Bracia

„nie wywyższaj siebie abyś nie upadł
i nie sprowadził hańby na swą duszę.”
Stary Testament Ks. Mądrości Syracha 1:30



Mężczyzna zbliżył się do swej żony, a Ona poczęła Kaina. Później Ewa urodziła jeszcze jedno dziecię, Abla, jego brata.
Bracia byli obdarzeni jednakową miłością rodziców, którzy przez pragnienie posiadania wiedzy zostali wyrzuceni z Raju. Bracia jednak nie mając w grzechu pierworodnym swego udziału, a nawet nie wiedząc o nim, musieli ponosić jego konsekwencje.
Ileż to razy zapewne ich oczy spoglądały nieco trwożnie, być może, że podejrzliwe, bądź nawet z rozpaczą na połyskujące ostrze mieczy Cherubów, którzy jak monumentalne pomniki stali, strzegąc drogi do drzewa życia. Jakże wielkie musiało być ich pragnienie powrotu do owego palmowego gaju i odzyskanie nieśmiertelności; nie dano im jednak szansy, skazując na jeszcze większą katorgę.
Kain był rolnikiem. Uprawiał ziemię, zgodnie z obietnicą Boga, daną jego ojcu. Wówczas, po tym jak ojciec braci ugryzł owoc i spostrzegł, że jest nagi, Bóg powiedział doń: „przeklęta niech będzie ziemia z twojego powodu, w trudzie będziesz zdobywał od niej pożywienie po wszystkie dni twego życia. Cierń i oset będzie ci ona rodziła, a przecież pokarmem twym są płody roli. W pocie więc oblicza twego będziesz musiał zdobywać pożywienie.”
Starszy brat, nie zdając sobie sprawy, iż jego los nie jest przypadkowy, lecz z góry zaplanowany, orał ziemię i w pocie czoła żywił się z roli.
Młodszy zaś, Abel, nie stał się ofiarą obietnicy; został pasterzem, jakby nie cierpiąc za grzech swych rodziców. Ale jednak musiał zapłacić, a jego cierpieniem za wykroczenie ojca była...
...zanim odgłosy dnia już przebrzmiały, a szmery nocy jeszcze się nie zbudziły, brat podszedł do brata i położywszy mu rękę na ramieniu, posłał życzliwy uśmiech.
-Chodź bracie- rzekł Kain- Zaraz dzień dobiegnie końca, a twe owce już pozasypiały, więc chodź, pospacerujemy w ciszy i spędzimy razem czas. Czas kochających się ludzi.
Abel potraktował te słowa z wdzięcznością. Kochał on swego brata z całego serca. Stanowimy rodzinę- mówił sobie w myślach- A rodzina to siła zdolna przeciwstawiać się najgorszemu nawet złu.
Jakże pragnął być dobrym człowiekiem. Jakże pragnął kochać życie. Chciał, aby jego owce żyły wiecznie, aby matka nigdy nie przestawała się uśmiechać, a ojciec nie był pochopny do gniewu. Gniew jest bezcelowy- upewniał się Abel. Kiedy jakiś ślimak przedzierał się przez polną drogę w dół doliny, on czym szybciej podrywał go i obdarzając go ciepłym wejrzeniem, pomagał mu dotrzeć w bezpieczne miejsce. Wiedział, że brat zaraz może nadciągnąć z wołami, aby dokończyć orkę i przez nieuwagę mógł zabić ślimaka. Abel nienawidził śmierci. Mimo, że wiedział, iż sam kiedyś umrze, nie mógł pogodzić się z głupią śmiercią niewinnej istoty.
Mawiał zawsze do zdziwionego jego zachowaniem brata; twój uśmiech jest uroczy Kainie, ale ironia, jaką dla mnie w tej chwili skrywasz jest oznaką płytkości twego człowieczeństwa. Jestem jednak przekonany, że kiedyś zrozumiesz...iż zrozumiesz, że nie jesteś nikim lepszym nad każde z tych stworzeń. A kiedy to zrozumiesz będziesz o jeden krok bliżej punktu, w którym nauczysz się jak trzeba żyć na świecie. Bo nie wiem, czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale Ty jeszcze tego nie umiesz.
