to wciąż ten sam komiks

 Obudził mnie aromat świeżo parzonej kawy i jakiś dziwny, nie znany mi zapach cytrynowej substancji.
Podniosłem się z łóżka obolały i wyczerpany i ubrałem się w dresowe spodnie.
Okno było jak zwykle otwarte, a do mojej, lecz teraz jednak innej sypialni, zaglądały promienie letniego słońca.
Rozejrzałem się po panującym wokół ładzie, po czym wyszedłem. Przedpokój także należał teraz do kogo innego. Nie było tam tych wszystkich rzeczy, jakie co dzień błąkały się po szafce i na wieszakach, a podłoga miała błyszczący wygląd.
- Cholera.- wymówiłem cichutko, drapiąc się po głowie- To ta wykładzina miała biały kolor?- zapytałem swą pamięć, patrząc teraz na niemal nieskazitelną biel, a nie jak wczoraj, na pożółkniałą kość słoniową.
Przeniosłem się także do obcej łazienki i odkręciłem wodę. Dobrze, że przynajmniej bez problemu znalazłem kran, gdyż z odnalezieniem maszynki do golenia miałem prawdziwe kłopoty. Ręcznik też był jakiś inny.
W kuchni znalazłem tylko lodówkę, zamrażarkę, kuchenkę gazową, zlew i kilka szafek, obok małego stolika. Nie było garnków, pudełek z solą, cukrem i innymi przyprawami, które od wieków zajmowały przestrzeń obok kuchenki, na szafce. Brakowało brudnych talerzy, szklanek i od zawsze (o ile dobrze pamiętam) rozsypanej kawy.
Kobieta, którą ja zwykłem nazywać fatalną femme, posłała mi przyjazny uśmiech znad jakiegoś koktajlu, który rozrabiała.
- Przepraszam.- wymówiłem rozglądając się dokoła, w rozbawionej, jak dla niej beznadziei- Nie widziałaś gdzieś mojego mieszkania?- zapytałem, a ona przytuliła się do mnie i pocałowała.
Dobrze, że przestaliśmy się kłócić.
Z nią zawsze się kłóciłem, podczas, gdy z wszystkimi, na których mi nie zależało, nie robiłem tego. Z nią natomiast tak się żarłem, że czasem w tyradach tych, powoli ginęło uczucie.
Za dużo wymagałem, za bardzo mi zależało i w końcu wszystko marnowałem.
- Zrobiłam ci kawę.- poinformowała obejmując mnie- Taką jaką lubisz. Z trzech czubatych łyżeczek, jednej cukru i czterech płaskich śmietanki
- Jesteś niesamowita.- w iście sielskim geście przeczesałem dłońmi jej długie, blond proste włosy.
Ostatni raz taką kobietę spotkałem, kiedy miałem dziewięć lat. Zwała się moją matką i także niekiedy parzyła mi kawę, podczas, gdy ja snułem przewrotny plan odejścia od niej i od jej wspólników, nazwanych przez kogoś braćmi i ojcem.
- Zapomniałeś już jaka potrafię być dobra.-czy była to kokieteria? Nie wiem, ale nazwałbym to raczej popadnięciem w stan porannej egzaltacji.
- Zmieniłaś się.- poczęstowałem się gorącym łykiem kawy.
- Tak uważasz?- chyba tego oczekiwała.
- Kochasz się ze mną bez prezerwatyw.- przypomniałem zamierzchłe czasy, naszego burzliwego, nieudanego romansu.
- Uwielbiam prostotę z jaką potrafisz stwierdzić fakt.- patrzała jak delektuję się kofeinowym nektarem- To jest jak uderzenie dwudziestokilowego młota w głowę.
- Wówczas naprawdę wkurzyłaś mnie z tymi prezerwatywami.- oznajmiłem, wyglądając przez okno na park, przed budynkiem.
- Może celowo.
