Cywilizacja zabobonu

Dyktat

Dyktat

Starożytna opowieść wspomina o pewnym człowieku, który znalazł prawdę. Bardzo podekscytowany tym mały diabeł przybiegł do starego diabła i spytał go, co tutaj robi, dlaczego siedzi sobie tak spokojnie, kiedy tam ktoś odkrył prawdę. Cały nasz interes się zawali! Stary diabeł w spokoju palił cygaro. W końcu powiedział:
- Synu mój, uspokój się. Zapal papierosa. Moi ludzie już tam dotarli.
- Ale ja przychodzę stamtąd, a żadnych diabłów nie widziałem! -odparł mały diabeł.
- Diabły nie są potrzebne, moi ludzie już tam dotarli. - rzekł stary diabeł - To są księża, to są rabini, to są papieże, to są śankaraczarjowie, to są immamowie. Już tam są. Oni zorganizują prawdę, a kiedy ją zinstytucjonalizują, będzie skończona!

Jakie państwo nazwać katolickim? Mówiąć najprościej, jest to państwo oparte na katolicyzmie, czyli doktrynie kościoła katolickiego.
Co mówi więc katolicyzm na temat kształtu państwa?

Kościół katolicki potępia demokrację i równość obywateli względem prawa (Papież Leon XIII).
Państwa katolickie były zawsze albo monarchiami, albo dyktaturami.
Skoro dziś w Polsce rząd wprost mówi, że tradycją polską jest chrześcijaństwo, a kto nie jest chrześcijaninem nie jest patriotą.

Skoro cały rząd klęka przed kapłanem, w urzędach wiszą krzyże, w szkołach są katecheci nie edukujący lecz indoktrynujący.

Skoro rząd stosuje wraz z kościołem powszechny ostracyzm wobec innych. Skoro rząd jawnie daje pieniądze publiczne kościołowi, od lekarzy wymaga deklaracji sumienia zgodnej z przekonaniamy katolickimi to mamy tutaj zwyczajny dyktat.

Dyktuje się religijność, a z tego wynika wprost charakter dyktatury.

Państwo katolickie jest również państwem wyznaniowym i klerykalnym, silnie związane z kościołem.
Kościół katolicki stoi ponad państwem ;wytycza mu kierunek kształtowania prawa, dzieli z państwem kompetencje, nie podlegając przy tym państwowemu prawu (Pius IX).

Polityka Kościoła Katolickiego i jego dążenia w poszczególnych państwach zawsze są podobne – jedynie retorykę dostosowuje on do aktualnych nastrojów społecznych.
Dokładnie taka sytuacja panuje w zasadzie w dzisiejszej Polsce.

Tak więc jakim państwem jest Polska?

Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej stanowi w art. 2, że Polska jest państwem demokratycznym. Art. 53 zapewnia wolność religijną a art. 54 – wolność wyrażania poglądów.

Ponadto art. 13 zakazuje istnienia organizacji odwołujących się w swoich programach do faszyzmu oraz takich których działanie wiąże się z nienawiścią narodowościową (podczas gdy nacjonalizm i ksenofobia są regularne w organizacjach katolickich).

Podobnie – ustawa Kodeks karny z dnia 6 czerwca 1997 – w art. 256 zakazuje propagowania faszystowskiego lub innego totalitarnego ustroju państwa oraz nawoływania do nienawiści z powodu różnic narodowościowych, etnicznych, wyznaniowych i bezwyznaniowości.
Zakazuje więc czegoś co było charakterystyczne dla państw katolickich – np. prześladowania na tle wyznaniowym i etnicznym w Hiszpanii za rządów Franco, Chorwacji za rządów Pavelicia czy Słowacji za rządów Tiso. Podobnie sprzeczny z katolickimi ideałami jest art. 257 – który zakazuje publicznego znieważania ze względu na wyznanie, bezwyznaniowość czy pochodzenie etniczne – podczas gdy jest to rzecz częsta w katolickiej retoryce (np. regularne utożsamianie wszystkich ateistów, bezwyznaniowców, wyznawców prawosławia, ludzi o żydowskim czy białoruskim pochodzeniu – z „komunistami”).

Konstytucja w art. 25 ust. 2 – mówi, że władze publiczne są bezstronne w sprawach religijnych, światopoglądowych i filozoficznych oraz zapewniają swobodę ich wyrażania w życiu publicznym.

Czyli całkowicie przeciwnie do państwa katolickiego; gdzie władze mają reprezentować tylko katolickie idee, a swoboda wyrażania poglądów politycznych, religijnych czy filozoficznych jest potępiana. O neutralności światopoglądowej oraz świeckości państwa mówi również Ustawa o gwarancjach wolności sumienia i wyznania z dnia 17 maja 1989 – w art. 10, ust. 1 – stanowiąc, że Polska jest państwem świeckim, neutralnym w sprawach religii i przekonań. Ustawa w osobnym zapisie gwarantuje także wolność wyznania oraz oddzielenie Kościoła od państwa – art. 9, ust. 2, pkt. 1.

To tylko kilka bardziej ogólnych przykładów – w których widać sprzeczność z ideą państwa katolickiego.

Jednak to widać w teorii prawnej, która nijak ma się do oświadczeń rządku oraz choćby potężnej sumy konkordatu czyli utrzymywania przez państwo kościoła. Stoi to jawnie w sprzeczności z artykułem mówiącym o rozdziale państwa od kościoła.

Trzeba poruszyć w tym miejscu kwestię katolickich manipulacji.

Strona katolicka pozbawiona argumentów merytorycznych, lubi w akcie desperacji sprowadza rzeczywistość do absurdu.

Stąd czasem neguje możliwość istnienia państwa neutralnego w sferze wyznaniowej.
Katolicy mówią że państwo nie może być neutralne, bo np. odrzuca katolicki porządek, a więc nie jest już neutralne względem katolicyzmu.

Taka manipulacja to swoisty krzyk o krzyż np. w teledysku grupy folkowej, który był, a nie ma. Katolicy czują personalny policzek, że nie ma krzyża i to jest dyskryminowaniem katolicyzmu ale już nie czują obrazy, że nie ma symboli pogańskich. Więc dla katolika ważne jest tylko promowanie krzyża, a każdy brak promocji równa się w jego manipulacji dyskryminowaniu.

Za to poganie czy ateiści nie krzyczą, że w teledysku grupy folkowej na festiwal europejski nie ma ich symboli. Jeśli zdejmiesz krzyż z sali klasowej w publicznej placówce kształcenia katolicy obruszą się, posądzą ten akt jako atak na kościół i będą dużo mówić o dyskryminacji katolików.

Jednak jeśli powiesisz obok krzyża symbol islamu to nie będzie to według nich uczciwe lecz będzie to jawne naruszanie tradycji chrześcijańskiej w Polsce.

A czy czasem w placówkach oświatowych świeckiego państwa powinno nie być żadnych symboli religijnych?

Jaki również posłańców doktryny religijnej jakimi są katecheci?

Czemu nie ma buddystów, muzułmanów, rodzimowierców? I nie pozostawia się do wyboru?

Z prostego powodu.

Chrześcijanie nigdy nie pozostawiali wyboru. „nawracając” mogłeś żyć przyjmując chrześcijaństwo bądź nie żyć.

Nie bez powodu chrześcijanie „kradną” dusze niemowlaków gdy te nie są świadome czyli gdy nie mogą wybrać same światopoglądu. Kradnę te dusze i wciskają doktrynę, w której za sprzeciw niej będziesz cierpiał męki w piekle.

To klasyczny gwałt na człowieku. Robienie Tobie czegoś bez Twojej wiedzy 

I dlatego później dla znacznej większości ludzi nie jest możliwym wyleczyć się z tego strachu i tej doktryny i być wolnym aby samemu w pełni świadomie móc zdecydować w co wierzyć.

Rzecz jasna chrześcijaństwo ma ku temu działaniu ważne powody.

Doktryna ta jest z grubsza rzecz ujmując doktryną absurdalną oraz okrutną.

Natmiast instytucja ja firmująca jaką jest kościoł jest organizacją prześladowczą i morderczą.

Do powzięcia tej wiedzy wystarczy jedynie zapoznać się z historią choćby tak fundamentalnych zbrodni jaką było genesis ludów ameryki południowej czyli ich chrystianizowanie, inkwizycja czy krucjaty. Po drodze niezliczona ilość innych zbrodni i sadystycznych uciech.

W związku z tym nikt dorosły, myślący i w miarę rozsądny, a nie zindoktrynowany nie zostałby chrześcijaninem.

Dlatego chrześcijaństwo kradnie dusze gdy nic nie możesz. Zabiera Cię dla siebie jakbyś był do tego przeznaczony. To istna ludzka ofiara, która od tego momentu jeśli się nie odważy ocknąć i odrzucić to okrutne opium jest moralnie zgubiona i potrzebuje kaplana i boga bo tak dużo i mocno grzeszy, że bez nich będzie smażyła się w kotle. Ale nic za darmo. Łaska kapłana wymaga daniny, a łaska boga poświęcenia.

Życie dobiega końca tam, gdzie zaczyna się „Królestwo Boże",a samo chrześcijaństwo staje się metafizyką kata.

Wracając jednak to neutralności Państwa.

Neutralność ta odnosi do tego, że państwo daje ludziom swobodę do wyznawania różnych poglądów i nie zajmuje się ich promocją ani zwalczaniem. W Polsce tak nie jest.
Neutralne państwo nie narzuca żadnej religii czy konkretnych poglądów politycznych. Nie oznacza to jednak, że państwo ma dać sobie narzucić zasady katolicyzmu, negującego wolność wyznania i domagającego się narzucania poglądów – bo to wiązałoby się z odrzuceniem neutralności wobec wszystkich innych ludzi i zanegowaniem ich podstawowych praw.

Ze strony katolickiej padają też czasem takie argumenty, że Polska jest państwem katolickim, ponieważ święta państwowe zaczynają się od mszy a w szkołach i urzędach wiszą krzyże.

Niestety w Polsce są poważne  problemy z realizowaniem prawa w zakresie świeckości państwa, niezależności administracyjnej od kościoła czy karania za katolicką mowę nienawiści.

