Rozprawa z terrorystą

Reszta to tylko ludzkość. — Nad ludzkością
trzeba górować siłą, wysokością duszy — pogardą.
Fryderyk Nietzsche

 

   Nie tłumię w dniu dzisiejszym westchnienia. Westchnienia gniewu ale nie rezygnacji.
Bywają dni, gdy nawiedza mnie uczucie czarniejsze od najczarniejszej melancholii; uczucie pogardy dla człowieka. By nie pozostawić wątpliwości, czym gardzę lub kim gardzę; człowiekiem, z którym przyszło mi żyć.



Jednak żeby to zrozumieć musimy rozpatrzyć sprawę największego terrorysty w dziejach. Nikt jednak nie odbiera go jako terrorysty. Nazywają go zbawicielem, ale ja nazywam go terrorystą. Skoro terrorystą nazywa się kogoś kto chce wyrazić sprzeciw dla rządu, chce dokonać na niego zamachu, czyli skoro terrorysta to anarchista to któż był większym anarchistą niż Jezus z Nazaretu.
 

   Co jest dobre? Co jest dostojne? Wszystko, co zwiększa w człowieku poczucie mocy, wolę mocy, samą moc.
Co jest liche? Co jest ujemne? Wszystko, co pochodzi ze słabości.

Pytaniem jest co ma zastąpić ludzkość w łańcuchu istot, człowiek wydaje się być końcem. Szkopuł w tym, jaki typ człowieka należy wyhodować, jakiego typu człowieka należy chcieć, jako istoty wyższej pod względem wartości, jako istoty godniejszej życia.

Ten wyższy pod względem wartości typ dość często się już pojawiał: hodowano go i osiągnięto: zwierzę domowe, zwierzę stadne, chore zwierzę człowiek — chrześcijanin.

   Chrześcijaństwa nie powinno się gloryfikować: wydało ono wojnę na śmierć i życie temu wyższemu typowi człowieka, wszystkie jego fundamentalne instynkty skazało na wygnanie. Chrześcijaństwo wzięło stronę wszystkiego, co słabe, co niskie, co nieudatne, sprzeciw wobec instynktowi samozachowawczemu właściwego życiu. Zepsuło rozum nawet najpotężniejszych duchowo natur, ucząc odczuwać naczelne wartości duchowe jako grzeszne, jako błędne, jako pokuszenie.

Zwierzę, gatunek, musi być zepsute, jeśli traci ono swe instynkty, jeśli wybiera, jeśli preferuje to, co dlań szkodliwe. Samo życie przejawia się instynktem wzrostu, instynktem trwania, instynktem mocy: gdzie brak woli mocy, tam następuje schyłek.
Chrześcijaństwo nazywa się religią współcierpienia, a ten kto współcierpi traci siłę.

 

Przekwalifikowaliśmy się. Staliśmy się pod każdym względem skromniejsi. Nie wywodzimy już człowieka z „ducha", z „bóstwa", na powrót postawiliśmy go między zwierzętami. Uważamy go za najpotężniejsze zwierzę, ponieważ jest on najbardziej przebiegłym zwierzęciem: następstwem tego jest jego duchowość. Z drugiej strony, bronimy się przed próżnością, która i tutaj chciałaby dojść do głosu: jakoby człowiek był wielkim, ukrytym celem ewolucji zwierzęcej. W żadnym razie nie jest on koroną stworzenia, każda istota obok niego stoi na tym samym szczeblu doskonałości. Twierdzę ponadto, że człowiek jest relatywnie biorąc, zwierzęciem najbardziej nieudanym, najbardziej chorowitym, które najniebezpieczniej zbłądziło i odeszło od swych instynktów

 

Ale coś się stało. Niemal dwa tysiąclecia i ani jednego nowego Boga. Zamiast tego wciąż jeszcze, ak coś uprawnionego w człowieku, ten godny pożałowania Bóg chrześcijańskiego monotonoteizmu, ten hybrydyczny twór upadku, twór z zera i sprzeczności.