Tak jak i zawsze, tak i teraz, gdy zmierzali ścieżką ku polu, a Abel gwałtownie zatrzymując brata, kucnął u jego stóp i wyciągnąwszy dłoń, pozwolił pająkowi wejść na nią, Kain zerknął na niego z przyjaźnią. W tej przyjaźni jednak wytrawny obserwator mógł dostrzec gniew; gniew na brata za jego chęć czynienia dobra, co jego zdaniem, owe absurdalne wyciąganie pomocnej dłoni do wszystkiego co żyło, zakrawało na potępienie.
-powiedz bracie.- poprosił Kain- czy to co robisz wypełnia twą próżność?
-Nie bracie.- odparł szczerze Abel- to wypełnia me serce radością.
-Ale co to za radość, braciszku?- dociekał starszy- Czy może uważasz, że te małe żyjątka podarują ci kiedyś skarb w imię wdzięczności?
-Nie Kainie.- Abel wciąż posyłał bratu ów niczym niezmącony uśmiech szczęścia- One już mi go podarowały. To moja radość.
Teraz ich wędrówkę spowiła cisza. Czerpali z niej bardzo wiele. Byli przy sobie. Dwoje kochających się ludzi przemierzało dolinę, ciesząc się z możności bycia z sobą. Abel czerpał z tej chwili niemal łapczywie, ale Kain był myślami daleko. Jego wzrok błądził, a głowę zaprzątała wczorajsza rozmowa z Bogiem. Zarzucił Panu, niewdzięczność. Orał w ziemi, ręce miał naznaczone odciskami, a plecy spieczone słońcem, gdy całe dnie pochylał się za pługiem. Na koniec dnia, kiedy składał Bogu ofiarę z płodów rolnych, Bóg nawet nie zwracał na niego uwagi. Bardzo czuł się tym dotknięty, ale większego bólu zaznawał widząc jak Pan, dziękuje jego bratu za ofiarę z jego trzody.
Smuciło go to, ale to nie był tylko smutek. Przy smutnym obliczu serce jest dobre, a serce Kaina nie było wówczas dobre. Okazało się, że twarz Kaina nie kryła smutku, lecz zawiść.
Pan dnia wczorajszego zerknął na niego i przemówił:-„dlaczego jesteś smutny i dlaczego twoja twarz jest ponura? Przecież gdybyś postępował dobrze, miałbyś twarz pogodną.”
Wówczas Pan pomylił się w dwójnasób; twarz Kaina nie była smutna, a twarz pogodna nie zawsze świadczyła o dobrym postępowaniu.
Kain to zrozumiał i chyba wówczas przestał wierzyć swemu Bogu. Skoro się mylił, nie mógł być tak wszechwiedzący jakim siebie ogłosił. A więc może się mylić w wielu innych sprawach.
-dlaczego zszedłeś z drogi bracie?- przerwał milczenie Abel, spoglądając jak Kain sunie brzegiem pola, poprzez wysokie zboża.
-Nie możemy iść razem tą samą drogą, braciszku. To droga ku dobru, a ja...- tu zająkał się tak jakby tkliwość bądź obawa, odebrały mu mowę.
-A więc kim jesteś Ty bracie?- przystanął Abel i skierowawszy dłoń ku człowiekowi poza drogą stał tak i oczekiwał.
- A więc kim jestem Ja. Tej siły cząstką drobną, co sobie dobrze chce...- załkał, a z jego lewego oka potoczyła się łza, okalając podbródek i opadając wzdłuż ciała i rozbijając się o kłosy - ...a dla ciebie życzy źle.
-Wejdź na drogę bracie.- poprosił, wciąż ofiarując mu pomocną dłoń- Oboje możemy iść tą drogą. Jest na niej miejsca dla wszystkich. I ty i ja dalej możemy pójść razem. Do końca, przez koleje niepowodzeń, przez ból i strapienie, a każde z nas weźmie z tego, to czego mu brakuje.
-Dasz mi wiarę i nadzieję?
-Dam ci mądrość. Tyle mogę ci zagwarantować.
-Czy to wystarczy?
-„Bóg bowiem miłuje tego, kto przebywa z mądrością”- odparł łagodnie Abel- Tak to wystarczy, bowiem mądrość to sprawczyni wszystkiego.
