Nikt

Chłopiec

„Piękno jest tym czym jest;

dalekim, samotnym drzewem na tle złotego nieba;
falującym migotaniem na wklęsłym spodzie mostu;
czymś absolutnie nieuchwytnym.”
Nabokov „Śmiech w ciemności”


   Ponieważ jednak niekiedy łapię się na tym, iż chcę się utrzymać przy życiu to muszę czasem zakochiwać się w tajemniczych nieznajomych.
To jak bodziec z respiratora na moje twardniejące wciąż serce. I ten ktoś się staje tym który wymienia marzenia. Nie swoje…moje. I nieświadomie reanimuje czyjś świat.

- Co tak tłucze?- zapytuje przez słuchawkę podnosząc głos.
- Pralka.
- Brzmi jak klapki po podłodze.- wtrąca pospiesznie- Przyznaj się, masz tam jakąś lalę w klapkach pielęgniarskich.
- Pralka biega po łazience - tłumaczę cierpliwie, otwierając drzwi do łazienki.- Na szczęście futryna jest węższa od niej więc daleko nie pobiegnie.
Słyszę jak się śmieje. Jej swobodny głos w jej śmiechu sprawiał mi zawsze to samo uczucie co mój kot leżąc wzdłuż mego biodra z łapą zarzuconą na mnie i wbijający rytmicznie, nie gwałtownie pazury w bok mego ciała.
- I co teraz?- dochodzi do siebie i wiem, że robi naprawdę przejętą minę- Jak wymienisz taką pralkę?
- Był plan wywalić ją przez okno ale mam dzielone na dwa więc nici- powoli, pomagając sobie ręką, przesuwam ją kolanem w miejsce, z którego wylazła- Muszę ją rozwalić i wynieść w częściach.
- Boże, ja zawsze myślałam, że Ty tylko tak gadasz ,a Ty naprawdę jesteś sierotą - bawi się setnie. Pralka dudni jak oszalała, kot grzeje się na piecu, deszcz dzwoni o niefunkcjonującą antenę satelitarną  - W ogóle nie przejmujesz się doczesnymi, ludzkimi rzeczami  - pije herbatę albo sok, bo słyszę mlaśnięcia. Ale w jej wykonaniu to nie przeszkadza- Ludzie biorą kredyty na nową lodówkę, pralkę, telewizor. Wykupują telewizje satelitarne, internet w promocji, czajniki pożerające mało prądu, genialne mikrofalówki, a ten gania za pralką po całej łazience i nic sobie z tego nie robi.
- Ja zwyczajnie za tym wszystkim nie nadążam - siadam na łóżku z lampką wina, zahaczam kablem od ładowarki o butelkę stojącą na podłodze, ta się przewracam, na dywanie pojawia się czerwona plama. Podnoszę ją z niesmakiem, że mniej zostało- Nie nadążam za wypalającą się żarówką, za miesięcznym pitem, rachunkami, ubezpieczeniami samochodów, koszulą którą muszę wieźć do prasowania. I nie z powodów finansowych ale zwyczajnie nie mam do tego cierpliwości. Nie ogarniam.
- Nie ogarniasz bo błądzisz myślami po innych planetach - przypomina z satysfakcją w głosie, że jest w stanie zdefiniować o mnie kolejną prawdę- Zacznij od drobnych rzeczy...kup na początek żyrandol do pokoju w którym suszysz pranie. Jak można przecież wieczorami chodzić po domu z latarką w zębach i praniem w rękach.- wciąż się świetnie bawi. Nigdy niby nie miała mnie za śmiesznego ale czasem tak się śmieje przy mnie, że chyba bardziej nie można.
- Już tam w nocy nie wchodzę - informuję przejęty - Baterie mi się w latarce wyczerpały.- kiedy mówię, w telefonie rozbrzmiewa jej niezwykły śmiech.
 

