Droga

Przemyślałem wszystko i postanowiłem, że zostanę dobrym człowiekiem.
Nikomu nic nie powiem, ale pojadę tam gdzie nie będzie ze mną kontaktu. Łatwiej jest być dobrym człowiekiem nie utrzymując kontaktu z ludźmi.

Mówiłem mu, iż to nie jest tak, że nie chciałbym tych wszystkich ludzkich, doczesnych, zwyczajnych rzeczy jak dom, choinka, obiad u teściów i dwójka brzdąców rosnących pod moim czujnym okiem.
Patrzył na mnie pobłażliwie i niemo pokiwał głową.
- Ty wiesz ile dziewczyn chciało przedstawić mnie swoim rodzicom? – zapytuję bez akcentu w głosie.
- zero - uśmiecha się.
- mniej - teraz i ja się uśmiecham

Jeszcze niektórzy o tym nie wiedzą, ale nie spotkają mnie już nigdy więcej.

Przemyślałem wszystko i zaplanowałem tyle ile musiałem. Zaplanowałem, że wyruszę, a reszta niechaj pozostanie w tym smakowitym chaosie, w tej niepewności drogi, podróży, niewiadomej poza horyzontem.
Zaplanowałem, że zacznę od dziewięciu tysięcy kilometrów w samotności w siodle poczciwego motocykla. Tylko ja i moje myśli podążające przed siebie w stronę morza kaspijskiego.
Zacznę od tego, później usiądę pod syryjską granicą. Jest tam plaża o nazwie samra. Od niej, wprost na północ z dala od wszelkich wiosek znajduje się wiecznie pusty skrawek białego piachu wprost z widokiem na zachód. Tam ustalę czy wracam w stronę słońca. Ono będzie zachodzić, ale cóż z tego. Jutro wstanie na nowo. Wszystko się powtórzy; droga, pył, marność, uśmiech wstydliwych dziewczynek z prowincji, pozdrawiający gest właściciela przydrożnego kramu.

Ustalę też tam czy siebie odnalazłem czy powinienem jechać jednak dalej na wschód. Bo tego też nie powiem nikomu, ale pojadę czegoś szukać. Pojadę szukać siebie samego.

Znaczenie życia to pasja i przygoda; nabrałem pewności po tym jak osiągnąłem ukojenie w ostatnich dziewczęcych dłoniach.
Rozkosz to nie moje bóstwo. Zabija we mnie duszę i chęć gonienia wiatru.
Zostanę dobrym człowiekiem. Nie muszę być lepszym człowiekiem. Wystarczy, że pozostanę taki sam. Ale nie w tym miejscu i nie wśród nich. Wszystko za łatwo przychodzi. Chcesz walczyć, a one się poddają. Idziesz dalej, chcesz spróbować sił, a ona rozchyla usta i już jest Twoja. Patrzysz w podłogę, coś boli w boku, nadgorliwy eros opróżnia kołczan strzał.
Mówisz, nie, a one robią smutną minę skrzyczanego szczeniaczka. Wariactwo, myślisz sobie. Odwracasz się plecami, chcesz zostać sam, idziesz w las, a tam kolejna. Nie ma, o co walczyć, ona już siada na trawie w zalotnej pozie. Patrzysz w dal. Biec, myślisz sobie. Biegniesz, ale nie uciekasz. Jesteś uwięziony. Każdy kolejny smak utwierdza w rozmyśle, aby wyruszyć w swą samotną podróż. Nic tu po mnie. Dajecie mi wiele, ale macie do zaoferowania tylko to, czego nie potrzebuję. A to, czego potrzebuję nie potrafię przy was osiągnąć.

- wejdź – mówiła, ale nie wyglądała na przekonywującą. Nie wyglądała nawet na taką, która była właściwa dla mnie.
- bardzo tego potrzebuję – nie mogła mieć pojęcia, o czym mówię ani co mam na myśli. Ani ona ani cała rzesza jej podobnych i niepodobnych. Żadna z nich nie umiała widzieć nic we mnie - ale to jest kompletnie bez znaczenia.

Jej też nie powiem, że wyjeżdżam. Pewnego dnia zadzwoni, ale nie odbiorę. Napisze trochę zirytowana, a ja odpowiem. Zapyta czy się spotkamy. Będę uprzejmy. Powiem, że owszem byłoby miło, ale jest to niemożliwe. Obruszy się. Zamilknie na trzy dni, aż wreszcie zgodnie z planem ucierania mi nosa zapyta, co robię, że nie znajduję czasu, aby do niej przyjechać. Odpowiem jej podczas przerwy w podróży, gdy będę mył się nad rzeką. Mam do Ciebie cztery tysiące sześćset dwadzieścia osiem kilometrów- podam jej dokładną odległość, aby nie sądziła, że kłamię – i jest mi zupełnie nie po drodze – tego zdania z początku nie zrozumie. Ale czas przynosi dziewczynkom mądrość. Czas i małe cierpienia.

