwić. - zgasił papierosa i pochylił się w moją stronę - Gdyby Cię Filip spuścić z łańcucha jakim jest cywilizacja, wybiłbyś znaczną część ludzkości. To jest Twoja tragedia, Twój Bóg umieścił Cię w złych czasach. Musisz żyć wśród istot, które tak bardzo chciałbyś upokorzyć za zło. Nie zasługujemy aby mieć się za istoty nadrzędne i dlatego upokarzasz ludzi tak bardzo. Wystarczy, że którakolwiek zdradzi się choćby pierwiastkiem wyższości, to natychmiast uginasz takiej istocie kolana. Dlaczego samotny facet wdaje się w bójkę wbrew rozsądkowi z kilkoma podpitymi kolesiami, bo oni szydzą z niewinnego chłopaka? Nie umiesz przejść obojętnie nawet jeśli okoliczności wskazują, że masz małe szanse na przeżycie. W świecie przyrody mało które zwierzę tak robi. Rosomaki są takie popaprane ale człowiek powinien mieć rozsądek. Więc dlaczego? Za obcego człowieka?
- Wkurwia mnie to. Tak zwyczajnie.- sięgnąłem po papierosa, zapaliłem. Nie lubiłem ale zapaliłem jak bohater powieści.
- Takie odruchy maja głębszy imperatyw. Świat składa się z tchórzy dbających o własne dupy, kurew, szmaciarzy, znakomitej większości ludzkich cieniasów, całej rzeszy tych którzy nigdy nie ujrzą więcej niż ich nos i obejście, zgwałconych przez bogów, ludzi bez duszy i serc i składa się też z tych którzy mają serca tak skrzywdzone przez świat legend i baśni, krew zahartowaną przez męstwo z pradawnych opowieści i okoliczności życiowych, że zwyczajnie robią coś gdyż dla triumfu zła, wystarczy aby dobrzy ludzie nic nie robili. W galaktyce jest miliardy satelit, przeróżnych planet ale tylko odpowiednia mieszanka pierwiastków, składu chemicznego, odległości od gwiazd może sprawić, że zaistnieje na niej życie. Tak jest z ludźmi. Jest nas miliony ale tylko właściwa mieszanka okoliczności może stworzyć człowieka w pełni tego słowa znaczeniu.
- Czyli biały królik który boi się nie zdążyć na czas nie istnieje?
- Istnieje.- uśmiechnął się - Tak jak i goniąca go Alicja i cała kraina czarów.- wyciągnął dłoń i dotknął mojego serca- Tutaj.
- Czyli mam przejebane? Nie ma gdzie uciec przed ludźmi?
- Tutaj.- raz jeszcze wskazał na serce- Ucieka się tutaj.- uśmiechnął się.- To dlatego Cię tak ostatnio boli. Bardzo chcesz uciec.

„Tak przyjdź i teraz do mnie, spod udręki
wyrwij mię takiej ciężkiej! Czego serce
łaknie, wypełnij wszystko. Sama moim
bądź sprzymierzeńcem."
-Safo-

- Dlaczego narodził się Magni? W zasadzie oprócz jednego epizodu z Panią psychiatrą i jej snem nie miałeś nic wspólnego z mitologią nordycką. zawsze uwielbiałeś mitologię grecką. Jedyne posągi jakie masz w domu znamionujące starożytność to Ares, Bóg wojny i Nike, Bogini zwycięstwa. Jesteś przystojnym facetem, oczytany, inteligentnym więc czemu nie Adonis? Bachus? Nie, musiał to być Bóg wojny. Jednak czemu wściekły Magni? Nagle, znikąd mitologia nordycka. Czy uwierzyłeś w to, że możesz mieć coś wspólnego z wikingami? Pewnie Ci to mówiono, a co ze snem dojrzałej kobiety w dodatku lekarki dusz? To Twój hołd? Nie sądzę. Magni pasował Ci idealnie. Potężny ojciec, który sprawił Ci olbrzymie zło, który był postrachem całej dzielnicy ale którego jednak musiałeś ratować. Czyż nie tak zrobił Magni? I w dodatku poszedł spuścić wpierdol innym? Magni jest wyrazem Twojej duszy, Ołowiany jest wyrazem Twego serca, a "zły" jest pragnieniem aby móc walczyć z tymi wszystkimi mającymi się za dobrych ludzi.
- Był jeszcze Apacz.- przez chwilę ujrzałem znów korytarze jednostki w armii gdzie mnie tak nazywano.
- Tak, hołdem dla ukochanego narodu. Musiałeś być dumny i dumnie nosisz tych dwoje Indian na ramionach. Nienawidzisz świata bo nie daje Ci możliwość stania nad Little Big Horn i czekania na tego cholernego mordercę Custera. Jak bardzo byś pragnął stać naprzeciw niego jako wojownik. I zabijać powoli, wpatrując się w oczy. Widzieć jego ból za wszystko co uczynił. To zżerało Twoją duszę od dzieciństwa i wykroiło w niej nienawiść do zła. I oto z dziecka, poprzez Apacza narodził się Magni. Brakuje tylko potężnego młota Filipie. I przez to cierpisz. Czas wojny dla kogoś takiego jak Ty musi być czasem normalnym, czas cywilizacji to ludzkie zoo które ujarzmia bestię w kajdany i klatkę. - sięgnął do barku, odkręcił wódkę, wlał do dwóch literatek i przyprawił sokiem. Podał mi jedną z nich i stukając o nią wypił swoją jednym haustem- A mogłeś walczyć, prawda? Dowiedziałem się paru rzeczy o Tobie co nie było łatwe, nikt Cię nie zna, a przecież o fajnych chłopakach na mieście się mówi.- uśmiechnął się.
- Może dlatego, że nie jestem fajnym chłopakiem.- odwzajemniłem uśmiech, dopiłem drinka i poprosiłem gestem o drugiego.
- Mogłeś służyć na kontyngencie lub w policyjnych jednostkach antyterrorystycznych. Miałeś po służbie wojskowej otwarte drzwi wszędzie, więc czemu nie? Z jakiego powodu nie opuściłeś domu? Jaki powód był tak potężny, że powstrzymał Cię przed tym wszystkim do czego teraz tak bardzo tęsknisz? Czy Magni musiał być w pobliżu Thora aby móc powstrzymywać go od zła które ze sobą niósł? Nie umiesz spełniać pragnień za wszelką cenę, prawda? Małoletni chłopiec nie chodził na imprezy gdy ktoś mógł krzywdzić Twoich bliskich. A pióro jest silniejsze od miecza, coś w Tobie musiało dokonać takiego wyboru, dusza. Tak też docieramy do końca legendy o Magnim, wściekłym facecie z młotem. Walczysz piórem niemal z całym światem i może nawet jeśli jeszcze niedawno wierzyłeś, że możesz być szczęśliwy, teraz nie masz już złudzeń. Nikt Cię nie rozumie i co gorsze nikt Cię nie uratuje. Nie przed światem, nic Ci nie grozi od świata. Jesteś tak zakorzeniony w poszukiwaniu wartości mistycznych, że wchodzisz w coraz większą ciemność. A wiesz co jest w absolutnej ciemności? Nic. Kompletnie nic nie widać, wyciągasz dłoń przed oczy i nie widzisz nawet jej. W jaskini do której schodzisz nie widać nic, absolutnie nic. Nawet jeśli dotknie Cię jakaś dłoń nie możesz wiedzieć czy ta dłoń nie chce Cię zabić.- urwał aby zaczerpnąć tchu, mówił z pasją jakby mówił trochę o sobie - Twoja dusza obumiera z powodu tęsknoty. Tęsknoty do walki z bronią.- wstał, podszedł do okna i odchylił zasłonę. Przez chwilę patrzył na świat, po czym odwrócił się do mnie - Dlaczego?- zapytał retorycznie, po czym dodał smutno - Bo tylko pocisk może Cię zabić Magni.