''Czy przeżyłabym to jeszcze raz. Tak. W każdej chwili. Nie oddałabym tego bólu i frustracji, i chwilowych załamań, gdyż zawsze szły z nimi w parze uśmiech i szczęście. Nic nigdy nie sprawiało mi większej satysfakcji, niż jego spokój. Nie oddałabym ani jednej najkrótszej chwili z nim spędzonej. Nikt ani nic nie nauczyło mnie więcej o miłości, odwadze i wolności niż on. Wtargnąłeś w mój świat, a ja złapałam Cię za rękę. Doprowadziłeś mnie do śmiechu, doprowadziłeś mnie do płaczu, puszczałeś latawce zrobione z mego serca... Ja i ty zawsze wiedzieliśmy, że jesteś kimś szczególnym, zbyt mądrym, zbyt wszechwiedzącym i zbyt ślepym. Widziałeś świat zbyt jasno i nie widziałeś go wcale. Ty i ja znaliśmy swoje dusze i serca, i umysły, a ciebie wewnątrz palił ogień. W twoich oczach widziałam twe najmroczniejsze godziny i najjaśniejsze światła, ciemne zachody słońca i wschody nadziei. Przeżyliśmy burze i staliśmy ramię w ramię w deszczu. Dziś widzę zmęczonego, pomieszanego chłopca, jest zły, ale nie wściekły, jest smutny... tak jakby. Rani innych... tak myślę. Potrzebuje uczuć... lecz nie może albo nie chce tego okazać. Nie rozumie mnie... a może ja nie rozumiem jego. Próbuje okazać mi swoje uczucia, widzę, jak walczy ze sobą... ale nic dobrego z tego nie wynika. Widzę chłopca, który widział za dużo. Ale nadal jest tylko chłopcem.'' 

Kiedyś co jest dosyć dziwne byłem malutki i co jest dziwniejsze; uroczy. W szkole siadałem na parapecie jeśli akurat na przerwie nie grałem w piłkę.

- Podobam Ci się?- zapytała smagła dziewczyna o kruczych, pachnących szamponem włosach. Miałem zwichniętą nogę, więc nie grałem z innymi na korytarzu.
- Jesteś bardzo ładna - znaliśmy się z sąsiednich klas.
- Chciałbyś ze mną chodzić?
- Nie chciałbym - jej piętnastoletnie pośladki dotykają mojej stopy spoczywającej na parapecie. Ludzie, gdybyście ją tylko widzieli. Jak zdjęta z obrazka.
- Masz już dziewczynę, tak?- wpada na taki pomysł lekko urażona.
- Nie - kiwam głową.
- No to czemu nie chcesz ze mną chodzić?
- Bo chodzić lubię sam.
- Jak to sam?
- Po prostu. Sam. Lubię łazić sam.
- O jejku - prycha śmiechem uderzając chcący dłonią o moje udo - Ja mówię o takim chodzeniu, jak dziewczyna z chłopakiem. No, że są razem.
- Nie lubię tego.
- Nie lubisz?- wpatruje się w moją chłopięcą twarz, a ja jak zwykle szukam czegoś za oknem w deszczu - Słuchaj, może Ty pedał jesteś.
- Nie jestem.
- No to dlaczego nie lubisz się spotykać z dziewczynami?- jej koleżanki szepczą, jedzą śniadaniowe kanapki i wskazują na nas ukradkiem.
- Lubię się spotykać z dziewczynami.
- Ejj, no - uderza mnie piąstką w buta - Ty jakiś dziwny jesteś. To lubisz czy nie?
- Lubię się spotykać z nimi ale nie lubię z nimi chodzić.
- No ale przecież jak się z nimi spotykasz...
- Spotykam się z dziewczynami, które chcą się przespać ze mną na tym spotkaniu ale nie chodzę z nimi.
- Tylko po to się spotykasz?- otwiera usta w zdawkowym zdumieniu; piękne, pełne, śniade usta.
- A po co innego można się spotykać z dziewczynami?
- Szpaner! - obraca się w stronę okna, widzę jej profil gdy już decyduję się na nią spojrzeć.
- To nie jest prawda. Nie jestem szpanerem, jestem zwyczajnie szczery.
- Jesteś po prostu głupi i nadęty.
- To też nie prawda.

