\"Piękny Dzień\"

„W początkach powiedzie go trudnymi drogami,
bojaźnią i strachem go przejmie,
dręczyć go będzie swoją nauką, aż nabierze zaufania do jego duszy
i wypróbuje go przez swe nakazy;
następnie powróci do niego po drodze gładkiej i rozraduje go, i odkryje mu swe tajemnice.
A jeśliby zszedł na bezdroża, opuści go
i odda w moc jego upadku.”
Księga Mądrości Syracha 4:17-20

 Nie szedł na wojnę, aby zabijać wrogów. Zarówno On, jak i wszyscy wojownicy doskonale wiedzieli, że jeśli biały dowódca Crook wygra bitwę, podąży ze swymi pułkami na zachód, aby zrównać z ziemią indiańskie obozy, w których oczekiwało swych mężów, ojców i synów wiele tysięcy kobiet, dzieci i starców.
Teraz, w dniu prawdy wojownicy nie stanęli na drodze białych żołnierzy, aby dokonywać bohaterskich czynów, lecz, aby zatrzymać tą dziką hordę ku jej drodze ich domostw i bliskich.
Dzisiejszego dnia z pogardą śmierci walczyli o życie tych, których kochali.

Pomknął na czele szarży u boku mężnych wodzów. Mijał kwitnące drzewa, które jako świadkowie, uwalniały ze swych objęć biało różowe płatki, jakie opadały pod kopyta rozszalałych mustangów.
Część owego kwiecie przylepiała się do spoconych ciał wojowników, kiedy salwa z broni palnej przyczajonego wroga, rozniosła pierwszy szereg obrońców swego narodu.
Krew, jaka zmieszała się z czerwcową ziemią, oraz grzmoty wystrzałów, zachwiały na moment szaloną brawurą wojowników. Dostrzegł to natychmiast, zatrzymał norwistego rumaka, podskoczył ku zdezorientowanym wojownikom, a z jego piersi wydobył się potworny głos;
- Zostańcie ze mną bracia! Dziś mamy dobry dzień do bitwy! To dobry dzień do umierania!
Szalony Koń, którego pierwsza salwa ścięła niemal z wierzchowca, powstał unurzany we krwi spomiędzy ciał swych braci i uniósł dumnie głowę. Spojrzał ku nadbiegającym bagnetom i ujrzał śmierć. Wiedział jednak, że dziś nie walczy o swoje życie. W tipi w jego wiosce czekała kobieta, którą kochał i która kochała jego. Dwie córki zapewne niosły wodę z rzeki, lecz myślami były przy nim, dodając mu sił, aby pokonał śmierć i pozwolił im żyć. Każde serce tych wspaniałych ludzi rozumiało, iż w ten sposób mężowie, ojcowie i synowie wyciągają bliskich z piekła.
Wojownicy zachęceni okrzykami wodzów ruszyli z jeszcze większą pasją na wroga, ale dla jednego z nich nie było ratunku; skoczył ku żołnierzowi i ściskając w dłoni tomahawk, przeciął twarz wroga z ogromną siłą. Dwóch innych zbliżało się doń, kiedy trzeci wymierzył z muszkietu. Padł strzał, a oczy wodza spowiła ciemna czerwień. Rzucił tomahawkiem w najbliższego wroga i z pogardą śmierci wyrwał jakiemuś żołnierzowi karabin z bagnetem. Już umarł i był tego świadom, a śmierć, do której zmierzał stała za najbliższym drzewem i uśmiechała się doń. Wejrzał się jej w oczy i odwzajemnił uśmiech. Dała mu jeszcze kilka sekund, co wystarczyło, aby mógł zabrać ze sobą paru zbrodniarzy, chcących zniewolić jego człowieczeństwo.
Unurzał w czyimś ciele bagnet, kiedy kobieta w czerni wychyliła się z za drzewa i puściła do niego oko; w tej chwili otrzymał potężny cios w plecy, po czym drugi i kolejny, a kobieta zbliżała się i wyciągając ku niemu dłoń, kucnęła u boku jego ciała.
-Czy pójdziesz do ludzi, których kocham?- Dotknął jej, a ona uroniwszy nad nim łzę, spowiła twarz w nikłym uśmiechu.
-Ten, kto kocha, musi dzielić los ukochanej osoby.- Rzekła kobieta kojącym ból głosem- Ale niech twe serce się nie smuci. Dzisiejszego dnia, do twej wsi nie pójdę. Spotkacie się znacznie później.
Wojownik ścisnął jej dłoń w paroksyzmie tracenia życia, ale był spokojny. Mógł umrzeć z radością wiedząc, iż jego najbliżsi będą żyć. Ostatnie tchnienie jego życia skupiło się w jednym oddechu, po czym zamknąwszy oczy usnął na zawsze.

Słuchaj jak nic nie słychać. Słuchaj i nasyć się tym, co źli ludzie chcieli ci zabrać- wolnością.