Ołowiany był bardzo zniesmaczony gdy stał w kufajce nad skrajem kry i obserwował horyzont za którym istniał kontynent na jakim się urodził. Nic chyba go bardziej nie wkurwiało jak konieczność odmrażania palców z powodu rozpanoszenia się dzikich, krwiożerczych bestii na każdym z siedmiu kontynentów. Opanowały je, zagryzając ludzi i zjadając czterema porządnymi uściskami szczęki. Jedna bestia zjadała dorosłego faceta w mniej niż dwadzieścia sekund razem z przełykaniem. Ołowiany spoglądał w dal nie tyle z tęsknotą ile nieziemską furią z powodu niemożności opalania się latem bez podkoszulki. Tutaj gdzie schowała się ludzkość w najcieplejszym dniu roku było grubo poniżej minus dwudziestu stopni. Rzucił cygaro które zaczął palić dopiero na tej lodowatej wyspie i zdecydowanym krokiem ruszył w stronę jednostki wojskowej. Rzecz jasna mimo pospiesznej emigracji przed śmiercią ludzkość potrafiła się zorganizować i mieć wojsko. Mieli więc na tej wyspie nieopodal bieguna północnego i czołgi, pojazdy samobieżne, samoloty, a nawet cztery okręty wojskowe; nie mieli tylko genu zwanego nieobliczalność. Stał więc sprzęt zatankowany do pełna w razie pojawienia się tutaj jakiejś bestii, a w porcie kilkanaście tankowców wypełnionych po brzegi bezcenną ropą. Ołowiany patrzył na to długo, pierwsze co zrobił po przybyciu tutaj, to ukradł pistolet, później kradł raz na tydzień jakąś sztukę broni. Maczeta, którą lubił była słabą obroną przed drapieżcami mierzącymi po dwa metry w kłębie, a atakującymi ze zwinnością godną geparda.
Kiedy rzucił cygaro zrobił to z postanowieniem, że dzisiaj sobie ukradnie coś innego z asortymentu armii. Wlazł przez wyłom w murze, który sam niegdyś przygotował. Mimo dnia wartownicy grzali się przy paleniskach w zintegrowanych punktach. Wszedł najpierw do magazynu mundurowego. Capnął wyposażenie razem ze spadochronem, bez oporządzenia, nie miał zamiaru się okopywać. Chciał tylko wywalczyć słońce, opalić kark, zabić jedną z setek tysięcy bestii, później drugą i kolejną. Konsekwentnie jak wypala się cygaro wchodzić w głąb lądu. Odnalazł wzrokiem hangar i zapuścił wszystkie cztery potężne silniki samolotu transportowego. Dźwięk po raz pierwszy od dawna odpalanego diesla jak grzmot przeszył okolice. Na nogi stanęli wszyscy, włącznie z mieszkańcami. Ołowiany odpalił cygaro i zaciągnął się wywlekając potężnego C-130 Herkulesa na pas kołowania. Otworzył okno musząc pomagać sobie uderzeniem łokcia gdy szereg żołnierzy mierząc do niego z karabinów otoczyło samolot. Nie mogli strzelić po tym jak rzucił równie lodowate co powietrze w tej krainie- wypierdalać matkojebcy i ustawiając dźwignię przepustnicy w górze przeciął powietrze i wzniósł się w niebo. Ale niebo już nie istniało, a jeśli nawet istniało to nie mieszkał już w nim Bóg.
Ołowiany powrócił po ośmiu dniach gdy w karczmach zakładano się między sobą przekornie w ilu łaknięciach zjadła go bestia. Po lądowaniu znowu go otoczono i wycelowano karabiny ale kiedy wysiadł w hełmie ozdobionym wianuszkiem dwudziestocentymetrowych kłów, stali jak zahipnotyzowani.
- Daj mi stary cygaro.- rzucił do pierwszego z brzegu sierżanta, jeszcze nieobmyty z krwi zaschniętej na policzku. Kiedy nie doczekał się odpowiedzi, ponowił jak akwizytor- Daj mi cygaro. Wymień się na cały luk ładunkowy futer przerośniętej hieny.
Ołowiany przed lądowaniem miał prawdziwe ludzkie imię ale kiedy zapoczątkował nową modę na lodowatej wyspie dzięki futrom najokrutniejszego drapieżnika jaki kiedykolwiek nawiedził ziemię, stał się facetem z żelaza; nazwali go ołowianym, a on tylko palił i wspominał słońce spiekające jego kark. Wystarczyła chwila aby pojawiło się kilku kozaków, którzy też wzięli spadochrony plus pojazdy, oporządzenie i masę amunicji. Armia została ze swoimi czołgami, okrętami, spluwami, rakietami i samolotami. Mieli wszystko oprócz odpowiedniego kodu genetycznego. Ołowiany wraz z kozakami czasem wracali po kilku, czasem po kilkunastu dniach na przegrupowanie, uzupełnienie zapasów i chwilę wytchnienia. I znów do walki, ubywało ich ale przywozili coraz więcej futer. Jak już zorientowali się, że niczego się nie boją, pięć z siedmiu kontynentów było oczyszczone z krwiożerczych zwierzaków. Ołowiany i dwóch kozaków wliczając pilota podążyli ze słonecznego południa europy po zapasy, gdy nad oceanem rozpętała się burza. Herkules mimo swego poczciwego imienia, nie dał rady i spadli gdzieś nad Islandią. Pilot pozostał w kokpicie z drążkiem sterowniczym w płucach wierząc iż może posadzić C-130 na ziemi bez umierania. Nie było czasu ani go przekonywać ani z nim negocjować. Dwaj desantowcy wyskoczyli w ciemność. Ponieważ Bóg kocha głupców i lubi się nimi otaczać, mówi się, że to on właśnie, osobiście im składa spadochrony. Kozak z nieustającym 'geronimooooo' w okrzyku wbił się w ziemię aby ta zamknęła mu usta. Bóg źle spakował czaszę spadochronu.
Ołowiany lądował na skraju plaży. Wyczepił się, odbezpieczył pistolety, przewiesił do pozycji taktycznej poczciwego drugonova i ruszył w las. Zdawał sobie sprawę, że jeśli był na Islandii to nie wyczyści tego cholernego obszaru z drapieżników przy pomocy takiej ilości amunicji, ba - nawet nie przeżyje. Musiał odnaleźć skomponowane z ziemią zwłoki kozaka i zrewidować jego wyposażenie, a później dostać się do wraku samolotu, który spadł gdzieś dalej na północ.
Ciemność i burza nie pomagały człowiekowi w mroku, toteż ołowiany z nabytym instynktem, żyjąc od lat z głęboko zakorzenioną świadomością o bestiach które opanowały ziemię, walił po jednym strzale do wszystkiego co kołatało się w zaroślach w promieniu kilku metrów. Nocy zostało niespełna połowę gdy dotarł do samolotu. Jedynie drugonov był jeszcze naładowany i gotowy do strzału. Po wschodzie słońca wyciągnął z kieszeni cygaro i zapalił. Mimo przyjemności jaką z tego czerpał nie uczyniłby tego w ciemności. Zawsze śmiał się z filmów jak na świecie była jeszcze telewizja, w których żołnierze poruszający się w ciemności świecą latarkami. Jak latarnia dla statków. Ołowiany dozbroił się w ciężką broń maszynową i po próbie nawiązania kontaktu przez radio, postanowił rozpoznać wyspę. Nie było kłopotem odnalezienie łodzi bądź statku z czasów jeszcze ludzkich. Na łodzi mógł dopłynąć do lodowej wyspy, uzupełnić zapas cygar, zapuścić silniki kolejnego herkulesa i robić to co do niego należy. Wędrować i walczyć.
Dopiero gdy przemaszerował dwa kilometry dostrzegł na wzgórzu jelenia. Reagował instynktownie, a ten widok sprawił, że nie było w tym prawidłowości. Na ziemi, na której gnieździły się bestie, choćby jedna, nawet niedźwiedź nie miał prawa przeżyć. Chodziły słuchy, że stado lwów umiało zabić bestię, a nawet dwie. Po takich atakach jednak większość lwów zdychała z powodu ran. Stada się kurczyły, bestie panowały. Obserwował urwisko przez chwilę aby dojrzeć całe stado, skierował się w drogę powrotną na szlak który przemierzył od plaży do samolotu, na szlak który usłał co najmniej kilkudziesięcioma trupami czegoś w co zaczął wątpić. Kiedy w wysokich paprociach odnalazł pierwsze ciało, stał bez słowa. Mimo, że nikogo przy nim nie było zawsze mógł zakląć do Boga ale on stał bez słowa. Nie drgnął w nim żaden mięsień dopóki z wiotczejącej dłoni nie wyślizgnęła się broń i nie opadła na mech. Od lat wielu nie znał świata bez bestii, na każdym kroku tam gdzie lód nie pokrywał ziemi w swych okowach za każdym rogiem czaiło się niebezpieczeństwo, z którym musiał walczyć. Za każdym wyłomem skalnym mógł czaić się potwór. Zawsze był na to gotowy.
Życie było jak desant w obcej niebezpiecznej krainie z bronią gotową do strzału. Ale życie czasami płata figle i Twoje lądowanie z furią w oczach i palcem na języku spustowym musi sprawić, że mięsień Ci drgnie. I zaczniesz strzelać nie mając naprzeciw siebie wroga. Zaczniesz zabijać tych którzy są Ciebie ciekawi i cieszą się z Twego przybycia. Ty nieobliczalny, wściekły desantowcu. Smutny, wyobcowany popaprańcu.
Ołowiany dotarł nad ocean i zatrzymał się na skraju kilkudziesięciometrowego urwiska...pomyślał gdy gasił cygaro pod podeszwą buta, iż woda o tej porze roku musi być w miarę ciepła. W sam raz ciepła...w sam raz na umieranie.