Patrzeliśmy chwilę w milczeniu w okno, gdy zupełnie od niechcenia nasz wzrok się spotkał. Była dwa lata młodsza i pełna blasku. Kiedy grałem w piłkę w szkole z powodu deszczu i innych niedogodności ona często siadała na schodach i się przypatrywała. Kiedy mieliśmy wspólną lekcję wychowania fizycznego składałem swymi dłońmi jej nadgarstki do właściwego odbierania piłki siatkowej. Czasem pokazywałem jak zrobić dobrze przewrót w przód dotykając jej bordowych szortów. W pozostałych chwilach chwytaliśmy się spojrzeniem, magia dziecięca poczynała tańczyć, ona się wówczas lekko uśmiechała, a ja po prostu się wpatrywałem tym monotonnym wzrokiem ale jakże pełnym pasji.
Dopiero pół roku później gdy dowiedziała się od mojego znajomego, że nigdy nie spałem jeszcze z dziewczyną, podeszła i bez słowa przywaliła mi w gębę. Stałem wpatrując się w pączka jakiegoś chłopca, podczas gdy nie jadłem słodyczy od długiego czasu.

- Szpaner- powiedziała wówczas wyciągając do mnie drugą dłoń z kanapką. Miała łzy w oczach. W tych pięknych, dziewczęcych, niczym nieskażonych oczach, miała łzy. Nie musiała w życiu płakać. Już nawet myślałem, że nie umiała, ale chyba pomyliło mi się ze mną.
Nikt nie musiał wiedzieć, że to kolejny szpan.

Brukowane uliczki

Brukowane uliczki

 - "Zrozumiałam Twoją oschłość i kolor wypowiedzi. To nie jest tak, że pomiatasz ludźmi dla jakiejś chorej satysfakcji. To jest tak, że widząc siebie wiesz, że mamy możliwość bycia lepszymi. I pokazujesz to. Sarkazm to doskonały sposób aby dotykać tych, na których nie działają argumenty. Jakiekolwiek barwy przybierasz dziękuję, że jesteś gdzieś tutaj.
Mamy zobowiązania wobec bóstw - wszyscy więc zachowujmy się jak ludzie."

- Nie doszukujmy się przyczyn i nie oczekujmy skutków. Wszystko się zmienia, ja również. Czasem pojawia się jakiś demon i trzeba z nim walczyć, albo się zaprzyjaźnić. Co do ludzi to nie można zapytać kogoś wprost o reakcję na innego człowieka bo zawsze skłamie. Trzeba wrzucić dwa związki chemiczne do probówki i podgrzać. Tylko to pokaże nam jak reagują na siebie.

- "Twoja specjalność to chodzenie po linie. Wiesz, że nie spadniesz i bez względu na to, czy biją Ci brawo, pełni podziwu, czy odwracają wzrok ze strachu, Ty w środku siebie samego toczysz swoją walkę." 