Chciałoby się coś takiego jak u Bułhakowa. Jak z literatury, jak z wyobrażeń. Wychodzisz z skądś, stoi ona na ulicy. Nie znasz jej, ale marznie trochę na deszczu. Zerka przychylnie, a w ustach ma niewypowiedzianą prośbę, gdy wsiadam do samochodu. Mówię, więc do niej, co jest zupełnie do mnie niepodobne: "podwiozę Cię", - uśmiecha się kącikiem warg. Nigdy nie wsiada z nieznajomymi do auta, ale ten deszcz i wiatr: " dobrze, pod warunkiem, że jest to Ci po drodze". Patrzę wtedy na nią i już wiem, że to coś chwyta mnie za gardło. Mówię "no niezupełnie". Poważnieje, tak jakby naprawdę się przejęła i pyta "nie?". Chwyta spojrzeniem mój zimny wyraz twarzy. Ale nie boi się. Jest autentycznie ciekawa. "Ja nie mam żadnej drogi."

Zostawię też te wszystkie inne, z którymi czasem się uśmiechałem, łajdaczyłem czy tylko…nie, takich nie było, aby tylko. Znudziłyście mnie. Tego wam nie powiem, chociaż podróż w nieznane z waszą nienawiścią na karku dodałaby mi animuszu. Jestem silniejszy wtedy, gdy więcej ludzi mnie nienawidzi. Ale nie żeruję na waszych uczuciach. Szukam czegoś konkretnego i nawet, jeśli wiem, że kolejna z was nie umie mi tego dać to po prostu pozwalam sobie na chwilę ukojenia. Fizycznego ukojenia. W inny sposób nie umiecie do mnie dotrzeć. Czasem się tylko otwieram, ale zawsze trzymam stopę w drzwiach. Nie wejdziesz. Zerkniesz, ale nie wejdziesz. To ja decyduję, kiedy i komu otworzyć.
Stajecie się uczestnikami mego życia, ale gdy pstryknę palcami zniknę. To też jest piękne. Spojrzeć na tych niby bliskich i wiedzieć, że patrzy się ostatni raz. To dziwne uczucie świadomości, co moglibyśmy sobie podarować, dokąd razem pójść.

Człowiek czasem szuka elfów, a za to płaci się najwyższą cenę. Najwyższą, bo elfów nie ma głupcy, jest tylko pogoń za wiatrem. Więc musisz ruszyć w kolejną podróż, aby nie usychać każdego kolejnego dnia. Nie obumierać, jak drzewo.

Na południowy wschód od Surrabad w Azerbejdżanie jest mały cypel. Wyglądam jak łapa demona. Tam na jego wierzchołku chcę przenocować. Będę chciał wtedy do kogoś napisać wiadomość, ale nie będę miał zasięgu. Cudownym jest pozbawiać się z premedytacją pewnych możliwości. Cudownie jest rzucać nałóg siłą. Drastycznym rozwiązaniem a nie powolnym wychodzeniem z uzależnienia. Każdy potrzebuje innych ludzi, nawet ja trochę. Ale jak dobrze wyhodować w sobie taką siłę, która pozwoli na niepotrzebowanie ludzi.
Patrzysz na kogoś i nie sięgasz po niego. Tak jak z paczką fajek. Leżą na stoliku, z początku, gdy rzuciłeś nałóg wywoływały w tobie uczucie pragnienia, później lekkiej fanaberii, a teraz przechodzisz obojętnie.
Przemierzę na początku jakieś dziewięć tysięcy kilometrów po bezdrożach, aby poznać swoje potrzeby i słabości dokładniej. I się ich pozbyć. Wrócę i będę taki sam. Nawet się nie zestarzeję. Ja się nie starzeję. Będę jedynie silniejszy. Silniejszy w środku siebie. Nie będę już potrzebował niczego w ludziach. Będę jedynie tęsknił to piachu na drodze, cienia wsi na horyzoncie, deszczu moczącego mnie w podróży przez cztery kolejne dni, namiotu i ognia. Będę tęsknił do obcych spotkanych na szlaku i do tych chcących zadać zło i do tych dających dobro. Będę tęsknił do przygody.
Gdy wrócę może spotkam niektórych z was. Chyba, że spotkam kogoś, kto będzie uosobieniem niewinności, której tak potrzebuję i której kobiety nigdy nie dają…chyba, że kłamiąc. Wtedy nie wrócę.

Na wschodnim brzegu morza kaspijskiego zasiądę, aby zjeść rybę. Poda mi ją dziewczyna. Będzie miała jakieś dwadzieścia kilka lat i spaloną od słońca twarz. Będzie miała długie nogi i stopy w sandałach. Będzie pachniała cała morzem a jej ucięte na spodenki spodnie jeansowe pokryje pył. Ramiona w kolorze brązu podadzą lokalny chleb. Popatrzy na mnie trochę płochliwie, ale będzie chciała bym jednak to dostrzegł. To taka jej gra. Zresztą to taka gra dziewczynek. I będzie miała cudowne, jasne oczy. I nie będzie w nich zepsucia wielkomiejskich lampucer, które dzięki dupie wmówiły sobie, że są fajne i zachowują się jak jakieś wampy na pieprzonej scenie. A ta dziewczyna nie wie nawet co to scena.

