Wędrówka Tytana

„Tego dnia pieśni dworskie zamienią się w lamenty-
wyrocznia Pana Boga- mnóstwo trupów, na każdym
miejscu rozrzucone, cisza.”
Stary Testament. Księga Amosa, r. 8, wers 3



Zajazd był niewielki i o tej porze roku grzązł w błocie, a jednak wnętrze zupełnie nie zgadzało się z wizerunkiem po tamtej stronie drzwi. Był rad, iż tak przytulne miejsce stoi na drodze jego podróży.
-Rozgość się pielgrzymie, a ciepło ogniska tego domu, niechaj osuszy twe szaty. Widać żeś w dalekiej wędrówce.- przywitała go swym gładkim, miłym głosem i równie przyjaznym spojrzeniem. Prawie się w niej zakochał, stęskniony dotyku boskości i ciepła ramion. Nie mógł jednak dać się zwieść cnej tęsknocie co częściej zamienia tombak w złoto, aniżeli odzwierciedla rzeczywistość.- A jeśliś jest już u kresu podróży, przystań tu i zagość na wieki, albowiem jam jest dawczynią szczęścia i czekam na ciebie długie lata. Masz u mnie dom i ciepło serca całego. Miłość, którą złożę w hołdzie dla ciebie.
Szedł z kraju do kraju, z miasta do miasta, z wioski do wsi, a wszędzie tam podbijał serca, nie chcąc ich łamać. Kobiety uginały przed nim głowy, widząc nadobną szatę ciała i rozróżniając heroizm serca. Te skromne mu schlebiały, lotnym wejrzeniem, roztargnione raczyły jawną estymą, a reszta wraz z pięknymi i zadufanymi, albo bezwstydnie pragnęły go posiąść, albo kryły się nieudolnie, chcąc uchodzić za relikty dla orłów. Takich unikał, zaskranbiając sobie ich nienawiść, albowiem nie ma nic gorszego dla pięknej kobiety, jak nie uznanie jej atrakcyjności. Reszty, mimo, że pragnęły mu się oddawać, nie przyjmował niemal z przepraszającym uśmiechem na ustach. I chociaż, żył wśród tłumu, nie był częścią niego.
I mimo, że brak mu było troski, żadna z tych istot, nie mogła mu jej zagwarantować. A tak chciały się oddawać w całości.
Nie pasował tam, więc wyruszył...
-Moja wdzięczność jest niezgłębiona.- ukłonił się- Wszak zostać nie mogę i nie z braku piękna w tobie, pani, lecz z powodu wewnętrznego imperatywu, który każe wątpić i walczyć, ruszać dalej muszę. – podarował jej dwie srebrne monety- lecz jeśli pozwolisz, ogrzeję się ciepłem twego ognia i życzliwością twego serce, a i strawy nie poskąpię.
Przyjęła tą deklarację z nutą złości, z przebłyskiem nienawiści, acz nie mogła zarzucić mu zniewagi i nietaktu.
-Jesteś panie, wojownikiem co światła w mroku szuka.-oddała mu dwa srebrniki, wciskając w jego dłoń i zamykając ją swoimi.- Jedynie ta myśl mnie cieszyć zaczyna, iż nie dla innej ostać przy mnie nie chcesz, lecz dla walki, jaką podjąłeś.- ściągnęła z niego ciężki od wody płaszcz, pod którym skrył się miecz i wywiesiła przy ogniu.- A monety zatrzymaj. Jesteś gościem zaproszonym z mej intencji i nie zapłaty potrzebuję, lecz obecności szlachetnego człowieka. Daj mi to czego serce łaknie, ale na tyle ile możesz.
Pielgrzym i kobieta siedzieli przy ogniu, co wypełniał komnatę blaskiem i ciepłem. Po kolacji rozmawiali, a on opowiedział jej o świecie, który przemierzył i o wyprawach rycerskich w jakich brał udział. Ona wsłuchawszy się w toń jego głosu, zwiesiwszy głowę ku ramieniu, wtuliła swe ciało w pierś przybysza i tak zasnęła w poczuciu niesamowitego bezpieczeństwa.