 

W chrześcijaństwie na czoło wysuwają się instynkty podległych i uciemiężonych: swego zbawienia szukają w nim najniższe stany społeczne.
Jako zajęcie, jako środek na nudę uprawia się tu kazuistykę grzechu, samokrytykę, inkwizycję sumienia; stale podtrzymuje się poprzez modlitwę uczucie wobec Mocarnego, nazywanego „Bogiem"; rzeczy najwyższe uważa się tu za nieosiągalne, za dar, za „łaskę".
Gardzi się tu ciałem, higienę odrzuca jako zmysłowość; Kościół broni się nawet przed czystością (po wypędzeniu Maurów pierwszym krokiem chrześcijan było zamknięcie łaźni publicznych, których
sama Kordoba liczyła 270).
Chrześcijański charakter ma pewien zmysł okrucieństwa, wobec siebie i wobec innych; nienawiść do inaczej myślących; wola prześladowania. Na pierwszym planie znajdują się posępne i pobudzające wyobrażenia; najbardziej pożądane stany, które określa się najwyższymi nazwami. Wymyśla się znaczenia.
Czymś chrześcijańskim jest nienawiść do ducha, do dumy, odwagi, wolności, do Wolności ducha; czymś chrześcijańskim jest nienawiść do zmysłów, do radości ze zmysłów, do radości w ogóle.


Nawet człowiek o najskromniejszych aspiracjach do prawości musi dziś wiedzieć, że teolog, kapłan, papież każdym swym zdaniem nie tylko błądzą, ale i kłamią; że nie wolno im już kłamać z „niewinności", z „niewiedzy". Również kapłan, tak jak każdy inny, wie, że nie ma już „Boga", „grzesznika", „odkupiciela", że „wolna wola", „etyczny porządek świata" są kłamstwem. Wiemy już dziś czym są wszystkie kościelne pojęcia, mianowicie najzłośliwszym, jakie tylko może istnieć, fałszerstwem, które ma na celu odwartościowanie natury.

Kapłan jest mianowicie najniebezpieczniejszym pasożytem.
Wiemy dziś, wie nasze sumienie, co w ogóle są warte, do czego służyły niesamowite wynalazki kapłanów i Kościoła, dzięki którym udało się osiągnąć ów stan samopohańbienia ludzkości, stan, którego widok może budzić odrazę. Pojęcia, takie jak „zaświaty", „Sąd Ostateczny",
„nieśmiertelność duszy", sama „dusza"; są to narzędzia tortury, są to systemy okrucieństwa, dzięki którym kapłan stał się panem, pozostał panem. Każdy to wie: a mimo to wszystko pozostaje po staremu.


Wszystko co trwa od tysięcy lat to fałsz. Sfałszowane pojęcie Boga, sfałszowane pojęcie moralności: żydowscy kapłani nie poprzestali na tym. Żydowscy kapłani dokonali owego cudownego dzieła fałszerstwa, którego dokumentem jest znaczna część Biblii: bezprzykładnie urągając wszelkim przekazom, wszelkiej rzeczywistości historycznej, przeszłość swego własnego ludu przełożyli na język religijny, to znaczy uczynili z niej głupi mechanizm zbawienia, oparty na winie względem Jahwe i na karze, na pobożności względem Jahwe i na nagrodzie. Ten najhaniebniejszy akt zafałszowania historii odczulibyśmy znacznie boleśniej, gdyby kościelna
interpretacja dziejów przez tysiąclecia nieomal nie stępiła w nas zmysłu prawości.
Kościołowi wtórowali filozofowie: kłamstwo „etycznego porządku świata" ciągnie się przez cały okres rozwoju nawet nowszej filozofii. A „etyczny porządek świata" znaczy tylko tyle, że istnieje, ustalona raz na zawsze, wola Boża, która wyznacza, co człowiek ma czynić, a czego zaniechać; że wartość ludu, wartość jednostki tym się mierzy, w jak dużym czy w jak małym stopniu są oni posłuszni woli Bożej. Że w losach ludu, w losach jednostki wola Boża okazuje się wolą panującą, to znaczy wolą karzącą i nagradzającą, zależnie od stopnia posłuszeństwa..
Wszystko w celu pasożytniczego rodzaju człowieka; kapłana, który rozwija się kosztem wszelkich zdrowych tworów życia, nadużywa imienia Boga: „Królestwem Bożym" nazywa taki stan rzeczy, w którym to właśnie kapłan określa wartość rzeczy; „wolą Bożą" nazywa środki, dzięki którym można taki stan osiągnąć czy utrzymać; z zimnym cynizmem ocenia ludy, epoki,
jednostki wedle tego, czy przynosiły pożytek dominacji kapłanów, czy też się jej przeciwstawiały.