Przyjechała tu rowerem z pobliskiej wsi. Nie miesza w tym miejscu, pokazuje mi palcem w stronę słońca. Tak, słoneczko, myślę sobie. Zawiozę Cię do wsi dzisiaj motocyklem. I wyobraź sobie, że nie musisz mi nic w zamian dawać- patrzę na nią i mówię to do niej. Nie rozumie mnie i ja nie rozumiem jej. Ale rozmawiamy. Ja coś mówię, ona coś odpowiada a nasze twarze mówią coś zupełnie innego.
Pozwalam sobie na chwilę poetycznego relaksu. Brakuje mi tego podczas drogi. Oczywiście, że jestem już ponad siedemnaście dni w podróży ze swoimi myślami, ale to, co innego. Teraz mam naprzeciw siebie to spojrzenie, które topi skałę.
Usiadła na zbitej z grubej deski ławie i patrzy jak zaczynam jeść. Proponuję jej, aby się poczęstowała, na co dziękuje gestem. Wszystko rozumiem, cieszę się w sobie, że znam wszystkie języki świata.

Ma miły głos, urywa na chwilę, a ja to wykorzystuję, aby wpaść w słowa:
- W moim świecie zawsze liczą się drobne rzeczy. Drobne odczucia, które wybijają rytm Twojego pulsu z jego naturalnego tętna. Ale to trzeba umieć dostrzegać i wiedzieć, że jest anomalią. I umieć zabić bądź pielęgnować – nie mówię szybko. Ja nigdzie się nie spieszę. Po raz pierwszy w życiu naprawdę nigdzie się nie spieszę i nie czuję niepokoju. Jestem cholera wie gdzie, do domu, jeśli uznam, że go mam będę jechał ponad dwa tygodnie, po drodze czają się źli ludzie chcący cię zatłuc, czy obrabować. Mam tylko mały namiocik i te kilka ubrań ze sobą. Jakże cudownie się czuję nad brzegiem tego odległego morza - tak samo jak jestem nauczony zabić w sobie pamięć popełnionego sekundowego błędu, który sprawił, że ktoś został ranny, że ktoś…mniejsza z tym. Pewnych rzeczy nie można analizować, bo idzie zwariować. Ale są rzeczy, zjawiska, które można w sobie odkryć i pielęgnować. One czasem rosną w Tobie, bo pozwalasz im rosnąć albo przynajmniej, jeśli nie pozwalasz to nie zabijasz – patrzy na mnie zaczarowana moim głosem. Do tej deklaracji mój głos brzmi odpowiednio. Jest miękki, nieco zagubiony, często patrzę w morze stęskniony. Nie mogę patrzyć na nią cały czas. Ja chcę jeszcze gdzieś pojechać - a najlepsze jest w tym to, że niczego od tego nie oczekujesz. Niczego nie planujesz. I niczego nie oczekujesz od tej osoby, która wywołała te drobne odczucia. Nie chcesz nią zawładnąć, skalać, sprofanować, posiąść. Najlepszym z odczuć to marzenie tego, co moglibyśmy sobie podarować. To jest echo tego wszystkiego, co złożyło się na to, kim jesteś – dotyka mojego wisiorka na piersi. Miałem dwa, ciekawi ją najpierw jeden, później drugi. To plemienne amulety, ale nie będę jej tego tłumaczył. Pamiątki jednak ona to wszystko wie - kiedyś mi było to obojętne, teraz łapię się na tym, że taka świadomość wyciąga z pewnego rodzaju mroku, do którego człowiek ma tendencję wchodzić. Sprawia, że jesteś coś naprawdę wart – pochylam się opierając ramiona o stary, wyschnięty na pustkowiu stół i patrzę jej głęboko w oczy - nie oczekuję niczego. Ale jesteś osobą, która powinna to wiedzieć. Powinnaś wiedzieć, że masz moc kojenia dzikich zwierząt – uśmiecha się jak mała dziewczynka. Ta dziewczyna to sama radość. Nie wie nic o picie, o składkach na ubezpieczenie społeczne, o rachunku za prąd. Ma inne problemy, ale jest wolna. Nie uprawia życia, lecz żyje nim - często człowiek skrywa w sobie wiele tajemnic. Wiele mrocznych tajemnic, które go ściągają. Aby się nie dać musi znaleźć w sobie coś, co przynosi światło. Roześmianego Elfa – teraz dotyka mojej blizny na czole. Robi zatroskaną minę. Wygląda jakby się naprawdę przejęła. Coś mówi a ja oczywiście rozumiem, co. To wszystko widać, ale nie chcę jej słuchać. Nie teraz, teraz ja chcę mówić. Chcę to wreszcie powiedzieć, po to była ta podróż, aby znaleźć to, czego nie można znaleźć - Ty jesteś takim Elfem.