Najgłupszym chyba argumentem, jaki pojawia się w tym temacie po stronie katolickiej, jest chrzest Polski w 966 roku. Po pierwsze dlatego, że czegoś takiego w ogóle nie było. W katolicyzmie nie ma takiej procedury jak chrzest państwa. Po drugie nie ma dowodów na ten chrzest, a są dowodu mówiące, że Mieszko nie przyjął chrztu. To epitafium na grobie jego syna mówiące, że leży tutaj syn ojca poganina, którym Mieszko był aż do śmierci. To kolejna manipulacja kościoła.

Wiele już razy strona katolicka negowała świecki i neutralny charakter państwa. Będzie próbowała to robić i w przyszłości; dalej manipulując, wypaczając, wprowadzając w błąd.

Nic dziwnego;  państwo katolickie to państwo, na którym zyska tylko kościół katolicki. Trudno byłoby więc przekonać kogoś kto nie wyznaje katolickich poglądów, do tego by świadomie zgodził się na taki porządek. Kościołowi i jego zwolennikom pozostają więc różne pokrętne sposoby działania. Jednym z nich jest właśnie wmawianie ludziom, że państwo już jest katolickie; co ma oswoić ich z tą myślą i zwiększyć ich akceptację na ewentualne faktyczne budowanie takiego państwa.

I to się stało; rząd jasno oświadcza, że tradycją polski jest kościoł. A kościoł nie bez powodu kradnie wasze dusze zagarniając was chrztem, a później utrzymując w tej okropnej chorobie jaką jest chrześcijaństwo prowadząc indoktrynację w placówce publicznej.

I dlatego pozostajemy chorzy jako społeczeństwo.

Doktryna

Doktryna

 Cóż powinno być naszą doktryną? Że nikt nie daje człowiekowi jego właściwości, ani Bóg, ani społeczeństwo, ani rodzice i przodkowie, ani on sam sobie.

Człowiek nie jest następstwem jakiegoś własnego zamierzenia, jakiejś woli, jakiegoś celu, nie jest próbą osiągnięcia ideału człowieka" czy „ideału szczęścia", czy „ideału moralności" ; byłoby absurdem, gdyby chciał przetoczyć swą istotę ku jakiemuś celowi. To my wynaleźliśmy pojęcie „cel": w samej rzeczywistości brak celu.

l jesteśmy konieczni, jesteśmy cząstką fatum, należymy do całości, istniejemy pośród całości; nie ma niczego, co mogłoby sądzić, mierzyć, porównywać, potępiać nasze istnienie, kto by tak bowiem czynił, ten sądziłby, mierzył, porównywał, potępiał całość. Poza całością nie ma niczego!

Pojęcie „Bóg" jest dotychczas największym zarzutem przeciwko istnieniu. Przeczmy Bogu, przeczmy odpowiedzialności w Bogu: dopiero tym wybawiamy świat.


Kapłan chce oswoić człowieka. Oswajanie zwierzęcia zwie się jego „ulepszaniem": w naszych uszach brzmi to nieomal jak żart. Kto wie, co się odbywa w menażeriach, ten wątpi, by bestię tam „ulepszano". Bestia słabnie, staje się mniej szkodliwa, na skutek depresyjnego poczucia strachu, na skutek bólu, na skutek ran, na skutek głodu przeobraża się w chorowitą bestię.

Nie inaczej ma się sprawa z oswojonym człowiekiem, którego „ulepszył" kapłan.

We wczesnym średniowieczu, gdy Kościół rzeczywiście był przede wszystkim menażerią, wszędzie polowano na najpiękniejsze okazy „blond bestii"(Polan, Wikingów,Germanów) ; „ulepszano” ich. A jak potem wyglądał taki „ulepszony", którego udało się zwabić do klasztoru? Jak karykatura człowieka, jak wyrodek: stawał się „grzesznikiem", siedział w klatce, zamknięto go pośród samych straszliwych pojęć.

I tkwił tam, schorzały, zmarniały, okaz złej woli w stosunku do samego siebie; pełen nienawiści wobec instynktów życia, pełen podejrzliwości wobec wszystkiego, co było jeszcze potężne i szczęśliwe.

Jednym słowem, „chrześcijanin". Ujmując rzecz od strony fizjologii: w walce z bestią jedynym środkiem, który pozwala ją osłabić, może być przyprawienie jej o chorobę. Na tym znał się Kościół: psuł człowieka, osłabiał go ; utrzymując jednak, że go „ulepsza"

Teologia, to zepsucie rozumu przez „grzech pierworodny" (przez chrześcijaństwo) to główna bolączka człowieczeństwa. Cóż pomoże wszelka wolnomyślność, nowoczesność, wzniosłość, duchowość gdy w trzewiach pozostało się chrześcijaninem. Pozostało bo skradzionej duszy bez waszej wiedzy.

Chrześcijaństwo zwróciło się ku wszelkiego rodzaju wydziedziczonym, wszędzie miało swych sprzymierzeńców. Chrześcijaństwo zwróciło urazę, instynkt ludzi z gruntu chorych, przeciwko zdrowym, przeciwko zdrowiu.

Wszystko, co udatne, dumne, butne, zwłaszcza piękno, kłuło je w oczy i uszy.
Dziś na każdym kroku dudni echem ta manipulacja, ta indoktrynacja.

To straszliwa idea symboliki krzyża. Wszystko, co cierpi, wszystko, co wisi na krzyżu, jest boskie. Chrześcijaństwo było zwycięstwem, przyniosło zagładę bardziej dostojnemu usposobieniu; chrześcijaństwo było do tej pory największym nieszczęściem ludzkości.

Chrześcijaństwa nie powinno się gloryfikować: wydało ono wojnę na śmierć i życie temu wyższemu typowi człowieka, wszystkie jego fundamentalne instynkty skazało na wygnanie. Chrześcijaństwo wzięło stronę wszystkiego, co słabe, co niskie, co nieudatne, sprzeciw wobec instynktowi samozachowawczemu właściwego życiu.

Zepsuło rozum nawet najpotężniejszych duchowo natur, ucząc odczuwać naczelne wartości duchowe jako grzeszne, jako błędne, jako pokuszenie.
Zwierzę, gatunek, musi być zepsute, jeśli traci ono swe instynkty, jeśli wybiera, jeśli preferuje to, co dlań szkodliwe.

Samo życie przejawia się instynktem wzrostu, instynktem trwania, instynktem mocy: gdzie brak woli mocy, tam następuje schyłek.
Chrześcijaństwo nazywa się religią współcierpienia, a ten kto współcierpi traci siłę.

Nawet człowiek o najskromniejszych aspiracjach do prawości musi dziś wiedzieć, że „etyczny porządek świata" jest kłamstwem.

Wiemy już dziś czym są wszystkie kościelne pojęcia, mianowicie najzłośliwszym, jakie tylko może istnieć, fałszerstwem, które ma na celu odwartościowanie natury.

To właśnie przez odwartościowanie natury jesteśmy dziś tak nieudaczni nie tylko w czynach ale i decyzjach. Nie mamy żadnej odwagi do decydowania.
Wiemy dziś, wie nasze sumienie, co w ogóle są warte, do czego służyły niesamowite wynalazki kapłanów i kościoła, dzięki którym udało się osiągnąć ów stan samopohańbienia ludzkości, stan, którego widok może budzić odrazę.

Pojęcia, takie jak „zaświaty", „Sąd Ostateczny",„nieśmiertelność duszy", sama „dusza"; są to narzędzia tortury, są to systemy okrucieństwa, dzięki którym kapłan stał się panem, pozostał panem.

Każdy to wie: a mimo to wszystko pozostaje po staremu. I zostanie bo nie zrobicie niczego gdyż jesteście chorzy, tak jak chora jest cywilizacja chrześcijańska.

Nikt nie może swobodnie postanowić, że zostanie chrześcijaninem; nie można się „nawrócić" na chrześcijaństwo, trzeba być na to dostatecznie chorym.

Ci którzy mają odwagę, by cieszyć się zdrowiem, a także odwagę by gardzić, śmiemy gardzić religią, która uczyła fałszywie rozumieć ciało i rozum. Która nie chce się wyzbyć zabobonnej wiary , która niedostateczne odżywianie się ma za „zasługę", która zwalcza zdrowie jak swego rodzaju wroga, diabła, pokusę, która wmówiła sobie, że w ścierwie ciała można nosić „doskonałą duszę", i musiała sobie w tym celu sporządzić nowe pojęcie „doskonałości", bladą, chorowitą, idiotycznie marzycielską istotę, tak zwaną „świętość".

Świętość, która sama jest tylko szeregiem przejawów zabiedzonego, wyczerpanego nerwowo, nieuleczalnie zepsutego ciała i umysłu.

Mówią, że chrześcijaństwo dało światu wiarę. Nie oponują przeciw temu, ale czym jest wiara? Wiara zawsze jest ślepa. Człowiek, który wie, nie potrzebuje wiary.
Biblia mówi, że nie powinno się niczego zmieniać, ani nawet próbować zmienić, ponieważ Bóg uczynił wszystko doskonałym.

Jest to ostateczna wypowiedź przeciw rewolucji, zmianie, ewolucji, polepszaniu losu biedoty i chorych. To fundamentalne motto chrześcijaństwa: "niczego nie zmieniać", oznacza śmierć dla ludzkości, śmierć dla tej pięknej planety.

Chrześcijaństwo jest najbardziej przestarzałą religią. Wszystkie jego założenia są absurdalne.

Człowiek musi się pozbyć wszystkich religii, w tym chrześcijaństwa, w przeciwnym, bowiem wypadku nigdy nie będzie zdrowy, nie stanie się jednością, nigdy nie pozna radości i błogosławieństw życia. Nigdy nie pozna prawdy. Jeśli religie nadal będą istnieć, całą ludzkość wpędzą w szaleństwo.

Nadszedł czas, aby pozbyć się chrześcijaństwa i wszystkich tak zwanych religii, będących różnymi odmianami tej samej głupoty.
Wiara nie jest cnotą, nie stanowi wielkiego wkładu do ewolucji człowieka.

Wiara jest największą przeszkodą, stojącą na drodze człowieka poszukującego prawdy. Zanim wyruszysz na jej poszukiwanie, już wręcza ci się brudną wiarę z drugiej ręki i mówi ci się, że to wystarczy.


Religie uczą wiary, ponieważ nie są w stanie pomóc ci w znalezieniu prawdy. Same nie wiedzą, czym jest prawda.