Właściwie to chciałem opowiedzieć o ołówku ale gdy wziąłem go do ręki to spisałem nim najpiękniejszą opowieść.
Być może nie najpiękniej opowiedzianą ale najpiękniejszą z historii. Najpiękniejszą z historii wściekłego desantowca, który po czasach długich bitew zrzucony jest na wyspie szczęśliwej i poprzez swe naturalne przystosowanie do walk, zabija wszystko co dobre.
To opowieść o miłości niemal magicznej ukryta między wierszami. Niemal magicznej bo okazuje się, że w tej legendzie miłość nie radzi sobie z prozą życia. Historia pełna tęsknoty po tym jak odkryłem nową możliwość mózgu i chyba serca ludzkiego. To znaczy mózgu i serca mojego więc czy i ludzkiego, to zaczynam w to wątpić. Przeżyłem opisaną przez siebie najpiękniejszą opowieść mojego życia, a teraz znowu jestem tym kim powinienem być. Skazańcem Bogów. Znowu muszą wrzucić mnie do samolotu i wykopać z czterech tysięcy metrów w nieznane. I najlepiej w niepogodę.
Widziałem dużo, a pozwalałem na niewiele. Hołdując najwyższym wartościom ludzkim wierzyłem w honor, dumę i odwagę. Na koniec któregoś dnia okazało się, że byłem twardszym żelastwem od obu kowali z tym jedynie wyjątkiem, iż zmieszanym z dodatkiem metalu szlachetnego kobiety która wydała mnie na świat; inteligencji.
Dotykałem nocami księżyca, nie pojmując jak serce wciąż może dudnić tak gwałtownym rytmem, a umysł czuć kaskadę niesprecyzowanego ciężaru, który spada z nikąd i przytłacza każdy nerw. Świadomość oczywistości świata i natury rzeczy zabiła we mnie naturę odkrywcy i archeologa. Wiecznego awanturnika Bogów, którzy dla dowcipu zesłali tuż pod nogi, znienacka ową Elpis- Nadzieję. Ale nie w puszce Pandory tym razem lecz w postaci kobiety.
Wyobraź sobie teraz matematyka, który wchodząc do gabinetu widzi na tablicy kompletnie nowy wzór dla świata, otwierający możliwość wejścia do innych światów. Podróż w czasie, przestrzeni. Rozpoczyna się szaleńcza euforia zaraz po tym jak w smętnym się śnie przepychał pretekst z rozsądkiem do dalszej podróży.
Opowieść o ołówku nie powinna być opowieścią o miłości. O miłości i ołówku można opowiedzieć nazywając wszystko po imieniu. Każdy wie czym jest ołówek. Swoim mógłbym teraz opisać dokładnie ów organizm wodny jaki potrafi rtęć metylować. Niezwykła reakcja chemiczna, która z początku była dla mnie tak trudna do zaakceptowania, iż opukiwałem w poszukiwaniu nieprawidłowości. Okazuje się z naukowego punktu widzenia, że taka zmetylowana rtęć atakuje mózg, powoduje zaburzenia wzroku, słuchu, mowy, koordynacji ruchów, połykania i wreszcie upośledzenie umysłowe. Normalnie jakbym czytał o czystej, skroplonej miłości. Tej jej najwyższej formie, bo miłość ma formy i siłę jak sztorm. Wszystko ma swoją skalę w przyrodzie, ja czekałem na dziesiątkę, po dopytywaniach jestem w stanie przyznać, że zgodziłbym się na dziewięć w skali Beauforta. Inaczej nie wyskakuje z płynącej łodzi, pierdolę, nie pływam. Po jednym z kowali odziedziczyłem oczywiście upór, po drugim nieobliczalność; więc płynąłem mijając różne szaleństwa przyrody, mijając czwórki, piątki, zdarzyła się i siódemka. Wstaję zuchwale kiwając głową, że płynę dalej chcąc Jej, chcąc dziesiątki; dostałem pewnego popołudnia jedenastkę. Musiałem się utopić.
Beaufort się mylił, wściekły desantowiec się mylił, Bóg się mylił, wszyscy się mylili. Szczegóły tworzą całość, każdy szczegół składa się na końcowy obraz; wzrok, ładność, zapach, smak, dotyk, wdzięk, tembr głosu, dynamika gestów, słów, sposób w jaki milczysz obok. Każdy ruch dłuta wprawnego rzeźbiarza nadaje kształtu. szczegóły tworzą całość i to nie całość ma być akceptowalna lecz szczegóły muszą być właściwe do naszej wrażliwości.
Przy całości obrazu dostrzegamy tylko kształt; większość jest odpowiadającym im kształtem szczęśliwa lecz gdy usiądziesz na kamieniu na chwilę, zerwiesz źdźbło trawy, pominiesz rytm świata i zostaniesz sam na sam z posągiem, ujrzysz linię podkreślającą oczy, kaprys wykrzywiający usta, wierzch dłoni w geście który Cię ukoi bądź rozgniewa. Szczegóły tworzą całość, ale całość może zaburzyć jeden choćby szczegół.
Wszystko czego szukasz, czego oczekujesz od świata, na co możesz się zgodzić i co uczyni Cię naprawdę szczęśliwym programuje Twoja wrażliwość. To w kim się zakochujesz i jak mocno jest nie do zdefiniowania. To kod matematyczny, w którym zawsze brakuje współrzędnej jeśli chcesz go opisać. Czasem się zdarza tak, że pewnego dnia, znienacka uzyskujesz wynik. I dopiero po tym jesteś w stanie odnaleźć brakującą liczbę, pierwiastek, zjawisko. I zdefiniować właściwy dla palpitacji swego serca i zatracenia wdzięk.
- No wypierdalaj.- wydziera się z za drążka Bóg pilotujący mój samolot. Widzę jego wykrzywioną w paroksyzmie rozkoszy twarz. Pali moje cygaro.- Ołowiany, wyskakuj kurwa z tego samolotu.- pioruny napierdalają, wiatr huśta herkulesem, deszcz rozbija się na mojej twarzy pusto patrzącej w ciemność na zewnątrz.
- Jesteśmy na środku oceanu- oznajmiam mu.
- Przecież jesteś świetnym pływakiem.
- No i co z tego. Do brzegu jest za dużo mil.
Obumieram; powoli, jak drzewo.
- No dobra.- podnosi głos Bóg, aby przekrzyczeć grzmoty- Poznaj łaskę. Mam dzisiaj dobry dzień- wychyla się przez drzwi nie stając z fotela pilota - A to skurywsyn! Wyskoczył.
Kiedy krzątała się po sklepie, a ja gdzieś za nią przy regale z musztardą, obserwowałem jak chodzi, uśmiechałem się w środku i nigdzie nie spieszyłem. Całe życie czułem niepokój; nie zagrożenie. Niepokój, nawet gdy spoczywałem na łożu z bliską osobą, targała mną jakaś taka dziwna emocja, że za oknem, gdzieś w świecie coś mi ucieka, coś się dzieje, że czas płynie strasznie szybko, a ja ...a ja muszę się wreszcie stąd wydostać. To było powtarzalne uczucie i zwyczajnie dla dobra samego siebie musiałem szukać ukojenia. Spokój w życiu jest najważniejszy, taki wewnętrzny spokój nie marazm. Kiedy Ona kręciła się między sklepowymi regałami, ja ze wściekłego desantowca postanowiłem być człowiekiem i wybrać musztardę. Musieliśmy przez to kupić dwie ale wybraną przeze mnie również zabrałem do domu. I nawet nie chciałem wybiegać z tego miejsca pełnego robotów ludzkich. Nigdzie się nie spieszyłem, czas na zewnątrz się zatrzymał, byłem spokojny, mogłem usiąść i zamknąć powieki i wciąż byłbym spokojny. Była nieopodal. Zacząłem akceptować cywilizację poprzez jej pryzmat.