   Spracowanymi palcami urywa kawałek pomarańczy i powoli kładzie mi go na wargi. To nie jest flirt. To nie wygląda jak flirt, jest zwyczajnie zmartwiona, że tak się zamyśliłem, że zapomniałem jeść. Powtarza tą czynność, a ja jej nie przerywam, mimo, że nie mogę mówić. Nie spieszę się przecież nigdzie. Wreszcie jestem wolny od czasu i miejsca. Na końcu bez żadnej kokieterii, gdy już nie otwieram ust dając do zrozumienia, aby na chwilę przerwała karmienie, zamiast odłożyć ten kawałek owocu, jaki dotknął mych warg, wkłada w swoje i oblizuje palce. Oblizuje je nie po to, aby igrać z facetem, lecz zwyczajnie, dlatego, że jest to praktyczne. Jakże zaczął podobać mi się ten świat, w którym nic nie jest grą. W którym dziewczyna nie udaje, a facet nie stroszy piórek. Nie było tutaj zresztą nikogo. Jej ojciec popłynął na połów zanim pogoda się załamie i zostaliśmy sami. Mogła siedzieć naprzeciw godzinami, a ja godzinami mogłem robić to samo - kiedyś myślałem, że już nic mnie nie odmieni. Aż do teraz, gdy dotarłem tu bardziej odmieniony. Albo zwyczajnie straciłem swoją wyspę i czepiam się brzegu innej, nieznanej. Niekiedy dzieją się rzeczy, po których musisz wciąż szukać samego siebie nawet, jeżeli potrafisz znieść wszystko – rzekła jedno krótkie słowo i weszła do chatki służącej za gospodę. Wróciła z dzbanem jakiegoś napoju podobnego do piwa i dwoma szklankami. Nalała mi i sobie. Podaje i kiwa delikatnie głową - Rozumiesz mnie. Wiem, że mnie rozumiesz - teraz kiwa dwa razy przytakująco i trochę gwałtowniej


   Leżę między dwoma nastolatkami, gdy obmyślam ten plan zmycia się stąd. Przed chwilą wesoło rozmawiały ze sobą, a teraz przysypiają. Patrzę w okno rozświetlone lampą wojskowego hotelu, w którym one pracują czasem. Słucham szczekania psa. Teren ma jakieś dwadzieścia siedem hektarów, w tym siedemnaście lasu, na zachód rozciąga się jezioro, pies szczeka na południu, po wschodniej stronie las przemierzają dziki. Wszystko sobie opracowałem. Tam gdzie szczeka ten pies jest przejście pożarowe obok terenu tajnego ośrodka CBŚ.

One już są spokojne, słyszę to po oddechu. To jedne z tych, które wiedzą, że przy mnie nic złego się im nie może stać. Smutne jest życie tych, jacy uciekają z domu w święta do pracy. Jeśli tak jest to dom jest smutny nawet, gdy usprawiedliwieniem jest chęć zarobienia pieniędzy. Rozumiałem to lepiej niż inni, ale ja już byłem duży i kurewsko silny. One nie były silne. Takie małe łanie, które zgubiły stado i wpadają w sidła drapieżnika. Chronią się przy nim, ale jeszcze nie wiedzą, że on zostawi je na pastwę losu. Nie skrzywdzi, ale zostawi.
Taka jego natura.


Mam smutne oczy między tymi dwiema nastolatkami. Intryguje mnie ten pies. Słyszałem go wczoraj, ale dopiero dziś, powtarzalność jego obecności po dwóch dniach daje mi do myślenia. Znowu jakiś pomiot ludzki pozbył się prezentu i teraz błąka się biedne stworzenie po nieznanej okolicy.
Wstaję, one się budzą siłą rzeczy. Nie tłumaczę się, bo wiedzą, że jestem dziwny i to jest wystarczający powód, dla którego pójdę w ciemną noc szukając zwierzaka. Jedna pyta tylko z troską o dziki, które terroryzują okolice w ponad dwadzieścia sztuk. Nie mówię nic. Biorę maczetę i duży nóż wojskowy. Patrzą na mnie i już nie potrzebują odpowiedzi. Nie wiedzą, że i tak nie użyję tych narzędzi, bo nie zabijam zwierząt. Ale może spotkam tego skurwysyna, który drażni szczekającego psa.

Posyłam im ostatnie spojrzenie tego wieczoru, które mówi, że chcę być sam, gdy wrócę. Dziwne minki mają dziewczynki, gdy patrzą na faceta, który zamiast napawać się ich ciałami wychodzi z łóżka i idzie w zimny las.