- Widzisz tą dziewczynkę?- zagadnąłem, wskazując palcem na bawiącą się z innymi dziećmi, Joasię- W tym okresie życia wydaje mi się, że jedynym rozsądnym marzeniem jakie warto snuć to posiadanie w przyszłości takiej córki.- zbliżyła się i obserwowała sześcioletnią blondyneczkę.
- Marzenie iście prawdopodobne do spełnienia.- oparła się o moje ramię- Sądzę nawet, że gdybyś dobrał sobie odpowiednią kobietę, z którą chciałbyś stworzyć tak cudowne dzieło jak córka, mógłbyś mieć ją jeszcze ładniejszą.
- Może ty chcesz być matką mojego dziecka?- zaproponowałem od niechcenia, a ona uśmiechnęła się, raczej w dezaprobacie, niźli w zachwycie.
- Jesteś świetny, Vincent.- odeszła od okna- Naprawdę świetny.
- Uważasz, że to kiepska propozycja?
- Uważam, że nie czas o niej rozmawiać.- dokańczała miksować koktajl
- Dlaczego?- zainteresowałem się-Jestem odpowiedzialny i mam perspektywy. Czuję się też stary, czy to nie wystarczy?
- Masz dwadzieścia dwa lata.- przypomniała- Nie możesz czuć się nawet dojrzały.
- To są odważne słowa.- wskazałem na nią palcem- Słowa, które obrażają ludzi mojego typu.
- Ludzi twojego typu?- przerwała na moment swoje czynności- Interesujące?- wpatrywała się we mnie z pasją stręczycielki- Jacy to ludzie?
Miałem zrazu coś odpowiedzieć, gdyż posiadałem tą cenioną zdolność szybkiego kalkulowania i niemal automatycznego kontrowania, lecz tylko wydałem z siebie cichy dźwięk rezygnacji.
- Ależ nie odchodź, kochanie.- ona wciąż kpiarsko się ze mną obchodziła, a ja nie miałem ochoty się kłócić. Nie teraz.
- Nie warto.- powiedziałem, opuszczając kuchnię i przenosząc się do salonu.
- Doświadczeni?- krzyknęła za mną- To chciałeś powiedzieć? Doświadczeni przez życie?
Uwielbiałem ją. To było pewne. Uwielbiamy pewnych ludzi bez względu na przykrości jakie nam czynią, bądź mówią. Uwielbienie nie podlega procesowi chwilowej awersji. To coś głęboko zakorzenionego nie tylko w psychice, ale także w całym ciele. Kochamy ciałem. Miłość to biologia, bez względu na to jaką posiadamy duszę. Kochamy hormonami. Tego nic nie zmieni. Prosta konsekwencja uzależnienia. Częste towarzystwo bliskiej osoby powoduje wytwarzanie się pewnych hormonów. Cykl ten powtarza się, aż w końcu jedyny stan ducha, jaki akceptujemy to ten nabuzowany estrogenem, endorfiną, oksytacyną i tak dalej. Partner zaczyna działać jak strzykawka do odlotu, no i odlatujemy. Tragedia jest wówczas, kiedy strzykawka odchodzi; jedyne wyjście to przezwyciężyć uzależnienie.
Przykrości nie zabijają uwielbienia, jedynie je wypalają, a istotnym faktem jest to, że niezwykle konsekwentnie.
Tak konsekwentnie, iż w tej chwili, pierwszego szczęśliwego poranka rozważałem fakt wypieprzenia swojej strzykawki do kosza na odpady; na toksyczne odpady.
Chciałbym aby ona się nie poczęła. Aby jej nie było. Żeby nie istniała.
Takie kobiety nie mają prawa istnieć. Inne, tak, ale nie takie. Nie te, które mogły być mi wierne, nie okłamywać i które zawsze stawiałyby mnie na pierwszym miejscu.
Ona nie może być taką kobietą. Nie ma jej. Marta nie istnieje. Femme to zjawa. Wymysł mojej chorej wyobraźni . Jest tylko Bonie, która ma zamiar pożyczyć mój pistolet i rozpieprzyć kalibrem trzydzieści osiem, łeb jakiejś Niemieckiej z Polskim rodowodem sziksie.