Popatrz, już widać twoje wieczne tipi, które otrzymałeś w nagrodę. Oto twoje tipi na wieczne czasy. Wiem, że wieczorem przyjdą do ciebie ci, których lubisz, których jesteś ciekaw i których podziwiasz. Zobaczysz ich twarze przy świetle ogniska. Później zaśniesz okryty skórą bizona, z uśmiechem na ustach. Sen cię wzmocni i sprowadzi mądre myśli. A wypędzić mnie już nie zdołasz. Strzec twego snu będę ja.

Na tle wieczornego nieba, wysoko na gałęzi, drzewa rosnącego na granicy lasu i prerii, kruk spoglądał smutno na wioskę.

Niedaleko leżała mała dziewczynka, mająca może jedenaście lat, a opatrunek zrobiony na ranie w jej piersi był zbroczony krwią.
Kruk przypatrywał się chwilę dziewczynce i zauważył, że roni ona łzy. Westchnął i odwracając głowę w stronę siedzącej obok sowy, wymówił.
- Kiedy umierający płacze, to znak, że wkrótce ozdrowieje - stwierdził bardziej kierując się wiarą, aniżeli wiedzą.
- Przykro mi zaprzeczać tobie, przyjacielu - wtrąciła na to sowa - lecz moim zdaniem płacz umierającego oznacza, że wcale nie ma chęci umrzeć.
- Codziennie bez starań się o to jednak, napotykamy cierpienie i wpatrujemy mu się prosto w twarz - mówił Kruk - to dni upadku człowieczeństwa. Biały wicher przybył z za wielkiej wody i wszystko na swej drodze niszczy. To cierpienie jest wszędzie i odciska się na prerii śmiercią niewinnych.
- Czy coś możemy zrobić mój mądry przyjacielu?- zasmuciła się Sowa.
- Nie chcę, aby dłużej cierpiano. W imię jakich prawd naród ten umiera? - tutaj Kruk wpatrzył się w mądre, sowie oczy, lecz ona nie udzieliła żadnej dygresji - Jeżeli cierpienia tych kobiet i dzieci mają dopełnić sumę cierpień, która jest niezbędna, aby przejednać tego Boga śmierci, to wiem, że ten Bóg nie jest wart tych wszystkich cierpień.
- Kiedyś ludzie Ci mieli słońce i księżyc nad tą krainą dla siebie. Polowali na wielkich terenach myśliwskich i żyły tutaj już niespotykane wielkie stada bizonów. Biały wicher przybył i wytępił te wspaniałe zwierzęta. Zabijali każdego dnia więcej bizonów, aniżeli potrzebowali skór, czy też mięsa. Szczepy czerwonych ludzi były potężne i rozmnażały się czysto. Wtargnął jednak biały wicher i podając się za mesjasza niosącego nieskazitelną i najlepszą wiarę, zniszczył wszystko. Gwałcił indiańskie kobiety i wówczas one rodziły nieczyste dzieci. Biały wicher zabijał dzieci, starców oraz kobiety, których nie chciał. Wielcy ludzie jednak nie uskarżali się na taki los, ponieważ nie jest to dziełem wojownika. Jednak zmuszeni są powiedzieć, że naród ten zgaśnie kiedyś jak to słońce na zachodzie tylko, że ono wstanie, a dzieci Wielkiego Ducha już nie powrócą.
- Czy ty się użalasz kruku? - dobiegł do dwójki ptaków pogardliwy głos z ziemi. Spojrzeli w dół i dostrzegli białego królika.
- Mówimy o śmierci sąsiedzie. O śmierci, która zaraz przyjdzie do tej ślicznej, małej dziewczynki - mówiąc to Sowa, uniosła skrzydło i wskazała wioskę - Spójrz, jak piękne i czyste jest jej oblicze. Nie zasłużyła na śmierć, a teraz umiera.
- Wszystko to marność nad marnościami Sowo. Jeden nikły płomyk, który zdmuchnął wicher. To nic wielkiego. „Śmierć weszła na świat przez zawiść diabła.”
- Akurat sąsiedzie w tej tragedii ów diabeł, na którego barkach chcesz położyć wór śmierci nie jest nic winien. Biały wicher czyni to w imię Boga. W jednej dłoni trzyma nóż, którym zarzyna małe dziecię, a w drugiej krzyż - zaoponował Kruk - to pycha. Biorą więcej, aniżeli mogą udźwignąć. Zabijają na zapas.
- A jam jest rad. Biały wicher przyniósł z sobą smaczne rośliny, którymi się pożywiam - bronił królik - Czy wy nie potraficie dostrzec dobrych stron w dramacie?
- Już widzę żeś nie tylko ślepy, ale i głupi zarazem - powiedziała gniewnie Sowa - Płytkość twego istnienia odzwierciedla się w owym pragnieniu zaspokajania swych najbłahszych potrzeb. Jesteś jak ów człowiek, który zabił dobrego brata na polu. Pustułka, której dawna krewna była świadkiem niepotrzebnego morderstwa wszystko mi opowiedziała. Zabił z próżności.
- Historia się powtarza - dodał na to Kruk - Biały wicher jest ja ten nikczemnik, co przelewa krew brata, uważając, iż jemu należy się więcej i lepiej.
- Racja - zgodził się królik - Zabił, ale Bóg go nie potępił. Nawet go nie osądził.
-To wyjaśnia nieprzejednaną hipokryzję białego wichru. Morduje w imię swej wiary, bo tak nakazuje jego Bóg. Zapomniał co ma w sercu, bowiem naćpał się tą okrutną religią.
-Teraz już wiem, dlaczego serca większości ludzi są nikczemne - wyjaśnił Kruk ze smutkiem  - Świat okazuje litość tylko łajdakom. Zawsze to dobrzy cierpią. Zbrodniarze i nikczemnicy będą żyć wiecznie.
- A ty króliku - Sowa posłała siedzącemu na ziemi ostre wejrzenie - powiedz. Co masz w sercu?
-Towarzysze - wyjąkał królik niepewnie - Po prerii krąży taka sentencja- ciągnął - Sekretu orła nie powierzaj musze i nie racz wróbla zdobyczą jastrzębia.
-Marnyś ty króliku, marnyś. Ponoć to tchórzostwo jest największym grzechem - rzekła Sowa - Namiestnik Judei, prokurator Poncjusz Piłat zgrzeszył tchórzostwem najbardziej. O tym jednak później króliku...- przerwała zmęczona trochę Sowa - Po prerii krąży jeszcze jedna sentencja, a głosi ona, że kto dąży do doskonałości wzniesie się ponad mierność, lecz kto o mierności tylko myśli jeszcze niżej spadnie.
