Dejanira

czasem nawet tam gdzie nie dociera żaden dżwięk...

czasem nawet tam gdzie nie dociera żaden dżwięk...

„Bo wszystkie dni jego są cierpieniem,
a zajęcia utrapieniem. Nawet w nocy
serce jego nie zazna spokoju.
To także jest marność.”
Stary Testament. Księga Koheleta, r.2, wers 23

Popadam często w melancholijną zadumę i wspominam dobre chwile; jestem szczęściarzem, gdyż zostały mi dane, po czym nostalgia ukazuje mi rewers mego losu, a melancholia przybiera twarz ironii; bo jednak wypaczyły moje życie.

Spoglądam melancholijnie wiecznie zmrużonymi oczyma i jestem bardzo, bardzo daleko. Cały czas odbiegam gdzieś myślami. Nigdy nie jestem z tym, na kogo akurat patrzę, kogo akurat tulę. Zawsze mogę być gdzie indziej. Zawsze jestem gdzie indziej; ale sam. Całkowicie sam.

„Teraz moc srogą stalowego klina
na wskroś mu przegnaj przez pierś ciosem młota.”
Ajschylos

...są ludzie którzy wymieniają marzenia...

...są ludzie którzy wymieniają marzenia...

   Patrzyłem na nią, a ekscytacja mieszała się z entuzjazmem, a niemal euforią. Posiadała w sobie coś i to coś ogromnego; niemal despotycznego, a jednak nie mógłbym pokochać jej na zabój. Troszeczkę tak. Zresztą troszeczkę, to ja już ją kochałem, ale nie na zabój. Co to, to nie.
Czysta magia. Nic zdrożnego. Gdybym umiał wyjaśnić te zawiłości, zostałbym geniuszem. Nie potrafię i tym lepiej, bowiem cóż to za zjawisko jeśli da się wyjaśnić.
Dziwne uczucie, zwłaszcza jeśli pociągająca kobieta nie wywołuje odczuć ani pornograficznych, ani nawet erotycznych, lecz klasyczną nadobność.
Oddalałem się od niej.
Oddalałem z każdym dniem i każdym kilometrem. Oddalałem identycznie jak od dzieciństwa, a obojga nie chciałem utracić.
To nie była miłość. Może to coś lepszego, może zdrowszego, ale nie to. Coś na wzór estetycznej fascynacji. Potężna, wręcz niewysłowiona rozkosz, jaka nie jest efektem fizyczności, lecz orgazmem w mózgu, na który składają się setki miliardów neuronów i twoje całe życie.
Jest to coś wielkiego, coś co przepełnia człowieka euforią, a powoduje nieustanne pragnienie przebywania w pobliżu.
Kilometr, sto metrów, metr; nie ważne. Istotne, aby mieć świadomość bycia.
Wystarczy abym widział jej cień na dalekim polu, rzucany przez słońce, a już będę spokojny, odprężony; szczęśliwy. Wystarczy, iż będę miał świadomość, że jest blisko, a życie potoczy się łagodniej, oczy ułożą się w sennym łuku, zmarszczki ustąpią w kontencie.
Miłość między innymi jest praktycznym rozwiązaniem emocjonalnych potrzeb. Ona nie rozwiązywała moich potrzeb. Dawała po prostu szczęście. Niesamowite uczucie. A może i było to rozwiązanie emocjonalnej potrzeby?
Obserwując ją czułem, że mogę odkryć coś nowego, wspaniałego, jak Dante, kiedy wdrapał się na wzgórze.
Nie istotne były doświadczenia z przeszłości. Teraz wiedziałem, że wyruszając z nią w rejs, dobiję do brzegu nieodkrytego lądu. I ta emocja- bo była to emocja- stanowiła meritum wszystkiego co do niej czułem.
Była ubrana w czarne tweedowe spodnie i bluzeczkę z delikatnym dekoltem, a to wszystko udekorowane również czarnym żakietem, kiedy spotkałem ją dzisiejszego dnia, co się miało okazać, po raz ostatni.