Wystarczy ich widzieć przy robocie: w rękach żydowskich kapłanów wielka epoka w dziejach Izraela stała się epoką upadku; wygnanie, długotrwałe nieszczęście przeobraziło się w karę wieczną za okres wielkości. Okres, w którym kapłan był jeszcze niczym. Z potężnych, wolnych postaci w dziejach Izraela czynili, zależnie od potrzeb, nędznych świętoszków i bigotów bądź „bezbożników", upraszczali psychologię każdego wielkiego wydarzenia, sprowadzając ją do idiotycznej formuły „posłuszeństwo bądź nieposłuszeństwo względem Boga".

Idąc dalej: „wola Boża", to znaczy warunki utrzymania władzy przez kapłana, musi być znana; do tego potrzebne jest „objawienie". Mówiąc prostym językiem: niezbędne jest wielkie fałszerstwo literackie, odkrywa się „Pismo święte" i podaje do publicznej wiadomości z hieratyczną pompą, z dniami pokutnymi i z lamentami nad długotrwałym „grzechem".
„Wola Boża" była od dawien dawna ustalona: całe nieszczęście bierze się stąd, że oddalono się od „Pisma świętego". Już Mojżeszowi objawiła się „wola Boża". Co się zdarzyło? Kapłan, z całą surowością, z całą pedanterią, aż po małe i duże podatki, które należy mu płacić. Nie zapominając o
najsmakowitszych kawałkach mięsiwa: bo kapłan jest pożeraczem befsztyków, raz na zawsze sformułował, co chce mieć, „co jest wolą Bożą".
Odtąd wszystkie sprawy życia są tak urządzone, że kapłan jest wszędzie niezbędny; przy wszystkich naturalnych wydarzeniach życiowych, przy narodzinach, ślubie, chorobie, śmierci, nie mówiąc o ofierze („posiłku"). Pojawia się świątobliwy pasożyt, by życie człowieka pozbawić naturalności; ale w jego języku nazywa się to „uświęceniem". Trzeba bowiem pojąć, że każdy naturalny obyczaj, każda naturalna instytucja (państwo, sądownictwo, małżeństwo, opieka nad chorymi i ubogimi), wszystkie przez instynkt życia wysuwane żądania, krótko mówiąc, wszystko, co samo w sobie jest wartością zostaje przez pasożytnictwo kapłana (czyli „etycznego porządku świata") uczynione czymś z gruntu bezwartościowym, sprzecznym z wartością: wymaga dopiero usankcjonowania. Niezbędna jest użyczająca wartości moc, która neguje w nich naturę. Moc, która właśnie dopiero tym sposobem stwarza wartość. Kapłan pozbawia naturę wartości, świętości; kapłan może się w ogóle ostać tylko za tę cenę. Nieposłuszeństwo względem Boga, to znaczy względem kapłana, względem „prawa", otrzymuje teraz miano „grzechu". Środki, dzięki którym można się ponownie „pojednać z Bogiem", są, rzecz jasna, środkami, które jeszcze gruntowniej gwarantują podporządkowanie kapłanowi. Jedynie kapłan „odkupuje". Naturalnym jest zatem, że w każdej zorganizowanej przez kapłanów społeczności niezbędne stają się „grzechy"; są one właściwymi instrumentami władzy, kapłan żyje z grzechów, potrzebuje, by „grzeszono". Naczelna zasąda: „Bóg przebacza temu, kto czyni pokutę w języku rozumiejącego: kto podporządkowuje się kapłanowi.