Znajduję psa bez trudu. Coś go złości, szczeka. Po mojej prawej krzaki ciągnące się brzegiem jeziora, po lewej siatka grodząca dostęp do tajnego ośrodka. Nie zapalam latarki, wolę być cieniem. Chwilę przypatruję się psu z odległości ośmiu metrów. Szczeka w kierunku jeziora, ktoś rzuca w niego czymś. Przypuszczam, że to wędkarze. Zimą po nocach nad wodą przebywają albo wędkarze albo zbrodniarze.
Pada deszcz, więc mam na sobie pałatkę, na głowie czapkę. Nie zakładałem kaptura pałatki, bo mniej bym słyszał, ale i tak wyglądałem złowieszczo. W dwóch rękach maczeta i wielki nóż. Dobre buty pozwalają na robienie kroków bez żadnego odgłosu. Pies wyczuł mnie pierwszy, to było oczywiste, ale nie szczeka na mnie. Patrzy jak nadchodzę z jego prawej. Dróżka jest wąska, ale nierozdeptana. Pies uwiązany jest do siatki, tamci boją się podejść, ale bawią się starając w niego trafić. Wyłaniam się jak cień tuż po ich lewej. Strach paraliżuje ludzi nawet, jeśli mają się za twardzieli i są upojeni alkoholem. Nie drgnęli, jest ich dwóch. Podchodzę trąc jeden nóż o drugi. Dźwięk stali przeszywa noc. Pies zamilkł, słyszę oddechy tamtych. Są zaczarowani, a ja staję metr od nich. Nie widzą mojej twarzy, jest noc a czapka rzuca dodatkowy cień chroniąc przed poświatą księżyca.
Stoją plecami do wody tuż nad brzegiem. Bez słowa wykonuję potężne kopnięcie w brzuch tego, który zaciskał pięści na kamieniach. Wpada do jeziora jak marionetka. Drugiemu przykładam zimną maczetę do szyi. Wciąż zaczarowany nawet nie ma pojęcia o ucieczce. Zero instynktu do walki i ucieczki. Zostawiam go tak, odwracam się, podchodzę do psa. Stał nastroszony, ale teraz siada. Chowam maczetę, a nożem przecinam smycz, która go więzi. Kładę mu dłoń na karku. Jest już spokojniejszy. To młody owczarek niemiecki. Nie mówię nic do niego, ale i tak rozumie, aby za mną szedł. Znikamy w ciemności.


Idę na kuchnie z nim. Mam wypracowany układ z kucharkami. Zresztą te poczciwe kobiety mnie lubią, więc mam dostęp do kuchni cały czas. Grzebię za resztkami. Do misy nalewam wody. Siadam z psem na schodach tarasu prowadzących na plażę. Pełen radości pochłania jedzenie. Idź w las, idź w las, a z pewnością coś ci się przytrafi, mówię do niego, na co merda ogonem.
Nie do końca mam co z nim zrobić. Na zajęcia wyjeżdżam na szóstą rano. Nie jest to pies, który wytrwa dzień w pokoju hotelowym. Oddać go w ręce dziewczynek, myślę sobie.
Dziewczynki lubią troszczyć się o zagubione dusze. Nigdy nie wiedzą, jak ale przynajmniej się starają.

Kiedy byłem mały wyobraziłem sobie, że życie da mi w nagrodę dziewicę na wieży, czystą i czułą, która potrafi się mną zająć, gdy wrócę z bitwy. Szybko przekonałem się, że życie pozwala mi znajdować jedynie dzikie, porzucone zwierzaki. I że jest w tym jakieś chytre przeznaczenie. Oddanie zwierzaków trwa dłużej.

Siedzę z nim z godzinę, później idziemy spać. Wygodnie mu w pościeli obok mnie. Niestety będę musiał go zostawić. Nie mogą zdarzyć mi się pewne rzeczy Nie teraz, nie człowiekowi bez domu i w podróży.


   Dziewczynki następnego dnia są zachwycone psiakiem. Teraz będą miały kogoś, kto doceni ich dotyk. Kto okaże, chociaż trochę wdzięczności.
Ja i tak wyjeżdżam stąd, myślę sobie patrząc na trójkę roześmianych istot.
I nigdy więcej już się nie spotkamy.
Nie spotkam też wielu innych z was, których tu poznałem.
Czekam na dzień, gdy spojrzę na was po raz ostatni. Będzie smakowała mi ostatnia kawa przy was. Ostatni posiłek będzie pożywny, a ostatnia dziewczyna będzie dziewczyną o smutnych oczach.
Życie jest serią pokoi, w których czasem się znajdujemy przy sobie. Wchodzisz i wychodzisz, wchodzą i przechodzą. Zatrzymać mnie możecie tylko w pamięci. Ja o was też będę pamiętał, ale to nie da wam większej satysfakcji, bo tak naprawdę nic nie znaczy.

- zabij w sobie myśli o stabilizacji. Jesteś nomadem. Jesteś i będziesz awanturnikiem, włóczęgą. Nikim - powiedział mój przełożony. Przestanie nim być już za siedem dni. Wszedłem do jego pokoju, pomieszkaliśmy chwilę razem, a zaraz wychodzę. W życiu tylko przechodzimy obok.
Chciał mnie zatrzymać przy sobie. Uznał, że jestem wart, aby mu pomagać. Podziękowałem i okłamałem go trochę, że chciałbym ułożyć sobie życie. Przestać być bezdomnym. A może nie było to kłamstwo.
Patrzył na mnie ze zrozumieniem, ale jego wzrok zdradzał też, że i tak wie, że wyląduję daleko stąd, że wyruszę, że będę uciekał, będę gnał, będę gonił, coś, jakąś marę, wizję, marzenie, siebie, wiatr.