- Czy to nie pycha mądra Sowo? - zapytał bez przekonania - Dążenie do doskonałości.
- Pycha - zaśmiał się ptak - Głupcze, czy masz na tyle wypełniony po brzegi wór swą dobrocią, iż już nie możesz go unieść?- Sowa zatrzepotała skrzydłami i po chwili znalazła się na króliku, który wtulony w ziemię, tkwił spowity lękiem pod jej szponami - W twym worze, który jest i tak zbyt ciężki dla ciebie do uniesienia są tylko kamienie. Spójrz teraz na swą sytuację racjonalnie. Jestem Sową, a ty królikiem. Wystarczy mi zacisnąć szpony.
- Ależ sumienie Sowo - orzekł błagalnie królik.
- Myślisz, że mnie to wzruszy? Nie wzrusza to świecy, że motylowi opaliła skrzydła - Sowa ponownie uniosła skrzydła i uwalniając królika ze śmiertelnego chwytu pofrunęła na drzewo, aby przysiąść obok swego przyjaciela - Taka jest ma natura, czyż nie?
- Tak więc...- królik masował łapami bolące gardło - tak więc dlaczego, mnie oszczędziłaś?
- Bo dążę do doskonałości głupcze - odparła i odwróciła głowę, aby odpocząć.
- Powiedz nędzny hipokryto - odezwał się teraz Kruk - Czy jeśli urodziłeś się głupi, to taki masz pozostać? Jeśli urodziłeś się z szarym futerkiem, to znaczy, że już nigdy nie przyozdobisz go na biało? A co zrobisz zimą, kiedy ziemię pokryje śnieg? Powiedz, czy będąc idiotą rok temu, oznacza to, że musisz nim być i teraz?
- A co to jest czas kruku? - królik odzyskał rezon widząc jak Sowa chyba drzemie - Rok? To tylko cztery nastające po sobie pory. Nic więcej, a ty nadajesz czasowi niemal kosmicznego znaczenia. „Słońce wschodzi i zachodzi i na miejsce swoje spieszy z powrotem i znowu tam wschodzi...wszystkie rzeki płyną do morza, a morze wcale nie wzbiera; do miejsca, do którego rzeki płyną zdążają one bezustannie. To co było jest tym co będzie, a to co się stało, jest tym co znowu się stanie; więc nic zgoła nowego nie ma pod słońcem.”
- A więc fakt, że pory się powtarzają cyklicznie jest dla ciebie wyznacznikiem, iż nie warto dążyć do bycia lepszym? - zainteresował się ptak.
-„Bo nie ma wiecznej pamięci po mędrcu tak samo jak i po głupcu, gdyż już w najbliższych dniach w niepamięć idzie wszystko; czyż nie umiera mędrzec tak samo jak i głupiec.”- oponował królik popisując się znakomitą znajomością księgi Koheleta, który był jednym z autorów wielkiej księgi ludzi.
-Tak więc chcesz mi wmówić, iż z powodu pewnego zgonu w jakiejś przyszłości nie należy się starać być lepszym, mądrzejszym i silnym. Wmawiasz mi, że nie chcesz wiedzieć jak trzeba żyć na świecie?
- Daruj Kruku słabej demagogii - nucił królik niemal śpiewnie - Woda jest mokra Kruku, niebo niebieskie, a w końcu kiedyś zdechnę...po co się wiec starać. Za jaką mistyczną nagrodę?
- Abyś przeżył swe życie godnie. Wiesz co to takiego?- zerkał kruk w dół - To wskaźnik twojej wartości. Ilość godności w twym sercu mówi mi, czy ty żyjesz, czy tylko egzystujesz. Bo nie wiem, czy jesteś tego świadom, ale wielu umiera już za życia.
- Uważasz, że wegetuję?- wykrzyknął królik wściekle.
- Uważam, że jedziesz przez życie na bestii jak jest w tobie. Bijesz to zwierzę, bowiem tylko możesz je bić, lecz nie jesteś w stanie zmusić go do myślenia.
Królik szykował już się do kontrataku, kiedy z zarośli nagłym susem wychylił się wąż i rzucając się na królika, otulił go mięśniami swego potężnego ciała.
- Witajcie przyjaciele - tu wąż jakby skłonił się ptakom, na co Sowa otworzyła oczy i w milczeniu przypatrywała się jak mały pyszczek królika dławi się powietrzem -Przepraszam, że przeszkadzam, ale przechodziłem bokiem i przypadkiem podsłuchałem mądrości tego oto tutaj towarzysza. Aż dziw mnie ogarnął jaką wiedzą dysponuje ten królik. Muszę rzec, iż słuchałem go z zaciekawieniem i jakoż, że staram się dążyć do doskonałości, uznałem, że nie zjem dziś kolacji.
- Sowo - wyjęczał królik - Pomóż - poprosił, lecz Sowa nawet nie drgnęła.
- Jednak, kiedy to mądre nad wyraz zwierzątko powiedziało, że woda jest mokra, a niebo niebieskie, a on i tak w końcu zdechnie - syknął wąż żartobliwie - Więc pomyślałem sobie, że co za różnica dziś, czy później.
- Pomóż Sowo - królikowi poczęło brakować tchu. Przez chwilę miał wrażenie, że widzi majaczącą postać kobiety między drzewami. Zląkł się niesamowicie i wydawało mu się, że już nie wydobywa się z niego żaden dźwięk, lecz troje świadków jego śmierci słyszało błagające prośby ocalenia.
- Chciałaś odzyskać nieśmiertelność mądra Sowo. Jak pewien ludzki heros sumeryjski - odezwał się kruk, wyczekująco patrząc na przyjaciela - Jednak niemożliwością jest zachować rośliny życia. Z tego względu nie staniesz się bohaterem - orzekł cicho kruk, wpatrując się z prawie że bolesną miłością w swego przyjaciela. Tylko on mógł wyobrazić sobie ogrom cierpień tej mądrej sowy - Wiem jednak druhu, że istnieje inny sposób przybrania legendy onej szlachetnej postaci - teraz Sowa, rozchyliła oczy szerzej powodowana kolejną namiastką nadziei i wśród niknących próśb umierającego królika oczekiwała dalszych słów ptaka - Tak, tak przyjacielu - potwierdził Kruk z entuzjazmem widząc jak strapienie uwalnia twarz sowy - Musisz tylko wykopać dół i wyciągnąć z piekła przyjaciela Enkidu. Tak mówi legenda.