 

  Na tym oto fałszywym gruncie, na którym wszelka natura, wszelka wartość naturalna, wszelka realność miały przeciwko sobie najgłębsze instynkty klasy panującej, wyrosło chrześcijaństwo, forma śmiertelnej wrogości wobec rzeczywistości, forma, której nic dotychczas nie prześcignęło.

Pierwszorzędny przypadek: mały, buntowniczy ruch, ochrzczony imieniem Jezusa z Nazaretu. Przyjrzyjmy się więc temu terroryście.

Powstaje ruch, który nie znosi już kapłana jako rzeczywistości. Nie widzę, przeciwko czemu miałby się kierować bunt, za którego sprawcę uchodził, w ludzkim rozumieniu Jezus, jeśli nie przeciwko Żydowskiemu Kościołowi. Kościołowi w dokładnie tym sensie, w jakim dziś używamy tego słowa. Był to bunt przeciwko „dobrym i sprawiedliwym", przeciwko „świętym Izraela", przeciwko hierarchii społeczeństwa, a nie przeciw jego zepsuciu, lecz przeciw kaście, przywilejom, porządkowi, formule. Był on niewiarą w „ludzi wyższych", był vetem powiedzianym przeciw wszystkiemu czym był kapłan i teolog. Ten święty anarchista, który wezwał pospólstwo, odepchniętych i „grzeszników", do sprzeciwu wobec panującego porządku - językiem, który, jeśli ufać Ewangeliom, i dziś jeszcze prowadziłby na Sybir, był zbrodniarzem politycznym, był terrorystą I to doprowadziło go do wymierzenia kary. To doprowadziło go na krzyż. Dowodem napis na krzyżu. Umarł za swą winę; brak jakichkolwiek podstaw do twierdzenia, które często głoszono, że umarł za winę innych.

Gdybyśmy mogli go teraz obserwować w szpitalu aby ocenić stan psychiczny, nie potrzebowalibyśmy nawet doktora aby stwierdzić, że Jezus był osobowością pełną wzniosłości, chorowitości i dziecięcości.

Pojawia się też absurdalne pytanie Jak Bóg mógł do tego dopuścić". Zaburzony rozum niewielkiej wspólnoty znalazł wręcz przeraźliwie absurdalną odpowiedź: Bóg oddał swego Syna dla odpuszczenia grzechów, jako ofiarę. Za jednym razem skończono z ewangelią. Ofiara za winy, ofiara
w swej najwstrętniejszej, najbardziej barbarzyńskiej formie, ofiara z niewinnego za grzechy winowajców.


Przecież to jakieś straszliwe pogaństwo!

 

  Łatwo dostrzec, co skończyło się wraz ze śmiercią na krzyżu: nowy, na skroś źródłowy zalążek buddyjskiego ruchu pokojowego, zalążek faktycznego, a nie tylko obiecywanego szczęścia na Ziemi.
Pozostaje to bowiem, podstawową różnicą między obiema religiami dekadenckimi: buddyzm nie obiecuje, lecz dotrzymuje, chrześcijaństwo obiecuje wszystko, lecz niczego nie dotrzymuje.

Za „radosną nowiną" krok w krok szła najgorsza nowina. Nowina Pawła. Paweł jest ucieleśnieniem typu, który stanowi przeciwieństwo „posłańca dobrej nowiny", ucieleśnienie geniuszu nienawiści, wizji nienawiści, nieubłaganej logiki nienawiści. Czegóż ten dysangelista wszystkiego nie złożył nienawiści w ofierze. Przede wszystkim odkupiciela: przybił go do swojego krzyża. życie, przykład, nauka, śmierć, sens i prawo całej ewangelii; niczego już nie było, gdy ten nienawistny fałszerz pojął, co może tylko jemu być potrzebne. I stał się mistrzem manipulacji, w której wciąż miliony umysłów dnia dzisiejszego broczą.

Kobieta jeszcze dziś klęczy na kolanach przed błędem, ponieważ powiedziano jej, że ktoś umarł zań na krzyżu. Czy krzyż jest jakimś argumentem"?


