\"Femme Fatale\"

Femme Fatale.

Femme Fatale.

„Wśród niepowodzeń bądź śmiały, stań mężnie
w szranki, a zatem z rozwagą tym większą gdy wiatr
przyjazny nazbyt, pomnij zwinąć wydęte żagle.”
Horacy

Dziewiętnaście dni później wróciłem do swej świątyni lekko po dwudziestej pierwszej, a w niej zastałem Femme, siedzącą przy stoliku w salonie i czytającą maszynopis, który miał być drugim opowiadaniem, jakie w części ukazywać się miało na łamach jej czasopisma.
Wszedłem przypatrując się jej, a ona nawet na mnie nie spojrzała, niczym Selene (Grecka bogini księżyca) spowita całunem nadchodzącej nocy.
Nie wiedziałem co to było, ale coś musiało ją zdenerwować, z tego też względu postanowiłem się nie odzywać
Nalałem sobie zimnego soku ananasowego i rozsiadłem w fotelu obok stolika, po czym włączyłem pilotem telewizor.
Ona nadal czytała.
Upiłem soku i ignorując jakiś film fabularny, przeniosłem wzrok na jej skupioną twarz.
Emanowała z niej stateczność i świadomość swej władzy nade mną
Przełączyłem na inny program, gdzie wyświetlali jakiś teatr. Była to krajowa tandeta, więc ponownie przełączyłem.
Femme mimochodem uniosła wzrok na ekran, jednocześnie przekładając trzydziestą pierwszą stronę nad trzydziestą i powracając do czytania.
Obserwując jakiegoś satyryka na kabaretowej scenie za szklanym ekranem, wyciągnąłem papierosa. Przypaliłem go, po czym nabrałem głęboko dymu do płuc, a ona wyczuwając, że chcę coś powiedzieć, wstała.
Poprawiając włosy wyszła do kuchni i słyszałem jak wstawia wodę.
Facet w kineskopie poprawił swą pasiastą marynarkę, a jego parszywa gęba rozchyliła się w zboczonym uśmiechu.
Przełączyłem na teatr.
Słyszałem jak wyciąga z szafki szklankę, a później zapewne nasypywała do niej kawy lub herbaty. Czekałem, aż wróci, lecz nie nadchodziła.
Korpulentna kobieta gwałtownym ruchem chwytając dzbanek ze stolika, zamachnęła się i z jakimś niezrozumiałym wrzaskiem, cisnęła nim o ścianę.
Psychoza.- pomyślałem i wcisnąłem guzik numer pięć.
Woda przestała się gotować, natomiast roztańczyła się łyżeczka. Wstałem i poszedłem do kuchni, patrząc jak dłoń Femme dusi srebrny przedmiot do połowy unurzany w kawie. Podniosła szklankę z szafki i ruszyła w moją stronę. Mijając mnie znalazła się w salonie, powracając do swego poprzedniego zajęcia. Ja postałem jeszcze chwilę, nabierając głęboko powietrza do płuc, a następnie ruszyłem za nią. Siadłem w fotelu i zaciągnąłem się.
Telewizor nie grał, a pilot leżał na stoliku. Wstałem i sięgnąłem po niego, włączając na powrót telewizor i ponownie koncentrując się na politycznej dyspucie.
Nic z tego. Dystrakcja spowodowana jej zachowaniem nie pozwalała na błogie śledzenie konwersacji.
Wyłączyłem telewizor, jednocześnie rzucając pilota w pobliski kąt, po czym wstałem.
Wyciągnąłem z szafki, pistolet i podszedłem do regału, w którym trzymałem naboje. Wziąłem je i na powrót przeniosłem się do salonu, stając, a raczej opierając się o parapet okna. W lewej dłoni trzymałem broń, a w prawej naboje, natomiast Femme siedziała dwa metry przede mną i zupełnie mnie olewała.
Spojrzałem na nią, a później na broń, aż w końcu wolno, zupełnie od niechcenia zacząłem ją ładować.
Mea Diva wstała i włączając radio, usiadła jak wcześniej. Skończyła kolejną stronę maszynopisu, a jej dłoń sięgnęła po kawę.
Załadowałem broń przy akompaniamencie Vaya Con Dios, a napięte rysy mej twarzy drgnęły w spazmie konwulsji.
Zabić- pomyślałem- Zabić sukę.
Podszedłem do stolika i położyłem magnum tuż przy jej dłoni.
Znieruchomiała, po czym uniosła głowę i spojrzała na mnie, a jej usta otworzyły się w afroncie.
- Spierdalaj.- powiedziała, a oczy jej nadal były zielone.