- wszystko to marność i pogoń za wiatrem - powiedział ściskając rękę w ostatni dzień, gdy się widzimy w tym roku. Kolejny rok miał się ku schyłkowi. I to nie był rok cudów jak i poprzedni i następny też nie będzie. Tak, wszystko to pogoń za wiatrem – umiłuj nienawiść – mówi z życzeniami. Potakuję głową. Wychodzę i znikam.
 

   

 Ostatnie dni są nudne, przez co żmudne. Biegam, relaksuję się na saunie i znów biegam. Wracam do formy po kontuzji.
Pewne siostry zapraszały mnie na piwo, ale odmówiłem. Ktoś mógłbym powiedzieć, że jestem idiotą, ale odmówiłem. Nie ostatni raz jestem idiotą. One akurat wiedzą, że wyjadę i nigdy już mnie nie zobaczą.
I niech tak zastanie.

Znudzenie powoduje, że trochę brakuje mi okna naprzeciw starego kościoła w centrum miasta. Czasem tam bywałem w tych lepszych chwilach mojego życia.
Wąska, brukowana uliczka sprawiała, że czułem się w tym oknie wyśmienicie. Była też tam dziewczyna. Czasem też sprawiała, że czułem się wyśmienicie. Ale tylko czasem. Reszta to marność i pogoń za wiatrem.

Ale życie składa się przecież z tych drobnych rzeczy. Składa się też z tych wielkich i złych, ale to już inna historia. Jestem mistrzem znoszenia złych rzeczy, a tych dobrych nie za bardzo umiem. Odprężają mnie wtedy tak, że tracę czujność. A jak tracisz czujność to możesz łatwo zginąć.

   Pewnego wieczora szedłem z przyjacielem na krakowskie przedmieście. Po drodze pokazałem mu to okno. Wydawało mi się, że było w nich światło z telewizora, ale nie chciałem się przyglądać. Wtedy zapytał mnie o to okno.
- dziewczynki chcą wierzyć w magię. To nic złego. Sam w nią chcę wierzyć. Ale sama wiara w czary nie wystarczy - mówię mu - liczą się czyny.
Później przechodziliśmy pod tym oknem na powrót, spojrzałem, wciąż tliło się to niebieskawe światło. Teraz o nic nie zapytał. Znał mnie. W końcu nie na darmo przyjaciel zostaje przyjacielem. Nie musimy ze sobą rozmawiać, aby wiedzieć o tym, co czujemy.
Kiedyś był początek historii okna. To jest jej koniec.

- czasem to, przed czym uciekasz jest tym, czego szukasz - mówi do mnie. Jest zimna noc, ale bez śniegu. Nie lubię takiej zimy.
- a czasem to, przed czym uciekasz jest po prostu tym, co chce cię zabić - upraszczam.


   Bliżej mojego domu, który tak naprawdę nie jest moim domem też są ludzie, jakich opuszczę i nic im nie powiem. Jestem człowiekiem, który chce zniknąć.
Nie mogę tym ludziom nic zarzucić. Niektórzy z nich są wspaniali w tych kategoriach znajomości, jaka cieszy ich wszystkich. Ja natomiast nie jestem człowiekiem, który należycie traktuje znajomości. Zwyczajnie potrzebuję czegoś innego, a to, co cieszy was nie cieszy mnie.
Nie mam znajomych, nikt nie przychodzi na moje urodziny, nie dostaję prezentów imieninowych, nikt nie zaprasza na swoje uroczystości, na święta dostaję życzenia od obcych, z którymi nie łączy mnie nic więcej oprócz wspólnej walki. Nie żałuję tego. Żałuję tylko, że wy nie rozumiecie, o czym mówię.

Mogę być tylko postacią wyrysowaną ołówkiem w waszej świadomości. Wiecie, że byłem, wiecie, że gdzieś jestem, ale nie wiecie czy będę i gdzie jestem. A ryciny z ołówków bledną i w końcu zanikają. Łatwo też je zmazać.

Rozumiem to wszystko i dlatego wybieram swoją drogę. Swoją drogę daleko od was. Nie jestem przygotowany i wytrenowany do życia wśród was. Nawet, gdy nie chcę was krzywdzić to i tak muszę zadać krzywdę. Chcecie, co innego ode mnie niż ja od was. Nie twierdzę, że chcecie za dużo i że na to nie zasługujecie. Zasługujecie w pełni, ale jesteście w pokoju, w którym ja się nie mogę zatrzymać.
Taki pokój zabija moją duszę. Muszę pójść, muszę iść, muszę odejść inaczej przepadnę.

   Niektórzy twierdzili, że nasyłali na mnie czarowników voodoo, a oni lepili laleczkę i wbijali igły. A nawet, gdy mnie coś bolało to i tak nie robiło to na mnie większego wrażenia. Jedyne moje cierpienie, które wzbudza mój niepokój to ta cholerna tęsknota nieujarzmionej duszy.
Cały czas tęsknię do tego, co nie istnieje w waszym świecie.