Opowieść ta miała być o ołówku ale jest o magii. O magii jednego człowieka i niespodziewaności życia.
Zacząłem pisać tą historię na koniec pewnego tygodnia wiedząc, że jedynie nie odnalezienie tej właściwej struny w mózgu może mi przeszkodzić. Kartkę toku myśli umiałem zapisać w mig, były opowieści wielostronicowe spisywane w godzinę. Dziś jest środa, a ja właśnie teraz piszę te słowa. Cały weekend poświęcony jednej myśli, poniedziałek do grubo po drugiej w nocy, wtorek również, a ja wciąż nie umiem zakończyć. To nadzwyczajne zważywszy, że nigdy nie spisywałem jednej historii tak długo. Zacząłem żyć tą historią, a dzisiejszego popołudnia zrozumiałem, że czekała ona na pewien inny finał.
Od lat w świecie ludzkim uprawiałem pewną poważną pracę. Z sukcesami, osiągnąłem pozycję, dobrą pensję, odpowiedzialność, trud i satysfakcję; dziś rzuciłem tą pracę po karkołomnej awanturze. Stary byłby dumny; zahartował żelazo doskonale. Podczas gdy ludzie zwijają ogony gdy prezes tupnie, wściekły desantowiec stał się wściekły. Już widzę jak wuj i stary piją moje zdrowie przepełnieni dumą. Patrzę w niebo gdy dojechałem nad rzekę i też się uśmiecham.
- Udało wam się, co?
Udało im się, dziś pozbyłem się wszelkich złudzeń. Przez chwilę chciałem podziękować staremu za charakter, który kazał mi rzucić dobrze płatną robotę, po czym zastanowiłem się skąd ja właściwie mam tak starodziejowe wartości. Pobiegłem myślą do setek powieści o najdumniejszym z narodów, które pochłaniałem po kilka razy, a słowa w nich spisane niby niewinnie rzeźbiły kształt. Pióro jest silniejsze od miecza.
- Pomóc Ci? - pyta gdy kładę się w szarej koszuli prosto z pracy na murku tyłem do rzeki. Nade mną liście usychającego powoli drzewa, ponad nami błękitne niebo. Był piękny dzień.
- Nie, nie trzeba. Już miałeś pomóc kilka razy. Machnąłem na to ręką.
- Jesteś na mnie zły?
- Tak, mam Ci za złe.- odpowiadam.
- Uważasz, że Bóg powinien być dobry dla kogoś kto go szkaluje?
- Uważam, że jesteś Bogiem nijakim.
- I rozpowiadasz to dookoła, wypisujesz i oczekujesz dobroci?
- Nie mogę mówić, gdy jesteś czarny, że jesteś biały. To nie jest tak, że moja opinia czyni z Ciebie Boga złego lub dobrego. Bo jeśli tak jest to masz przejebane. To jest tak, że jesteś tym kim jesteś, a ja to widzę.
- Nie możesz kłamać?
- Nie.
- Wszyscy kłamią. Ty również.
- W pierdołach.
- Kłamstwo to kłamstwo.
- Mówię dziewczynie, że nie jest w moim typie aby nie powiedzieć jej, że jest pasztetem i niech kurwa spojrzy w lustro zanim do mnie napisze. Jeżeli to tak samo ciężkie kłamstwo jak dobroć Boga to masz rację. Jestem największym kłamcą na tej planecie.
- Masz się za zajebistego?
- Mam się za zmęczonego.
- Mówię o lustrze, czemu nie mogą pisać aby się umówić z facetem?
- Czwórki umawiają się z czwórkami, bywa, że z trójkami, piątkami. Nie może jedynka skakać o kilka pozycji w górę. To jak wyścig cukiernika ze sprinterem. Trzeba użyć wyobraźni. Wkurwia mnie taka bezczelność.
- I co teraz?
- Nie wiem. Posiedzę tutaj trochę i się zastanowię.
- Co z życiem? Takim w świecie, w sklepach, na stacji benzynowej, skąd weźmiesz na bilet do kina.
- Nie wiem.- patrzę na samochód z młodzieńczych marzeń- Sprzedam wóz, motocykl. Przeżyję parę miesięcy.
- A później?
- Zawsze spadałem na cztery łapy. Nie przejmuj się.
- Nie wkradaj się do świata baśni i surrealizmu. Już wiem co oznaczają Twoje zwężone ślepia gdy tak patrzysz. Analitycznie i konstruktywnie mi powiedz jak chcesz żyć w cywilizacji?
- Powiedziałem. Sprzedam coś i napiszę książkę. Rok to długo, wreszcie będę miał czas na popracowanie nad tym.
- Trzysta sześćdziesiąt pięć dni w jaskini? Bez możliwości pojechania motocyklem w las? Bez możliwości pościgania się na ulicach? Mniejsza o auto i motor. Bez kasy na drinka dla dupy? - zniża głos- Nie chciałbym zabrzmieć zbyt poważnie ale chyba zwyczajnie nie przeżyjesz tego.
- Bez dupy przeżyję.
- Tak, ale nie bez ludzi, nie bez wyjścia, nie bez możliwości spotkania się z kimś, nie bez wycieczki. A nawet jeśli przeżyjesz to już nigdy nie wrócisz do świata. Wściekły desantowiec po roku na bezludnej wyspie? Kurwa, ja nie jestem gotowy jeszcze na apokalipsę.

 

 

21 stycznia 2020 roku zrozumiałem że jestem zniszczony.
Przestałem odczuwać szczęście, a raczej jego resztki wynikające bardziej z chęci trzymania sie tej nici sensu w życiu. Ale ono nie ma żadnego sensu. Jest wypadkowa ludzkiego aktu i losu.

To stało się w vegas na 55 piętrze miłego lokalu.
W Tym miejscu pozbylem sie wszelkich złudzeń i zrozumiałem ze bede cierpiał juz na zawsze.

Ładna muzyka, darmowe drinki, blichtr, magia oceanu swiatel z tarasu nie były w stanie nic zmienić ani nic dac.
Mogłem wszystko, a piłem wodę i cierpialem.
I musiałem to znieść bo nie umiałem sie pozbyc tej świadomości.
Świadomości jak bardzo gardze ludźmi z powodu tego, że czynią zło innym istotom.
I plawia się w tym, reklamując to jako rozrywke i śmiejąc się przy obdzieraniu ich ze skóry żywcem.
Nie bylem w stanie tego zwalczyć. Nie bylem w stanie z tego wyjść. Nie bylem w stanie przestać sie topic.

Niemoc jaką czułem i ogrom niezglebionego smutku pokazały mi ze juz utonalem.
Moja wrażliwość zaabsorbowala wszystko co człowiek czyni.
Siedzę w vegas na 55 piętrze gdy to pisze, i jestem w stanie czuc tylko smutek.
Nie zostałem pokonany przez zadna siłę. Nie ustapilem nikomu wiedząc kim jestem i kim jeszcze się stane.

Stałem się zbyt świadomy i zawsze zbyt dużo widziałem w twarzach i w oczach stworzeń.
I widze ich smutek i strach na zdjęciach gdy siedza w klatkach, gdy sadysci slinia sie przygotowując im tortury na tyle wymyslne aby zaspokoic swoje ludzkie bestaialstwo.
Zrozumiałem że wyglądam jak oni ale nie jestem tak ludzki
Widze w nich oprawcow i nimi gardze ale nie mogę unicestwic. A jest to jedyne powołanie jakie winienem wypełnić ale mam przeciw sobie całą chorą ludzka cywilizację. Cywilizację pana człowieka.

I widze przerażenie oczami zakodowanych obrazów i imaginacji mimo ze nie chce ale nie umiem przestać. Ja sie nie boje ale widze przerażenie tych niewinnych stworzeń których wzrok błaga aby je oszczędzić i nie krzywdzic ale człowiek uwielbia krzywdzic. To takie ludzkie. A ja, nawet w największym mieście, największego blichtru gdzie powinienem być ludzki, jestem tak bardzo zezwierzecony.

Lypie na nich jak dzikie stworzenie tylko ja w przeciwieństwie do tych prześladowanych i meczonych nie czuje strachu lecz nienawisc. I pogardę gdyz nad ludzkością trzeba gorowac; pogarda i wysokoscia duszy.