Nikomu nie jestem nic winien.
Skwitowałem się i nikomu nie jestem nic winien.
Wiesz, że im piękniejsza suknia tym więcej znać na niej brud?
Ubierz się w zdezelowany ciuch, a nie zauważysz nawet tłustej plamy. Przyodziej w szaty z uroku, a trafi cię szlag, widząc choćby cień kurzu pod falbanką.
Co mam na myśli? Poplamiłem swoją pieprzoną, nieskazitelną suknię odciskiem głupoty, kropelką wilgoci- która zapewne zaraz wyschnie i nie będzie po niej śladu. Ale tę kroplę widziała Ona, i Ona nie może się z tym absolutnie pogodzić.
Tak jakby do k...nędzy piękne sukienki były z materiału nie brudzącego się. A brudzą się, a im ładniejsza tym więcej znać ten brud.
Możesz być świnią całe życie i zrobić świństwo bliskiej osobie, a prawdopodobnie ta osoba tego nie zauważy. A jeśli zauważy to się nie rozczaruje. Postrzega cię jako świnię, i nawet największe świństwa zostaną ci z tego powodu wybaczone; jesteś suwerenny ze swym skurwysyństwem.
Teraz pomyśl sobie, że jesteś dobry; jesteś w porządku i nie masz w sobie nic z plugawego zwierzęcia mieszkającego w chlewie. Robisz pewnego dnia coś co robi tysiące ludzi każdego- nimi nikt się nie przejmuje, ale ty plamisz niechcący bruzdę na swym szlachetnym charakterze i nikt ci tego nie wybaczy. A to nawet nie jest jedna setna świństw jakie potrafią wyświadczyć prawdziwe świnie.
„Jak woda na górach tak zemsta nie siada na wielkim sercu. Tylko głupcy i kobiety nie przebaczają.”
Głupcy i kobiety.
Kobieta zapomni największemu łajdakowi, największe łajdactwo, szybciej niż najszlachetniejszemu chwilę słabości.
Otóż to: miałem chwilę słabości i to mnie zgubiło. Zdarza się każdemu, a brud brudzi najpiękniejsze nawet suknie.
To gniew: to czego tak zaciekle się wystrzegałem i czego tak bardzo pragnąłem was oduczyć.
Kiepski ze mnie nauczyciel.
Ideały są jak gwiazdy- nie można ich dosięgnąć, ale można się według nich kierować.
Popełniłem błąd- przyznaję się z pokorą. Zgubiłem moją gwiazdę, a ciemność jaka mnie ogarnęła była zwiastunem gniewu. Jedna z emocji była silniejsza od woźnicy. Wyrwała się i sprawiła, że...że straciłem wszystko.
Niczego już nie zmienię- magia się wyczerpała...albo po prostu przestałem w nią wierzyć.
Przeraża mnie plama na mej sukni: i muszę za to zapłacić. Za wszystko płacimy mniejszą lub większą cenę. Ja zapłaciłem najwyższą.
To wszystko- jest to jak śmierć dzikiego zwierzęcia.
Najpoczciwsza nawet duma pada czasem pokonana ludzką emocją. Jestem człowiekiem i jak człowiek popełniam zbrodnie; tak, tak- popełniłem zbrodnię na niej i na tym co nas łączyło.
Jest jednak coś jeszcze, co zatrzymało mnie przed dalszą wędrówką. Nie bój się- nie zboczę z drogi, o której ci opowiadam i na którą chcę cię sprowadzić. Nikt, ale to nikt, nawet Ona nie wypaczy mojego człowieczeństwa. Nikt- teraz jednak wędrówka będzie trudniejsza. Bez niej, bo ona nie chce tej drogi, a ja idę i idę na zadupiu kosmosu, pośród wrzasków i braku godności. Pośród marszu tej pieprzonej konsumpcyjnej cywilizacji. Wszystko jest nie tak- miłość przypomina jedzenie na wynos. Pożerasz i nigdy do końca nie wiesz co zjadłeś i skąd to pochodziło.
Potem żyjesz w stresie i strachu i umierasz o dwadzieścia lat za szybko bo opychałeś się tym trującym paskudztwem.
 

Jest bardzo smutno...
...”Cholernie smutno. Nigdy nie uda mi się tego zamalować. Może Ty wiesz jaki kolor zakrywa miłość?”
Jonathan Carroll