I ta jedna, niesamowita chwila, była warta oczekiwania latami.
Poranek przyniósł prócz deszczu i burzę. Wymknął się wcześnie, nim dawczyni szczęścia zdążyła się zbudzić i pozostawił po sobie dwa srebrniki, nie po to, aby ją obrazić, lecz dlatego, iż jej przydadzą się po prostu bardziej.
Ruszył w kierunku północnozachodnim, tam gdzie doliny zamieniały się w pagórki, a dalej pagórki ustępowały stromym szczytom.
Tę noc przespał w jaskini, a kolejnego, już nieco cieplejszego i suchego dnia podążył dalej.
Tuż przed południem znalazł się na rozstaju. Próbował dostrzec coś drobnego, na którymś ze szlaków, gdy z drogi prowadzącej na północ zbiegł człowiek.
-Uciekaj.- ryknął łapiąc oddech.- Uciekaj za mną. Tam zbóje. Idą i palą wszystko. Łupią i mordują...wszystkich. Dzieci, kobiety.- uchwycił się ramienia pielgrzyma.- Zmierzają na niziny, do wsi, tam w dole, nad rzeką, panie skąd przyszedłeś.- wrzeszczał, opluwając niechcący szatę wędrownika- uciekaj, albo kieruj się drogą na zachód...- wskazał palcem wysokie góry.- ...tam, gdzie zima wiecznie gości.
Widząc, że pielgrzym nie reaguje, puścił się biegiem w dół, posyłając kilka przekleństw pod jego adresem.
Idą ku doliną.- przypomniał sobie.- Ku rzece, a opodal jest domek.- spojrzał na drogę, jaką tutaj przyszedł, a następnie na obie te, jakie rozwidlały się przed nim.- dawczyni szczęścia.- powiedział.- tam mieszka dawczyni szczęścia.- jego krok był pewny. Pierwszy, po czym drugi i kolejny, który prowadził na północ, naprzeciw hordy morderców, jakiej uciekał z drogi każdy, ratując własną skórę, bo było to wszystko co mieli. Bez duszy, bez serca, bez odwagi.
Ratując swoje życie ucieczką, bądź wyminięciem przeszkody, zabiłby w sobie wszystko w co wierzył, kim był, do czego dążył. Zabiłby w sobie człowieczeństwo, na które tak wiele pracował.
Najpierw ujrzał dwóch, śmiejących się, co na kamieniu siedzieli i z bukłaków popijali. A gdy las odsłonił polankę, wyłoniła się kolejna para, sarnę młodą dźwigająca.
-A to ci dopiero.- żachnął się jeden, spostrzegając go.- pielgrzym, aż tutaj.- wycedził wstając i w kpinie ukłon składając.
-Nie brak ci odwagi, mości wędrowniku.- śmiał się drugi, zrzucając martwe zwierzę z pleców.- Alboż tak głupi, iż zdać sobie sprawy z zagrożenia nie możesz.
Przybysz stanął na skraju zagajnika, mierząc osiłków pogardliwym wejrzeniem. Stał i patrzył, spokojny i wyprostowany.
-Jako, że pewnie Bogom służysz.- ciągnął następny.- Nie istotne jest jakim...przejdź tędy, drobną tylko opłatę uiszczając, acz zważ, iż życie zachowując, a toć ponoć skarb najcenniejszy.
-Bardzo hojny jesteś, jak na podły zwierzęcia gatunek.- odparł spokojnie, bez wahania, głosem mrożących najbardziej zuchwałych.- I gdybym pewnie pielgrzymem się okazał, przeszedł bym tędy, życie zachowując...nie moje, lecz wasze.- czwórka morderców z wolna zaczęła się orientować w tym, że przestają panować nad sytuacją- Jednak jam jest krzyżowcem, co idzie w imię boga jedynego; odwagi i honoru, z tego też względu przejdę tędy, życie zachowując, nie wasze, a moje tylko.- odchylił płaszcz, spod którego dobył miecza.- I od tej prawdy nie ma wyjątku.