Jestem tutaj, kilkadziesiąt kilometrów od domu, gdziekolwiek ten mój dom jest, a pęta cierni wciąż zaciśnięte, stręczyciele zerkają, a wrodzony nomadyzm dręczy nie mogąc przemknąć obok Chimery i Gorgony.
- Przytul mnie.- urzekł mnie jej głos, podczas gdy wcisnęła się w moje ramiona i załkała- Nie żyje.- staliśmy pod majowym słońcem, nie całkiem sami, ale zupełnie osamotnieni, a najpoczciwsza kobieta jaką znałem skłoniła się do płaczu.- Enkidu odszedł. Zostawił list. Chciał, abym była szczęśliwa i uznał, że tylko z tobą.
Chciał mnie zabić i znałem go zaledwie kilkadziesiąt minut, a jednak uświadomiłem sobie, że naprawdę go lubiłem. Szkoda- pomyślałem. Znów to dobry umarł.
-Napisał, że jesteś w porządku i abym tobie o tym powiedziała.- Angelika mówiła, ja ją tuliłem, a tłum pędził. Niby gdzie i niby po co skoro i tak wszystko kończy się tak samo.- Odebrał sobie życie, rozumiesz? Postanowił odejść. Tak po prostu. Bez słów, bez pożegnania...bez żalu.
Rozumiałem jego czyn. Rozumiałem, że wyczerpany człowiek mimo, iż niesamowicie silny, w pewnej chwili zdaje sobie sprawę, że nadszedł najwłaściwszy czas aby odejść. I wszystko inne co w tym miejscu mógłby zrobić, pogorszyłoby tylko sytuację. Zdawał sobie z tego sprawę i odchodził; nie winiąc nikogo za swoje cierpienie, bez pretensji do kogokolwiek i pewnie. Była to przemyślana decyzja. Akt smutku i nostalgii.
W tym misternym jednak planie popełnił jeden błąd. Nie chcąc stawać na drodze do szczęścia Angelice zapomniał, że głównym ogniwem osiągnięcia przez nią tego celu, jest on sam. Moja rola między nimi była tylko heroiczna. Miałem pomóc mu zrozumieć i wyzbyć się nienawiści, dzięki czemu mógłby zdobyć skarb jakim była Angi. W najwcześniejszym etapie naszej znajomości łudziłem się, że Angelika- kobieta niezwykła w każdym calu- jest jednak autentycznie zainteresowana moimi uczuciami. Złapałem się na tym, że ten uśmiechnięty traf, wywołał we mnie radość i odegnał nostalgię. Przez chwilę poczułem, iż mogę być naprawdę szczęśliwy. Żyć tak jak reszta: bez rozpaczy, bez smutku, bez determinacji. Kochać i być kochanym, nie sięgając po zwątpienia.
Niestety traf, oprócz tego, że był uśmiechnięty, był również makiawelikiem. Wziął mnie na chwilę do nieba, a później strącił z ogromnej wysokości i gdyby nie fakt, że zawsze pozostaję gotów na cios w plecy, nawet od najbliższej osoby, padłbym trupem.
Gdzieś później i to było najtrudniejsze zdałem sobie sprawę, że jestem tylko narzędziem. Angi mimo swej egoistycznej pobudki, zdołała dać mi coś w zamian. Wiedziała czego potrzebowałem i doskonale wypełniała tą czarę jak najlepiej potrafiła, nie mogąc być ze mną. Zwyczajna wymiana korzyści. Ja pomagałem jej, a ona mi. Ja miałem wyciągnąć Enkidu z piekła, a ona robiła wszystko, abym wciąż trzymał się życia za pomocą tej jednej, pieprzonej nitki. I tak w kółko; idziesz do wyczerpania, a kiedy brak ci sił pojawia się ktoś. Nie istotne kto.

Ktoś kto wymienia marzenia.