   Sowa milczała jakby w paroksyzmie skamieniałego cierpienia i spojrzawszy w górę, gdzie na bezchmurnym niebie poczynało lśnić parę bladych gwiazd, opuściła wzrok i wpatrzyła się w dal, na ciało umierającej dziewczynki.
Wyglądała jakby szukała usilnie odpowiedzi, na zadane pytanie, którą drogą pójść. Sowa jednak wiedziała jaką drogą chce iść przez życie, ale osłabiało ją, kiedy usilnie starając się spotykać na tej drodze tych, którzy wyzwalają w nas to co najlepsze, spotykała tych, którzy prowokowali do pójścia w innym kierunku.

Dziewczynka już nie płakała; jej czarne kędziory przylepiły się do twarzy umęczonej bólem i gasnącym upałem. Dłonie, delikatne, zgrabne dłonie trzymała w objęciach na brzuchu, niby pocieszając się dotykiem.

Obok niej płonęło ognisko, a przy łożu ułożył się czujnie pies, który zdawało się, że kocha i dzieli los ukochanej istoty. Matka przyrządzała jakieś zioła, jakie często jak magiczne zaklęcia odczyniały uroki chorób, ran, a nawet śmierci.
Dziewczynka nie wiedziała, że przyjaciółka, druga mała dziewczynka, zrasza jej twarzy chłodną wodą ze strumyka. Zapadła w letarg, którego jedynym świadkiem okazała się kobieta zmierzająca z rozrastającego się nieopodal lasu.
Pies nastroszył uszy i zwracając pysk w jej stronę delikatnie zawarczał. Matka przez chwilę przypatrując się mu, starała się dostrzec coś istotnego dookoła, lecz nic się nie działo.

Tylko delikatny wiatr popłakiwał nad losem tego dziecka.

Z każdym krokiem śmierci, pies szczerzył groźniej kły, jednocześnie cofając się pod łoże swej przyjaciółki. Mimo, iż zwierzę to nie odczuwało nigdy lęku, teraz jego zwierzęcy instynkt opanował chłodny, ale precyzyjny strach.
-Cicho - rzuciła doń dziewczynka, zdobywając się na ostatni wysiłek i kładąc rękę na karku zwierzęcia. On opanowawszy się trochę przybrał wyczekująca pozę i zaciskając pysk wydawał z siebie delikatny, acz śmiertelnie groźny dźwięk. Był to dźwięk, który potrafił zadawać śmierć - Cicho - ponowiła dziewczynka kojąco - To tylko kobieta.