Lekarka ludzkich dusz zachorowała, a czarownik zabijał koguta na jej oczach i nad moim zdjęciem. Mówiła mu – jego oczy są lodowate jak arktyczne powietrze, lecz tli się w nich namiętność i pasja. A jeśli się mylę? Pójdę do piekła razem z nim – czarownik paple jakieś słowa. Milknie i znów paple, aby zamilknąć na dłużej, gdy jego twarz rysuje się w przerażeniu – el diablo – szepcze.
- Masz wszystkie barwy życia: tajemnice, inność, patos, sugestie, miłość, nienawiść i śmierć. Dlatego jesteś taki fascynujący. I dlatego też zabijasz tych, których kochasz. Niektórzy robią to z gorzkim uśmiechem. Inni pochlebstwem. Tchórz robi to pocałunkiem, a Ty mieczem. Taki jesteś i już nigdy się nie zmienisz – przewidywała lekarka dusz wtedy, gdy chciała mnie ratować. Ale naprawdę nie należało mnie ratować - Twoje oczy. To nie są oczy człowieka. Jesteś szatanem, a dokładnie Incubusem, Demonem pod postacią mężczyzny, który uwodzi kobiety i je energetycznie osłabia. Jestem lekarzem koślawych dusz, chorych umysłów i umęczonych serc. Musze mieć czyste i otwarte serce, aby pomagać ludziom. Jestem aniołem, posłańcem dobra, dlatego też siły ciemności chcąc mnie osłabić podsunęły mi Ciebie. I wpadłam w sidła zła, w czystej nieskażonej formie.

   Czy trzeba było aż jechać do Brazylii, aby dowiedzieć się o własnym szaleństwie, ty owa potomkini arystokratów. Wystarczyło zapytać, sam bym Ci o tym powiedział. I czy musiał wykrwawiać się biedny kogut, aby zdiagnozować moje szaleństwo. Mogliście zadzwonić, poinformowałbym was o tym.

Jesteś jedynym diabłem, którego znam osobiście i chciałabym móc od czasu do czasu na Ciebie spojrzeć. Jesteś jak Melwillowski wieloryb, majestatyczny, zwinny nieuchwytny, przebiegły, podniecająco nieosiągalny. I goniłam Cię jak opętana, jak kapitan Ahab ścigałam swojego Moby Dicka, narażając siebie i cala moja załogę na pewna zagładę. Dorwałam cię w końcu. Po to tylko, aby w tej samej chwili Cię utracić. Pyrrusowe zwycięstwo. I stawałam się coraz bardziej opętana przez atawistyczna żądze posiadania Ciebie, siły nieczystej, której ujarzmić nie sposób.
Nie potrzebujesz ani mojego ciała, ani mojej duszy, ani mojej pomocnej dłoni, która doń wyciągam. Masz neurozę i mam na to dowody, ciężka jej postać. Tak jak miał ja mój nieżyjący już, jedyny prawdziwy przyjaciel, Tomasz Beksiński, który podobnie jak Ty nie chciał jej leczyć. Kochałam go, a on mnie, miłością braterska, te same frenetyczne dusze, które przy życiu trzymała tylko chęć niesienia dobra. Dusze, które musiały żyć w kloacznych czasach, wbrew sobie, a ku uciesze Bogów. Już Go nie ma i spotykając Ciebie miałam cichą nadzieję, ze odnalazłam cząstkę jego jestestwa w Tobie. Cząstkę duszy, która we mnie wrosła.
Twa dusza, a nie ciało tak mnie pociągała. Jesteś diabłem i powinieneś udać się do egzorcysty. Może Ci pomoże – tak moja droga, bo diabeł właśnie potrzebuje egzorcysty. Pozwól diabłu być diabłem. Skazali mnie swoimi czarami na wieczną tułaczkę. Ale nie mam jej za złe. To też część tej przygody.