- Przed każdą walką wierzysz, że Bóg istnieje. Po chwili jednak masz połamane żebra, z ust skapuje krew. Chyba go nie ma. Do kolejnej walki wierzysz w jego nieobecność niestrudzenie, aż znowu jak jakiś debil idziesz się prać...i dostajesz niezły wpierdol. Przychodzi moment kiedy miewasz nadzieję. Wchodzisz do ciemnej groty i leziesz wierząc, że na końcu jaskini jest wyjście. Zdzierasz kostki do krwi, padasz z wyczerpania. Nie ma kurwa drzwi. Stajesz i się rozglądasz...zwyczajnie nie wierzysz w to, że nie ma kurwa drzwi. Nie liczy się w tym miejscu ból nóg, pragnienie czy wyczerpanie. Stajesz i widzisz tak klarownie; jak tylko można wyobrazić sobie ostrze szpikulca - jednego demona...a co jeśli to nie prawda, że musi być kiedyś lepiej. Że każda wędrówka musi się skończyć dotarciem do celu. Że na środku pola walki ktoś pomoże. A co jeśli nie ma Boga, jest tylko przeciwnik z toporem. Chciałoby się wierzyć, że zawsze ktoś nas uratuje. Was -kobiety- mężczyzna ze skronią broczącą krwią, a nas -mężczyzn- Ona czekająca i gładząca tą skroń abyś mógł odwrócić się do mroku. Najgorsza świadomość to świadomość walki całkowicie samemu i przekonania, że na wzgórzu nie czeka nikt z opatrunkiem lecz wielki skurwiel z siekierą. Chciałbym zasnąć i nawet nie wiecie jak bardzo. Kiedyś być może opowiem ostatni wątek, a może nie będę w stanie. Niektóre moje słowa zawierają wszystko. Nawet sam jeszcze nie rozumiem co takiego, bo kiedy piszę niektóre rzeczy to mam umysł na innej planecie...albo w mrocznej otchłani. Straszne rzeczy dzieją się z ludźmi jak gonitwa myśli rozsadza im czaszki podczas gdy serce pędzi tak, że czujesz kopanie na plecach. Mało kto w życiu pojmie w czym rzecz. Ten kto pojmie - ukłony, ten kto nie jest w stanie - nawet nie wiesz jakim jesteś szczęściarzem. Chciałbym zasnąć ale mam jeszcze tyle do zrobienia...muszę zwyczajnie przeżyć.

- "Więc czemu akty miłosne albo życie?"

- A co to za życie bez aktu miłosnego.

- "To życie jak z szarej ballady."

- Zawsze przyciągał mnie szary; to dostojny kolor. Nie widać go z daleka, łatwo się kamufluje. A jak się na niego patrzy to nikt nie wie o co chodzi.
I chyba lepsza taka szarość niż kolorowy celibat lub czarna rozwiązłość. Ale...nie każdemu w szarości do twarzy i to nas wszystkich ratuje.

- "To tak jak z rozmową bez słowa, kompotem z rabarbaru i krzyżówką bez dwóch haseł... Pewnie dzisiaj też nie zasnę."

- Nigdy nie spotkałem krzyżówki bez dwóch haseł. nie dlatego, że jestem odludkiem ale dlatego, że nie pozwalałem jej na to. Ależ ile w takim zagubionym haśle pasji. Szukasz odpowiedzi skacząc po meandrach umysłu. Już ją prawie masz, przygryzasz długopis, chcesz wpisać lecz brakuje kratki. Więc dalej grzebiesz opuszkami palców w mózgu...najbardziej pociągająca jest magia odnajdywania.
A aby poczuć smak odnajdywania trzeba czuć pasję w szukaniu. Na końcu każdej historii zawsze są Ci którzy wierzą w magię i Ci, którzy szukają ukojenia. Jasne, że każdy chce ukojenia ale nie każdy go szuka za wszelką cenę. I nie każdy dobrze się czuje bez bólu. Wyobraźcie sobie, ze tak jak uzależniacie się od nikotyny, czekolady tak i uzależniamy się od bólu; niektórzy lubią dopominę inni kortyzol, to tylko lawiny hormonów zalewające nasze synapsy. Serca z żelaza znaczą tyle samo co z kartonu/ muszą bić, kłopot w tym, że te pierwsze biją z pasją, a jak to bywa z żelazem i echo jest przerażające.
Tak jak prostota nie musi być ani odkrywcza ani urocza, tak i magia nie zawsze jest skomplikowana. Nie możemy winić tych którzy nie umieją nas kochać. Nie wińmy ich, że muszą znikać zanim zapadnie zmierzch. Pewne istoty czasem tylko przechodzą obok, przez nas. Chcemy i pragniemy niektóre z nich zatrzymać ale nie są z naszego świata. Świat musi być realny, zrównoważony, rozsądny, praktyczny, przemyślany. Czasem zwyczajnie nie ma cen, które wystarczają. Nie ma Judaszów i srebrników. Wyobraźcie sobie, że czasem nawet jak Ci się zdaje, że przecież skoro tak chcę to można, musi się zdarzyć, musi wyjść; zwyczajnie nigdy to nie nastąpi. Czasem zwyczajnie wiewiórka nie dogada się z bocianem. Tak jakby orzech smakował równie jak żaba. Ktoś mi powiedział ostatnio; masz szaleństwo w oczach. Przy Tobie nikt nie może czuć się spokojny. Można się w Tobie zakochać ale miłość to sen w nocy, a nie oczekiwanie niespodziewanego. Nie zmienię już wyrazu mych oczu to one mnie zdradzają, ale..ale uśmiechnę się do tych którzy wydają o mnie wyroki...oczywiście, że ironicznie, kiedyś, gdzieś tam, na końcu.
- "Mógłbyś być...gdybyś był normalny byłbyś szczęśliwy. Błogosławieni normalni."