Pierwszy padł najbardziej upojony, wciąż z bukłakiem w dłoni, dwaj kolejni wydali tchnienie w ciągu sekundy, a czwarty, nad którym miecz śmierci wisiał i patrzył wprost w oczy, słaniał się w przerażeniu u stóp wojownika Aresa.
-Oszczędź panie, bowiem żyć pragnę.- kasłał strachem.
-Tak jak z pewnością ludzie, któryś pomordował.- rzekł pielgrzym- Ale nie znałem ich więc łzy nie uronię. A żyć ci nie pozwolę, gdyż ciebie szczędząc, dawczyni szczęścia zamorduję.- płynny ruch, w górę i dół, odebrał tchnienie grabieżcy, a jego zdruzgotana krtań trysnęła krwią- A jej pozwolić umrzeć nie mogę.

Ruszył w dalszą drogę, wstecz nie spoglądając, a pod wieczór, krocząc kamiennym szlakiem, tuż przy łagodnym potoku, spotkał starca, siedzącego na pniu.
-Teraz cię na sąd powiodę.- przywitał go starzec tymi słowy.- Za czyn na polanie, godzien oklasków, bądź łez.- obracał drewnianą laskę w dłoni i spoglądał na młodzieńca.- A ty, rycerzu, co wybierasz?
-Pominąłbym oklaski i nie upuszczał łez, albowiem tylko brak wzruszeń wyraża pogardę należną zmarłym tam bandytom.
-Nie wzrusza cię to?
-Wszak nie wzrusza to wody, że ogień ugasiła.- przysiadł obok staruszka- Tacy jak oni, nie są w stanie przyprawić mnie o emocje. Są za mali, aby wzruszyć me serce.
-A ja cię muszę mimo to osądzić.
-Jako człowiek, czy jako Bóg?
-Jako człowieka.
-A kim jest sędzia mój? Bo jeśli bogiem jesteś, a sądzić mnie chcesz to patrz na me czyny nie jako bóg, lecz jako człowiek. Możesz być przy mnie jako Bóg, lecz sądź mnie jako człowiek. Jednak jeśli człekiem jesteś, to odstąp, starcze, gdyż prawa nie masz wyroków na mnie wydać, ani czynów mych oceniać.
-Takich jak ty było wielu.- zaczął rzecz starzec- Drobni bohaterowie, co w rzeczy samej skroś złodziei i cwaniaczków prześwitywali, niźli herosów, których ludzkość z nich zrobiła.- podał młodzieńcowi orzecha- idziesz i co myślisz, że znajdziesz? Dostać się chcesz do bogów i skraść roślinę życia, by przynieść do ludzi? I po co? Spójrz dookoła. Naprawdę chcesz, aby ci szubrawcy żyli wiecznie...aby wstali z tej polany i poszli do dawczyni szczęścia. I fakt, że wówczas i ona nie umrze, ale jakie zło potrafią jej wyrządzić.- urwał, wsłuchując się w śpiew słowika- Znałem Prometeusza i to ja go skazałem. Drobny cwaniaczek, który ma czelność oszukać bogów na rzecz tej hołoty. Wcale nie był bohaterem. Miał swoje pięć minut i to wszystko. Zdradził łajdak własną rodzinę. Wystąpił przeciw swym boskim kuzynom i ośmieszył bogów. Powiedz, czy chcesz być taki jak on? Jesteś zdrajcą?- roztrzaskał w starej dłoni dwa orzechy i ponownie poczęstował pielgrzyma- Najpierw czyni z siebie zdrajcę, a później złodzieja. Kiedy ukryłem ogień, aby ukarać jego niesubordynację, on go ukradł. Jak zwykły złodziej. Mój kuzyn.
-A Ty oczywiście musiałeś się zemścić i zesłałeś „aidoie” (Pandora), aby poraz kolejny udręczyć ludzkość.
-Nie bądź taki protekcjonalny.- rzekł z wyrzutem- Przypomnij sobie dawczyni szczęścia i powiedz, czy aż tak bardzo cię udręczyła.- chyba się zaśmiał, co na jego starej twarzy niezbyt dokładnie się odzwierciedlało, po czym wstał i ruszył w kierunku pobliskiego stoku- Chodź krzyżowcu, bowiem nadciąga burza. Tam, dalej, od południowego zbocza tamtej góry jest karczma. Przeczekaj nawałnicę i ruszaj dalej. I pamiętaj, że zabijając mordercę, sam stajesz się mordercą.