Dziś widziałem rzeźbę borsuka, w którą wybite były przeróżne produkty sprzedawcy; strzaly, noże, o różnych końcówkach aby skuteczniej zadawały ból i sprawiały ze zwierze nie schowa sie z takim przedmiotem wbitym w jego ciało. Patrzyłem z niesmakiem i smutkiem a ludzie interesowali sie narzędziami śmierci i usmiechali beztrosko, wymieniali uprzejmości. mlaskali do siebie z satysfakcją. byli naturalnie szczęśliwi gdy mogli wybrać godne ich rozrywki narzędzie zadawania śmierci.
Ladnie ubrani, pachnący, kulturalni mordercy; gatunek ludzki wiek 21, a wciąż siedzi z dzida tylko nie w jaskini.
I ma sie za wspaniały i dobry gatunek, dziecko jakiegos boga godne wymyslonego nieba. Ludzkie gowno pragnące gownianego boga i nagrody po tym życiu.
Ale za co skurwysyny chcecie tej nagrody. Za bycie niemoralna bestia?
zewsząd obrazy wyswietlajace upojonych swoją rozrywką ludzi nad zabitym przed chwila stworzeniem. nie z konieczności chociaż ona i tak niczego nie usprawiedliwia. dla satysfakscji, dla zaspokojenia swoich niskich instynktow. Dla zabawy. obrzydliwy pan człowiek i piękne stworzenie martwe u jego stóp. i według jego.moralnosci i moralności dzisiejszej cywilizacji to jest w porządku, to jest normalne i słuszne. i znajdziesz sobie sto wytłumaczenia na to czemu to robisz.

Jak zrozumiesz i ewoluujesz to możesz jedynie chcieć być obrońcą niewinnych. Ale zostaniesz sam przeciw ludzkiej cywilizacji, całkowitej supremacji ludzkiego scierwa, najdzikszej małpy której uprzejmości i uśmiechy nie zmiania niczego. I nie możesz jako obronca stanąć przeciw mysliwym i innym sadystom gdyz cywilizacja ludzka nie daje równych szans lecz tworzy takie przepisy aby moc skutecznie urządzić niewinny holocaust i zapewnic sobie prawne bezpieczeństwo. Możesz być dobry i bedziwsz cierpiał a sadysta bo ludzki chroniony jest przez prawo.
Bo to rozrywka jest pana człowieka. Zabijanie niewinnego życia. A zabijanie w wymyslny sposób w torturach nie jest przez człowieka 21 wieku zabronione. Bo człowiek to święta " małpa" której mozna wszystko.
A dobro może jedynie przyglądać się na zło i cierpieć gdy widzi wzrok istoty której spojrzenie już pogodzilo się ze śmiercią gdyż przed człowiekiem nic go nie uratuje; nawet lzawy, blagalny wzrok i przerazliwy skowyt.

Nie jestem już na 55 piętrze w vegas ale wciąż jestem w vegas i wciąż jestem w mroku, z którego nie ma wyjścia chyba ze otwarya wojna dobra przeciw złu.

Człowiek ma olbrzymi mózg i chce mówić o sobie ze ma duszę. Wobec tego wypełnijmy te zobowiązania wynikające z tego i ewoluujmy. Stanmy sie obrońcami. Nie bądźmy już oprawcami.
Tylko tak możemy wyjść z tego mroku i sprawić ze ludzkość będzie dobra i szczęśliwa.
musimy ścigać zło i sadyzm i eliminowac je z życia.

 

Piękność przeczesuje swoją blond czuprynę, dłonią.
-czasem patrzę jak się zamyślasz i nie ma Ciebie zupełnie...jesteś tutaj choć jesteś gdzieś indziej, nie tutaj. wtedy sobie myślę; on jest jakiś dziwny, śpiący, czy on jest prawdziwy? powiedz- jesteś prawdziwy?
- a nie wypaplasz nikomu?
- nikomu
- jestem Marsjaninem. Przychodzę tu incognito.
- tak myślałam. Że nie jesteś zupełnie prawdziwy. wracaj na Marsa. Pa!
Obróciła się i poszła.
Chciałabyś wrócić na Wenus-pomyślałem- ale nie możesz znaleźć dobrego przewodnika. biedactwo. tego jednego dla którego warto golić nogi.

 

 

 

"Jesteśmy samolubnymi, prymitywnymi zwierzętami pełzającymi po ziemi. Ponieważ mamy mózgi staramy się z całych sił i czasami udaje nam się coś, czego nie da się uznać za czyste zło"
Dr House-"one day, one room"

 

 - Wyglądasz jakbyś chciał oddać królestwo za kilogram dynamitu - słyszę głos i natychmiast dostrzegam siedzącego na murku od kwietnika mężczyznę. Jest w łachmanach ale nie wygląda na żula. Podchodzę i siadam obok, wyciąga do mnie dłoń z paczką fajek. Nie częstuję się - Patrz jaki świniopas - wskazuje głową, naprzeciw stłoczonych ludzi. Koryto z mięsem faszerowanym chemią, koryto z mięsem z czegokolwiek, koryto z czymkolwiek innym. Jeść trzeba, myślę sobie, a on jakby czytając w moich myślach, dodaje - I nie o koryto chodzi, tylko o świnie - zapala papierosa, wkłada zapałkę na powrót do pudełka gdy ta już gaśnie - I wrzeszczą jedni głośniej od drugich opowiadając o bólach w krzyżu z tym warunkiem, że opowiadającego boli zawsze mocniej niż innych. Albo nafaszerowani sterydami złotolubni, prowadzący zawody w podrywaniu kelnerki - tu uczynił gest dłonią na kawiarnię po lewej - Przy czym każdy z nich jest przekonany, że do pozostałych dwóch ona uśmiecha się bo musi. Jest przecież w pracy ale do niego uśmiecha się bo on jest oczywiście zajebisty- zaciągnął się głęboko - I babsztyle którym już tak się popierdoliło żarcie z gównem, że przewija swoje warzywo na tym samym stole co zjada. I chuj ze stołem i z tym co zjada. Wydawać by się mogło, że tutaj też spotyka się innych ludzi. Ale żyjemy w kulturze galerii handlowych, bóg uczynił galerie handlowe aby człowiek wiedział, że zasługuje na najlepsze. A jeśli zasługuje na najlepsze, to musi oznaczać, że jest najlepszy. Więc kto zabroni koronie stworzeń, końcu łańcucha pokarmowego, szczytowi ewolucji na wyciąganie obsranej pieluchy na środku stołówki wszystkich okolicznych jadłodajni? W końcu świnia nie patrzy gdzie żre i ...- tu zrobił zniesmaczoną minę - Mniejsza z tym - spojrzał na mnie - Brakuje tyranozaurów, może mniej ludzi wychodziłoby wtedy z domów. Tam niech robią co chcą, wieszają wypolerowany krzyż nad drzwiami kuchni i molestują swe córki pod bacznym okiem Jezuska. A Ci co mogą to zmienić to dwie osoby. Ten, który o tym wie i ten który może wykastrować takie ścierwo. Po co dyskusja o kastracji chemicznej, czy konieczna czy nie. Niezbędna. Ukradłeś? Dłoń na pień, zgwałciłeś, kutas pod nóż. - sięgnął do reklamówki i wyjął z niej termos - Ty też mógłbyś to zmienić. gdybyś tylko mógł ładować po jednym pocisku prosto w zwierzęcą mordę. Ale nie obrażajmy zwierząt, żadne tak nie robi. Niestety prawo i cywilizacja to immunitet dla wszelkich człowieczych potworów. Jednak cóż zrobić, skoro przykład dał na sam Bóg, naznaczył mordercę brata aby nikt nie wyrządził mu sprawiedliwości. - przez chwilę rozkoszował się zapachem gorącej herbaty - A Ty? Co z Tobą jest nie tak? - mówił z pytającym gestem unosząc kubek, który napełnił. Kiwnąłem głową przecząco.
- Ponoć nie mam poczucia humoru - oparłem przedramiona na udach. Patrzyłem beznamiętnie przed siebie.
- Poważnie? - delektował się napojem - Mi wydałeś się bardzo śmieszny - posłał mi przyjazne wejrzenie - A tak na poważnie to jakie poczucie humoru miałbyś mieć w oborze pełnej świń? - zaśmiał się głośno - Niech cieszą się, że wraz z brakiem poczucia humoru nie masz dynamitu - znowu się zaśmiał. Spojrzałem na niego przychylnie.
Był człowiekiem wyzbytym złudzeń ale kiedyś musiał zrobić coś strasznego. Miał to w oczach. Tlił się w nich niezwyciężony dramat obok całej tej siły, którą wkładał aby umieć się szczerze śmiać.