  Uważać, że Paweł, którego ojczyzną była główna siedziba stoickiego oświecenia, jest uczciwy, gdy z halucynacji sporządza sobie dowód, że Odkupiciel jeszcze żyje. Albo choćby tylko dawać wiarę jego opowieści, że miał tę halucynację, jest delikatnie to nazywając głupotą. Paweł chciał celu, przeto chciał też środków. Idioci, między których rzucił swą naukę, uwierzyli w to, w co on sam nie wierzył. Jego potrzebą była władza; w osobie Pawła kapłan jeszcze raz chciał osiągnąć władzę.
Paweł mógł posługiwać się tylko pojęciami, doktrynami, symbolami, którymi tyranizuje się masy i tworzy stado.
Co w późniejszym czasie Mahomet zapożyczył od chrześcijaństwa? Jedynie wynalazek Pawła, jego instrument kapłańskiej tyranii, tworzenia stada, wiarę w nieśmiertelność; to znaczy naukę o „Sądzie".

Jeśli się umieszcza punkt ciężkości życia nie gdzieś w życiu, lecz w „zaświatach" - w nicości - to zabiera się życiu w ogóle punkt ciężkości. Wielkie kłamstwo o nieśmiertelności osobowej niszczy wszelki rozum, wszelką naturę w instynkcie. Wszystko, co w sferze instynktów ma dobroczynne działanie, co wspiera życie, co stanowi porękę przyszłości, budzi odtąd nieufność. Żyć tak, by życie nie miało już żadnego sensu ; to staje się teraz „sensem" życia. To dzięki pożałowania godnemu schlebianiu, osobistej próżności człowieka zawdzięcza chrześcijaństwo swój triumf przyciągając do siebie wszystkich nieudatnych, buntowniczo usposobionych, pokrzywdzonych, wszystkie wyrzutki i odpadki ludzkości.

 

   Chrześcijaństwo, gdy opuściło swój pierwotny grunt, najniższe stany społeczne, podziemie antycznego świata, gdy sięgnęło po władzę nad ludami barbarzyńskimi, za przesłankę nie miało już ludzi zmęczonych, lecz ludzi wewnętrznie zdziczałych i rozdartych. Człowieka potężnego, ale
nieudatnego. Niezadowolenie z samego siebie, cierpienie z powodu samego siebie nie jest tu, jak u buddysty, nadmierną wrażliwością na bodźce i podatnością na ból, lecz, odwrotnie, przemożnym pragnieniem zadawania bólu, wyładowania napięcia wewnętrznego we wrogich działaniach i wyobrażeniach. Chrześcijaństwo potrzebowało barbarzyńskich pojęć i wartości, aby zapanować nad barbarzyńcami; czymś takim są ofiara z pierworodnego, picie krwi jako element komunii św., pogarda dla ducha i kultury; tortura we wszystkich formach, zmysłowa i pozazmysłowa. Niebywały przepych form kultu. Buddyzm jest religią dla ludzi późnych, dla dobrych, łagodnych ras, które stały się nadmiernie duchowe, które zbyt łatwo doznają bólu. Europa jeszcze wówczas, a prawdopodobnie wciąż do niego nie dojrzała. Buddyzm na powrót prowadzi je do pokoju i pogody, do diety w dziedzinie duchowej, do pewnego zahartowania w sferze cielesności. Chrześcijaństwo chce zapanować nad zwierzętami drapieżnymi; jego środkiem jest rozsiewanie wśród nich choroby ,osłabianie stanowi chrześcijański sposób oswajania, „cywilizowania".

 

   Z każdą ekspansją chrześcijaństwa na coraz szersze, coraz surowsze masy, coraz bardziej oderwane od przesłanek, z których zrodziło się chrześcijaństwo, coraz bardziej niezbędną stawała się potrzeba jego wulgaryzacji, barbaryzacji. Wiara chrześcijańska musiała, koniecznością losu chrześcijaństwa, stać się tak chora, tak niska i tak wulgarna, jak chore, niskie i wulgarne były potrzeby, które miała zaspokajać. Na koniec samo chore barbarzyństwo jednoczy się w potęgę jako Kościół. Kościół, ta forma śmiertelnej wrogości do wszelkiej prawości, wszelkiej wzniosłości duszy, do dyscypliny ducha, do wszelkiego szczerego i dobrotliwego człowieczeństwa.