-A przechodząc obojętnie jestem gorszy od mordercy, gdyż pozwalam umrzeć, jak tchórz. Bękart od matki podłości i ugiętego karku.
-Pamiętaj, że bohaterowie nie żyją długo, ani szczęśliwie. Tchórze to co innego. Nimi nikt się nie przejmuje. Są nie istotni. Oni dożywają starości ,a po drodze pieszczą te, których ty szukasz w deszczu i ciemności, pokonując strach i potwory. Broczysz w bagnach i toniesz w zaspach, a oni grzeją się przy ogniu kominka i w łonie dawczyni szczęścia. Są tchórzami, ale mają więcej. A ty...- zerknął poraz ostatni na wędrowca-...a ty idziesz i idziesz jak debil w łachmanach i mimo, że masz wielkie i szlachetne serce, zawsze przegrywasz, bo los i bogowie nienawidzą herosów. Kochamy głupców i tchórzy. Z nimi możemy uczynić wszystko, a tacy jak ty zawsze gdzieś się wyrywają i nie oczekują, ale sięgają bez strachu po to co jest udziałem bogów, a nie ludzi.
Starzec znikł, wraz z zachodzącym słońcem. Pielgrzym natomiast obszedł górę i dotarł do karczmy, wtedy, kiedy rozpętała się burza.
-Wejdź. Wejdź strudzony podróżniku.- z okna, które starała się zatrzasnąć, wyjrzała kobieta.- Nadchodzi okropna noc, a tutaj będziesz bezpieczny, bo nie wiem, czy wiesz, ale to noc demonów.- mimowolnie starała się zachować radosną kontorsję na swej ładnej twarzy.- Wejdź. Zapraszam.
Uporała się z oknem i kiedy schowała się do środka, on spojrzał na drzwi. Gdy sięgał do ich otwarcia, rozpadał się deszcz, ciężkimi, nagłymi kroplami. Cofnął rękę, przypominając sobie uśmiech gospodyni, po czym zrobił krok w tył i ruszył w ciemność, drogą ku odmętom północy.
Zdało mu się, gdy docierał do szczytu wzgórza, iż majaczy tam jakaś postać, a po chwili przekonał się, że to nie złudzenie. Postać okazała się krępa i wysoka, w długiej szacie, z twarzą okrytą kapturem.
Pielgrzym podszedł do niej i stanąwszy na odległość miecza, wsłuchał się w ciszę dobiegającą z jej gardła. Zawsze starał się zachowywać ostrożność; zawsze spodziewał się ciosu w plecy. Nigdy nie odwracał się do ciemności podczas snu.
-Jeśliś szlachetnym jest człowiekiem...- wydusiła postać-...to wspomóż słabego w biedzie.- starał się dostrzec twarz stojącego mu na drodze, lecz natrafiał na nieprzeniknioną ciemność. Nawet oczy nie lśniły ludzkim blaskiem.- A jeśliś podły, to zadaj cios śmiertelny, bowiem uciekać nie będę, gdyż jam jest wyczerpany.
-Zatem przyjmij tą skromną strawę.- krzyżowiec sięgnął do swego pakunku i wydobył kawał chleba i suszonego mięsa.- To wszystko, ale wystarczyć powinno zanim znajdziesz karczmę. Jest nieopodal, na skraju drogi, jaką przybyłem.
Postać przyjęła dar i gdy wydawać by się mogło, że zacznie jeść z pogardą cisnęła pokarmem o ziemię.
-Dobry człowiek.- syknęła z wściekłością- Nie ma istoty, jakiej bardziej bym nienawidził.- nagłym, płynnym ruchem dobył miecz i wymierzył w stronę pielgrzyma. Zamarkował cios, po czym uderzył z potężną siłą.
Tamten jednak nie ugiął się , odpierając zamach, a ciało sprężystym ruchem okręciło się wokół postaci i zachodząc od tyłu, szybkim cięciem ostrza pozbawiło atakującego głowy.