Wiara to największa przeszkoda dla poszukujących prawdy.

Innym niebezpieczeństwem religii jest nadzieja. Kto potrzebuje nadziei? Bogaty człowiek się nie martwi; to biedni, chorzy, umierający, głodni, żebracy, to oni potrzebują nadziei na przyszłe życie, gdzie zostaną natychmiast nagrodzeni. Nie będą już biedni, nie będą żebrakami. Nie będą produkować dziesiątków dzieci i tworzyć większego ubóstwa w świecie, zostaną nagrodzeni w niebie.

Wydaje się, że bóg pragnie, aby ten świat zamienił się w slumsy; wtedy będzie bardziej szczęśliwy. Każdy będzie miał wiarę, wszyscy będą posłuszni, wszyscy będą chodzić do kościoła i bóg będzie bezgranicznie szczęśliwy.
Ale jeśli ludzie zaufają sobie, kto będzie się przejmował bogiem? Będziecie się coraz bardziej zbliżać do swojej własnej boskości. Swoją własną świątynię odnajdziesz wewnątrz siebie. Zewnętrzny bóg stanie się fikcją.

Nadzieja jest zawsze czymś na przyszłość, a rzeczywistość jest zawsze teraz. Nadzieja pozbawia was teraźniejszości, a teraźniejszość jest jedyną chwilą, w której możesz badać swoją rzeczywistość, swoje piękno, swoją prawdę, swoją boskość. Nadzieja to bardzo chytra strategia.

Nadzieja nie przyczynia się do postępu ludzkości. Zapobiega postępowi. Sprawia, że ludzie zaczynają wierzyć w sny. Nie tworzą rzeczywistości, nie przekształcają jej, nie zmieniają struktury społecznej, nie zmieniają instytucji, które tworzą wyłącznie cierpienie i nic innego. Zapobiega temu nadzieja!
Nie znam nawet jednej rzeczy, którą zrobiły religie, a która byłaby dobra dla ludzkości.

Żadna religia nie może istnieć bez tworzenia w ludziach strachu;  strachu przed piekłem, karą, wiecznym ogniem. Żadna religia nie zgromadzi ludzkich mas, by móc je eksploatować, jeśli wcześniej nie wzbudzi w nich poczucia winy i strachu.

Osoba, która czuje winę, musi sobie jakoś znaleźć zbawiciela. Popełniło się grzech, a wszystkie religie tworzą tyle grzechów, ile jest tylko możliwe.

W istocie grzech jest wszystkim, co daje wam szczęście.

Wina jest, więc absolutnie konieczna, ale jak ją stworzyć? Po pierwsze trzeba pokazać ludziom, że wszystkie te rzeczy są grzechem.

Jeśli zrobi się którąś z nich, pojawia się wina i będziesz bardzo cierpiał, przez całą wieczność w ogniu piekielnym. Wina tworzy, więc strach: "Mój Boże, kocham kobietę!"

A wszystkie religie mówią, że kobieta to brama do piekła.

Bóg stworzył świat i w każdym kościele słyszysz, że stworzył Adama i Ewę po tym, jak stworzył wszystko inne. To kłamstwo.

Na początku stworzył Adama i Lilith, ale tego nie mówi się ludziom. Istnieją pewne powody, dla których tak właśnie jest. Bóg stworzył Adama i Lilith z tego samego błota. To mit, ale niesie z sobą ogromne znaczenie. Wskazuje to na całkowitą głupotę Boga: stworzył malutkie łóżko, tylko jedno, z męską, szowinistyczną ideą, mówiącą, że Adam będzie spał na nim, a Lilith na podłodze. Kobieta nie mogła być równa mężczyźnie.

Począwszy od tej chwili całe chrześcijaństwo występuje przeciw równości. Jeżeli sprzeciwił się jej Bóg, wówczas równość, równe możliwości dla wszystkich, nie mogą zostać zaakceptowane. Dlatego chrześcijaństwo jest przeciw komunizmowi, przeciw anarchizmowi.

A ja mówię, że Bóg był skończonym głupcem, ponieważ kiedy tworzył ludzką parę, powinien był przynajmniej zrobić podwójne łóżko. Już pierwszej nocy doszło do walki, która trwa po dziś dzień. Lilith chciała spać na łóżku i Adam też chciał spać na łóżku, ale ono nie pomieściło obojga. Adam zrzucił, więc Lilith z łóżka, potem Lilith skoczyła na Adama i on z kolei wylądował na podłodze, tylko, dlatego, że głupi Bóg nie pomyślał wcześniej, że potrzebne było podwójne łóżko!

Na drugi dzień Adam nie zadał Bogu właściwego pytania:, „Dlaczego nie dałeś nam większego łóżka?", Które wydawałoby się czymś logicznym, ale powiedział: "Nie mogę dłużej tolerować tej kobiety, która chce mi być równa". I Bóg zabił Lilith, swoją własną córkę. Bóg również był męskim szowinistą. Faworyzował Adama, chociaż nie było to sprawiedliwe wobec Lilith, a ta niesprawiedliwość posunęła się nawet do zbrodni.

Zamordował własną córkę, ponieważ domagała się równości.

Tak, więc Bóg uśpił Adama i wyjął mu kość z żebra;  pierwsza operacja chirurgiczna - i z tej kości stworzył Ewę.

Nigdy już nie będzie mogła oświadczyć, że jest równa mężczyźnie; przecież jest tylko jego kością żebrową. Będzie służyć mężczyźnie, będzie mu oddana, będzie go czcić.

Wieki powtarzania słów, że na początku Bóg stworzył Adama i Ewę sprawiły przynajmniej to, że kłamstwo wydaje się być prawdą.

W Chinach wierzy się, że kobieta nie ma duszy. Jest tak jakby była meblem; od tysięcy lat w Chinach jest tak, że jeśli mąż zabije żonę, nie uważa się go za zbrodniarza. Żona jest jego własnością. Możesz zniszczyć krzesło, możesz zniszczyć wszystko, co posiadasz i nie będzie to zbrodnią. Ponieważ kobieta nie ma duszy - nikt nie został zamordowany.
Również w Tajlandii wierzy się w to, że kobieta nie ma duszy. Chrześcijanie przez stulecia zabili miliony kobiet, tylko z tego powodu, że ich tradycja była o wiele starsza, niż samo chrześcijaństwo. Nazywano je czarownicami. Chrześcijaństwo sprawiło, że słowo "czarownica" odbiera się, jako coś szpetnego, szkaradnego. "Czarownica" oznacza mądrą kobietę, a nie kobietę, która ma stosunek z diabłem.

To już jest chrześcijański wymysł. Nie mogli tolerować mądrych kobiet, bo jak można by wtedy nazwać księdza, biskupa, kardynała czy papieża? Czyż kobieta może być mądra? - nie, nigdy!

Tylko mężczyzna może być mądry. A ponieważ te kobiety były z pewnością mądrzejsze od mężczyzn - miały za sobą długie dziedzictwo - jedynym sposobem zniszczenia ich było znalezienie wytłumaczenia.

Kobieta nie może pójść do nieba z ciałem kobiety. Po pierwsze musi być cnotliwa, nieskalana, całkowicie oddana mężowi; wówczas w następnym życiu będzie się mogła odrodzić, jako mężczyzna - z tej właśnie cnotliwości bycia niewolnicą.

Niewolnictwo jest cnotą! Posłuszeństwo jest cnotą!
I to nazywacie cywilizacją?

"Rzekł im Szymon Piotr: "Niech Mariham odejdzie od nas. Kobiety nie są godne życia". Rzekł Jezus: "Oto poprowadzę ją, aby uczynić ją mężczyzną, aby stała się sama duchem żywym, podobnym do was, mężczyzn. Każda kobieta, która uczyni siebie mężczyzną, wejdzie do królestwa niebios".

Ewangelia św Tomasza (usunięta z nowego testamentu)

Dlatego chrześcijaństwo jest metafizyką kata.

Wielu mówi, że chrześcijaństwo stworzyło cywilizację. Całkowity nonsens i absurd!

"Rigweda" została napisana 9000 lat temu.

A Bóg stworzył świat zaledwie 6000 lat temu. Oczy chrześcijan są ślepe.

Nie mogą się przyjrzeć egzystencji, ponieważ uniemożliwiają im to pisma. Pisma nie pozwalają im przyjrzeć się rzeczywistości.

Gdzie był twój Bóg i twoi chrześcijanie, kiedy tworzono "Rigwedę"? Kiedy pisano Upaniszady, w Europie panowało barbarzyństwo. Będziecie zdziwieni dowiadując się, że arytmetyka powstała w Indii, proch armatni i karabiny maszynowe zostały wymyślone przez Chińczyków przed narodzeniem Chrystusa. Alfabet narodził się w Indii, tak samo astronomia.

Imperium Rzymskie było godnym największego podziwu dziełem sztuki ale było ledwie początkiem. Jego budowa była obliczona na tysiąclecia. Organizacja ta była dostatecznie mocna, by wytrzymać marnych cesarzy: przypadkowość osób lecz nie była dostatecznie mocna, by oprzeć się najbardziej zepsutemu rodzajowi zepsucia, by oprzeć się chrześcijanom. Za sprawą skrytego robactwa, które pośród nocy, mgły i dwuznaczności wkradało się we wszystkie jednostki i z każdej wysysało powagę wobec rzeczy prawdziwych, w ogóle instynkt realności, za sprawą tchórzliwej, niewieściej i słodkiej bandy ta ogromna budowa stawała się coraz bardziej obca duszom.
Krętactwo bigotów, potajemność konwentykli, posępne pojęcia, takie jak piekło, jak ofiarowanie niewinnego, przede wszystkim zaś powolnie rozniecany ogień zemsty, zemsty czandalów ; to zapanowało nad Rzymem, ten sam rodzaj religii, którego pierwotnej formie wydawał walkę już Epikur. Epikur zwalczał nie pogaństwo, lecz „chrześcijaństwo", to znaczy zepsucie dusz przez pojęcie grzechu, przez pojęcie kary i przez pojęcie nieśmiertelności. Zwalczał on podziemne kulty, całe ukryte
chrześcijaństwo. I Epikur byłby zwyciężył, każdy zacny duch w Cesarstwie Rzymskim był epikurejczykiem: wtedy pojawił się Paweł. Paweł, ten żyd. Odgadł on, w jaki sposób z pomocą niewielkiego sekciarskiego ruchu chrześcijan na poboczach judaizmu można rozniecić „pożar świata”, w jaki sposób z pomocą symbolu „Boga na krzyżu" można skupić w ogromną moc wszystko, co nizinne, co potajemnie buntownicze, całe dziedzictwo anarchistycznych intryg w Cesarstwie.
Cała praca antycznego świata na darmo: brak mi słów, by wyrazić swe uczucie wobec czegoś tak potwornego. Cóż po Grekach? Cóż po Rzymianach? Wszystkie przesłanki uczonej kultury, wszystkie metody naukowe już istniały, ustaliła się już wielka, niezrównana sztuka dobrego czytania, ta przesłanka przekazu kultury, jedności nauki; na najlepszej drodze było przyrodoznawstwo, powiązane z matematyką i mechaniką. To wszystko już istniało. Już przed ponad dwoma tysiącleciami. A także dobry, subtelny takt i smak. Przy czym nie jako tresura mózgu! Nie jako kultura o chamskich manierach! Lecz jako ciało, jako gest, jako instynkt. Jednym słowem, jako rzeczywistość.
I wszystko to na marne.