Była kiedyś taka kobieta. Dwurzeczna demonica. Kochanka owego ogrodnika, który był tchórzem zamieszkującym Raj. Później napastowała dzieci i w średniowieczu stała się najgłówniejszą z czarownic.
Na imię jej było Lilit.
Nie; Bonie nie może przybrać postaci Lilit. Bonie nie jest nawet czarownicą, a do seksualnego molestowania w życiu by się nie skłoniła. Nie ma pojęcia nawet o zboczeniach.
Rozstrzygając swą przeszłość, teraźniejszość i analizując mającą nadejść, prawdopodobną przyszłość, usłyszałem dzwonek do drzwi.
Otworzyłem, a do środka wszedł Jacek.
- Czy to czasem nie należy do ciebie?- machnął przede mną trzema kartkami maszynopisu.
- Tylko tyle?
- Dobre.- powiedział oddając mi kartki- Podoba mi się. Leżało na podwórku. Dzieciaki robią sobie samoloty.- zapomniałem napomknąć, iż podczas wcześniejszej sprzeczki z Femme, ona w akcie uniesienia posłała kilkanaście stron maszynopisu za okno.
- Co ty wiesz o literaturze.- skwitowałem.
- Umiem czytać.
- To nie wystarczy.- wrzuciłem materiał do kosza na śmieci i wszedłem do kuchni, gdzie Jacek szczerzył zęby w uśmiechu do mojej Femme, czy jak kto woli Bonie.
- Znowu dałaś się zarwać temu facetowi?- zwrócił się do niej- Spójrz na niego.- machnął ostentacyjnie ręką- Przecież to kawał drania.
- Cicho.- wyszeptała Marta- Nie mów tego głośno. Obrazi się.- dodała- Dzisiaj ma taki dzień. Dzień obrażalski.
- Nigdy się nie obrażam.- wtrąciłem, chociaż zupełnie nie potrzebnie.
- No tak.- ponownie spojrzała na Jacka- On to nazywa powściągliwym chłodem.
- Jak go zwał tak go zwał.- odezwał się popijając mój sok, w mojej kuchni, facet rozmawiający z moją kobietą- Uważam, że mimo wszystko nie powinnaś być z tym draniem o powściągliwym chłodzie swojej osobowości.- zabłysnął, co było ewenementem- Możesz mieć każdego miłego przystojniaka. - wciąż gapił się obleśnym wzrokiem na ramiona mojej Femme- Nawet mnie.
Zapaliłem, aby mieć zajęte ręce, co często uchraniało któregoś z moich przyjaciół od koleżeńskiego ciosu w pysk.
- A masz miętowe gumy i kartę kredytową?- zerknąłem na niego- Bez tego nie wyrwiesz Femme.
Marta zareagowała ze znaną sobie przesadną powaga w takich sprawach i niemal okrucieństwem wypisanym na twarzy.
- Ty skur...- nie dokończyła, bowiem ścierka która miała wylądować na mojej twarzy, wypadła przez okno.
- Świetnie.- wyjrzałem na zewnątrz, gdzie jedna z sąsiadek mierzyła mnie monotonnym, lekceważącym wzrokiem.- Pomieszkasz tutaj jeszcze tydzień, a przeniosę swoją pracownię na trawnik przed budynkiem.
- I ty go kochasz Marto?
- Zależy od dnia, w którym pytasz.- odparowała i podchodząc do mnie, dała mi całusa w policzek, który jak zwykle w jej wykonaniu miał wścibski charakter.
- Trudno.- wzruszył ramionami i zjadł kolejną z mandarynek- Dzwoń do mnie w dniu, w którym będziesz go nienawidziła.
Zaciągnąłem się, co sprawiło mi cholerną nieprzyjemność i wcisnąłem prawie całego papierosa do popielniczki.