 

...nie można ich zatrzymać, ani posiąść...muszą odejść...bo Oni tylko przechodzą

...nie można ich zatrzymać, ani posiąść...muszą odejść...bo Oni tylko przechodzą

   Ten ktoś jest twoim Kamelotem- ochroną przed losem. Kimś przy kim zasypia wszystko co sprawia, że stoisz twardo na ziemi, rozsądek i racjonalizm. Pesymizm i mizantropia. Wchodzisz do Kamelotu i już jesteś innym człowiekiem. Nie całkiem innym ale jest ci lepiej. Po prostu lepiej.
I może nie jest to do końca prawdą, ale tak to wygląda i ja chcę w to wierzyć. Chcę wierzyć, że są tacy ludzie, co wymieniają marzenia.
„To nie są ludzie; to wróżek dzielnice:
Duchy, upiory, elfy, czarownice;”
W. Szekspir. „Komedia Omyłek”

Ten ktoś wcale nie musi być blisko. Może biegać codziennie obok, albo przechodzić raz na tydzień. Zawsze coś pcha mnie ku temu, aby pokochać piękne, nieznajome. Przepełnia mnie radością ów tajemniczy liryzm i te wszystkie niedomówienia. To co moglibyśmy sobie podarować, dokąd pójść, co razem zrobić, pozostaje we mnie i nigdy nie zginie, bo żadne z nas tego nie zepsuje.
To marzenie- najlepsza forma miłości.
Tak więc ten ktoś wyciąga cię z piekła, nie musząc iść z tobą. Wreszcie orientujesz się w fakcie, jak bardzo można zagłębić się w zupełnie lirycznym uczuciu w stosunku do osoby należącej do kogoś innego. I koisz wyczerpanie, a tęsknota z jaką ten ktoś na ciebie patrzy, sprawia, że obrastasz w siłę i idziesz dalej, wciąż trzymając się tej jednej nitki i kiedy ponownie nadciąga bestia z pragnieniem wbicia się szponami w twe serce, znów napotykasz kogoś z kim połączy cię subtelna wież, lepsza od jakiegokolwiek emocjonalnego szału.
Bruno nawet jeśli już nie żyje, odniósł sukces. To on jest wygranym, a ja przegrałem podwójnie.
To on zdobył miłość wspaniałej kobiety, a ja wciąż wlokę się sam. On oddał swoje życie, aby ocalić mnie i uszczęśliwić Angi. Jako człowiek okrutny i wyprany ze zdolności krytycyzmu moralnego, rozwiązywał problemy za pomocą śmierci. Każda sytuacja według niego miała wyjście. W każdej sytuacji mógł przecież zabić.
Pokochał Angi szlachetną miłością. Ona była jego Kamelotem, aż nagle dowiaduje się, że jakiś pieprzony bohater, jakiś heroiczny Gilgamesz ma klucze do tego samego sanktuarium. Nie mogąc żyć z tą świadomością musiał mnie zabić. Nie chcąc mnie zabijać, postanowił odejść.
I odszedł w błędzie.
Nie wyciągnąłem go z piekła i to było drugą porażką.
Angelika wyjechała. Ponoć gdzieś daleko, gdzieś naprawdę daleko, a skoro przegrała bitwę musiała oddać światu w dwójnasób, nic sobie nie robiąc z nieszczęść i bólu. Kroczyła przez świat pewnym, szybkim krokiem, z siłą, która nigdy nie będzie udziałem żadnego mężczyzny; z brakiem pokory.

Szedłem przez miasto ciepłym wieczorem, bez celu, a słońce złociło daleki zachód. Dookoła wszędzie życie i pełno śmierci. Czai się wszędzie, ale ja idę na luzie, w koszulce na ramiączka, z ręką w kieszeni, a wodą mineralną w drugiej. Świat przecież nie ucieknie, nawet jeśli zwolnię lub przystanę. W końcu jestem mistrzem magii; i znowu oszukałem śmierć. ..
 

Zaloguj się