   Z drugiej strony, zdziczała cześć, okazywana przez te rozchwiane dusze, nie utrzymała już owego ewangelicznego zrównania wszystkich jako dzieci Bożych, o którym uczył Jezus: ich zemsta na tym polegała, że przesadnie wywyższyli Jezusa, że oderwali go od siebie: zupełnie tak samo, jak niegdyś żydzi z zemsty na swych wrogach oddzielili swego Boga od siebie i wynieśli go na wysokości. Jeden Bóg i jeden Syn Boży: dwa świadectwa resentymentu.

   Syn Boży cierpiał, a wyznawcy uwielbili cierpienie. Dla barbarzyńcy cierpienie nie jest czymś przyzwoitym: potrzebuje on dopiero wykładni, by się przyznać przed sobą, że cierpi (jego instynkt skłania go raczej ku wypieraniu się cierpienia, ku cichemu znoszeniu cierpienia) Słowo „diabeł" było tu dobrodziejstwem: miało się przemożnego i straszliwego wroga; można się było nie wstydzić, że się cierpi przez takiego wroga. A jeśli, w ogóle, potrzebna jest przede wszystkim wiara, to trzeba zdyskredytować rozum, poznanie, badanie: droga do prawdy staje się drogą zakazaną.
Cierpiących trzeba podtrzymywać nadzieją, której nie może zaprzeczyć rzeczywistość; której nie usuwa spełnienie: nadzieją zaświatów.

Grecy uważali nadzieję, właśnie ze względu na jej zdolność zwodzenia nieszczęśliwych, za największe zło, za prawdziwie zdradzieckie zło: pozostało ono w puszce zła (Pandory) jako Elpis.

 

Nie da się ukryć, że Chrześcijaństwo jest buntem wszystkiego, co pełza po ziemi, przeciw wszystkiemu; co wysokie: ewangelia „niskich" czyni niskim.

Myślicie, że właściwie, zrozumiano sławną historię, która rozpoczyna Biblię. Historię o piekielnym lęku Boga przed nauką? Nie zrozumiano. Ta kapłańska księga zaczyna się, jakże by inaczej, od wielkiej trudności wewnętrznej kapłana: ma on tylko jedno wielkie niebezpieczeństwo, zatem „Bóg" ma tylko jedno wielkie niebezpieczeństwo. Stary Bóg, który cały jest „duchem", cały doskonałością, przechadza się po swym ogrodzie: tyle tylko, że się nudzi. Nawet u Bogów walka z nudą jest daremna. Cóż robi? Wymyśla człowieka. Człowiek jest zajmujący. Lecz oto patrzcie, także człowiek się nudzi. Litość Boga nad tą jedyną niedogodnością, jaka cechuje wszelki raj, nie zna granic: zaraz stworzył on jeszcze inne zwierzęta. Pierwszy błąd Boga: człowiek nie uznał zwierząt za zajmujące. Zapanował nad nimi, nie chciał być „zwierzęciem". Przeto stworzył Bóg niewiastę. I faktycznie, nastąpił koniec nudy; ale i czegoś innego jeszcze. Niewiasta była drugim błędem Boga. „Niewiasta jest wedle swej istoty wężem" wie to każdy kapłan; „od niewiasty pochodzi wszelkie nieszczęście na świecie", również to wie każdy kapłan. „Zatem od niej pochodzi także nauka". Dopiero dzięki niewieście nauczył się człowiek kosztować z drzewa poznania. Co się stało? Starego Boga przejął piekielny lęk. Sam człowiek stał się jego największym błędem, Bóg stworzył sobie rywala, nauka czyni człowieka równym Bogu ; na kapłanów i bogów przychodzi kres, gdy człowiek staje się istotą naukową. Morał: nauka jest czymś, co samo w sobie zakazane ; tylko ona jest zakazana. Nauka jest pierwszym grzechem, zalążkiem wszystkich grzechów, grzechem pierworodnym. Tylko taki jest morał. -„Masz nie poznawać" -z tego cała reszta. Piekielny lęk Boga nie przeszkodził mu być roztropnym. Jak bronić się przed nauką? Pytanie to na długi czas stało się jego głównym problemem. Odpowiedź: wypędzić człowieka z raju. Szczęście, bezczynność nasuwają myśli, wszystkie myśli są złymi myślami. Człowiek nie powinien myśleć. I „kapłan sam w sobie" wynajduje niedolę, śmierć, ciążę jako zagrożenie dla życia, wszelkiego rodzaju nędzę, starość, mordęgę, a przede wszystkim chorobę ;wszystko jako środki w walce z nauką. Niedola nie pozwala człowiekowi na myślenie. A mimo to, okropność. Dzieło poznania piętrzy się, szturmując niebo, przynosząc zmierzch bogów. Co czynić? Stary Bóg wymyśla wojnę, dzieli ludy, sprawia, że ludzie się wzajemnie unicestwiają (kapłani zawsze potrzebowali wojny) Wojna; wielki
wichrzyciel nauki, między innymi. Niewiarygodne; poznanie, emancypacja od kapłanów, rośnie nawet mimo wojen.