- Nie każdy chce być błogosławiony. Czasem zwyczajnie można mieć laskę Boga głęboko pod podeszwą buta stojąc w błocie, kiedy deszcz obmywa twarz i studzi skronie. Ale dla innych to tylko krople wody moczące ubranie.

 


   Krople deszczu i brukowane uliczki jesiennym, środkiem nocy. Od ściany muru kamienicy odbija się liść niesiony wiatrem, nad głową skrzypi wisząca rynna, siadasz na murze, opuszczasz nogi, szczelnie okrywasz płaszczem nagą szyję. Na końcu drogi, tuż pod latarnią jakiś szczur porywa resztki jedzenia, w klimatyzowanym lokalu, pośród wyperfumowanych ciał i wypacykowanych mężczyzn stoi dziewczyna obok chłopaka. Barman podaje im ostrożnie drinka, przyjaciele śmieją się do rozpuku z przed chwilą opowiedzianego kawału. Słyszysz przez zimne mury zgiełk, podnosisz delikatnie głowę trzymawszy płaszcz, aby wiatr znów go nie zerwał. Patrzysz, a w zaparowanej szybie jakaś gęba filuje na Ciebie z ukosa. Uśmiecha się, a kiedy już wie, że ją dostrzegłeś unosi drinka w toaście. Mógłbyś stłuc szkło gdyby ciężki wzrok umiał roztrzaskiwać przedmioty, a nie tylko serca. Gęba znika w alkowie, przez szybę wydostaje się śmiech kobiet, szczur dzieli się z drugim gryzoniem jedzeniem, nieopodal po moście przemyka tramwaj z pijanym pasażerem, tuż pod jednym z jego filarów młody chłopiec zarzuca sznurek na stalową szynę. Sprawdza naprężenie liny po czym podkłada pod nią przygotowaną wcześniej skrzynkę po owocach. Unosi na chwilę twarz ku górze jakby chciał spojrzeć Bogu w ślepia...ma zapłakane oczy, a Bóg pije toast w klimatyzowanym lokalu z tymi których sobie wybrał.

Deszcz się wzmógł targany powiewami smaga teraz Twoje policzki. Zerkasz na kolebiąca się rynnę, jakaś natrętna łza miesza się z kroplą wody. Mógłbyś sobie pójść gdzieś, przed siebie. Mógłbyś pójść nad rzekę, a tam spotkałbyś chłopca. Mógłbyś ale to już niczego nie zmieni. Mógłbyś też wejść do lokalu i mógłbyś spojrzeć na dziewczynę. Mógłbyś ale to też już niczego nie zmieni.


