Koralik Karolci

Prolog

Prolog

To opowieść piękniejsza od moich.

Ja Tworzę fikcję nie umiejąc tworzyć rzeczywistości,  a autorka tej opowieści wyśmienicie panuje nad rzeczywistością. 

Ta umiejętność sprawiła, że jej opowieść jest   i prawdopodobnie będzie najbardziej realną historią opowiedzianą kiedykolwiek o Magnim.

O Magnim widzianym oczyma kobiety w pełni tego słowa znaczeniu, pełnej wdzięku, pięknej, mądrej i kobiety jaka zaskarbiła sobie moją miłość.

Tak, tak dowiecie się o Magnim który jednak potrafi kochać. Można byłoby zapytać, ale czy potrafi z tym żyć jednak takie beznadziejne tematy zostawiam już samemu sobie jako autorowi. Ona opowie Wam o człowieku, w którego żyłach płynie krew, u mojego bohateram płynie  w żyłach azot. 

Prawdopodobnie nikt z Was nie będzie już bliżej wnętrza mojej duszy niż pozwoli na to niniejsza opowieść więc wyruszcie w tę podróż z rozwagą i mądrością.  To o czym dowiecie się tutaj w innych opowieściach, zakładkach, kontaktach nie będzie miało miejsca. Tam wciąż będę facetem jak z filmu "Gran Torino" z Clintem Eastwodem, który mówi "Czasem w życiu spotyka się człowieka, którego nie należy wkurwiać. Tym kimś jestem własnie Ja."

Pisałem już sam, że są we mnie wszystkie barwy ale...ale nie każdy może je ujrzeć. Robiliście tyle szumu o moją szorstkość, chamstwo, opryskliwość zapominając o tym co sam Wam głośno mówiłem.

Po latach istnienia Magniwordu przyszedł dzień opowieści o Magnim, opowieści niezależnej od niego samego, opowieści pisanej ręką kobiety jakich nie znajduje się na codzień, ba, można takiej nie znależć wcale. I opowieści nowej, napisanej początkiem tegorocznej jesieni, opowieści tego roku.

Znane poniekąd z mojej strony, Ola i Kasia jako znające mnie najlepiej i jako te cieszące się moim głębokim uczucziem, wypowiadały się o mnie tutaj. Z tym, że Kasia pokusiła się jedynie o zdawkowe opinie, a Ola zazwyczaj się ze mną nie zgadzała i tupała swoimi nóżkami. Ależ uwielbiałem to, jest jedyną kobietą na świecie, której to pasuje i u której mogę to znieść. Z nią możnaby było nigdy nie dorastać. Ola definiowała mnie, mój mózg, moje tendencje i zawsze mówiła tak, że słowa te wywoływały dreszcz na pelcach.

Obok nich pojawiła się Sylwia, autorka poniższej opowieści, kobieta która często zasypiała u mego boku. Między innymi to różniło ją od pozostałych i chyba to sprawiło, że umiała powiedzieć mi samemu kim jestem.

To ona jako jedyna znała "Ołowianego"

Koralik Karolci autorstwa Sylwii P

Koralik Karolci autorstwa Sylwii P

 Siedziała na mostku ze zwieszonymi nogami. Machała nimi tak, jak zwykły machać małe dziewczynki na osiedlowej huśtawce. Zadzierała głowę,puszczała zawadiackie oko do księżyca w nowiu i jak zwykle bawiła się włosami. W płaskiej tafli wody widziała płynące złowieszcze chmury. To skupiała wzrok, to pozwalala, żeby obraz się rozmył. Wtedy kiedy się rozmywał, przed oczyma , jak z projektora w starym kinie, przesuwały się kolejne klatki filmu. Jedne trzeszczały, inne miały przepalone slajdy, jeszcze inne zacinając się, przyciągały uwagę, żeby zatrzymać się przy nich na dłużej. Nie miały ładu i składu, pojawiały się same, bez chronologii zdarzeń. Jedne wywoływały uśmiech, drugie grymas złości a były też takie, który powodowały pąs na jej bladej twarzy.