Przez noc stało się to jedynie wspomnieniem.

Grecy! Rzymianie! Dostojność instynktu, smak, metodyczność badań, geniusz organizacyjny i administracyjny, wiara, wola ludzkiej przyszłości; i wszystko zasypane przez noc nie w wyniku jakiegoś zdarzenia naturalnego. Nierozdeptane przez Germanów czy innych ciężkostopych. Lecz zhańbione przez podstępnego, potajemnego, niewidzialnego, anemicznego wampira. Niepokonane; wyssane. Skryta żądza zemsty, małostkowa zawiść stała się panem! Wszystko, co mizerne, co samo w sobie cierpiące, co nawiedzane przez liche uczucia, cały do getta podobny świat dusz za jednym razem wzięły górę. I sprawił to Jezus terrorysta.

Chrześcijaństwo pozbawiło nas plonu kultury antycznej, a w późniejszym czasie także plonu kultury islamskiej. Cudowny świat kultury hiszpańskich Maurów, pokrewny nam u swych podstaw, przemawiający do zmysłów i smaku został zdeptany. Krzyżowcy zwalczali później coś, przed czym leżeć w prochu bardziej by im przystało - kulturę, wobec której nawet dziewiętnasty wiek zapewne wydałby się sobie nader ubogim, nader „późnym".
Oczywiście, chcieli łupić. Wschód był bogaty.

Według chrześcijan grzech pierworodny został popełniony przez Adama i Ewę. Według mnie grzech pierworodny popełnił chrześcijański bóg.

Kiedy stworzył Ewę z żebra Adama, powiedział im: "W ogrodzie Eden nie wolno wam jeść owoców z dwóch drzew". Jedno z nich było drzewem wiedzy, drugie drzewem życia wiecznego. Który to ojciec zabrania swoim własnym dzieciom być mądrymi i inteligentnymi, przeszkadzając im w osiągnięciu wieczności i wyrwaniu się z kręgu narodzin i śmierci? Cóż za Bóg tak czyni?
Nawet chrześcijański Bóg nie jest cywilizowany. Nie zasługuje na to, by nazywać go ojcem.

Żaden ojciec nie będzie deprawował swoich dzieci. Każdy, nawet najbiedniejszy ojciec, stara się, żeby jego dzieci uczyły się, były bardziej inteligentne, mądrzejsze. I każdy ojciec próbuje modlić się o dłuższe życie dla swoich dzieci.

Tak, więc Bóg jest idiotą, nie zna nawet małej cząstki psychologii. Jest męskim szowinistą. Zabił swoją własną córkę, jest, więc mordercą. Wypędził Adama i Ewę z ogrodu w obawie, że mogliby zjeść owoce życie wiecznego.
Mówią, że kościół chrześcijański występuje w obronie prawdy, uczciwości i lojalności.

Po pierwsze należy zapytać, czy kościół chrześcijański zna prawdę?

Wierzy w fikcyjnego Boga, wierzy w fikcyjnego diabła, wierzy w niebo i piekło, a nie ma żadnego dowodu na ich istnienie. Jakiej więc prawdy strzeże?

Kościół w istocie nie zna sposobu osiągnięcia prawdy. Modlitwa nie jest sposobem, ponieważ modlitwa opiera się na wierze w boga.

Już zaakceptowałeś jakieś wierzenie. Wierzenie nie jest prawdą. W prawdę nie musisz wierzyć.

Chrześcijanin czyli kat

Chrześcijanin czyli kat

Chrześcijanie zabili więcej ludzi w świecie, niż jakakolwiek inna religia.

Na drugim miejscu są muzułmanie, ale to chrześcijanie tu przodują i to z dobrze znanych powodów.

Zabijali ludzi, aby zmusić ich do stania się chrześcijanami.

Oczywiście, jeśli staje się przed wyborem pomiędzy śmiercią, a chrześcijaństwem, to każda krucha ludzka istota wybierze raczej chrześcijaństwo, aniżeli śmierć. Pojawił się wiec strach: "Zostanę zabity. Jedyną alternatywą jest zostanie chrześcijaninem".

Nie tylko chrześcijanie tak mówią... Nawet Jezus powiedział: "Każdy, kto idzie do Raju Boga, idzie tam poprzez mnie, nie ma innej drogi. Ja jestem drogą. Sprowadź ludzi na tę drogę, nawet, jeśli miałbyś ich do tego zmusić".

Przyświecały mu dobre intencje.Trzeba to rozumieć.

Bardzo trafne jest stare przysłowie, które mówi: "Droga do piekła jest wybrukowana dobrymi nadziejami". Krucjaty chrześcijan przeciw poganom prowadzono z dobrymi intencjami.

Chcieli, aby wszyscy poszli do raju. A ponieważ się opierali, musieli zostać zabici. Będą stanowić przykład dla innych pogan:, „Jeśli nie chcesz zostać zabity, zostań chrześcijaninem!"

Kościół chrześcijański nazywa siebie kościołem wojującym. Wojsko i kościół?

Z pewnością chrześcijanie zabili więcej ludzi, niż jakakolwiek inna religia.

To jest kościół wojujący. Utrzymywał wielkie armie, które wysyłał do nawracania pogan.

Poganie byli wspaniałymi ludźmi, o wiele wspanialszymi od jakiegokolwiek chrześcijanina. Byli czcicielami natury. Kochali drzewa, rzeki, góry, gwiazdy, słońce, księżyc... to był ich świat. Nie było w nim Boga, nieba ani piekła. Samo życie było rajem. 

 Ale chrześcijanie zabijali lub nawracali ich, traktowali ich jak podludzi, zabijali ich jak zwierzęta, tak jakby nie zaliczali się do ludzkiej rasy.

Chrześcijanie mówią, że śmierć jest karą za grzechy. Dziwię się, że nawet inteligentni ludzie mówią takie nonsensy.

To, dlaczego święci umierają? Jeśli ludzie umierają wskutek grzechów, to, dlaczego papieże umierają? Dlaczego umarł Jezus?
Albo wszyscy popełniali grzechy, albo też cała ta idea jest absolutnie fałszywa. Śmierć jest zjawiskiem naturalnym, nie ma nic wspólnego z grzechem.

W istocie wszystko, co jest przyjemne, zostało zniszczone przez chrześcijaństwo, które mówi, że nie możesz cieszyć się życiem, kiedy inni cierpią. Cóż to oznacza? Jeżeli inni ludzie mają raka, to czy ty również powinieneś go mieć?

Chrześcijanie sprawili, że cały świat jest pełen smutku.

Kościoły to najsmutniejsze miejsca; nawet cmentarze są bardziej radosne, z kwiatami i pięknymi drzewami. A gdy wchodzisz do kościoła, czujesz się, jakbyś wchodził do piekła; brakuje tylko ognia. To najsmutniejsze świątynie na planecie.


Nauki chrześcijańskie są całkowicie nieludzkie!

Ludzie cierpią, ponieważ Bóg chce, aby cierpieli. Nie śmiej się, ani nie uśmiechaj, nie ciesz się niczym. Dlaczego właściwie nie miałoby się popełnić samobójstwa? Po co żyjecie? Tylko po to, by patrzyć na cierpienie swoje i innych?

Chrześcijaństwo nie pozostawia innej alternatywy, jak tylko samobójstwo. To nie przypadek, że filozofowie zachodu doszli do egzystencjalizmu, który poucza, że jedynym wyjściem jest samobójstwo.

Chrześcijaństwo głęboko wewnątrz uczyniło ten świat tak smutnym, że wydaje się, iż prawie nie ma potrzeby, by wstać jutro rano. Po co? By przedłużać cierpienie?

Powód tego wszystkiego jest oczywisty. Tylko ludzie nieszczęśliwi będą szukać rady księży i papieży. Tylko ludzie nieszczęśliwi mogą zostać zniewoleni.

Tylko im można powiedzieć: "Jesteście owcami, a my - pasterzami". Tylko nieszczęśliwi ludzie potrzebują zbawienia.

Osoba szczęśliwa nie potrzebuje żadnego zbawienia.

Ja nie potrzebuję żadnego zbawienia! Rozwiązałem wszystkie swoje problemy. Odnalazłem siebie. Znalazłem drzwi do boskości. Nie potrzebuję żadnego pasterza i nie chcę, żeby mnie nazywano owcą.
Z przyjemnością dałbym klapsa jezusowi chrystusowi.
Chrześcijaństwo zmieniło lwy w owce.

Ktoś, kto mówi: "Wierzę w Boga", nie rozumie ani jednego słowa z tego, co mówi. To, że się w coś wierzy oznacza brak wiedzy. Jest to całkowita ignorancja.

Ludzie wmusili w siebie tę ideę, a ty trzymasz się jej, tak jakbyś znał Boga. Człowiek, który wierzy w Boga, nie powinien być z tego dumny, ale powinien się wstydzić.

Wiara ukrywa twoją niewiedzę.

Wiedza jest czymś całkiem innym.
Jednak chrześcijaństwo i wszystkie inne religie stale wprowadzają chaos do umysłów ludzi. Nie widzą różnicy pomiędzy wiarą, a wiedzą.