"Z Kołnierzami do góry
Budząc postrach wśród bliźnich
Późną nocą się włóczą
Niekochani mężczyźni

Gwiżdżąc bluesa przez zęby
Snują się ulicami
Nie wracają do domu
Może nie chcą, nie chcą być sami

W nocnych knajpach im w uszy
Tłoczą jazz saksofony
Strip-tease oczy ich kusi
Pięknem nienasyconym

Z papierosów się wokół
Kręci dym siwo-mglisty
I w oparach swych skrywa
Byt ich wciąż nieparzysty

Niekochanym mężczyznom
Błyszczą oczy wilgotne
Gdy nad szkłem pochylają
Swoje serca samotne

Choć nie wierzą w kabałę
Czasem sobie powróżą:
Mieli szczęścia za mało,
Czy też może... za dużo?

Chociaż wrócą nad ranem
Nikt się na nich nie skrzywi:
Nieszczęśliwi mężczyźni
Albo właśnie... szczęśliwi?

Nieszczęśliwi mężczyźni
Albo właśnie... szczęśliwi"


M.Bajor

( część tekstów w cudzysłowiu zapożyczona z księgi gości- autorzy przedstawieni w wymienionej)

Casablanca

Casablanca

„Zeusa, który wprowadził śmiertelnych
Na drogę rozumu. Ustanowił
Prawo: przez cierpienie wiedza.
Zamiast snu kapią w sercu,
Krople bólu, który pamięta.
Wbrew sobie ludzie uczą się rozsądku,
To jest przemożna łaska bóstw
Siedzących u świętego steru.”

„Agamemnon” Oresteia


- Mimo, że ukarałem nie mogę patrzeć na samotność tytana.- wyszedł z mroku i podszedł bardzo blisko tak jakby chcąc wyczuć zapach mego osamotnienia- Jestem tu po to, aby wręczyć ci ogień. Nie będziesz musiał tak jak Prometeusz go kraść. Dostaniesz płomień i zaniesiesz do ludzi. - mówi gdy podnoszę na niego monotonny wzrok.