Tego wieczora jedna z retrospekcji była wyjątkowo natarczywa. Wracała często i wypychała swoistą ważnością pozostałe, panosząc się w mózgu i rozsiadając na każdej wolnej jeszcze ławeczce wspomnień.Nie walczyła z nią, pozwalała na jej samozwańcze wystąpienie tego wieczoru.

Zima zawsze powodowała u niej zwiększone zapotrzebowanie na ciepło. Nie tylko na wełnianą czapę i kaszmirowy szal. Tego miała pod dostatkiem. Powodowała zwiększone zapotrzebowanie na ciepłą dłoń i miękki dotyk. Czy to miejsce było dobre do szukania? Tego nie wiedziała, ale zaryzykowała.

Początek nad wyraz efektowny. Dziesiątki listów, zaczepek i często zbędnych informacji.Dziecięcy zachwyt szybko przeradzał się we frustrację.

Pudło... pudło .. pudło. Przestała zatem być bierna i sama zaczęła poszukiwania. Trafiła na zdjęcie, kiedy pojawiło się na stronie głównej. Weszła. Oniemiała. Zaryzykowała.

Treścią maili weryfikowała z kim ma do czynienia. Czy wtedy coś już przeczuwała? Tak, z całą pewnością tak. Może sama nie chciała się do tego przyznać, ale jeszcze wtedy wierzyła w to, co on sam, potem już, często powtarzał - Prawdziwa miłość wszystko przezwycięży.

Podobał jej się bardzo i jak się potem okazało w tej kwestii mieli identyczne zdanie - Najważniejszy jest wygląd i chemia, to jest przepustka do odkrywnia tego sławetnego wnętrza.

Feromony kipiały w powietrzu i to one zapewne usypiały zdrowe rozsądki jednego i drugiego.

Już potem, zastanawiała się nad tym , jak wielkim iluzjonistą jest miłość i jaką siłę mają złudzenia optyczne. Czy naprawdę jesteśmy aż tak samotni? Jeśli tak to czemu znajdując chemiczną połówkę, ( co według niej było więcej niż połową powodzenia), próbujemy mimo wszystko ulepić ją na własną modłę? Z perspektywy czasu oceniała, że to było powodem klęski.

Zawsze wyznawała zasadę, że przeciwieństwa wcale się nie przyciągają zgodnie z zasadą fizyczną. Na pewno chemia gra pierwsze skrzypce w zauroczeniach, ale już druga ścisła nauka,fizyka,nie ma tu najmniejszego zastosowania. Tym jednak razem zły duch, czy inny czort podkusił ją do eksperymentu tyle tylko,że ten eksperyment całkowicie wymknął się spod kontroli.

Zakochała się, tak zwyczajnie, dziewczęco, niewinnie. Tak , jak zakochiwać się należy. Pomyślała wtedy, że może jednak i matka fizyka odegra swoją rolę w powieści zwanej miłością.

Tak naprawdę różniło ich wszystko. Doświadczenia, środowisko, plany, marzenia. Lubili inne potrawy, inaczej spędzali wolny czas. Mieli odmienne zdania w fundamentalnych kwestiach a mimo wszystko wierzyli, że to się uda. Nadzieję tę budowali na podstawie innych łączących ich cech, żeby zalepić te ziejące pustką wyrwy.

Podświadomie czuła, że oboje wiedzą, że są z różnych światów i spotkanie się choćby w połowie to i tak lata świetlne i ogromna energia, prawie supernowej. A mimo wszystko próbowali, jakby na przekór światu i samym sobie.