Ślepiec może wierzyć w światło, ale to mu nie pomoże. Aby ujrzeć światło potrzeba oczu, a wtedy nie ma już potrzeby, by wierzyć.

Jeśli coś wiesz, czy potrzebujesz w to coś wierzyć?

Czy wierzysz w światło, w księżyc, w gwiazdy? Po prostu wiesz, nie jest to kwestia wiary. Wiara polega tylko na poparciu fikcji i kłamstw, nie po to, by wspomagać prawdę. Każdy system wierzeń stanowi przeszkodę na drodze rozwoju duchowego

Niemal dwa tysiąclecia i ani jednego nowego Boga. Zamiast tego wciąż jeszcze, jak coś uprawnionego w człowieku, ten godny pożałowania bóg chrześcijańskiego monotonoteizmu, ten hybrydyczny twór upadku, twór z zera i sprzeczności.

W chrześcijaństwie na czoło wysuwają się Co instynkty podległych i uciemiężonych: swego zbawienia szukają w nim najniższe stany społeczne.
Jako zajęcie, jako środek na nudę uprawia się tu kazuistykę grzechu, samokrytykę, inkwizycję sumienia; stale podtrzymuje się poprzez modlitwę uczucie wobec mocarnego, nazywanego „bogiem"; rzeczy najwyższe uważa się tu za nieosiągalne, za dar, za „łaskę".

Gardzi się tu ciałem, higienę odrzuca, jako zmysłowość; Kościół broni się nawet przed czystością (po wypędzeniu Maurów pierwszym krokiem chrześcijan było zamknięcie łaźni publicznych, których
sama Kordoba liczyła 270).

Chrześcijański charakter ma pewien zmysł okrucieństwa, wobec siebie i wobec innych; nienawiść do inaczej myślących; wola prześladowania.

Na pierwszym planie znajdują się posępne i pobudzające wyobrażenia; najbardziej pożądane stany, które określa się najwyższymi nazwami. Wymyśla się znaczenia. Czymś chrześcijańskim jest nienawiść do ducha, do dumy, odwagi, wolności, do wolności ducha; czymś chrześcijańskim jest nienawiść do zmysłów, do radości ze zmysłów, do radości w ogóle.

Nawet człowiek o najskromniejszych aspiracjach do prawości musi dziś wiedzieć, że teolog, kapłan, papież każdym swym zdaniem nie tylko błądzą, ale i kłamią; że nie wolno im już kłamać z „niewinności", z „niewiedzy".

Również kapłan, tak jak każdy inny, wie, że nie ma już „boga", „grzesznika", „odkupiciela", że „wolna wola", „etyczny porządek świata" są kłamstwem.

Wiemy już dziś, czym są wszystkie kościelne pojęcia, mianowicie najzłośliwszym, jakie tylko może istnieć, fałszerstwem, które ma na celu odwartościowane natury.

Kapłan jest mianowicie najniebezpieczniejszym pasożytem.

Wszystko, co trwa od tysięcy lat to fałsz.

Sfałszowane pojęcie boga, sfałszowane pojęcie moralności: żydowscy kapłani nie poprzestali na tym.

Żydowscy kapłani dokonali owego cudownego dzieła fałszerstwa, którego dokumentem jest znaczna część Biblii: bezprzykładnie urągając wszelkim przekazom, wszelkiej rzeczywistości historycznej, przeszłość swego własnego ludu przełożyli na język religijny, to znaczy uczynili z niej głupi mechanizm zbawienia, oparty na winie względem jahwe i na karze, na pobożności względem jahwe i na nagrodzie.

Ten najhaniebniejszy akt zafałszowania historii odczulibyśmy znacznie boleśniej, gdyby kościelna interpretacja dziejów przez tysiąclecia nieomal nie stępiła w nas zmysłu prawości.

Kościołowi wtórowali filozofowie: kłamstwo „etycznego porządku świata" ciągnie się przez cały okres rozwoju nawet nowszej filozofii. A „etyczny porządek świata" znaczy tylko tyle, że istnieje, ustalona raz na zawsze, wola boża, która wyznacza, co człowiek ma czynić, a czego zaniechać; że wartość ludu, wartość jednostki tym się mierzy, w jak dużym czy w jak małym stopniu są oni posłuszni woli bożej. Że w losach ludu, w losach jednostki wola boża okazuje się wolą panującą, to znaczy wolą karzącą i nagradzającą, zależnie od stopnia posłuszeństwa..

Wszystko w celu pasożytniczego rodzaju człowieka; kapłana, który rozwija się kosztem wszelkich zdrowych tworów życia, nadużywa imienia boga: „królestwem bożym" nazywa taki stan rzeczy, w którym to właśnie kapłan określa wartość rzeczy; „wolą bożą" nazywa środki, dzięki którym można taki stan osiągnąć czy utrzymać; z zimnym cynizmem ocenia ludy, epoki,
jednostki wedle tego, czy przynosiły pożytek dominacji kapłanów, czy też się jej przeciwstawiały.

Wystarczy ich widzieć przy robocie: w rękach żydowskich kapłanów wielka epoka w dziejach Izraela stała się epoką upadku; wygnanie, długotrwałe nieszczęście przeobraziło się w karę wieczną za okres wielkości. Okres, w którym kapłan był jeszcze niczym. Z potężnych, wolnych postaci w dziejach Izraela czynili, zależnie od potrzeb, nędznych świętoszków i bigotów bądź „bezbożników", upraszczali psychologię każdego wielkiego wydarzenia, sprowadzając ją do idiotycznej formuły „posłuszeństwo bądź nieposłuszeństwo względem boga".

Idąc dalej: „wola boża", to znaczy warunki utrzymania władzy przez kapłana, musi być znana; do tego potrzebne jest „objawienie".

Mówiąc prostym językiem: niezbędne jest wielkie fałszerstwo literackie, odkrywa się „Pismo święte" i podaje do publicznej wiadomości z hieratyczną pompą, z dniami pokutnymi i z lamentami nad długotrwałym „grzechem".
„Wola Boża" była od dawien dawna ustalona: całe nieszczęście bierze się stąd, że oddalono się od „pisma świętego". Już Mojżeszowi objawiła się „wola boża". Co się zdarzyło?

Kapłan, z całą surowością, z całą pedanterią, aż po małe i duże podatki, które należy mu płacić. Nie zapominając o najsmakowitszych kawałkach mięsiwa: bo kapłan jest pożeraczem befsztyków, raz na zawsze sformułował, co chce mieć, „co jest wolą bożą".

Odtąd wszystkie sprawy życia są tak urządzone, że kapłan jest wszędzie niezbędny; przy wszystkich naturalnych wydarzeniach życiowych, przy narodzinach, ślubie, chorobie, śmierci, nie mówiąc o ofierze („posiłku").

Pojawia się świątobliwy pasożyt, by życie człowieka pozbawić naturalności; ale w jego języku nazywa się to „uświęceniem".

Trzeba, bowiem pojąć, że każdy naturalny obyczaj, każda naturalna instytucja (państwo, sądownictwo, małżeństwo, opieka nad chorymi i ubogimi), wszystkie przez instynkt życia wysuwane żądania, krótko mówiąc, wszystko, co samo w sobie jest wartością zostaje przez pasożytnictwo kapłana (czyli „etycznego porządku świata") uczynione czymś z gruntu bezwartościowym, sprzecznym z wartością: wymaga dopiero usankcjonowania.

Niezbędna jest użyczająca wartości moc, która neguje w nich naturę. Moc, która właśnie dopiero tym sposobem stwarza wartość.

Kapłan pozbawia naturę wartości, świętości; kapłan może się w ogóle ostać tylko za tę cenę.

Nieposłuszeństwo względem boga, to znaczy względem kapłana, względem „prawa", otrzymuje teraz miano „grzechu".

Środki, dzięki którym można się ponownie „pojednać z bogiem", są, rzecz jasna, środkami, które jeszcze gruntowniej gwarantują podporządkowanie kapłanowi.

Jedynie kapłan „odkupuje". Naturalnym jest, zatem, że w każdej zorganizowanej przez kapłanów społeczności niezbędne stają się „grzechy"; są one właściwymi instrumentami władzy, kapłan żyje z grzechów, potrzebuje, by „grzeszono". Naczelna zasada: „bóg przebacza temu, kto czyni pokutę w języku rozumiejącego:, kto podporządkowuje się kapłanowi.

Na tym oto fałszywym gruncie, na którym wszelka natura, wszelka wartość naturalna, wszelka realność miały przeciwko sobie najgłębsze instynkty klasy panującej, wyrosło chrześcijaństwo, forma śmiertelnej wrogości wobec rzeczywistości, forma, której nic dotychczas nie prześcignęło.

Poza nimi pojawia sie też  jezus, który występuje  przeciwko hierarchii społeczeństwa, a nie przeciw jego zepsuciu, lecz przeciw kaście, przywilejom, porządkowi, formule. Przyniósł on niewiarę  w „ludzi wyższych", był vetem powiedzianym przeciw wszystkiemu, co było wówczas porządkiem prawnym. Ten święty anarchista, który wezwał pospólstwo, odepchniętych i „grzeszników", do sprzeciwu wobec panującego porządku - językiem, który, jeśli ufać Ewangeliom, i dziś jeszcze prowadziłby na Sybir, był zbrodniarzem politycznym, był terrorystą I to doprowadziło go do wymierzenia kary. To doprowadziło go na krzyż. Dowodem napis na krzyżu. Umarł za swą winę; brak jakichkolwiek podstaw do twierdzenia, które często głoszono, że umarł za winę innych.

Gdybyśmy mogli go teraz obserwować w szpitalu, aby ocenić stan psychiczny, nie potrzebowalibyśmy nawet doktora, aby stwierdzić, że Jezus był osobowością pełną wzniosłości, chorowitości i dziecięcości.
Pojawia się też absurdalne pytanie Jak Bóg mógł do tego dopuścić". Zaburzony rozum niewielkiej wspólnoty znalazł wręcz przeraźliwie absurdalną odpowiedź: Bóg oddał swego Syna dla odpuszczenia grzechów, jako ofiarę. Za jednym razem skończono z ewangelią. Ofiara za winy, ofiara
w swej najwstrętniejszej, najbardziej barbarzyńskiej formie, ofiara z niewinnego za grzechy winowajców.

Przecież to jakieś straszliwe pogaństwo!