Spoglądał jak kaptur, odcięty od szaty opada na ziemię, a następnie jak tułów prężąc się, na powrót zdobi się utraconą przed chwilą częścią ciała.
-Niezłe...-dłonie nieśmiertelnej postaci, okryły poraz drugi głowę, kapturem, jakiego przed chwilą jeszcze nie było.-...naprawdę niezłe.- prychnął śmiechem.- Efektowne. – splunął do stóp zwycięzcy.- Ale mało skuteczne.
-Mogę powtórzyć.- odparował spokojnie pielgrzym, dzierżąc gotowy do walki miecz.
-Ja również.- prychnął tamten.- Aż do znudzenia. Nigdy, nigdy zmęczenia.- wpatrywał się w mniejszego o ponad dziesięć centymetrów człowieka, i nie mógł nadziwić się jego obojętnością.- nie wzrusza cię to?
-Jesteś kolejnym napastnikiem.- rzekł mierząc ukradkiem okolicę- Tylko następną przeszkodą. Nic tego nie zmieni.
-Nawet fakt, że nie można mnie zabić?- zainteresował się z udawanym przejęciem.
-Twój obcięty łeb broczy krwią. Potrzebujesz ust do mówienia i oczu do patrzenia. Musisz oddychać. I mimo, że jesteś jakąś wredną formą demona, jesteś też śmiertelny.- chyba posłał mu delikatny uśmiech, co tamten musiał rozróżnić- każdą formę życia można zabić. Pytanie tylko jak.
-A więc jak?- demon najwyraźniej doskonale się bawił, gdyż jego ton głosu emanował sardonią.
-Nie wiem.- powiedział oględnie i posyłając mu kontorsję zakłopotania, ruszył przed siebie.- Nie znam się na mordowaniu.- przechodząc obok zdezorientowanego napastnika, schował na powrót miecz i poczuł, że robi mu się bardzo przyjemnie, kiedy tak deszcz smaga jego twarz.
-Hej!- wrzasnął za nim- Co robisz śmiertelniku?- wpatrując się w jego plecy, widział jak tamten z wolna zlewa się z mrokiem.
-Skoro nie mogę cię pokonać...-wykrzyknął pielgrzym-...mogę o tobie zapomnieć.
-Wracaj i walcz!.- krzyczał w determinacji.
-Tacy jak ty istnieją tylko dzięki wierze. – wędrowca już nie było widać, lecz jego głos roznosił się po całej okolicy- To tylko moje pragnienie drastycznej próby sił.- urwał głos- Puszczam cię w zapomnienie.
Dwa dni później, po swobodnym marszu, nie nękany, ani wścibskimi demonami, ani natrętnymi gospodyniami, dotarł nad brzeg jeziora, za którym dalej na północ zapraszająco leżały doliny.
Niezwykła cisza zrodziła myśli o tym, że coś się musiało wydarzyć. Żaden dźwięk nie zagłuszał spokoju, żaden ptak nie śpiewał, ani gryzoń nie biegał w gęstej trawie. Znajdując się bliżej wody uświadomił sobie, iż okolicę tą przed chwilą musiał nawiedzić wicher. Mniejsze drzewa były połamane, a dookoła panował nieład. Spojrzał na taflę jeziora i gdy ujrzał tysiące motyli na powierzchni, zrzucił toboły i wszedł do wody. Piękne i kolorowe starały się wyrwać śmierci i w odmętach złowieszczej dla nich toni, traciły siły. Bezlitosny wiatr musiał targnąć nimi, tak majestatycznymi i pełnymi harmonii, a one pod ciężarem większej siły utraciły kontrolę swego łagodnego lotu i opadły w rozłożone ręce śmierci.
Delikatnie podbierając umieszczał na dłoni po kilka owadów, po czym przenosił na ląd. Słońce szybko suszyło ich skrzydła, a koniec rozpaczliwej walki z wodą miał zwrócić siły.
Po chwili brzeg mienił się setkami kolorowych skrzydeł, ale jezioro więziło ich jeszcze więcej.