   Kobieta  podeszła do dziecka i usiadłszy w jej nogach no łożu śmierci, obdarzyła je zniewalającym uśmiechem.
- Więc to tak wygląda? - odezwała się dziewczynka, wspominając jak przy każdym ognisku opowiadano legendę o kobiecie, która przychodzi i uśmiecha się do wojowników.
- Właśnie tak - odparła czule kobieta.
- A spotkam tam wszystkich kochanych, którzy umarli?
- Zasiądziesz z nimi przy ognisku - chwyciła dłonie dziecka i delikatnie masowała - Nauczą cię mądrości i dobroci. Powiedzą ci skąd przychodzisz i dokąd zmierzasz.
- A jeśli przychodzę z nikąd i zmierzam do nikąd? - zapytała dziewczynka smutno.
- Żałujesz, iż wyruszyłaś w tę podróż? - kobieta upewniła się, że matka rozciera zioła, a przyjaciółka dziecka klęczy nad potokiem i łka.
- Nie. Moja podróż była piękna i warta tysiąca modlitw - z ciemnoczerwonego oka dziewczynki potoczyła się łza, po czym druga i kolejna. Kobieta przetarła wilgoć opływającą jej policzki, a pies jakby wreszcie zacząwszy ufać kobiecie, przestał na nią sępić się groźnie. Było jednak pewne, że w razie niebezpieczeństwa skoczy do jej gardła i przegryzie je - Wicher zerwał jednak mój kwiat zbyt wcześnie. Nie zdążyłam nawet zakwitnąć.
- A czy w twym sercu zrodziła się świadomość, nie kim jesteś, nie skąd przybyłaś, tylko kim możesz się stać?
- Myślę, że powoli zaczynałam do tego dochodzić - odparła dziewczynka.
- Więc kim chciałabyś się stać?- dociekała kobieta, której uroda bardzo frapowała dziecko. Pomyślała przez chwilę, że mogłaby być właśnie nią.
- Chciałam stać się dzielna, prawdomówna i nie myśleć tylko o sobie - rzekła krótko.
- A co to jest dzielność, Piękny Dniu?- nazwała ją piękny dzień, ponieważ takie imię otrzymała dziewczynka.
-To odwaga, aby stać naprzeciwko każdego nieszczęścia i patrzeć mu prosto w oczy - odparła prawie, że z euforią - To jest dzielność, aby być dobrym i trwać w dobru. Aby zło, które ciebie dotyka obrócić w dobro i dawać dobro.
- A prawdomówność?- w kącikach ust kobiety zadrgało coś uroczego i życzliwego. Nie ulega wątpliwości, iż nie chciała zabierać Pięknego Dnia ze sobą.
-To trwanie w pięknie, gdyż prawda to piękna rzecz.
- A czy Ty, Piękny Dniu potrafisz trwać w pięknie?
-Tak.
- Czy nigdy nie skłamałaś?
- Zrozumiałam kiedy to uczyniłam.- rzekła teraz smutno - I to zrozumienie zabolało...o tutaj - dodała wskazując na serce - Od tamtej chwili nigdy nie chciałam, aby bolało i myślę, że mogłabym się tego nauczyć.
- Czy nie myślisz tylko o sobie?
- Myślę o leżącym przy mym boku wilku, o matce, która stara się być silna, kiedy umiera jej córka, o przyjaciołach, jacy milczą, bowiem ból nie pozwala im na wypowiedzenie czegokolwiek. Myślę o ojcu, który spogląda na mnie z Krainy Wiecznych Łowów i z pewnością uśmiecha się do mnie - przerwała, aby zaczerpnąć tchu - Zapomniałam nawet, że umieram - teraz jej ciemne, wilgotne oczka, spotkały się ze smutnym wzrokiem, smutnej kobiety - Nie, chyba nie myślę o sobie.
- Wiesz co to jest mądrość, Piękny Dniu?
- Mądrość jest przy każdym ognisku mego narodu. Mówią o niej legendy.
- Znasz jakąś legendę o mądrości?
- Nie...nie zdążyłam żadnej poznać - skwitowała cicho z łamiącym się głosem.
- W takim razie, opowiem ci jedną - kobieta odsuwając kosmyk włosów z czoła dziewczynki pochyliła się nieco, a jej głos jeszcze bardziej był bliski sercu dziecka - W gąszczu lasu spotkało się czworo zwierząt. Dwa z nich kreowały sytuację; był to napastnik i jej ofiara. Pozostałe dwa natomiast, jako świadkowie zostały uwikłane w tą sytuację. Okazali się świadkami i to było dla nich najtrudniejsze. Będąc świadkiem, możesz przejść obok i nikt niczego ci nie zarzuci. Nie musisz wtrącać się, nawet kiedy obok ciebie rozgrywa się zbrodnia. Tak postępują ludzie. Przechodzą. W rzeczy samej ofiara nie tyle zasługiwała na śmierć ile stanęła na jej drodze.Napastnik, który zabijał ją w rzeczywistości nie był do tego zmuszony, mimo, iż okazał się wężem i chciał zaspokoić głód. Nikt nie zarzucał mu okrucieństwa, nawet królik, który dusił się pod siłą nacisku jego mięśni.
Sowa i Kruk przypatrywali się wiedząc, że takie są prawa natury, lecz królik starał się wpłynąć na sumienie jednego z tych zwierząt - pogłaskała dziecko po policzku i zapytała - Jak myślisz, na czyje sumienie?
- Sowy - orzekła pewnie dziewczynka - Królik starał się wpłynąć na sumienie najmądrzejszego zwierzęcia. Wiedział, że tylko mądrość może go ocalić. Tylko mądrość.
- Mądrość?- kobieta udając nieświadomą dociekała nadal - Nie mogła to być siła? Wszakże, Sowa jest bardzo silnym ptakiem, który zjada również węże. Mogła zabić węża i uratować królika.
-Nie - zaprzeczyła gwałtownie - Królik wiedział, że jeśli poprosi Sowę o zabicie napastnika, a Sowa tak uczyni, to on także poniesie śmierć. Morderca nie selekcjonuje ofiar. Morderca zabija dla samej chęci zabijania. Sowa zabijając węża, zabiłaby i królika. Tylko mądrość, a nie siła, mogła ocalić ofiarę.
- Zabijając napastnika sami stajemy się napastnikiem - kontynuowała kobieta, ucieszona słowami dziecka - Kruk smucił się z zaistniałej sytuacji. Nie chciał nigdy nikogo krzywdzić i bolały go krzywdy innych, ale też nie potrafił wyciągać do nich pomocnej dłoni. Był dobry, jednak tchórzostwo pozbawiało go siły wyciągania z piekła. Chciał, ale nie mógł. Nie zawsze możemy mimo najszczerszych chęci. I on musiał żyć z tą niemocą, a to było jego tragedią. Wiesz...pewien syn Boga białego wichru żyłby gdyby namiestnik Judei, rycerz Poncjusz Piłat nie był tchórzem.
Sowa była jak mistrz magii, prawie, że tej siły cząstką drobną, co zawsze dobrze chce i zawsze sprawia dobro. Okrucieństwo, które ją dosięgało hartowało jej zmysły i zamieniało w monument z najtwardszego granitu. Obracała to na swoją korzyść, często jednak wyczerpana impetem z jakim zło uderzało w jej duszę. Ale była silna i pragnęła trwać w sile. Chciała nauczyć się jak trzeba żyć na świecie i mimo, że jeszcze tego nie wiedziała, jednego była pewna; że zło jest bezcelowe.
Tak więc w gęstwinie lasu, Sowa siedząc na gałęzi rozmyślała, czy aby ten nędzny, głupi królik, który zdechł dawno temu, a dla którego śmierć siana dokoła jest obojętna  zasługuje na odrobinę litości. Czy, aby zarozumialec, jaki obraża wszystkie zwierzęta w puszczy swoją płytką duszą, jest godzien wstawienia się za nim, a następnie zapłacenia ceny wężowi, któremu ona, a nie królik, będzie musiała zadość uczynić.
Sowa była mądra...