Za „radosną nowiną" krok w krok szła najgorsza nowina. Nowina Pawła.

Paweł jest ucieleśnieniem typu, który stanowi przeciwieństwo „posłańca dobrej nowiny", ucieleśnienie geniuszu nienawiści, wizji nienawiści, nieubłaganej logiki nienawiści. Czegóż ten dysangelista wszystkiego nie złożył nienawiści w ofierze.

Przede wszystkim odkupiciela: przybił go do swojego krzyża. życie, przykład, nauka, śmierć, sens i prawo całej ewangelii; niczego już nie było, gdy ten nienawistny fałszerz pojął, co może tylko jemu być potrzebne.

I stał się mistrzem manipulacji, w której wciąż miliony umysłów dnia dzisiejszego broczą.
Kobieta jeszcze dziś klęczy na kolanach przed błędem, ponieważ powiedziano jej, że ktoś umarł zań na krzyżu. Czy krzyż jest jakimś argumentem"


Paweł mógł posługiwać się tylko pojęciami, doktrynami, symbolami, którymi tyranizuje się masy i tworzy stado.
Co w późniejszym czasie Mahomet zapożyczył od chrześcijaństwa? Jedynie wynalazek Pawła, jego instrument kapłańskiej tyranii, tworzenia stada, wiarę w nieśmiertelność; to znaczy naukę o „sądzie ostatecznym".

Jeśli się umieszcza punkt ciężkości życia nie gdzieś w życiu, lecz w „zaświatach"; w nicości - to zabiera się życiu w ogóle punkt ciężkości.

Wielkie kłamstwo o nieśmiertelności osobowej niszczy wszelki rozum, wszelką naturę w instynkcie. Wszystko, co w sferze instynktów ma dobroczynne działanie, co wspiera życie, co stanowi porękę przyszłości, budzi odtąd nieufność.

Żyć tak, by życie nie miało już żadnego sensu ; to staje się teraz „sensem" życia.

To dzięki pożałowania godnemu schlebianiu, osobistej próżności człowieka zawdzięcza chrześcijaństwo swój triumf przyciągając do siebie wszystkich nieudatnych, sfrustrowanych, pokrzywdzonych, wszystkie wyrzutki i odpadki ludzkości.

Chrześcijaństwo, gdy opuściło swój pierwotny grunt, najniższe stany społeczne, podziemie antycznego świata, gdy sięgnęło po władzę nad ludami barbarzyńskimi, za przesłankę nie miało już ludzi zmęczonych, lecz ludzi wewnętrznie zdziczałych i rozdartych.

Człowieka potężnego, ale nieudatnego. Niezadowolenie z samego siebie, cierpienie z powodu samego siebie nie jest tu, jak u buddysty, nadmierną wrażliwością na bodźce i podatnością na ból, lecz, odwrotnie, przemożnym pragnieniem zadawania bólu, wyładowania napięcia wewnętrznego we wrogich działaniach i wyobrażeniach.

Chrześcijaństwo potrzebowało barbarzyńskich pojęć i wartości, aby zapanować nad barbarzyńcami; czymś takim są ofiara z pierworodnego, picie krwi, jako element komunii św., pogarda dla ducha i kultury; tortura we wszystkich formach, zmysłowa i pozazmysłowa.

Niebywały przepych form kultu. Buddyzm jest religią dla ludzi późnych, dla dobrych, łagodnych ras, które stały się nadmiernie duchowe, które zbyt łatwo doznają bólu.

Europa jeszcze wówczas, a prawdopodobnie wciąż do niego nie dojrzała. Buddyzm na powrót prowadzi je do pokoju i pogody, do diety w dziedzinie duchowej, do pewnego zahartowania w sferze cielesności.

Chrześcijaństwo chce zapanować nad zwierzętami drapieżnymi; jego środkiem jest rozsiewanie wśród nich choroby,osłabianie stanowi chrześcijański sposób oswajania, „cywilizowania".

Z każdą ekspansją chrześcijaństwa na coraz szersze, coraz surowsze masy, coraz bardziej oderwane od przesłanek, z których zrodziło się chrześcijaństwo, coraz bardziej niezbędną stawała się potrzeba jego wulgaryzacji, barbaryzacji.

Wiara chrześcijańska musiała, koniecznością losu chrześcijaństwa, stać się tak chora, tak niska i tak wulgarna, jak chore, niskie i wulgarne były potrzeby, które miała zaspokajać. Na koniec samo chore barbarzyństwo jednoczy się w potęgę, jako kościół.

Kościół, ta forma śmiertelnej wrogości do wszelkiej prawości, wszelkiej wzniosłości duszy, do dyscypliny ducha, do wszelkiego szczerego i dobrotliwego człowieczeństwa.

Z drugiej strony, zdziczała cześć, okazywana przez te rozchwiane dusze, nie utrzymała już owego ewangelicznego zrównania wszystkich, jako dzieci bożych, o którym uczył jezus: ich zemsta na tym polegała, że przesadnie wywyższyli jezusa, że oderwali go od siebie: zupełnie tak samo, jak niegdyś żydzi z zemsty na swych wrogach oddzielili swego boga od siebie i wynieśli go na wysokości.

Jeden bóg i jeden syn boży: dwa świadectwa resentymentu.

Syn boży cierpiał, a wyznawcy uwielbili cierpienie.

Dla barbarzyńcy cierpienie nie jest czymś przyzwoitym: potrzebuje on dopiero wykładni, by się przyznać przed sobą, że cierpi (jego instynkt skłania go raczej ku wypieraniu się cierpienia, ku cichemu znoszeniu cierpienia)

Słowo „diabeł" było tu dobrodziejstwem: miało się przemożnego i straszliwego wroga; można się było nie wstydzić, że się cierpi przez takiego wroga.

A jeśli, w ogóle, potrzebna jest przede wszystkim wiara, to trzeba zdyskredytować rozum, poznanie, badanie: droga do prawdy staje się drogą zakazaną.

Cierpiących trzeba podtrzymywać nadzieją, której nie może zaprzeczyć rzeczywistość; której nie usuwa spełnienie: nadzieją zaświatów.


Grecy uważali nadzieję, właśnie ze względu na jej zdolność zwodzenia nieszczęśliwych, za największe zło, za prawdziwie zdradzieckie zło: pozostało ono w puszce zła (Pandory) jako Elpis.

Nie da się ukryć, że chrześcijaństwo jest buntem wszystkiego, co pełza po ziemi, przeciw wszystkiemu; co wysokie: ewangelia „niskich" czyni niskim.

Myślicie, że właściwie, zrozumiano sławną historię, która rozpoczyna biblię. Historię o piekielnym lęku boga przed nauką? Nie zrozumiano. Ta kapłańska księga zaczyna się, jakże by inaczej, od wielkiej trudności wewnętrznej kapłana: ma on tylko jedno wielkie niebezpieczeństwo, zatem „bóg" ma tylko jedno wielkie niebezpieczeństwo.

Stary bóg, który cały jest „duchem", cały doskonałością, przechadza się po swym ogrodzie: tyle tylko, że się nudzi. Nawet u bogów walka z nudą jest daremna. Cóż robi? Wymyśla człowieka. Człowiek jest zajmujący. Lecz oto patrzcie, także człowiek się nudzi. Litość boga nad tą jedyną niedogodnością, jaka cechuje wszelki raj, nie zna granic: zaraz stworzył on jeszcze inne zwierzęta.

Pierwszy błąd boga: człowiek nie uznał zwierząt za zajmujące. Zapanował nad nimi, nie chciał być „zwierzęciem". Przeto stworzył bóg niewiastę.

I faktycznie, nastąpił koniec nudy; ale i czegoś innego jeszcze. Niewiasta była drugim błędem boga. „Niewiasta jest wedle swej istoty wężem" wie to każdy kapłan; „od niewiasty pochodzi wszelkie nieszczęście na świecie", również to wie każdy kapłan. „Zatem od niej pochodzi także nauka". Dopiero dzięki niewieście nauczył się człowiek kosztować z drzewa poznania. Co się stało? Starego boga przejął piekielny lęk. Sam człowiek stał się jego największym błędem, Bóg stworzył sobie rywala, nauka czyni człowieka równym bogu ; na kapłanów i bogów przychodzi kres, gdy człowiek staje się istotą naukową. Morał: nauka jest czymś, co samo w sobie zakazane ; tylko ona jest zakazana.

Człowiek zostaje przez Kościół przywołany do wierzenia, a nie do myślenia.

Tym sposobem człowiek przez całe swoje życie ćwiczy się w chrześcijańskiej gimnastyce mówienia - "TAK" i "AMEN".

W religii, która błogosławi wierzących, nigdy zaś wątpiących, ci, którzy pytają, pozostają bez błogosławieństwa, a pytający w oczach niejednego wierzącego stają się podejrzani. Tymczasem pytanie jest chrześcijańską cnotą, choć rzadko jest cechą chrześcijan.

Gdybyśmy relację o zwiastowaniu mogli potraktować jako opis wydarzenia o charakterze historycznym, należałoby Marii przyznać więcej teologicznego rozumu niż rozwijanej przez dwa tysiące lat katolickiej teologii dziewiczego poczęcia, to znaczy bocianiej teorii ginekologicznej. Maria już wtedy swoim pytaniem jasno wyrażała to, o czym większość teologów w międzyczasie się dowiedziała, ale czego biskupi katoliccy do dzisiaj nie pojęli, a Jan Paweł II - tym bardziej nie: że według poglądów Marii boże synostwo jezusa i naturalne synostwo jezusa nie wykluczają się.

Dla Marii jedno bez drugiego jest raczej niemożliwe.

Judaizmowi myśl o narodzeniu się z dziewicy była całkowicie obca, nie oczekiwał też tego w odniesieniu do spodziewanego mesjasza. Na odwrót, jego nadzieje koncentrowały się na mesjaszu, który byłby człowiekiem narodzonym z człowieka.

Dostępna od 1827 roku wiedza dotycząca fizjologii kobiety sprawiłaby, iż nauka o biologicznym dziewiczym poczęciu przysporzyłaby kościołowi wielu nierozwiązywalnych problemów teologicznych, gdyby przyjął ją do wiadomości. Ale Kościół znalazł sposób, żeby sobie pomóc: jeśli chodzi o dziewicze poczęcie aktualna jest dlań nadal biologia arystotelesowska.