-„Przebiegłego łańcuchem spętał niezmożonym, Ciężkimi kajdanami, wbił klin w środek ciała i szerokoskrzydłego napuścił nań orła. Ten nieśmiertelną zżerał wątrobę, lecz nocą odrastało z niej wszystko co ptak za dnia wyrwał.”- przypominam jak "Teogonia" relacjonuje karę za taki czyn - Dzięki za propozycję. Zawsze cierpią bohaterowie. Tym razem poudaję głupca. Wejdę tam i wypiję razem z nimi
- Pozwolisz umrzeć bliskim z zimna?- zapytał donośnie wyciągając z kieszeni monumentalnego płaszcza cygaro. Przez chwilę się mu przypatrywał z prawdziwą satysfakcją.
- Powiedzmy, że jestem w takiej samej sytuacji.
- Co nie znaczy, że musisz przejść obojętnie. - zapalił w deszczu.
- Za jaką nagrodę?- wskakuje na murek obok - Za życie wieczne na brukowanych ulicach?
- Za świadomość, że przeżyłeś swoje życie godnie.
- Masz rację - puściłem kołnierz płaszcza bowiem i tak już byłem cały mokry, a wiatr wydawało się jakby ustał - Ja je przeżyłem.
- Chodź.- kładzie mi dłoń na ramieniu tak jakby ten gest miał mnie przekonać.
- Tam gdzie kocice robią miau?
- Chodź.- powtórzył zdobiąc twarz w kontencie. Pchnął ciężkie drzwi aby ciepło lokalu mogło zaprosić nas chętniej do środa.
- Dlaczego wybrałeś mnie? - pytam go gdy przechodzimy pod bar. Niektórzy rzucają nam ciekawskie spojrzenia. Dwóch facetów w płaszczach i ze śpiącymi oczami.
Czasem ludzie nie umieją oderwać oczu od kamiennych twarzy.
- Jest w Tobie coś takiego - mówi kiwając palcem na kelnerkę- Jakbyś Ty też cierpiał.- strzepuje deszcz z włosów, krople spływają po jego ogorzałej twarzy. Kelnerka zamarła tuz przed nim jakby nie mogąc oderwać wzroku.
- Dwa razy wódkę z sokiem, lodem i cytryną kwiatuszku.- mruży do niej oko. Kurewski Bóg, myślę sobie. Staję między nimi i pochylając się kieruję twarz naprzeciw niej.
- Co jest z Tobą?- pytam ze szczerym przejęciem- Przecież on liczy sobie wieki.
- Wow.- wyjękuje nie mogąc ruszyć głową- Muszę przestać brać koks.- mówi chyba sama do siebie, zaczarowana dziewczynka- Jesteście tacy...
- Fajni.- wtrąca mój kompan z za moich pleców
- ...i podobni.- oznajmia ona, podczas gdy odwracam się w stronę Boga.
- Twarz człowieka przeraża mnie najbardziej, gdy widzę jak bardzo podobna jest do mojej.- dodaje, podczas gdy ona stara się obudzić.
- No, goń już kwiatuszku. Pić nam się chce.- dotykam jej ramienia aby ją zbudzić. Wzdryga się, znów patrzy na mnie. Robi krok naprzód, delikatnie przechyla głowę, jej usta dotykają moich ust, wzdycha cicho, tak aby tylko musnąć najwrażliwszego punktu w moim mózgu.
Kiedy czuję, że jej głowa się cofa, ona nie odrywając ust, obsuwa je w dół tak, że moja dolna warga znajduje się na ułamek sekund między jej obiema. Smakuje jak ambrozja. Stoję chwilę zamrożony, nie chcąc nawet drgnąć aby nie utracić tej chwili. Ona cichutko mlaskając znika w za stolikami.
- No widzisz.- częstuje mnie fajką, a przecież wie, że nie palę- Zawsze lepiej pić chłodnego drinka w ciepłym wnętrzu i smakować ust kobiety niż moknąć na bruku ciemnej uliczki.
- Taaa.- ruszam przed siebie w ostatniej chwili chwytając fajkę którą sobie przypalił.- Poczekaj tu na mnie.- mówię do niego zaciągając się głęboko
- Ej.- krzyczy- Myślisz, że jestem tylko Twoim Bogiem?
- Jesteś moim kawalarzem.- wkraczam w mrok przecinany czerwonymi lampkami- Uwielbiasz wycinać mi kawały.- zwężam powieki, źrenice dostosowują się braku światła. Widzę skurwiela jak przytrzymuje za rękę dziewczynę. Znam ją w przeciwieństwie do niego. Ma czarne zęby i czerwone rogi. Milknie na chwilę ze swojego rubaśnego śmiechu gdy moja sylwetka znajduje się naprzeciw.
- No i...- dziewczyna zdolna jest się uwolnić, on zaciska ręce, ona załzawionymi oczyma patrzy z boku...- marny człowieczku.- dodaje gdy w tej samej chwili odchylając ciało do tyłu, mój but ląduje na jego podbródku. Jego głowa uderza o oparcie kanapy, z ust wypadają dwa zęby.
Ponownie się zaciągam, posyłając mu monotonne wejrzenie. Chrząka, prostuje kark, rozmasowując go, opierając dłonie na udach, podnosi się. Po chwili dobre ponad dwa metry skurwysyna mieni się przede mną. Nawet nie ujrzałem ruchu jego nogi gdy brakło mi oddechu. Czułem tylko w tej samej chwili, że w plecy uderza mi mur. Opadłem u podnóża ściany.
Ktoś zgasił wszystkie światła.