Przekonywała samą siebie, że prawdziwą satysfakcję przynosi ciężka praca, nie łatwizna. To też było wbrew jej innej zasadzie, że prawdziwy związek to pełna akceptacja drugiej osoby. Z jej wadami i zaletami, ułomnościami i geniuszami. Wysiłek jednak przerósł ją samą.

Zwykle miała nosa do ludzi, rzadko się co do nich myliła. Tym razem też tak było, ale Jego ponadprzeciętna inteligencja pozwalała wierzyć, że potrafi odróżnić walkę dla dobra sprawy od walki przeciwko Niemu.

Jak go widziała? Na podstawie zdjęć i tego co pisał i jak pisał - tak, był mężczyzną jej snów. Imponował jej wiedzą i oczytaniem, znajomością literatury, zwyczajów Indian, starego kina i wszystkiego tego, czego ona się nie douczyła. Potem zaczęła go poznawać i budować jego potret psychologiczny.Pewnie to,że pozwolił jej na tak bliskie zbliżenie się do siebie pozwalało jej poznawać prawdziwego Filipa, nie tego ze strony, tego z krwi i kości.

Jakkolwiek egoistycznie by to zabrzmiało, wiedziała, że ma nad nim przewagę. Nigdy jednak nie wykorzystywała tego przeciwko niemu. Skąd więc brała się ta przewaga? Z jej wewnętrznego spokoju i jasnych celi. Trudno było wyprowadzić ją z równowagi - on natomiast był w tym geniuszem. Potrafił zrobić to jednym spojrzeniem. Tak.... Oczy były jego najmocniejszą bronią.

Widziała w nich pełne uwielbienie i miłość, troskę i opiekuńczość, ale oprócz tego widziała coś więcej. Widziała w nich paniczny strach.

Wiedziała też skąd ten strach się brał, dlatego robiła wszystko, żeby go zniwelować, żeby każdym swoim zachowaniem dawać dowód na to, że ten strach ma tylko wielkie oczy. Że nie warto mu się podporządkować.

O dziwo strach ten zamiast maleć jak koralik Karolci po każdorazowym wypowiedzeniu życzenia, zamiast znikać rósł w siłę. Każde kolejne spotkanie było dla niego pożywką i pozwalało na panoszenie się w jego mózgu.

Pamiętała jego oczy, kiedy przyjechał do niej pierwszy raz, pomijając w nich złość po traumatycznej podróży. Był panem na swoim terytorium, tam czuł sie jak ryba w wodzie, tam był w swojej jaskini, o której tak często wspominał w swoich opowiadaniach. U niej był małym zagubionym chłopcem, z łokciami opartymi na blacie, poruszając się po mieszkaniu prawie bezgłośnie.Jakby nie chcąc naruszać czyjegoś terytorium. Od początku czuła, że nie identyfkuje się z tym miejscem, że czuje się tu obco, że rozmach z jakim było zrobione przytłaczają go.

Przytłaczało go wiele rzeczy z nią związanych, wakacje za granicą, dobra praca, uznanie ludzi, kreatywność, chęć robienia nowych rzeczy, rzesze znajomych i mało kobiece hobby. Był zdecydowanie samcem alfa.

On powinien chodzić na polowania, on powinien byc żywicielem rodziny, on powinien być silny i nieugięty. Jej rolą było być kobietą. Co w tym złego?

Nic. Absolutnie nic. Tak być powinno.

Nie widział tylko, że ona potrafi byc kobietą, mimo swoich silnych , przywódczych cech. Czekała przecież na niego z naleśnikami z konfiturą, głaskała go po glowie, mówiła , że jest z niego dumna. Starała się na każdym kroku podkreślać jego wartość, na tyle mocno, żeby nigdy nie czuł, że próbuje się wywyższać. Chciała, żeby czuł się męsko. W całym tym jednak strachu zagubił się w proporcjach. Górę ciągle brały podejrzenia a nie realna ocena sytuacji.

Czasami, w jego oczach widziała coś , co mówiło jej, że czuł się tak, jakby na nią nie zasługiwał.