- Czy ty, aby czasem nie sikasz mi do basenu?- posłałem Jackowi zimne spojrzenie dobrego przyjaciela, a on głupio się uśmiechnął.
- Też chcę mieć coś z życia.
- Już ci mówiłem.- urwałem- Utnij sobie uszy. Będziesz przystojniejszy.
- Moje uszy to poważna sprawa.- odparował z awersja- To jak inwalidztwo, a ty jako intelektualista powinieneś to rozumieć. Okaż więc trochę szacunku, albo napiszę skargę do jej gazety.- wskazał na Martę.
- A więc bierz to swoje inwalidztwo i wynoś się z mojego domu. Zjadłeś kolejną mandarynkę, która była już ostatnia. A musisz wiedzieć, że to bardzo smaczne mandarynki.
- Przyszedłem w innej sprawie.- wciągnął nikotynę w i długo ją tam zatrzymywał. Zawsze zastanawiałem się co też dzieje się w czasie, kiedy ta smoła wypełnia płuca.- Mam śliczną kuzynkę. - zaczął- Aleksandrę.- upił drinka przygotowanego przez Martę- Lubi twoje artykuły. Jest oczarowana.
- Może ona zostanie matką twojego dziecka.- odezwała się Femme, posyłając mi badawczy uśmieszek.- Zapytaj. Z pewnością się zgodzi.
- Nie kuś losu.- odparłem oparty o szafkę
- Matką twojego dziecka?- zainteresował się Jacek- Zostaniesz ojcem?
- Jeśli znajdzie śliczną kobietę.- odparła Marta wciąż obserwując mnie.
- Moja kuzynka jest śliczna.
- Ty jesteś pierwsza do tej roli.- wskazałem na Femme, lecz ona najwyraźniej nie traktowała mnie poważnie.
- Czy ty naprawdę Vincencie wierzysz w te pierdolone, kosmiczne więzy miłości?- w kącikach jej ust zadrgało coś tragicznego. Wyglądała przez chwilę jakby została zraniona i jakby chciała zranić.
Postanowiłem pojechać do centrum, wśród ludzi. Zawsze między tłumem odczucia zarówno przykre jak i dobre mają inną intensywność. To pomagało.
- No dobra.- przerwał ciszę Jacek- Idę na basen. Idziecie?- spojrzał na Martę.
- Jeśli on zechce ze mną iść?- powiedziała z przekąsem.
Ona ze mną na basenie. Jej wizerunek w ponętnie kocim zarysie figury, wraz ze smukłością złotobrązowych nóg. Następnie inne przejawy jej boskości, których nie dają wyliczać mi paranoja i rozpacz. Łzy potężnego rozczulenia, przebiegłego, zabójczego demona, czyli jej wśród szkodliwych tłumów, prawie, że nagich; ona stoi między nimi, nie rozszyfrowana i zajęta mym towarzystwem, w pełni nieświadoma swej fantastycznej potęgi.
- Zbyt niebezpieczne.- odparłem asertorycznie.
- Wiedziałam, że coś wymyśli.- wtrąciła z afrontem.
- Mogłaby spotkać Małgorzatę i ją utopić.
- Twoją Małgorzatę?- spytał.
- Byłą Małgorzatę.
- Szybki jesteś.- uśmiechnął się- To ja idę. Może uda mi się ją poderwać.- skierował się do drzwi.
- Życzę powodzenia.- poszedłem się przebrać, po czym znów stanąłem w kuchni.
- Zostaw to.- poprosiłem patrząc na ciało mej akrobatki. Cóż to był za widok- Jedziemy do ludzi.- spojrzenie jej zielonych oczu, znad brudnej miski wydało mi się wręcz komiczne- Obcych ludzi.
- Ale później na basen.- ostrzegła- Chcę się trochę opalić.- to brzmiało bardziej banalnie niż moja paranoja, gdyż ona już była opalona.
- Ale bez broni.- wskazałem na nią palcem- Nie pożyczę ci jej Bonie.

Zaloguj się