Staremu Bogu przychodzi ostatnia decyzja: „człowiek stał się istotą naukową; nic nie pomoże, trzeba go utopić.

 

  Zrozumieliście? Początek Biblii zawiera cała psychologię kapłana. Kapłan zna tylko jedno wielkie niebezpieczeństwo: naukę. Zdrowe pojęcie przyczyny i skutku. Nauka zaś, generalnie biorąc, rozkwita tylko w szczęśliwych warunkach. Trzeba mieć nadmiar czasu, trzeba mieć nadmiar ducha, by móc „poznawać" „ Zatem trzeba człowieka unieszczęśliwić"; taka była zawsze logika kapłana. Łatwo już zgadnąć, co, dzięki tej logice dopiero, przyszło na świat: - „grzech". Pojęcie winy i kary, cały „etyczny porządek świata" został wynaleziony przeciwko nauce. Przeciwko uwolnieniu się człowieka od kapłana. Człowiek nie powinien patrzyć poza siebie, powinien patrzyć
w siebie; nie powinien, jako uczący się, roztropnie i przezornie wglądać w rzeczy, w ogóle nie powinien wglądać: powinien cierpieć. Powinien tak cierpieć, by cały czas potrzebował kapłana. Precz z lekarzami! Człowiek potrzebuje zbawiciela. Pojęcie winy i kary, włącznie z doktryną „łaski", „odkupienia", „przebaczenia" . 
Powiedzmy jeszcze raz; grzech, tę formę samo-pohańbienia człowieka wynaleziono, by uniemożliwić naukę, kulturę, wszelkie wywyższenie człowieka i dostojność człowieka; kapłan panuje dzięki wynalazkowi grzechu.
„Wierzyć", znaczy nie chcieć wiedzieć, co jest prawdą. Nabożniś, kapłan obojga płci, jest fałszywy, ponieważ jest chory. Jego instynkt pragnie, by prawda nie doszła w żadnym punkcie do głosu. Dobre jest to, co wywołuje chorobę; złe jest to, co pochodzi z pewności siebie, z mocy.

 

   Chrześcijaństwo nie było religią narodową, nie było uwarunkowane rasowo, zwróciło się ono ku wszelkiego rodzaju wydziedziczonym, wszędzie miało swych sprzymierzeńców. Chrześcijaństwo zwróciło urazę, instynkt ludzi z gruntu chorych, przeciwko zdrowym, przeciwko zdrowiu. Wszystko, co udatne, dumne, butne, zwłaszcza piękno, kłuło je w oczy i uszy.
Dziś na każdym kroku dudni echem ta manipulacja, ta indoktrynacja. To straszliwa idea symboliki krzyża. Wszystko, co cierpi, wszystko, co wisi na krzyżu, jest boskie. Chrześcijaństwo było zwycięstwem, przyniosło zagładę bardziej dostojnemu usposobieniu; chrześcijaństwo było do tej pory największym nieszczęściem ludzkości.