To przez to był taki nerewowy. To przez to ,paradoksalnie sam sobie umniejszał.

Wybrał dziwną grę.

Swój strach chował za dymną zasłoną krzyku. Tak więc jak tylko poczuł się zagrożony sięgał do kabury i niestety często też, zdarzało mu się zupełnie bez powodu pociągnąć za spust. Huk wystrzału zwykle w takim samym stopniu ją dziwił jak i ogłuszał. Zamykała się wtedy w sobie i analizowała. Podobno nie negocjuje się z terrorystami.

Wszyscy mieli ją za pragmatyka, sama siebie też za takiegoż uważała. Dlatego oprócz porywów miłości robiła bilans zysków i strat. Po każdej awanturze stawiała kolejną kreskę. Czuła, że każdy następny wystrzał zadaje coraz trudniej gojącą się ranę. Spodziewała się, że kolejny postrzał może okazać się śmiertelny.

Dalej jednak wierzyła, że On się opamięta. Pod koniec tej historii była jak powstaniec. Obolała, z jątrzącymi się ranami, gdzieniegdzie okręconymi onucami z tosta lub plastrem z miłych słów. Patriotyczna walka o miłość.

Czy żałowała tego związku? Nie, z pewnością nie. Paradoksalnie dał jej wiele siły i nauczył cierpliwości. Dał też krótkotrwałe co prawda, ale bardzo silne uczucie bycia kochaną i uwielbianą. W końcu była kobietą i było to dla niej ważne. Nigdy wcześniej nie poznała nikogo takiego jak On. Jego literatura pozwalała jej wierzyć, że jest kimś wyjątkowym, potem obserwując go w codziennych sytuacjach rozumiała co miał na myśli pisząc – „.. literatura wymyśla historie..”

Był pisarzem doskonałym. W każdym opowiadaniu pojawiał się on sam. Zwykle jako heros. Czy nim był w rzeczywistości? Nie miała wątpliwości, że uratowałby każdego wylniałego kota przed zawiązaniem mu puszki na ogonie, przez rozwydrzonych gówniarzy, że zaniósłby do zoo wróbla z przetrąconym skrzydłem. Ale nigdy nie ratował siebie. Altruistyczna walka i wizja niemal jak z przedwiośnieńskich szklanych domów, świat doskonały. A żyjemy przecież w czasach, kiedy największym bohaterem jest co najwyżej jakiś celebryta z pierwszych stron gazet. XXI wiek nie potrzebuje już ani samurajów ani rycerzy na białych koniach a On taki był. Powinien był się urodzić kilka wieków wcześniej. Nie pasował do tego świata.

Uważała, że opowiadania to ucieczka, ucieczka przed samotnością, przed wyobcowaniem, przed brakiem zrozumienia. W Magniwordzie mógł być ołowianym, mógł bronić słabych i nauczać nieświadomych, mógł być Bogiem, którego tak przecież deprecjonował. W świecie realnym był trybikiem jak każda inna osoba. Nie mógł być zbawcą, nie mógł być uratować ludzkości przed zagładą. A im bardziej próbował to zrobić na tym większe cięgi się skazywał. Jej nie mógł oszukać.

Tak bardzo nienawidził swojego ojca i tego co mu zrobił, że nie zauważył, że powiela wiele jego schematów. Brzydził się przemocą wobec bezbronnych, jednocześnie niszcząc psychicznie każdego słabszego, który pojawił się w jego otoczeniu, bądź też próbował w jakikolwiek sposób się do niego zbliżyć. Nie dawał w pysk jak wuj czy ojciec ale wymierzał razy po stokroć boleśniejsze, słowa potrafią przecież zostawić większą bliznę w istocie szarej mózgu niż siarczysty policzek. Swoje prawa egzekwował krzykiem, cynizmem, bądź ironią – czy to różniło się od zachowań oprawcy z dzieciństwa? Ojciec dawno odszedł, mimo to On nadal walczył z niewidzialnym przeciwnikiem. Może walczył z samym sobą?