Zamknąłem na chwilę oczy, odgłosy ludzkie dochodziły z coraz większej oddali. Zapachy smażonych potraw, kiczowatej kawy i perfum mieszały się z potem i odorem brudnych ubrań. Ludzkie zoo, w którym tkwiłem po uszy aby móc chociaż czasem przebywać wśród istot dwunożnych.
- No i co się gapisz brudasie – z letargu wyrwał mnie żeński głos. Uniosłem głowę, aby spojrzeć na trzy młode dziewczynki. Jedna z nich manifestacyjnie stała naprzeciw mego towarzysza. Ten uśmiechnął się kącikami ust.
- Uwielbiam patrzeć na takie małe, bezbarwne, mimo, że umalowane kurwiszonki – wycedził ale w jego głosie nie było pogardy – To przekonuje mnie, że stoczyłem się tylko do przedsionka wstydu.
- Ja pachnę Chanel numer pięć, mam buty za sześć stów i bieliznę od triumpha – wtrąca sprytnie druga z nich. Wszystkie mają chyba z piętnaście lat. Małe biznesmenki – I wszyscy faceci ślinią się na mój widok.
Patrzy na mojego towarzysza z rękami wspartymi na ramionach. Nic nie mówię, a on też nie wykazuje chęci do dyskusji. Przełyka swoją ciepłą herbatę i wciąż uśmiecha się tymi skrzywionymi ustami.
- Ja nie pachnę wcale, mam trampki z dziurą przez którą wlewa mi się woda i długie, tanie ale za to ciepłe bokserki. Mam też coś innego czego nie masz Ty dziewczynko. Całą dupę i usta, które nigdy nie miały w sobie innego loda niż waniliowy. On w przeciwieństwie do lodów, którymi delektujesz się każdego dnia Ty, roztapia się w ustach, a nie pęcznieje. Oczywiście nie ma tych walorów jak Twoje lody, gdyż wydawałem na niego całe sześć złotych, a Ty za swoje możesz kupić perfumy Chanel numer pięć, buciki oraz bieliznę od triumpha. Twój lód ma jednak inną wadę. Był godzinę wcześniej w tyłku tej baby – tutaj wskazał na najbardziej obleśną kobietę w okolicy.
Dziewczynki się obróciły i wydawało mi się, że przez chwilę mają takie same miny jak i ja.
Zerknąłem czym szybciej na zapracowaną kelnerkę aby mieć kontrast.
Już mnie nie mdliło.
Przegrały. Nie mogły wygrać. Tak jakby szczeniak pudla mógł zagryźć buldoga. Facet był wyzbyty złudzeń ale oprócz tego gdyby chciał kastrowałby każdego rozmówcę. Jednak na te tutaj patrzył mimo wszystko przychylnie. Byłem pewien, że traktuje je bardzo pobłażliwie.
- Ty – teraz zwróciła się do mnie zaczerwieniona. Próbowała odzyskać rezon - Ty wydajesz się normalny - mówiąc to jej oczy wskazywały na moją garderobę. Dobrze, że tylko niektórzy umieją prześwietlać ludzi - Czemu z nim siedzisz?
- A co z nim jest nie tak?- wzruszyłem ramionami.
- Jest brudny i pije herbatę z termosu.
- No tak. Rzeczywiście jest – spojrzałem na kompana po czym na buty rozmówczyni – Ale nie chodzi w białych kozakach. To zajebisty plus. Bije wszystkie niedociągnięcia. – obruszyła się, jak i jej druga koleżanka też odziana w długie, lśniące, białe buty na wysokich obcasach. Tylko trzecia z dziewczynek śmiała się w sobie niezauważenie. Ta miała na stopach tenisówki.
- No to już wiesz czemu z nim siedzi – wtrąca ta, która nas zaczepiła – To taki sam obleśny typ jak ten żul- chciała ruszyć przed siebie lecz gdy wstałem, obserwowała czekające koleżanki. Zrzuciłem z siebie płaszcz, oczom ich ukazała się szara, rozpięta pod szyją koszula. Pachniałem perfumami chanell coś tam. Nigdy tego nie spamiętuje. Mam to gdzieś. Spod koszuli ukazywał im się czubek mego tatuażu na piersi, twarz miałem nieco ogorzałą od zimna i trzydniowego zarostu.
Stanąłem między nimi. Z początku zerkały na siebie płochliwie ale teraz wpatrywały się tylko we mnie. Nie byłem już siedzącym, zgarbionym towarzyszem bezdomnego.
Dziewczyny w kozakach były już zepsute. Kiedy dociera się do określonego stopnia kiczu, białe, lśniące buty to tylko jeden z symboli ikonograficznych. Rozpoznać ten typ można też po często różowym bądź fioletowym makijażu. Tak mocnym jakbyś w zoo patrzył na szopa pracza. Dobrze, że świat ludzki ich potrzebował bo gdyby było inaczej kto wie czy teraz nie marnowałyby niedzielnego wieczora w pokoju przy lampce, z książką w dłoni. Komu taka dziewczyna potrzebna.
Ostatnia z nich, dziewczyna w tenisówkach miała podkreślone czarną kreską oczy. Nieco wulgarnie ale poprzez brak wprawy aniżeli tendencję. Jak każde stworzenie w przyrodzie, tak i dziewczynka aby udawać nastolatkę musi przybrać inne barwy. Ta przybrała ale dobry obserwator mógł rozpoznać w niej całkiem inny gatunek zwierzęcia.
Schyliłem się, jednym ruchem dobyłem z kieszeni płaszcza portfel i otworzyłem tak aby wszystkie trzy widziały gruby plik stuzłotowych banknotów. Nie musiały wiedzieć dwóch rzeczy, że nie używam kart i muszę mieć gotówkę i że dwa dni temu miałem wypłatę. Nie patrzyłem na nie, słyszałem tylko jak ich oddechy miarowo stają się cięższe. Udawałem, że nie wiem, że patrzą cały czas na pieniądze. Wyciągnąłem dwa banknoty i uniosłem wzrok na dziewczynę w tenisówkach. Sięgnąłem do jej spodni i wcisnąłem pieniądze do kieszeni
- Jest sroga zima. Kup sobie ciepłe buty – mówię gdy ona zaczarowana stoi jak posąg – Ale jest warunek. Nie mogą to być białe kozaczki- chyba zrozumiała bo delikatnie się uśmiechnęła.
Zmieszana nieco starała się przezwyciężyć jakiś wstyd. Nawet nie chcąc brać od faceta pieniędzy była pogodzona z tym, że są jej niezbędne. Nie trzeba stawać się wyrachowaną suką aby oddawać swoje ciało za pieniądze. Wciąż niektóre mogą czuć wstyd i płakać w kącie.
Chciała coś powiedzieć, na co kiwnąłem w milczeniu z zaprzeczeniem. Zrozumiała, że nie może tego mówić. Nagle jej twarz stała się promienna.
- Ha – ucieszył się głośno mój towarzysz – I przegrałyście drogie kozaczki po raz kolejny – tutaj obdarzył dwie dziewczyny wścibskim grymasem – Na świecie są istoty, którym wynagradza się uśmiech, gest, spojrzenie- zapalił kolejnego papierosa – Nie trzeba od razu proponować loda za dżinsy. W Chinach na ten przykład dziewczynki proponują dżinsy za loda- zaciągnął się z pasją. Cały się cieszył – No co? Szmaty, za które wy sprzedajecie dupy i co za tym idzie duszę, one tam szyją za miskę ryżu. U nas rzecz jasna kosztują ponad dwie stówki. Niewolnictwo musi się opłacić, a wy biedne musicie się tak bardzo gimnastykować na jedną parę chińskich dżinsów. Brać w usta kutasa obcego faceta, który być może chwilę wcześniej wsadzał go w tyłek sprzątaczki w toalecie. No co? Nie ma co się dziwić. Nie słyszałyście legend o polskich sprzątaczkach na londyńskim lotnisku? Walili je wszyscy za parę funtów. Hindusi, żółci, czarni jak smoła murzyni, niemcy, szkoci. Były większymi gwiazdami niż wy. Znały smak loda z każdego kraju z każdego kontynentu. A po robocie znały smak lodów z krajów biedniejszych bo jeden lód w tą czy w tamtą nie robi żadnej różnicy więc można stwierdzić, że to całkiem dobry sposób na sympatię tych facetów, którzy nie mieli tyle funtów co reszta ale mieszkali w okolicy albo byli w rodzinnego miasteczka. Sentymenty kurwa.
A najlepsze jest to, że jak wracały do ojczystego kraju, do czekających na nie chłopaków, to czuły się źle tylko z powodu tego z rodzinnego miasteczka, a nie z powodu tych setek lodów na lotnisku – spalił całego papierosa. Wstał i wyrzucił pojarę do kosza na śmieci – Nie ma co się dziwić – wrócił do nas spoglądając na nie. Nie nadążały za rozwojem sytuacji.
Jedna z nich klepnęła drugą w ramię wskazując głową aby ruszyły. Dziewczyna w tenisówkach podbiegła do pobliskiego baru i wróciła równie nagle. Poganiana przez koleżanki włożyła kartkę papieru do kieszeni mojego płaszcza. Idąc za tamtymi odwracała wciąż głowę do mnie. Śmiała się w środku.
Też się uśmiechnąłem.
- Fajny masz ten płaszcz- oznajmił mój towarzysz dotykając palcami materiału.
- Jest twój – powiedziałem sięgając do kieszeni płaszcza po klucze od samochodu – Ale bez tego – znalazłem też kartkę od dziewczynki.
- Będziesz patrzył na podeszwy jej nowych bucików, ściskając jej piętnastoletnie nóżki w kostkach, podczas gdy ona będzie stękać, popychana przez Ciebie, plecami po łóżku? – nawet na mnie nie spojrzał gdy to mówił. Wciąż delektował się dotykiem płaszcza. Ja nawet nie spojrzałem na niego, gdy wstałem i poprawiłem koszulę.
- Podoba mi się ta wizja – powiedziałem monotonnie.
- A może chcesz ją uratować co? – podniósł się i ściągnął swoją sfatygowaną kurtkę. Nie słysząc mego głosu, uniósł głowę i wpatrzył się w moje oczy. Ponownie wścibski uśmiech zagościł na jego twarzy – Poważnie? Ratować młodą kozicę, pachnącą jeszcze mlekiem i kwiatami z łąki, z ciałem jędrnym jak wcześnie zerwana brzoskwinia, z ustami wciąż nie grzesznymi i wstydliwymi oczyma? Ratować ludzkie cudo?