- Jaki to ma sens, człowieku?- z brzegu doszedł wędrowca głos chłopca. Kucał na kamieniu i kapryśnie obserwował poczynania unurzanego do połowy mężczyzny w łachmanach.- Ich jest tysiące, z czego połowa pewnie już nie żyje.- beztrosko rzucił gałąź do wody- Nie uratujesz wszystkich.- urwał- Daj spokój. To nie ma sensu.
-Masz rację chłopcze.- odparł życzliwie pielgrzym- Nie uratuję wszystkich, ale ma to sens dla każdego, który przeżyje.
Chłopiec zamarł w bezruchu, a jego beztroska gdzieś uciekła. Teraz wyraz jego młodych oczu spowiła zaduma, a twarz umalowała się w kontorsji smutku.
Nagłym susem powstał i wskoczył nieopodal mężczyzny. Woda sięgała mu do szyi, a on pospiesznie, jakby w walce o swe życie począł pomagać i ratować życie motylom. Wiedział, że nie uratuje wszystkich, ale nie to miało znaczenie


Chłopiec towarzyszył wędrowcowi do skraju lasu, przy którym topornie rósł niewielki klasztor. Mężczyzna zapukał, a kiedy otworzono mu drzwi, towarzysz rzucając szybkie do zobaczenie pobiegł polną drogą, uradowany i szczęśliwy. Poczuł, że jest już kimś innym.
-Śpimy na kamiennych płytach, a jemy tylko kaszę.- poinformował mnich prowadząc gościa przez dziedziniec.- Jeżeli to ci odpowiada wędrowcze, to służymy gościną.
-Prześpię się na sianie.- wskazał ręką stertę siana suszącego się na słońcu.- A w worku mam zasuszone mięso, więc można przyrządzić dobry posiłek.
-Nie rozumiesz.- uśmiechnął się troszeczkę drwiąco.- My jemy tylko kaszę. To asceza. Wyrzekamy się uciech.
-Zaiste, czy suszone mięso to uciecha?
-Jesteś wędrowcem, nie pielgrzymem.- dodał, kiedy znaleźli się przy długim stole, zajętym już przez mnichów. Mężczyzna skłonił się wszystkim na przywitanie i zaproszony zajął miejsce- Idziesz skarbu szukając, nie mądrości.- wycedził- Tylko poprzez wyrzeczenia, Boga prawdziwego możesz znaleźć.
-Pielgrzymem jestem i idę ani Boga, ani skarbu szukając, lecz spokojowi hołdując.- Położył kawał mięsa na środku stołu i wziął miskę z kaszą- Wędruję przed siebie bez mapy i celu, a jedynie odpowiedź chcąc pozyskać.
-I nie znajdziesz jej, gdyż tylko poprzez ascezę możesz zajrzeć tak głęboko. Tylko wyrzeczenia synu, tylko wyrzeczenia doprowadzą do świadomości.- powiedział mentorsko inny z mnichów.
-Powiedz proszę.- wtrącił przybysz- Czy jeśli struny lutni są zbyt napięte, czy mogą pęknąć?
-W tym właśnie rzecz.- rzekł zuchwale inny- Nasze struny nie pękną. Nie są napięte. To asceza.
-Ale gdy są zbyt słabe, to czy wydadzą dźwięk?
-oczywiście, że nie...- uradował się mnich.
-Milcz.- syknął tamtemu starszy o surowych rysach twarzy. Przeniósł swe monotonne wejrzenie na gościa i westchnął.- Poprzez cierpienie dostąpimy chwały Boga. Przyjemności i uciecha jest oznaką słabości.
-Tylko odpowiednie naprężenie strun gwarantuje wydobycie z lutni pięknego tonu. Pewien książę imieniem Siddhartha Gautama, porzucił majestat i wyruszył w tułaczkę w poszukiwaniu odpowiedzi. W swej wędrówce napotkał pięciu ascetów, którzy praktykowali surowe umartwiania. W ich towarzystwie, podzielając owe rytuały stał się słaby i wątły. W końcu zdał sobie sprawę, że te umartwiania są bezcelowe. Bóg Indra zademonstrował mu prawdę o lutni, którą ja wam wyłożyłem. Zakończył więc bezcelowe życie ascety i zaczął się normalnie odżywiać. Wtedy to towarzysze opuścili go, uznając, iż okazał on swą słabość.