 A co z systemem okrucieństwa kościoła na starym kontynencie?

Kiedy Kościół rzymskokatolicki został ogarnięty szałem nienawiści do heretyków, wypowiedziano im krwawą wojnę, w której zginęły ich tysiące. W obronie cnoty i wiary zapłonęły stosy. Kościół wykorzystał wszystkie znane sobie od lat metody, by na heretykach wymusić przyznanie się do winy. Przez lata walki z heretykami metody te usprawnił i wzbogacił. Dzięki inkwizycji Kościół realizował tylko własne cele. Zadaniem inkwizytorów było uzyskanie od heretyków przyznania się do winy. Dobór metody zależał tylko od oprawców. Kościół posiadał pełne uprawnienia śledcze i podejrzanych nie przekazywał już władzom świeckim. Od momentu posądzenia o herezję nie mieli oni żadnych praw obywatelskich. Majątki ich były natychmiast konfiskowane, pomnażając tym samym bogactwo Kościoła. Zyskiwali na tym także inkwizytorzy. Nic więc dziwnego, że i biskupi, początkowo odnoszący się z rezerwą do walki z heretykami, dołączyli z czasem do inkwizytorów w zamian za konkretne materialne zyski.

Najważniejszym warunkiem i zarazem kryterium doboru była odraza do heretyków. Do stwierdzenia winy potrzebne były zeznania dwóch świadków. Zawsze znaleźli się usłużni donosiciele. Zadenuncjować heretyka mógł każdy, nawet kryminalista. Zeznania takiego świadka stanowiły pełnowartościowy dowód w procesie. Drugiego świadka nietrudno było znaleźć. Zawsze można go było przekupić - albo też zmusić torturami - by potwierdził zeznania pierwszego.

Oskarżony teoretycznie nie pozostawał bez szans. Zamykano go najpierw w jego własnym domu i poddawano intensywnemu przesłuchaniu. Jeżeli nadal odmawiał odstąpienia od herezji, doprowadzano go przed inkwizycję. Obrońcę zapewniała mu tylko władza papieska. Każdy inny prawnik, który podjąłby się obrony, oskarżany był o taką samą zbrodnię. Inkwizytorzy byli zaślepieni nienawiścią i żądzą zysku. Upajali się swoją władzą. W ich fanatyzmie nie było miejsca na sprawiedliwość. Jedynym ich celem było zmuszenie ofiar do przyznania się do winy.

Cel uświęcał środki. Nieprzyznanie się do herezji oznaczało, że oskarżony nie chce się wyrzec swojej wiary.

Według inkwizytorów światu zagrażali nie tylko heretycy, ale także i czarownice. Inkwizycja wynajdowała ich niezliczone rzesze. Papież Innocenty VIII był przerażony "epidemią" czarownic w Europie. Najwięcej spalono ich w Niemczech. W dwudziestu dwóch miasteczkach w pobliżu Triem, w Nadrenii, w ciągu sześciu lat spłonęło trzysta sześćdziesiąt osiem kobiet. Większość kobiet spalono na stosie, jednak co bardziej wyrafinowani kaci wynajdowali coraz to nowe sposoby tortur i pozbawiania życia. I tak czarownice poddawano próbom: łez, wody, szpilek, ognia i wagi. Były to ordalia, czyli sądy boże.

Próba wody nie dawała kobiecie posądzonej o czary żadnej szansy ujścia z życiem. Gdy pławiona z kamieniem u szyi tonęła - oznaczało to jej niewinność. Gdy unosiła się na powierzchni, czemu sprzyjały ówczesne ubiory - oznaczało to jej związek z czarną magią,
ponieważ ciało nie chciało się zanurzyć w wodzie, którą była chrzczona.
Próba łez miała udowodnić, że czarownica jest nieczuła na ból, nie umie płakać nawet podczas wymyślnych tortur. Inkwizytorzy twierdzili przy tym, że czarownice nie ronią łez dlatego, ponieważ służą one grzesznikom do zmywania grzechów. Jednak gdy nawet ofiara zalewała się łzami, nie świadczyło to jeszcze ojej niewinności. Inkwizytorzy bowiem
dokonywali oceny i orzekali, które z łez były prawdziwe, a które udawane.
Próba wagi miała natomiast wykazać, że cza-• rownice są lekkie jak piórko. Zamiast odważnika kładziono na szalę Biblię. Jeżeli czarownica okazy- wała się cięższa, podejrzenie było słuszne. Tylko gdy szale równoważyły, poddawana próbie uznawana była za oczyszczoną z zarzutów. To się oczywiście nie zdarzało.


Próba ognia nakazywała przejście przez szpaler ognia. Kiedy kobieta zapłakała bądź zapaliła się lub nie miała znamienia, przypisywano to jej czarom szatańskim. Każdy wynik był zły.

Wolter obliczył, że w imię wiary 9 468 800 chrześcijan straciło życie za sprawą innych chrześcijan. Większość z nich to ofiary inkwizycji.

Z dziewięciu papieży zasiadających w Watykanie w latach 1555-1591 ośmiu było poprzednio inkwizytorami. Wiedząc, że gorliwa działalność inkwizytorska toruje drogę do najwyższych godności i dochodów kościelnych, biskupi i inkwizytorzy prześcigali się w akcji palenia książek, w prześladowaniach uczonych i w posyłaniu na stosy wszystkich tych, którzy ośmielili się myśleć i czuć inaczej, niż głosiła to oficjalna doktryna katolicka.

Jedno jest pewne. Wbrew temu, co się oficjalnie głosi, wszystkie podstawy ideowe średniowiecznej inkwizycji pozostały w kościele rzymskokatolickim nadal żywe i aktualne po dziś dzień. Nie płoną dziś stosy, ani nikogo nie poddaje się fizycznym torturom, ale nadal istnieje średniowieczny trybunał inkwizycyjny - niegdyś zwany Congregatio Sanctae Inquisitionis Haereticae Pravitatis, dziś natomiast krócej: Congregatio Sancti Officii - i tak, jak kiedyś, zgromadzeniu temu przewodzi sam papież.

Początki inkwizycji sięgaj ą czasów późnego cesarstwa rzymskiego, kiedy to w IV wieku chrześcijaństwo stało się religią oficjalnie obowiązującą w imperium rzymskim, a cesarze zobowiązywali wszystkich poddanych im chrześcijan do wyznawania ortodoksyjnej nauki chrześcijańskiej.

W średniowieczu w myśl tej tradycji heretyków uznawano za wrogów kościoła i państwa, papiestwo zaś stało się tyranem świata wyposażonym w najstraszliwsze narzędzie nacisku - inkwizycję. Nic więc dziwnego, że cesarze i królowie świata chrześcijańskiego bezwolnie poddawali się zarządzeniom rzymskich biskupów.

Ci zaś gorliwie tropili wszystko, co mogło być uznane za heretyckie, co było choćby tylko śladem sprzeciwu wobec doktryn i dekretów Watykanu. Wystarczało, że usłyszano o najmniejszej wątpliwości lub kwestionowaniu dogmatów papieskich, by pozbawić życia bogatego lub biednego, wysoko lub nisko urodzonego


I nie rzecz w tym ile diabła odnajdujemy teraz jako bardziej świadomi w poczynaniach kościoła przez wieki. Nie da się usprawiedliwić ideologii zrzucając winę na ludzi bo to właśnie owa ideologia tworzy dokładnie takich ludzi. Takie zachowania to nie wyjątek lecz reguła.

Rzecz w tym, że znakomita większość z nas wciąż w dogmaty, tą skrzywioną ideaologię, "prawdę" tworzoną przez jeśli nie tych samych to takich samych ludzi w imię jakiegoś dziwnego tworu boga lub niby zbawiciela anarchisty wierzy. Wierzy ślepo i amen.

Na koniec dla żarliwych broniących swej wiary, miłosiernego chrześcijaństwa. Dla tych którzy wciąż mówią tylko „tak” i „amen”- rarytasik: „ Stosowano także inne narzędzie tortur, tak zwaną gruszkę. W zależności od kategorii przestępstwa wkładano j ą bądź to do gardła, odbytu albo do pochwy, po czym uwalniano sprężynę lub śrubę, która rozwierała to urządzenie. Posądzenia o stosunki z szatanem karano otwarciem gruszki w pochwie.

Dlaczego o tym?

Dlatego, że polska wbrew konstytucji i prawa stała się krajem wyznaniowym i wyznaje doktrynę, która uskuteczniła inkwizycję czyli prześladowania innych zakończone sadyzmem. Pomijając nawet inne zbrodnie. 

I propaguje instytucję kościoła jaka wciąż trybunał inkwizycyjny posiada oraz sama w sejmie ma komisję przeciwdziałającą ateizacji kraju.

A ateizm to najzdrowsza, najbardziej pokojowa i rozsądna idea.

Ponadto musimy uzmysłowić sobie pewien bardzo ważny fakt.


Ludzie, którzy dokonali najokrutniejszego w historii ludzkości genesis jakim było wymordowanie dziesiątek milionów Indian ameryki południowej dokonując przy tym niewyobrażalnych sadyzmów. Ludzie jacy stosowali zbrojne najazdy, którym były krucjaty mordując, grabiąc, gwałcąc i niszcząc wszystko u celu jak i na swej drodze.

Ludzie jacy stworzyli sadystyczny i bestialski system represji i każni czym była inkwizycja to nie są obcy przybysze z kosmosu.

To są Ci sami ludzie, którzy są dokoła nas. To są ci sami ludzie światopoglądowo i mentalnie.

To są po prostu chrześcijanie.


 Tak jak w 13 wieku na edykt papieża, że koty są stworzeniami szatańskimi, co przyczyniło się, że ci ludzie bez refleksji zaczęli mordować niczemu winne zwierzęta w sposób sadystyczny. I to byli na co dzień zwyczajni ludzie; tulący swe dzieci do snu, uważający się za dobrych i prawych. Ale w momencie apelu przywódcy religijnego stali się okrutnymi oprawcami

Wiemy, że człowiek dobry czyni dobrze, a człowiek zły, żle ale żby człowiek dobry czynił żle do tego potrzeba właśnie religii.


Podnoszę więc tezę, że gdyby dziś głowa kościoła ogłosiła, że psy to stworzenia niegodne życia i są szatańskie to znaczna większość z was dusilaby swoje pupile w imieniu doktryny.