Często powtarzał, że lubi być smutnym. W to też nie mogła uwierzyć. Nie można lubić by smutnym. Dowodem były takie momenty, kiedy uśmiechał się do niej już bez tej stężałej w kącikach ust złowrogości. Była przekonana wtedy, że takiego też się lubi. Robił się wtedy spokojniejszy, ufniejszy, odsłaniał brzuch jak pies podkreślający swoją uległość i zaufanie. Uczył się nowych zachowań, pewnie dla niej, nawet nie będąc przekonanym o ich słuszności, ale potem zdawało jej się, że zaczynał się z nimi utożsamiać.

Powoli odchylał głaz , którym od dawna, jeśli nie od zawsze zastawiał wejście do swojej groty. Tu znikał pomiędzy książkami, figurkami innych ołowianych i mitycznych bogiń, zakładał słuchawki i walczył w obronie uciśnionych w cyberprzestrzeni. Potem pojawiła się ona.

Zmieniał się dla niej, ba – chciał się zmieniać, czy tym samym nie zaprzeczał samemu sobie, że chce być smutnym? Miłość uskrzydla, powoduje chęć do życia, chęć do działania, do snucia planów i marzeń. Jeśli zależało mu na niej to automatycznie zależało mu na tychże właśnie odczuciach. A one nie mają nic wspólnego ze smutkiem i wyobcowaniem. Jedyna konkluzja jaka jej się nasuwała to taka, że był smutny i hardy, bo nie znajdował wcześniej kobiet, które wytrąciły by z jego mózgu nową substancję – skumulowane endorfiny szczęścia. Zapewne zdarzały się kobiety, które powodowały krótkie spięcia na synapsach, ale nie powodowały wybuchu absolutnego. Czuła, że ona jest taką kobietą, ale te cholerne ropiejące rany odbierały jej siłę, może gdyby okresy rekonwalescencji pomiędzy kolejnymi wybuchami były dłuższe byłoby to łatwiejsze. Może… teraz pozostawało tylko domniemanie.

Zawsze miała pęd do wszystkiego, do wiedzy, nauki, języków, podróżowania, o ileż łatwiej było dostać dobrą pracę i uznanie przełożonych będąc wszechstronną osobą i jak na ironię losu te same rzeczy pogrążyły jej związek. Bolało go to, że nie jest dziewczynką, na którą można tupnąć nogą a ona usłużnie schyli głowę a zarazem fascynowało to jaką była kobietą. Chyba trochę się jej bał, nawet chcąc traktować ją jak swoją kobietę, zupełnie nieświadomie stawiał ja w roli swojego przeciwnika i toczył skazaną na niepowodzenie walkę. Ona wiedziała doskonale czego chce w życiu. On póki co szukał samego siebie.

Żałowała jednego, że nie był wcześniej z żadną kobietą, która zaszczepiłaby w nim pasje do szczęścia. Wtedy ona dostałaby mężczyznę o jakim marzyła.

Nie winiła jednak Jego za tę klęskę. Sama też miała sobie wiele do zarzucenia, ale to już całkiem inna opowieść…

Epilog

Epilog

 

   Mógłbym w tym miejscu wymówić tysiące słów ale nie czas na to.  

Ze światyni wychodzi się w milczeniu.

Dodać formalnie tylko muszę, iż zdjęcia przedstawiają osobę którą kochałem. Ok, pewnie dostanie mi się za to ale zdarzało się to już więc jakoś przeżyję.  Jeśli pojawią się inne zdjęcia to znaczy, że włascicielka mnie zwyczajnie zjechała ale obiecuję łatwo się nie poddawać.  Z tym, że z nią akurat nie chcę walczyć. Nie z nią, nie walczyć. 

    

Zaloguj się