"Ideałem mężczyzny jest kobieta, której nie może znaleźć." - Alfred Musset

- Chodź – mówię do niego ściągając gniewnie skronie- Kupisz sobie jakieś buty – kiwam głową na niego, kiedy ubrał się w płaszcz – Kolorystycznie do dupy ze starymi.
- Czemu?- zapytuje na co marszczę czoło. Wiem jednak, że się nie ruszy jak mu nic nie powiem.
- Są święta. To taki prezent...- nie kupuje tego i słusznie robi - ...prezent dla mnie.

Pożegnaliśmy się godzinę później. Widać było, że w ciepłych butach czuje się lepiej. I w suchych. Nie mówiłem mu tego ale w płaszczu zostawiłem mu też prezent. Idzie ostra zima, kto wie czego mu zabraknie.

 

 Na drugi dzień zadzwoniłem do dziewczynki w tenisówkach. Ale to była już przeszłość. Gdy stanęła w progu mego mieszkania miała na sobie ciepłe kozaki na płaskiej podeszwie sięgające połowy łydek.
- Wiesz kim one były? I co robiłyśmy w tej galerii?- zapytuje na co kiwam z aprobatą w milczeniu. Popija sok pomarańczowy siedząc w rogu kompletu wypoczynkowego – Czy to coś zmieni jak powiem, że jeszcze nigdy czegoś takiego nie robiłam? Czy będziesz delikatny? Bo jestem gotowa, wiem to. I chcę się odwdzięczyć.
- To prezent – mówię jej ale chciałbym wypowiedzieć więcej słów.
Jednak nie teraz.
- Co w tym złego? Gdyby nie Ty łaziłabym tam za jakimiś żonatymi, dzieciatymi staruchami albo napalonymi brudnymi dresiarzami. Tak wygląda tamten świat. Lepiej trafić nie mogłam – rozejrzała się po mieszkaniu – Samotny zadbany mężczyzna. I do tego cholernie mi się podoba. Nie zmarnuję takiej okazji.
Nalałem sobie żubrówki i soku i usiadłem w fotelu po drugiej stronie ławy.
Podciągnęła swoje nogi pod pośladki ściskając dwoma szczuplutkimi rączkami filiżankę z sokiem. Między nami paliła się świeczka zapachowa, telewizor wyświetlał jakiś film.
- Dostaniesz trzydzieści złotych za każdą godzinę – mówię po chwili patrząc jej uważnie w oczy. Nie bardzo wiedziała co powiedzieć więc mówiłem ja – to kiepski układ ale na lepszy mnie nie stać. Być może nawet i na ten mnie nie stać. Kiepski układ i dla mnie i dla Ciebie. Dla mnie, bo w każdym dniu jest dużo godzin, a dla Ciebie bo za godzinę zarobisz tyle ile możesz wziąć za pięciominutową robotę.
- Potrzebujesz godzin?
- Tak – wypowiadam lakonicznie dopijając drinka haustem.
Wpatruje się we mnie tymi sarnimi oczyma, usta jej delikatnie pozostają rozchylone, długie rzęsy od czasu do czasu trzepoczą jak parasolka na wietrze. Przeczesuje dłonią krucze włosy gdy w filmie rozbrzmiewa piosenka, a ona zaczyna kiwać w jej rytm głową.
Patrzy na mnie nie odrywając wzroku. Znowu się w środku uśmiecha. Zaczynam za to ją lubić.
- Okey. – mówi szybko i chowa wargi w kubku przymykając powieki. Nie ze wstydu.
Aby rozwiać tą chwilę chwyciłem flaszkę z zamiarem przyrządzenia kolejnego drinka kiedy zadzwonił telefon. Przyglądałem się chwilę ekranowi i odbierając wpatrzyłem się w oczy dziewczynki wtulonej w półmrok pokoju.
- Widziałam Cię wczoraj pod kinem – powiedział głos. Znałem ten głos doskonale. Od dawna wskazywał mi drogę.
- Wiem – miała na sobie beżowe rajtuzy i sukienkę za kolana. Miała na sobie wszystko co podkreślało jej dziewczęcość. Za kilka lat będzie musiała się przebrać – pomyślałem, a głos w telefonie powiedział.
- Ledwo co doszłam do samochodu. To dziwne uczucie. Istniejesz od lat ale spotkanie Ciebie w miejscu publicznym gdzie nie jestem sama to zupełnie nowa emocja – głos jest smutny, daleki, dziewczynka jest wesoła, bliska – Widziałeś mnie? – wiedziała, że widziałem ale upewnia się.
- Widziałem was oboje – mówię i nic więcej mówić nie trzeba. Telefon milczy.
Dziewczynka też milczy. Za kilka lat i ona będzie dzwoniła do mężczyzny. Będzie dzwoniła wtedy kiedy zakochany w niej chłopak jest poza domem. I powie mu to co powiedziała kobieta dzwoniąca do mnie – Bardzo mi ciężko z tym wszystkim. To nie jest na moje siły. Już od roku próbuję sobie poukładać życie – głos się urywa. Teraz powinienem usłyszeć swój głos ale ja nic nie mówię. Nie ma już nic co mógłbym powiedzieć.
Nie ma zaklęcia, które może zmienić rzeczywistość.

"Prawdziwa kobieta? Ma ona dar szczególny budzenia i rozwijania w mężczyźnie wszystkiego, co dobre i szlachetne." - Lew Tołstoj

Dziewczynka spoziera na mnie nieco podejrzliwie ale cały czas jest roześmiana gdzieś w środku. Zachowuje się tak jakby było jej ciepło. Jak mój kot gdy przychodzi z dworu i odnajduje jakąś moją kurtkę rzuconą gdzieś aby się w nią wtulić. Tak jakby chciał być blisko mnie, ale nie koniecznie ze mną. Koty są dziwne. Dziewczynki też są dziwne. Kobiety są jednak najdziwniejsze – Kiedyś też będziesz taka dziwna – mówię sobie w myślach tonąc w ślepiach stworzenia, które czuje ciepło w mej jaskini.