A los psów byłby okrutny bo gorliwość sadyzmu dokonywana w imię kościoła nie ma sobie równych.

Dzisiejszy chrześcijanin to dokładnie ten, który rozrywał indiańskie żywe dziecko i rzucał na pożarcie psom. To dokładnie ten sam, który wlewał wrzątek do gardła kobiety posądzanej o czary. To taki sam człowiek jaki gwałcił w drodze do Jerozolimy w imieniu chrystusa. Dokładnie ten sam mentalnie i światopoglądowo.


A dlaczego tak było i jest?

Bo człowiek jest dokładnie taki jakiego potrzebuje go doktryna.

Czyli zły bo zła jest doktryna.

Tak samo jak kapłan jest dokładnie taki jakiego potrzebuje go doktryna; cyniczny, fałszywy, pazerny, bezlitosny, barbarzyński.

I klasycznie głupi, który nic nie wiedząc o świecie, swoimi teoriami przecząc podstawowej nauce i historii staje się nagle kompasem moralnym dla innych.

Czyli człowiek, który wierzy w zabobony, głosi doktrynę zła i nie posługuje się ani wiedzą ani moralnością wyznacza wam drogę i jeszcze mówi, że to droga prawdy, moralności i dobra.


A chrześcijaństwo nie wie co to moralność, prawda ani dobro. Ba, nie tylko nie wie. Stoi w opozycji do moralności i dobra. Mówi o tym otwarcie w biblii oraz daje otwarcie temu dowód swoimi czynami, które wypełniły historię i są one faktem.

Nie możecie temu oponować. Ani okrucieństwu waszego boga jakie udowadnia w starym testamencie ani okrucieństwu waszego kościoła jakiego dokonał.


Możecie tylko udawać, że tego nie widzicie gdyż zostaliście przywołani do wierzenia i bogobojności.

Czyli wciąż udawać ślepych i głuchych ale to nie zmieni faktów.

Sprawi tylko, że będziecie tkwili w mroku.


Tkwijcie w tym mroku jeśli jesteście na tyle pozbawieni przez kościół duszy i bądźcie chorzy ale nie roznoście tej choroby na zdrowych.

I nie głoście tej choroby jako dobrej i jedynie słusznej.


Zostawcie ludzi z otwartymi oczami w spokoju. My nie chcemy ślepnąć od krzyża.

 Nie rośniemy. Nie odbieramy bodźców. Nie jesteśmy zdolni do refleksji.

Wciąż dziś jesteśmy przekonani, że ofiara z życia przejednuje jakiegoś boga.

I wciąż z dumą klękamy i czcimy owych bogów, którzy chcą tych ofiar.
Dokonujemy więc bezsensownych mordów aby zaspokoić krwiożerczość krwiożerczego boga, którego to my wybraliśmy.

Człowiek refleksyjny zastanowiłby się teraz po co właściwie mu taki bóg. Zły i chcący uprawiania zła.
A człowiek. Który odbiera bodżce doszedły wreszcie do wniosku, że skoro po modłach do boga o deszcz i aby go przekupić złożeniu ofiary z życia, raz pada, a raz nie pada to raczej nie chodzi o humory boga lecz o prawdopodobieństwo opadów. I o wiedzę, że słońce zachodzi ale jutro wzejdzie bez poświęcania życia niczego winnego stworzenia.

Można z pobłażaniem pokiwać głową nad prymitywnym człowiekiem wczesnych czasów, który nie znał cyklu zjawisk.

Grzmiało więc w strachu klękał przed czymś co miało go ocalić, a w panice poświęcał życie stworzenia lub córki (w chrześcijaństwie choćby córka Jeftego)
Można pobłażyć dawnej niewiedzy i lękowi z niej płynącej.


Nie można pobłażyć jednak dzisiejszemu człowiekowi, który znając naturę modli się o deszcz bądź w dwudziestym pierwszym wieku w państwie niby cywilizowanym na starym kontynencie zgadza się na rytualne uboje zwierząt.

Nazywa się społeczestwem humanitarnym, a zarzyna życie w męczarniach wywołując w tych ofiarach lęk. Tylko w imię tardycji naszych mniej wiedzących i prymitywniejszych przodków.


Żyjemy w społeczeństwie pełnym frazeologii; pustych nadętych słów mających wychwalać nasze dobro i moralność ale nie mające nic wspólnego z czynami i rzeczywistością.


Ksiądz, który z ambony nazywa ludzi lgbt sodomą, ksiądz który mówi publicznie, że homoseksualistów należy palić stoi w opozycji do miłosierdzia, o którym tyle opowiada wybierając cytaty z ewangelii.


Oprócz tego, że jest kłamcą gdyż w większości kościół składa się z homoseksualistów.

I człowiek niby świadomy ufa ludziom, którzy mówią jedno, myślą drugie, a robią trzecie. W dodatku oni są jego kompasem moralnym.

Nie spoglądając nawet w przeszłość, waszym kompasem stają się ludzie, którzy gwałcą dzieci, wykorzystują małoletnich chłopców muszących pracować jako prostytutki (przy watykanie jest ich najwięcej bo rzesza tamtejszych księży to najlepsi klienci) gdyż wbrew temu co mówi kościół nikt im bezinterosownie nie zafunduje dobra.

Jedyne dobro jakiego doświadczają od kapłanów katolickich to pieniądze za posługę seksualną które pozwolą im przeżyć.

Żyjemy w epoce humanizmu, która okazuje się mało humanitarna gdy na świecie każdego dnia ponad osiem tysięcy dzieci umiera z głodu, dochodzi o wielu aktów przemocyn a które świat nie raguje nawet po części w takim stopniu jak spalony symbol potęgi kościoła czyli Notre Dame.

W dwadzieścia cztery godziny znalazło się miliard euro na odbudowę tej katedry. Nie znalazły się te pieniądze na zapewnienie wody i jedzenia umierającym dzieciom choćby przez te dwadzieścia cztery godziny.

Żyjemy w cywilizacji, w której ogłasza się pomoc na odbudowę katedry w postaci desek z pięknych debów. Więc nie tylko nie przenosimy szali ciężkości kwoty, która mogłaby wyżywić setki tysięcy ludzi i zapewnić im życie lecz w dodatku wytniemy drzewa jakie w sposób wymierny przyczyniają się do naszego zdrowia oczyszczając planetę z dwutlneku węgla. Zniszczymy to aby tylko odbudować symbol religi. Czyli symbol wiary w zabobony i to dotryny najokrutniejszej ze wszystkich dotychczasowych.

Czas nam w ogóle nie służy gdyż jesteśmy zwyczajnie ślepi na bodżce. I nie chcemy wyjść z tej ciemności.

Żyjemy w społeczeństwie, w którym w święta zmartwychwstania najważniejszego w katolicyzmie, o którym wszyscy katolicy mówią, że przyniósł dobro, że pomagał i leczył ludzi, ba, że umarł dla naszego dobra aby nas wybawić. Wszyscy czują się przy tym wyjątkowi gdy myślą o nim, jak czytają ewengelie mówiące o nim. Bardzo są mu wdzięczni za śmierć na krzyżu za nich, a przy tym, w tym samym momencie pałują na symboliczną śmierć kukłę człowieka.
Gdyby mieli prawdziwego Judasza to by go też spałowali na śmierć. Taki ma wydźwięk ten akt. Jest zabójstwem za donos.


Jednak nazajutrz powiedzą, że każdy zbrodniarz powinien mieć sprawiedliwy proces bo tak jest w kraju prawa. Powiedzą, że ksiądz, który gwałcił dziecko, krzywdził to dziecko cieleśnie i zniszczył dzieciństwo nie powinien iśc do więzienia bo przecież nikogo nie zabił.
Jesteście tak bardzo prawi, tak bardzo akuratni, tak bardzo etyczni w ludzkim zachowaniu wobec przestępcy tylko donosiciela pałujecie na śmierć.

Donosiciela, który nikogo nie skrzwdził jak dla przykładu co piąty kapłan w Polsce wyrządzający ogromną krzwdę dziecom gwałtem i szantażem.

Jesteście tak zniewoleni przez doktrynę chrześcijańską, że całkowicie należycie do woli jej kapłana. I do niego. Nie umiecie odróżnić dobra od zła, moralności od amoralności.

Zlinczujecie na śmierć donosiciela. Kogoś kto doniósł w zasadzie na przestępcę. W tamtejszych czasach, w panującym wówczas systemie chrystus był zwyczajnym bandziorem, który zbuntował się władzy i podważał panujące prawo. Stał się klasycznym bandziorem. Ale nie jego szykanujecie. Szykanujecie gościa, który doniósł na gangstera. W dodatku, któremu on przebaczył.

Więc niby dobro, które twierdzicie, że on przyniósł, czynił i o nim uczył jest tylko frazesem w waszej doktrynie.

Wasze czyny natomiast są sednem tej doktryny i mentalności katolika.

Mógłbym dowodów na wasz falsz, amoralność, brak dobra, w ogóle brak umiejętności podstawowego osądu co jest dobre, brak rozsądku przedstawić tutaj niezliczoną ilość. Jednak nie ma potrzeby.

Świętość w chrześcijaństwie to zabiedzone ciało i dusza. Dzień dzisiejszy to jej wynik.

Świętość, która sama jest tylko szeregiem przejawów zabiedzonego, wyczerpanego nerwowo, nieuleczalnie zepsutego ciała i umysłu.
Musicie zdać sobie sprawę z tej ułomności, na która teraz cierpi społeczeństwo w wyniku niszczenia ducha człowieka przez dwadzieścia wieków.

Wypełniliście już jako chrześcijanie, jako kapłani tej doktryny i jako wierni tej doktryny karty historii aż nadto.

Pora sprawić abyście nie mogli już nic na tych kartach więcej napisać. Dla dobra całego świata.

Kościół chrześcijański jest dla mnie najwyższym, jakie sobie można wyobrazić, zepsuciem. Jego wola dążyła do ostatecznego, czy choćby tylko do możliwego, zepsucia. Kościół chrześcijański niczemu nie oszczędził swego zepsucia, z wszelkiej wartości uczynił bezwartość, z wszelkiej prawdy kłamstwo, z wszelkiej prawości nikczemność duszy.

Zaloguj się