-Uczynili słusznie.- uradował się jeden z mnichów- A co stało się ze słabym księciem?- chyba bawiła go osoba bohatera tej opowieści.
Pielgrzym poczynając jeść nawet nie uraczył ignoranta przelotnym wejrzeniem, kiedy przełykając, dodał:
-Stał się Buddą.- wstał odsuwając misę- Kimś kim banda tak aroganckich, bałwochwalczych, zamkniętych na zło świata za dwumetrowym murem tchórzy, nigdy nie dorośnie nawet do pięt.
- posłał wszystkim pogardliwe wejrzenie.- Za gościnę dziękuję, ale dalej pójdę w swą drogę, samotności szukając, gdyż lepiej być samotnym, niż mieć złe towarzystwo. I nie obrazić was chcę, lecz przebudzić z owego letargu, bowiem rozum wasz kamień chwali, a siana się wystrzega, jakby jedwabiem ono było uściełane. To nie tylko przejaw braku logiki, lecz dowód głupoty, gdyż królowie śpią pod baldachimem, półspólstwo w pościeli, a na sianie drób i trzoda. Kamień zaiste nie jest posłaniem nawet najgłupszego ze zwierząt, a jak widać gatunku mnichem zwanego. Rozum wasz dowodzi, iż kamień jest posłaniem tych co bliżej są Boga, a nawet Adam nie kamieniarzem był, lecz ogrodnikiem i nie głazami się zajmował lecz trawę pielęgnował. Abel jak pewnie wiecie pasterzem był i nie po to, aby kaszę mieć z owiec, lecz mięso ich spożywać. Więc głupcy powiedźcie mi, czyście lepsi od najwcześniejszych dzieci Boga?
Poszedł dalej wstecz nie spoglądając, gotów na to co mu droga przyniesie. Był całkowicie sam, a jednak tak dobrze się czuł; jak w najlepszym towarzystwie. W rzeczywistości nie potrzebował ludzi. Dopiero w samotności był naprawdę sobą. Tylko w samotności możemy zobaczyć kim naprawdę jesteśmy i zrozumieć dokąd chcemy zawędrować.
Późnym, zimnym wieczorem napotkał innego wędrowca, grzejącego się przy ogniu. Zaproszony rozgościł się i oferując prowiant wdał się z nim w rozmowę. Opowiadali sobie skąd przychodzą i co widzieli. Tak zeszło im ponad pół nocy, po czym położyli się spać.
Kiedy słońce zbudziło ptaki, i pięło się ku zenitowi, gospodarz ogniska już gotów do drogi skłonił się przyglądającemu się w milczeniu pielgrzymowi.
-Pamiętaj...- uśmiechnął się doń- Iż istotą twojej wędrówki nie jest jej koniec, lecz ona sama.- orzekł pozostawiając go z tą świadomością i odszedł drogą na zachód.
Pielgrzym leżał okryty płaszczem, a gdzieś nieopodal wiewiórka biegając po konarach drzewa co jakiś czas zatrzymywała się i skrobała szyszkę. Wysoko myszołów majestatycznym lotem zdobił niebo, mała jaszczurka przemknęła między kamieniami, a szyszka wypadła wiewiórce z łapek.
Posłał małej, rudej i niesamowicie ślicznej rozpromienione wejrzenie, a usta jego wykrzywił uśmiech; prawdziwy uśmiech szczęścia rozświetlał jego skupioną twarz.
Znalazłem odpowiedź- pomyślał sobie, a na moment jego spojrzenie jak i rozbiegane oczka wiewiórki spotkały się- Wreszcie wiem kim jestem- powiedział, po czym puścił do niej oko.

„Zuchwała ludzkość nie zna granic
i wciąż ponawia zakazaną zbrodnię
odkąd zuchwały syn Jepeta
dał ludziom ogień wykradziony zdradą”
Horacy „Pieśni”






 

Zaloguj się