-I widzę, żeś i ty oszukany.- westchnął Kain, a jego drżące usta drgały spazmatycznie, sparaliżowane płaczem- Powiem ci o czymś, o czym matka i ojciec nie mówili. Chcieli zaoszczędzić nam wątpliwości, ale ja przez przypadek usłyszałem. Powiem ci o mądrości, której to oddajesz hołd jako matce wszystkiego.
-Ależ bracie.- uśmiechnął się Abel litościwie- Bóg nasz, sam powiedział „nieszczęsny kto mądrością gardzi i karnością. Nadzieje ich płonne, wysiłki bezowocne, bezużyteczne ich dzieła. Żony ich głupie, przewrotne ich dzieci, przeklęty ich ród.”
-A więc mam dla ciebie ostatnią wiadomość Ablu.- załkał- Nasz Bóg, to Bóg obłudy. Ten, który tak wiele mówi ci o mądrości i tak do niej popędza, wygnał z ogrodu Eden i zabrał nieśmiertelność właśnie za to, że matka nasza sięgnęła po owoc, który dawał mądrość i wiedzę. Zerwała go i poczęstowała ojca. Wyraźnie powiedziała, „że owoce tego drzewa nadają się do zdobycia wiedzy”, a drzewo zwało się „drzewem poznania dobra i zła.” Drzewem poznania bracie. I teraz powiedz mi jak mogę iść drogą, którą ukazał mi ten obłudnik. Powiedz mi, kto odda memu sercu mą wiarę i nadzieję.
Abel wierzył bratu; wierzył, bowiem wiedział, iż Bóg, który wymaga daniny, nie jest bogiem dobroci. Oczekiwanie za swe dobro nagrody. Abel nienawidził chwil, kiedy zbliżał się do, którejś ze swych owiec, a ona już wiedząc co ją czeka wpatrywała się w niego smutnymi, czerwonymi oczyma. Widział siebie w tych oczach, jak ściska narzędzie śmierci, a jego twarz wykrzywia grymas nieprzejednanego bólu. W takich chwilach nienawidził swego Boga. Nienawidził Boga, który kazał sobie płacić krwią istot, które kochał. Cierpiał niewyobrażalnie, identycznie jak jego owce, kiedy spokojnie oczekiwały ostatecznego ciosu zimnego kamienia w swym sercu. I to cierpienie, którego On i owca doświadczali w tej samej chwili zbliżało ich, tak że prawie wchłaniali każdą cząstkę swych dusz. Dzielili swój los, bowiem tak już jest, że ten kto kocha musi dzielić los ukochanej istoty.
-Prawdą jest Ablu, iż lepiej podróżować z nadzieją, aniżeli dotrzeć do celu.- przetarł dłonią oblaną łzami, które przyozdabiały promienie zachodzącego słońca twarz i spoglądając na wciąż wyciągniętą dłoń brata, dodał- Ja dotarłem do celu, bracie.
-Nie, nie.- starał się odegnać złe myśli Abel- Chwyć moją dłoń i dalej pójdź ze mną razem. Nie pozwól, aby oszust wypaczał twoje człowieczeństwo. Bądź dobry i trwaj w dobru. Tylko tyle. Droga, na której tkwię nie jest jego drogą. To droga mojego serca, a kiedy się na niej znajdziesz, będzie również drogą twojego serca. Nie bądźmy okrutni, nie bądźmy pochopni w duchu do gniewu. To, Kainie, że nasz stwórca taki jest nie oznacza, iż my również musimy tacy być. Jeśli on mówi ci, że twoja danina jest nic nie warta, odpowiedz mu, że nie masz nic więcej, co mógłbyś mu dać. Jeśli oczekuje więcej, to znaczy, że nie jest dobry. Odbiera ci wszystko, a chce więcej. Nie bracie. Nie dasz mu już nic, albowiem Ja także skwitowałem się i nic już mu nie jestem winien. On jest zły, ale ja będę dobry. Ani razu więcej nie popełnię morderstwa na istocie, którą kocham w jego imieniu. Powiadam ci, nigdy więcej nie przeleję krwi żadnej z owiec, którymi się opiekuję. Jeśli nasz pan tego nie zrozumie, to znaczy, że nie zasługuje na mą miłość.