- Straciłeś przytomność.- budzi mnie kobiecy szept rozbrzmiewający tuż przy mej głowie. Otwieram oczy i widzę dwie piękne piersi w zalotnym dekolcie.
- Poważnie?- sprawdzam czy żyję chcąc usłyszeć własny głos- Mój penis stracił przytomność.- teraz patrzę w jej ślepia- Mogłabyś go reanimować?
Wydawało mi się przez chwilę, że ona się uśmiecha więc czemu przywaliła mi w twarz. Wstała i odeszła.
Patrzę w górę, nade mną majaczy postać czerwonego skurwiela. Nigdy nie widziałem diabła, aż do dziś. Staram się podnieść, czując jakby żebra wbijały mi się w płuca. Przezwyciężając problemy z oddychaniem, staję na nogach. Znowu mu sięgam głową do klatki piersiowej.
- Czy Ty czasem nie podpisywałeś ze mną umowy?- pochyla się aby móc zerknąć na moją gębę. Gdybym nie miał cięższego wzroku pewnie bym się zląkł. W tej samej chwili walę go czołem w nos. Słychać tylko chrzęst łamanej kości, ale to go nie osłabia. Dostaję w głowę z pięści większej od niej. Lecę na drugą ścianę. Tym razem mur roztrzaskuje ramie.

- Trzymaj.- nawet nie wiem czy cknę się po dłuższej chwili niż poprzednio.. Kelnerka, która wcześniej mnie pocałowała wkłada mi coś do ust.- To nie łagodzi bólu.- mówi ocierając chusteczką mój pęknięty łuk brwiowy.- To go eliminuje.- wypluwam natychmiast to świństwo - Czego chcesz?- pyta rozczarowana.
- Nie możesz spełnić moich życzeń.- mówię starając się usiąść prosto na podłodze.
- Nie musisz czuć bólu aby być dobrym człowiekiem. - głaszcze mnie po skroni- Boisz się być szczęśliwym?
- Dlaczego interesuje Cię czy jestem szczęśliwy?
- Boisz się zmian. Umysł to jedyne co masz. Myślisz, że jak on nie działa jak należy, to nie zostanie Ci nic.
Wstaję, diabeł przykrywa dłonią nos, unosi gniewne spojrzenie na mnie. jego brwi się marszczą.
- Czy Ty aby nie jesteś jakiś pojebany?- zapytuje prężąc mięśnie gotowe na atak.
- Podpisałeś ze mną umowę.- ruszam w jego kierunku. Mam tylko cztery kroki a czuję się jakbym miał nigdy nie dojść.
- Wiedziałem, że znam skądś zapach tej duszy.- wydaje się naprawdę ucieszony- Oddałeś mi ją.
Przyspieszam, ostatnie dwa kroki wyskakuję w przód, wpadam na niego łokciem, obaj lądujemy na stoliku, który rozpada się w drzazgi. Ściska mnie dwoma potężnymi ramiona tak jakby chciał utulić , aż tracę oddech. Zasypiam.

- Ej.- łapię za rękaw faceta wsuwającego mnie do samochodu podczas gdy leżę bez ruchu na plecach- Nie możecie mnie zawieść do szpitala.- mówię mu na wpół przytomny.- Ja nie mam ubezpieczenia
- To nie karetka.- wyjaśnia bez emocji- To karawan. -wsuwa mnie pod dach i zatrzaskuje klapę.
- Ufff.- wyjękuję z ulgą - Udało się.- zamykam oczy aby zostać sam. Całkowicie sam.

- Nigdy nie prosiłam abyś opowiedział swoją smutną historię.- dochodzi do mnie damski głos.
Nie otwieram oczu bo jest mi to obojętne. Oni znani i nieznani są już obojętni. Zaraz przekroczę ciemną wodę.
- Dlaczego?- zapytuję korzystając z ostatnich możliwości obracania z kimś słowami.
- Masz ją wypisaną na twarzy.- mówi ona i czuję jak kładzie mi dłoń na ręce.
Nic nie mówię.
Skakanie z samolotu, każda kobieta na świecie, noc pod drzewem, szare uliczki, bicie po mordzie, pokój wypełniony samotnością, ołówek między zębami.
- Czemu odchodzisz.- przerywa milczenie.
Otwieram oczy, jej twarzy i tak w mroku nie mogę dojrzeć ale otwieram oczy.
To każda kobieta na świecie, a ja zatrzymuję wzrok w ciemności ponad mną. Nigdy nie bałem się ciemności.
- Każdy musi opuścić dom.
 

Zaloguj się