-...Dajcie mi pokorę, bym pogodził się z tym czego nie mogę zmienić, dajcie odwagę, by zmienić to co powinno zostać zmienione i mądrość, bym umiał odróżnić jedno od drugiego - wyszeptała Sowa, której słów świadkiem był tylko Kruk. Jej dylemat nie polegał na fakcie czy ocalić życie czy nie. Nigdy nie wahała się ocalić czyjegoś istnienia. Dramat sowiego sumienia zaczynał się i kończył na trudnym do sprecyzowania uczuciu, iż nie może zmieniać postaci rzeczy świata i wtrącać się w jego prawa.
Że cena jaką kiedyś za to zapłaci, będzie okrutna.
- Zrobisz to?- kruk podszedł bliżej swego przyjaciela i objął go skrzydłem.
Ten uśmiechnął się do niego, a w oczach zabłysło mu coś ciepłego.
-Oczywiście przyjacielu - odparła wyrywając się ze zdradliwej toni - Wszakże lepiej jest umrzeć jako bohater, aniżeli żyć jako tchórz.
- Jesteś wielki mój przyjacielu - uradował się Kruk - Jesteś gwiazdą na nocnym niebie i aż boli mnie, iż nie mogę dosięgnąć tego ideału.
- Ideały są jak gwiazdy. Nie dosięgniemy gwiazd, ale możemy się według nich orientować.
- Jak to rozstrzygniesz?- zaciekawił się Kruk.
- Obleczę się w szaty pokory i poproszę węża, o darowanie królikowi życia.
- Poprosisz?- drgnął - Czyż nie łatwiej jest przeciąć jego gardło swymi szponami. Wówczas on natychmiast puści królika.
- Najłatwiejsza droga przyjacielu to droga najczęściej niewłaściwa - wyjaśniła bez gniewu Sowa - Unikając trudności sprowadzamy powoli swe życie ku egzystencji. Stań się obserwatorem własnego życia, a unikniesz cierpień...- mówiła z wdziękiem- ...i stracisz nad nim kontrolę. Każdy najmniejszy choćby wicher będzie targał twą łódź ku nieznanym i niebezpiecznym morzom. Bez steru czeka cię rozbicie o najbliższe skały - urwała i rozprostowując skrzydła, ostatni raz wejrzała się przyjacielowi głęboko w oczy - powiedz jednak. Zabijając węża co osiągnę? Czym wąż zasłużył sobie na śmierć, a czym królik na życie. Życie królika nie jest warte ceny życia węża. To cena, której nigdy nie można żądać do zapłaty. Zabijając jednego, a ratując drugiego mimo wszystko zabijam - uniosła się zlatując na ziemię w miejsce, gdzie królik łapał ostatnie tchnienia życia - Pamiętaj przyjacielu, że najgorszym co można zrobić w takiej sytuacji - krzyknęła jeszcze do kruka - To nie zamordować, lecz pozwolić umrzeć.
- Czym zawdzięczam sobie twą obecność mądra Sowo?- syknął wąż, wbijając swe zielone oczy w ślepia ptaka.
- Chciałam prosić cię o zachowanie go przy życiu - odezwała się Sowa - Wiem, że był głupcem, żył jak głupiec i spotkał go los głupca ale jeśli mamy wpływ na uratowanie czyjegoś istnienia nie możemy przejść obojętnie.
- Dlaczego?- zapytał spokojnie wąż - I nie mów mi czy on zasłużył, czy nie zasłużył. To demagogia. Śmierć go po prostu spotkała - wyglądał jakby się uśmiechał - Powiedz mi dlaczego nie możesz przejść obojętnie?
- Ponieważ, kiedy przejdę obojętnie nie pozostanie mi nic innego jak dopuścić się zbrodni na samym sobie, uwalniając mą duszę z nędznego życia.
-Twierdzisz zatem, że me życie jest nędzne, ponieważ duszę tego oto tutaj królika? - syknął gad.
-Twierdzę wężu, że oboje jesteśmy drapieżnikami, którzy są zmuszeni zabijać aby żyć,lecz nie zmuszeni aby przechodzić obojętnie nie zważając na cierpienia innych.
- Dziękuję ci więc mądry towarzyszu - gad był zadowolony - Dziękuję za utwierdzenie mnie w fakcie oczywistym, iż nie popełniam czasem niepotrzebnego mordu.
-Zgodnie z naturą postępujesz - ukłoniła się sowa - Ale czy rzeczywiście mord jest niepotrzebny to sprawa kontrowersyjna.
- Jestem głodny Sowo - wyjaśnił - Królik jest jednym z dań mego menu.
- Wszakże sam powiedziałeś, iż nie chciałeś jeść dziś kolacji. Odmawiając sobie jednego posiłku nie zadajesz swemu ciału bólu.
- Będę głodny - stwierdził pewnie.