Wspominam ją...nie, nie. To nie są wspomnienia. To coś więcej. Mam ją w swym wnętrzu. Jest częścią mnie, jest częścią mojej świadomości. Niekiedy krzyczę wynocha, ale Ona nie słucha. Nie opuszcza przyczółku mego serca...powiada się, że kiedy Bogowie cię naprawdę nienawidzą, to spełniają twoje marzenia. Ale to nie koniec tortur...oni rzeczywiście je spełniają, a potem jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystko, ale to wszystko ci zabierają.
Ona pachniała nadzieją...wspominam i już wiem, że jest Pandorą, która pozwoliła mi zaglądnąć do beczki, gdzie na dnie w bezruchu spoczywa owa Elpis. I sięgnąłem po nią, ale kiedy łapiesz nadzieję, ona pryska...jak czar. Wiesz, że gdzieś tam jest i znów po nią gonisz.
I tak do us...j śmierci, a później już nie będzie ci do niczego potrzebna.
Pachniała jak nadzieja...mógłbym ją wdychać do końca życia. Mógłbym zatracić się w poświacie jej uroku, jej zadumy, jej uśmiechu w kącikach śniadych ust i bystrym, podejrzliwym spojrzeniu, którym obdarzała mnie znienacka. Jednak nie było w nim podejrzliwości; to ciekawość i chęć usłyszenia prawdy. Myślę, że ową podejrzliwością wychwytywała niczym sejsmograf każdy fałszywy ton głosu, czy wyraz twarzy. Nie można jej było oszukać i nie wiedziała, że ja jej naprawdę nie oszukuję.
A teraz wyobraź sobie jak pada śnieg. Wyszedłeś przed domek z drewna, a u podstawy jego dachu uczepiły się sople, ukłoniwszy się ku ziemi.
Posłuchaj jak nic nie słychać. To szczęście. Melancholia, która cię opętała, poskramia wszelkie emocje; nie czujesz gniewu. Brak ci zawiści. Troski zostały za lasem, dziesiątki kilometrów stąd; a Ty? Ty jesteś tutaj ze mną i wypędzić nikt nas nie zdoła. Na zawsze nasze serca zapamiętają zapach tego miejsca.
Stoisz w zaspie, a dookoła przyjaźnie spoziera na ciebie las. I nie musisz się go obawiać. Jest po to, aby cię uszczęśliwić. Jesteś jego gościem, jesteś pod jego opieką. Z nieba spadają delikatnie płatki suchego śniegu, a wiatr wieje z pewnością porywiście, lecz nie tutaj. Gości on na północy, w okowach polarnego lodu.
Obok ciebie hasa w śniegu wilk, który przyszedł dotrzymać ci towarzystwa. Spoziera na ciebie i już wiesz, że łączy was subtelna więź- więź istoty żyjącej, z istotą żyjącą. Dozgonna, wierna, uczciwa przyjaźń.
Lepisz bałwana w zwałach białego puchu- prawda, że miło jest to sobie pomyśleć?
Kiedy chcesz postawić mniejszą kulę, na większą, z wnętrza domku wychodzi kolejna istota; to Ona. Nie ważne jak ma na imię. To ktoś bliski. I nie istotne czy znacie się od dziesięciu lat, czy od dwóch dni. W waszym wzroku jest wszystko to co macie nadzieję sobie podarować: i to jest miłość.
Spogląda na ciebie i na twe zmagania, aby nadać życie postaci z puchu. Tworzysz i to odróżnia cię od idiotów. Głupcy nie lepią bałwanów.
Ja chcę, aby on zaistniał i w nocy, kiedy zasnę u boku ukochanej osoby, poszedł sobie w las i znalazł przyjaciela, jak i ja znalazłem i doceniał go jak i ja go doceniam.
Rzeźbię mu uśmiech, po czym odwzajemniając owy akt, unoszę twarz ku niebu, stojąc nieruchomo, oblepiany kwieciem lodu i zamykam oczy...
...Ona podchodzi, spogląda na zadumę wypisaną na mej twarzy, a następnie zmrużywszy powieki, stojąc obok, skłania swe oblicze do nieba, a ono obsypuje nasze stateczne rysy podarkami z samego raju.
I tkwimy tak bez słowa, pragnąc poczuć to co czuje drugie i czekając, aż spojrzą na nas wreszcie Bogowie, i ujrzą jak jesteśmy dobrzy i jak bardzo siebie kochamy.

Zrób to; wróć do miejsca, z którego cię wywalono i w którym rośnie drzewo życia. Nie musisz sięgać po żaden owoc. Wystarczy, że tam się znajdziesz i ujrzysz jak piękne jest życie dookoła. Wystarczy, że zapłaczesz nad swym człowieczeństwem i zrozumiesz jak trzeba żyć na świecie.
Uczyń tak, a gwarantuję ci, że odzyskasz raj.
Stań się mapą dla zgubionego i wiatrem dla żagla. Bądź lądem dla rozbitka, a dla idącego stań się drogą. Oazą dla Nomada, i świecą dla pogrzebanego.

Mógłbym wypić kolejną kawę i kolejną. Kolejną i jeszcze jedną, aż oczy moje poszyłaby ciemność, a ciało zadygotało w paroksyzmie skamieniałego cierpienia.
I mógłbym opaść bezwładnie na wypłowiały już dywan i zasnąć w przedawkowaniu.
Bogowie!

“tak każdy rzemieślnik I artysta
który noce i dnie na pracy przepędza
i ten co rzeżbi wizerunki na pieczęciach
którego wytrwałośc urozmaica kształty rzeżb,
serce przykłada do tego by obraz uczynić żywym
a po nocach nie śpi by wykończyć dzieło.”
Stary Testament Księga Syracha 38:27




 

Zaloguj się