- Układaj sobie życie – mówię do telefonu, płomień świecy pada na mą zimną twarz. Po stronie dziewczynki jest jaśniej, w rogu na półce świeci się lampka – daję Ci słowo, że nie zrobię niczego co miałoby temu przeszkodzić – mój głos nie jest wrogi, nigdy nie był wrogi. Jest zimny ale to nic nie znaczy. Nie wobec kogoś takiego jak ona. Była tam, gdzieś w mroku zimy, po drugiej stronie miasta. Jej oddech głaskał moje ucho -Trzymaj się Maleńka – mówię, a dziewczynka nieco poważnieje. Jakiś pąs zdobi jej twarz, a kiedy odkładam telefon, podnosi na mnie ciekawskie spojrzenie. One wszystkie tak patrzą, a wtedy ja już przepadam gdzieś w środku samego siebie.
- Dziewczyna? – zapytuje kładąc głowę na poduszce. Patrzę przez chwilę na jej ramiona w kolorze mleka po tym jak ściągnęła sweter aby pozostać w podkoszulce.
Kiwam głową w zaprzeczeniu i nalewam soku do wódki.
- Elf – mój głos urywa się w łykach trunku, ona patrzy na mnie, a mi wydaje się jakbym znał ją od wieków. Z mroku przedpokoju przychodzi kot, czarny jak ciemność. Mija mnie i przystaje na chwilę przy sofie wąchając spadający z niej rękaw swetra dziewczynki. Merda ogonem i wskakuje obok jej stóp. Ona wydaje radosny dźwięk i chwyta go w dłonie. Patrzę na zdrajcę jak przepada w jej ramionach, wtulając się w malutkie piersi.
Dwa wdzięczne stworzenia na moim łóżku, oblane światłem z mojej lampki. Spokojne, chyba szczęśliwe gdy czują na sobie wzrok mych niebieskich, smutnych oczu.
Jakiż paradoks kryje się we wzroku i w uczuciu. Jakiż absurd w szczęściu osiąganym za pomocą nieszczęśliwych oczu. Żyjemy w złudzeniu aby nie mówić sobie prawdy.
- Elf? – kiedy posiadła już mojego kota, otrząsa się i docieka - Taki z bajki?
- Z najlepszej bajki.
- Nie wyglądasz na szczęśliwego. Czy aby to dobra bajka?
- Nie ma w niej muminków, zamków i rycerzy na białym koniu. Księżniczki wcale nie śpią, a smoki dawno już wymarły. I na końcu nikt się nie cieszy – nalewam soku do jej filiżanki – Co nie zmienia faktu, że to najlepsza bajka.
- Bez szczęśliwego zakończenia?
- Radość to nie to samo co szczęście. Radość nie musi czynić szczęśliwym. Ona sama w sobie jest dobra, pozytywna. Wystarczy choćby jakaś jedna emocja która sprawia, że zamykasz na chwilę oczy i jesteś bardzo daleko. Jedna taka emocja z nawet całej, długiej, dramatycznej historii. I to jest coś co można mieć zamiast szczęścia. A szczęście? To nie jest najcenniejsza wartość. Owszem jest fajne, kiedy wiemy, że Kubuś Puchatek ma zajebiście dużo miodu, tygrys bryka jak nażarty amfetaminy, prosiaczek czy królik robią na drutach, maleństwo jest blisko matki, sowa...- urywam i marszczę czoło - ...co właściwie tam robi sowa?- ona roześmiana wzrusza ramionami, ja wskazuję na nią palcem i odwracam się do komputera. Odnajduję w bibliotece plik filmowy i włączam wyświetlając obraz na telewizorze.
- Będziemy oglądać bajkę? – patrzy z niedowierzaniem na ekran.
- Myślałem, że to już uzgodniliśmy – rzucam jej zagadkowe spojrzenie. Głaszcze mojego kota lecz wciąż nie może się nadziwić.
- Co?
- No, że płacę Ci kasę za godziny.
- Za oglądanie bajek? – otwiera swe śliczne oczęta w niedowierzaniu.
- A o czym Ty myślałaś? – robię głupią minę, patrzę w jej ślepia, kot mruczy do niej aby nie drgała tak.
Sam bym mógł tak mruczeć aby tylko nie drgała, nie ruszała się, nigdy nie poszła sobie z tego miejsca.
- Kto Ty jesteś? – zapytuje cicho kiwając jednocześnie palcem abym i ja mówił ciszej bo przeszkadzamy kociakowi.
- Nikt specjalny – sięgam po drugą literatkę, nalewam jej słabego drinka, podaję i wznoszę toast – Najpierw dowiemy się czym właściwie zajmuje się sowa, później zamienimy te zwierzaki na inne zwierzaki. Zawsze jednak będzie to bajka, bez znaczenia czy będą w niej ludzie, niedźwiedzie czy smoki. A kiedy już przez to przebrniemy i będziemy mieli trochę szczęścia ja spojrzę w Twoje oczy i ujrzę w nich kogoś kogo szuka się po bagnach i grzęzawiskach. I być może moje oczy zmienią się w oczy kogoś z tej strony lustra. Tymczasem jednak nie pozostaje nam nic innego jak być tam gdzie jest spokojnie, gdzie świat za oknem przestaje mieć znaczenie, a czas staje w miejscu – rozkładam się w fotelu, opieram nogi o sofę. Ostatni raz patrzę w jej oczy i widzę pierwsze zdziwienie światem. Zdaje się, że dostrzegam jak aprobuje niezauważalnie, po czym przytykając palec do swych wąskich ust wyszeptuje – ciiiiiiiiiiiiiii – a jej lewa dłoń na chwilę tylko przestaje głaskać głowę kota i wskazuje mi zachęcająco miejsce klepiąc w sofę tuż obok niej.
Nie mogłem z nią dyskutować, w końcu miałem być cicho.

Została tak jak kilka lat temu został kot.
Pierwszego wieczora zrozumiała, że nie będzie zabawką, za którą zobowiązałem się płacić. Stała się częścią mojego mieszkania, a po chwili częścią mojej codzienności. Zmieniła się z dziewczynki, jaką ujrzałem po raz pierwszy. Cywilizowany świat ją gonił, a ona jako dziecko z biednej rodziny czuła się upokorzona wśród reszty dzieci w szkole. Każda dziewczynka chce mieć ładne perfumy, każde dziecko chce mieć czasem kanapkę w szkole.
Przychodziła co najmniej kilka razy w tygodniu. Któregoś dnia stwierdziła, że chciałaby przychodzić codziennie o ile nie mam nic przeciwko. To ciepłe mieszkanie gdzie zawsze mogła zasnąć bez awantury w domu, gdzie w lodówce było jedzenie, gdzie mogła pograć na komputerze stanowiło dla niej azyl.
Sam kiedyś miałem swój azyl. Sam mam wciąż swoje azyle, wyspy na które uciekam. Oznajmiła, że jak będę chciał być sam, ona może czytać w drugim pokoju i że nawet nie zauważę, że ona w ogóle jest.
- Chcę negocjować naszą umowę – rzekła któregoś dnia z nabytą pewnością siebie.
Ciekawe gdzie ją nabyła
- Renegocjować – poprawiam ją, na co się uśmiecha.
- Tak. Renegocjować – wypowiada szykując kanapkę i podając mi. Najzwyczajniej w świecie robiła codzienne rzeczy których nie cierpiałem. Sama z siebie. Nawet nie pamiętam którego dnia zaczęła. Oglądaliśmy kolejny film, gdy kazała wstrzymać się chwilę, wyszła do kuchni aby przynieść wielki talerz z pysznymi kanapkami i dwa kubki kakao. To było dosyć dziwne, bo od lat nie kupowałem kakao, na co ona wzruszyła ramionami i od niechcenia ale jak zwykle ciepło, odparła, że co z tego skoro ona kupiła.
- Jaka jest Twoja propozycja? – zaczynam niepewnie, chociaż i tak trudnym jest mi utrzymać dotychczasowy stan rzeczy. I tak już przestałem kupować męskie zabawki.
- Nie pozwól mi tylko umrzeć z głodu – powiedziała wtedy i pierwszy raz pocałowała mnie w policzek – W wakacje znajdę pracę, będzie lżej - no i renegocjowała swój kontrakt.
Stała się moją rzeczywistością, aż któregoś dnia przyszła z siniakami na ramionach.

Ułożyłem ją wówczas do snu i tam została ze łzami w śpiących oczach.

 

 Cieszyło mnie jak dziecko, że sprawia jej to przyjemność. I że w tych chwilach gdy mrok rozświetla obraz, a ona wtulona w sofę głaszcze kota lub ściska moje palce, wydaje się być w bardzo przyjemnym miejscu. W miejscu gdzieś poza tym światem, który jej się nie udał. Który nie udał się wielu z nas. Nie udał się też mi ale ja byłem już duży i przestałem się bać. Ona jeszcze nie była duża i chroniła głowę w dłoniach gdy szła przez burzę.

 Późną nocą kiedy zdołałem zapaść w sen zbudził mnie telefon. Spojrzałem kto dzwoni i odebrałem.
- Mag – powiedział znajomy gliniarz – Musisz przyjechać – głos dochodził z pustki. Za oknem gdzieś w oddali prz

Zaloguj się