- Mniemam, że ktoś taki jak Ty wężu nie kieruje się w życiu spełnianiem swych potrzeb kosztem wszystkiego - mówiła Sowa spokojnie - Wierzę też, że siła, która wypełnia twe serce zdolna jest przeciwstawić się zachciankom i wypełnić twą duszę radością.
- W dwóch sprawach rację masz - odparł - W jednej zaś się mylisz. Istotnie, mogę nie jeść miesiącami. Po drugie jestem w posiadaniu dość silnej woli i dobrego serca, aby nie poddawać się ciężarowi swych pragnień i upodobań - urwał i przelotnie zerknął na królika. Mógł już dawno go zabić, lecz nie robił tego z sobie znanego tylko powodu - Lecz zachowanie przy życiu tego głupca nie sprawi mi radość, bowiem życie jego jest mi zupełnie obojętne.
-Tak więc zachowując go przy życiu i nic nie zyskując również nic nie stracisz - zauważył ptak.
-Istotnie - odparł szczerze gad, a blask jego pewnego, silnego spojrzenia zmienił się w niespokojne migotanie.
-Nie jesteś wężu głupcem...- chciała zacząć Sowa, lecz gad przerwał.
-aaahh...- jęknął przeciągle - Nie czaruj mnie wybitną erystyką. Komplementy mnie nie łechcą. Powszechnie wiadomo, że węże od awantury w raju cieszą się złą reputacją.
-Przywykłeś?
-Powiedzmy, że muszę z tym żyć.
-Chcąc oglądać tęczę musimy...- ponownie wąż wpadł między zdanie sowy.
-...tak, tak. Znam to. Musimy znieść deszcz - spojrzał na królika i wydawało się, że poluźnił nieco uścisk, bowiem tamten nabierał swobodniej powietrza - Wychodzi na to, że nie ma nic za darmo. Zawsze płacimy jakąś cenę - ponownie odwrócił się do rozmówcy - Co oferujesz  Sowo?
- Zyskasz przyjaciela w tym lesie - powiedział ptak bez wahania - Mordując królika nie zyskasz nic. Oczywiście nie stracisz. Oszczędzając zjednasz sobie moją wdzięczność i szacunek.
- Czy wypełnię tym żołądek?
- Nie wężu. Nie wypełnisz tym żołądka.
- Więc po co mi to potrzebne - położył głowę na poszyciu lasu udając zrezygnowanie - Może to mnie ogrzeje zimą?
- Nie wężu. To cię nie ogrzeje.
- Więc do czego służyć ma wdzięczność i szacunek?
- To pomaga być lepszym stworzeniem.
- Lubię siebie takim jaki jestem. W lesie mnie szanują.
- To nie szacunek wężu. To strach.
- Szacunek wywołany strachem - zaśmiał się się - To lepsze od zwykłego szacunku.
- Nie, ponieważ ci którzy się ciebie lękają nie lubią cię, a ci którzy cię szanują darzą cię sympatią.
- Owa sympatia ugasi me pragnienie w upalny dzień?
- Nie wężu. Sympatia pozwoli przejść ci godnie przez życie.
- ach - jęknął - To tylko retoryka.
-Dobrym nastrojem wężu i uprzejmością maskujesz samotność i wyobcowanie - ponowiła Sowa z przekonaniem - Wszystko to widzę przyjacielu. Nie musi tak być. Nie musisz być samotny i wyobcowany. Postępowanie z mądrością  może uczynić cię godnym przyjaźni każdej istoty tego lasu.
- Masz duży wpływ na innych mądra Sowo - odezwał się wąż - Znosisz trudności, które innych mogłyby załamać - dodał, a jego słowa nie zawierały już żadnych przeszkód - mieć w tobie przyjaciela to wielka radość dla mego serca - skurcz przewinął się po jego ciele, a ciało królika, które dotychczas ginęło pod wężem, ukazało się w całej okazałości. Gad posłał swej niedoszłej ofierze na poły niewinny, na poły ironiczny uśmieszek i oddalił się od niej.
- Dziękuję ci wężu - rzuciła Sowa, której serce wypełniała prawdziwa wdzięczność.
- Jesteś moim przyjacielem Sowo - wtrącił odpełzający wąż - Pamiętaj też, że wyświadczyłem ci przysługę. I zrobiłem to tylko dla ciebie.
- Jeszcze raz dziękuję ci z całego serca.
- To tak pięknie brzmi, że aż boli Sowo - powoli dawał znać wszystkim kim naprawdę jest ów gad. Był sceptykiem, który przechodził przez życie z przymrużeniem oka. To łotr, ale i dowcipny kpiarz, jaki rzadko ujawnia swoje prawdziwe oblicze, przybierając postać ponętnego kusiciela.
- Pamiętaj wężu! - wykrzyknęła Sowa - Mądrość jest jedyną monetą wszędzie kurs mającą!
- Jednak nie zawsze jest zaletą! - odparował znikający gad - Zwłaszcza wśród głupców.