Kurczowo trzymasz się swoich przekonań i zasad, a bronisz się przed niespodziankami i tym, co nieznane. Świat to Twój wróg Filipie, wiec toczysz z nim wojnę na intelekt. Jako, że jesteś Geniuszem, Twoja walka jest obłędnie konsekwentna, bezkompromisowa i absurdalnie zargumentyzowana. Opiera się jednak na błędnym aksjomacie, że cały świat to gówno, a wszyscy ludzie to marne istoty, zasługujące, co najwyżej na politowanie.
Strasznie kochasz życie, tak, tak, Ty uwielbiasz życie, wszelkie jego barwy, zapachy, piękno przyrody, lot ptaka nad wzburzonymi falami, Wielbisz wszystko, co pulsuje życiem, euforia, nieskrepowana wolnością. Panicznie boisz się starzenia, przemijania, odchodzenia w niebyt. Dlatego nie dopuszczasz do siebie miłości, bo przecież ona kiedyś umrze, a Ty szaleńcze, do tego dopuścisz nie możesz. Pragniesz zatrzymać piękno w bezruchu i dlatego stoisz nad przepaścią obłędu. Ponosisz klęskę za klęska, gdyż jak bumerang wraca do Ciebie to, czego chciałeś uniknąć - w postaci kolejnej miłości, która tak jak poprzednie będziesz musiał zabić.
Chce żebyś wiedział, co Ci dolega. Po to Bogowie nas poznali. Jestem niezwykle dociekliwa, musiałam zrozumieć do końca, aby zobaczyć światło. Ujrzałam je. Jesteś wspaniałym, uczciwym, niezwykle wrażliwym człowiekiem i jestem dumna z tego, ze właśnie Ciebie pokochało moje serce. Ojciec zawsze się martwił, że nie znajdę mężczyzny, który będzie mnie godny. Znalazłam. I nieważne, że na krótko. Jest tylko miłości właśnie jej nie ma. To Twój paradoks. Jak widzisz już przed Toba był on przedmiotem rozważań Jana Lechonia. On go nie przerobił do końca, bo nie spotkał swojej Beatrycze i dlatego zdecydował się na skok w przepaść. Ty te szanse od Bogów dostałeś Ratuj się Filipie.

Ratuj się Filipie – krzyczy do mnie echo z za horyzontu, a stęsknione oczy chcą tam pognać. To będzie moja podróż po ratunek.

Jesteś jedną z niewielu osób, która widząc przed sobą dwoje drzwi, a nad nimi napisy: "Drzwi do nieba" i "Drzwi na wykłady o niebie”, kieruje się do tych drugich.
Twoja dusza przypomina piękną świątynię opuszczona przez Boga. Czegoś w niej brak, czego jeszcze nie wiem.


   Ja też jeszcze tego nie wiem. Dlatego wyruszę w podróż, o której nikomu nie powiem.
Ta świątynia dłużej nie może być opuszczona.

   Pewnego dnia nie odbiorę telefonu, nie odpiszę na waszą wiadomość. Nie napiszę nowej historii. Pewnego dnia mnie po prostu nie będzie.
Pewnego dnia otworzę usta i wreszcie wykrzyczę przeraźliwy dźwięk. To będzie mój krzyk o moje życie.
Dotychczas jest on niemy, ale przecież nie jestem ślepy. Widzę ten sztorm w moich oczach.

Trzyma kciuk miedzy wykrzywionymi wargami. Jedna brew podąża za przymrużonym okiem. To ma być wyraz zaskoczenia, ale tak naprawdę wyraża dezaprobatę. To każda z was.

- Macie wielkie samarytańskie schorzenie, lubicie posiadać psiaki, ale okazuje się, że one nie mogą pozostać tak do końca psiakami. Czyli szczekać, gryźć i sikać. Muszą stać się maskotkami. To znaczy sikać na przyzwolenie. I najlepiej jakbyś był jeszcze jakimś chihuahuą, aby mogła Ci ucho pantoflem przydeptać. a skoro nie sika na przyzwolenie to jest dziwnym gatunkiem zwierzęcia. Nie da się wytresować. Te bardziej myślące z was wpadną na pomysł, aby oswoić. Ale i tak będą kazać ci być wdzięcznym za to, że akurat ona się tobą opiekuje. Tak jakbyś nie zasługiwał na nic innego - mówię bez emocji. Patrzy i nie reaguje. Pozostaje wciąż tak samo zaskoczona - A nawet, jeśli kochacie kundle to i tak preferujecie duże pieski. Dlatego robicie to, co robicie, gdy nadarzy wam się okazja marzyć, spełniać, podążać za fantazją. Stateczne życie zawsze przegra z przygodą. Należy tylko wiedzieć jak wzbudzić tą waszą dzikość. Tajemnica lasu pociąga bardziej niż wieczny pałac. Każda marzy o wilku, ale one w schroniskach nie siedzą. Trudno je doścignąć i frustracja gotowa. Nie powinnyście gniewać się na dzikość, że jest nieokiełznana. Natomiast chcąc być treserką musisz wierzyć w swoją wyższość. Gatunkową wyższość. I zaczynają się schody, bo on ma kły i umie szybko biegać. Każdy dziki zwierz woli wolność od ogrodu zoologicznego nawet, jeśli jest on wypełniony zgrabnymi łaniami.

 

"Z okowów najmroczniejszej nocy
Których już nigdy dzień nie skruszy
Dziękuję bogom, których mocy
Zawdzięczam hardość swojej duszy

 

I chociaż ogrom cierpień wkoło
Me usta skargą nie splamione
Spadają ciosy na me czoło
Choć zlane krwią, lecz uniesione

 

Tu gdzie się rozpacz z bólem splata
Jedynie śmierć się zakraść może
W grozie mijają długie lata
Lecz strach mnie nie zmógł i nie zmoże

 

I chociaż kroczę wśród chaosu
Błądzę w cierpienia mrocznej głuszy
Jestem kowalem swego losu
I kapitanem swojej duszy"

 

wiersz cytowany przez Nelsona Mandelę w więzieniu


 

  

Zaloguj się