-Masz siłę bracie. Masz siłę, która nie jest mym udziałem. Wyciągnąłeś ku mnie dłoń i pozwoliłeś zrozumieć, iż ofiara z krwi jest ofiarą, która sprawia mu radość. Jesteś pasterzem, masz owce, których krew jedna z nami naszego Boga.
-Nie przeleję więcej tej krwi bracie.
-Ależ musisz. Musisz ją przelewać, gdyż tak należy. Nie możesz przez moje wątpliwości stracić łaski Pana.
-jeśli chęć czynienia dobra i nie zabijania, jest powodem straty jego łaski, to muszę ci powiedzieć, że nie chcę takiego pana. Moje serce jest sercem dobroci, a moje życie od dziś obróci się w życie dobrego człowieka. I im więcej zła mnie dotknie, tym więcej dobra dam z siebie. Będę jak owi cherubowie, jak monument z najtwardszego granitu, który nie ugnie się pod żadną siłą.
-A śmierć bracie? Czy śmierć także nie ugnie owego najtwardszego granitu?
-Mówisz o śmierci? Cóż; nie unikniemy jej, ani Ty, ani Ja, bez względu jaką drogą pójdziemy. Jedyną różnicą w stosunku do śmierci na jaką mamy wpływ, to ilość istnień, które możemy odebrać, bądź uratować. Ja postanawiam je ratować.
-A więc ten monument z najtwardszego granitu ugnie się pod ciężarem śmierci?- teraz Kain już chyba nie pytał, lecz majaczył. W jego głosie zabrzmiało coś nie tyle nie przyjaznego ile wręcz okrutnego.
-Wsłuchaj się ciszę bracie. Posłuchaj jak nic nie słychać. Ku dolinie zmierza mrok, a tam na wzgórzu jest twój dom na wszystkie czasy. To dom, który sam wybudowałeś. To twoje sanktuarium, do którego możesz się schronić na wieczne bezpieczeństwo. Wieczorem, kiedy wrócisz z pola, przyjdą do ciebie rodzice, których kochasz. Ujrzysz miłość w ich obliczach, a ona uczyni cię silniejszym. Zaśniesz następnie w swym ulubionym łożu z radością na twarzy, a sen cię wzmocni i przyniesie mądre myśli. I będziesz mógł na mnie polegać. Strzec twego snu będę Ja.
-Wyciągnąłeś ku mnie dłoń bracie. Ja wiem, że to dłoń, która chroni przed śmiercią i potrafi wyciągnąć z piekła. Ale Ja jestem Kainem i wiem, że to krew twoich owiec musi być ofiarą godną Pana.
-Nie bracie. Nie pozwolę Ci skrzywdzić, ani jednej owcy. Nie pozwolę uronić, ani jednej kropli krwi żadnego stworzenia. Kocham Cię, ale nie mogę Ci na to pozwolić.
-Wiem Ablu...-
...- kiedy mrok nadszedł znad lasu i powoli sunął ze wzgórza, kierując się w dół, w stronę gdzie znajdowało się rodzeństwo, pustułka tkwiąc na bezwietrznym niebie, zatrzepotała gniewnie skrzydłami wydając przerażający, ostry dźwięk, który niemal zerwał ze snu całą okolicę. W dole tuż pod nią, jeden z braci osunął się wzdłuż ciała drugiego, na kolana, po czym dławiąc się krwią spojrzał na brata, a następnie uniósł wzrok w górę, ponad jego głowę i ujrzawszy ptaka posłał mu uśmiech; prawdziwy uśmiech szczęścia rozświetlał jego załzawione oczy.

...”czy myślicie, że przyszedłem dać ziemi pokój? Nie powiadam wam, lecz rozłam. Odtąd bowiem pięcioro będzie rozdwojonych w jednym domu; troje stanie przeciw dwojgu, a dwoje przeciw trojgu; ojciec przeciw synowi, a syn przeciw ojcu; matka przeciw córce, a córka przeciw matce...”
Ewangelia według św. Łukasza.- (słowa Jezusa do uczniów)

Zaloguj się