   W zamierających oczach Pięknego Dnia błąkał się cień uśmiechu. Wysłuchała historii i wzięła z niej tyle ile mogła. Legenda uczyniła ją silną i mądrą.
Już nie bała się śmierci; nawet chyba nie żałowała, że musi odejść. Doświadczyła wiedzy, która wypełniła jej duszę godnością i szczęściem.
Kiedy nastała już noc jej twarz emanowała pogodnym wyrazem oczekiwania. Oczekiwania, aż kobieta, która przybrała nieobecną pozę, zabierze ją ze sobą. Kobieta jednak wstając ucałowała dziewczynkę czule w czoło, a jej słodki głos wymówił tylko kilka słow.
- Spotkamy się - zrobiła krok w tył, a następnie drugi - Ale jeszcze nie teraz.
Pies, którego ślepia dotychczas były jak ciemne sadzawki nieprzejednanej nienawiści teraz wstał i skamlając położył głowę tuż przy twarzy dziewczynki.
Widział jej uśmiech i żar młodzieńczych oczu, po czym okazując swą niesamowitą radość zawył do księżyca wyrywając całą wioskę z letargu.
   Matka odruchowo upuściła misę z wodą i podbiegając ku łożu swej córki, kierując się tym nie zrozumiałym dla siebie odruchem, klęknęła nad śpiącą córką i załkała.
Piękny Dzień natomiast otworzywszy swe oczy uniósł ramiona, objął rodzicielkę i wtulając główkę w jej długie, piękne włosy, wymówiła.
- Nie okłamałam cię mamo - pół wilk pół pies zawył po raz kolejny, na co echo gór i lasów odpowiedziało tym samym. Całą dolinę wypełniły dźwięki radości z podarowanego życia - I przysięgam, że nigdy cię nie okłamię.
Matka, której twarz wykrzywiła się w grymasie nieprzejednanej ulgi, objąwszy córkę wtuliła się w jej ciało i obie, czerpiąc siłę ze swojej wzajemnej obecności  zdolne były iść dalej przez życie.

- "Słuchaj dziecko jak nic nie słychać. Słuchaj i nasyć się spokojem tej okolicy. Popatrz dokoła na nasz wieczny dom, który otrzymaliśmy w nagrodę. Oto nasza dolina, nasz dom na wieczne czasy. Wieczorem zasiądą przy twoim ognisku ci których lubisz, których szanujesz i których się nie lękasz. Zobaczysz jak piękna będzie noc, kiedy światło dnia już przeminie. Później zaśniesz, a sen cię wzmocni i sprowadzi mądre myśli. A wypędzić nas już nikt nie zdoła. Strzec twego snu będzie ta dolina.”

Zaloguj się