 

   Imperium Rzymskie, które istniało jest najwspanialszą z dotychczasowych form organizacji, osiągniętych w ciężkich warunkach, w porównaniu z którą wszystko wcześniejsze i późniejsze jest tandetą, partaniną. Ci świątobliwi anarchiści zrobili sobie „pobożność" z tego, że zburzyli „świat" Hellenistyczny. Nie pozostał kamień na kamieniu , aż mogli nad nim zapanować nawet Germanie i inne chamy. Chrześcijanin i anarchista: obaj dekadenci, obaj niezdolni do działania innego niż likwidowanie, zatruwanie, dewastowanie.
Imperium Rzymskie było godnym największego podziwu dziełem sztuki ale było ledwie początkiem. Jego budowa była obliczona na tysiąclecia. Organizacja ta była dostatecznie mocna, by wytrzymać marnych cesarzy: przypadkowość osób lecz nie była dostatecznie mocna, by oprzeć się najbardziej zepsutemu rodzajowi zepsucia, by oprzeć się chrześcijanom. Za sprawą skrytego robactwa, które pośród nocy, mgły i dwuznaczności wkradało się we wszystkie jednostki i z każdej wysysało powagę wobec rzeczy prawdziwych, w ogóle instynkt realności, za sprawą tchórzliwej, niewieściej i słodkiej bandy ta ogromna budowa stawała się coraz bardziej obca duszom.
Krętactwo bigotów, potajemność konwentykli, posępne pojęcia, takie jak piekło, jak ofiarowanie niewinnego, przede wszystkim zaś powolnie rozniecany ogień zemsty, zemsty czandalów ; to zapanowało nad Rzymem, ten sam rodzaj religii, którego pierwotnej formie wydawał walkę już Epikur. Epikur zwalczał nie pogaństwo, lecz „chrześcijaństwo", to znaczy zepsucie dusz przez pojęcie grzechu, przez pojęcie kary i przez pojęcie nieśmiertelności. Zwalczał on podziemne kulty, całe ukryte
chrześcijaństwo. I Epikur byłby zwyciężył, każdy zacny duch w Cesarstwie Rzymskim był epikurejczykiem: wtedy pojawił się Paweł. Paweł, ten żyd. Odgadł on, w jaki sposób z pomocą niewielkiego sekciarskiego ruchu chrześcijan na poboczach judaizmu można rozniecić „pożar świata",w jaki sposób z pomocą symbolu „Boga na krzyżu" można skupić w ogromną moc wszystko, co nizinne, co potajemnie buntownicze, całe dziedzictwo anarchistycznych intryg w Cesarstwie.

Cała praca antycznego świata na darmo: brak mi słów, by wyrazić swe uczucie wobec czegoś tak potwornego. Cóż po Grekach? Cóż po Rzymianach? Wszystkie przesłanki uczonej kultury, wszystkie metody naukowe już istniały, ustaliła się już wielka, niezrównana sztuka dobrego czytania, ta przesłanka przekazu kultury, jedności nauki; na najlepszej drodze było przyrodoznawstwo, powiązane z matematyką i mechaniką. To wszystko już istniało. Już przed ponad dwoma tysiącleciami. A także dobry, subtelny takt i smak. Przy czym nie jako tresura mózgu! Nie jako kultura o chamskich manierach! Lecz jako ciało, jako gest, jako instynkt. Jednym słowem, jako rzeczywistość.
I wszystko to na marne. Przez noc stało się to jedynie wspomnieniem.

Grecy! Rzymianie! Dostojność instynktu, smak, metodyczność badań, geniusz organizacyjny i administracyjny, wiara, wola ludzkiej przyszłości; i wszystko zasypane przez noc nie w wyniku jakiegoś zdarzenia naturalnego. Nie rozdeptane przez Germanów czy innych ciężkostopych. Lecz zhańbione przez podstępnego, potajemnego, niewidzialnego, anemicznego wampira. Nie pokonane; wyssane. Skryta żądza zemsty, małostkowa zawiść stała się panem! Wszystko, co mizerne, co samo w sobie cierpiące, co nawiedzane przez liche uczucia, cały do getta podobny świat dusz za jednym razem wzięły górę. I sprawił to Jezus terrorysta.

 

   Chrześcijaństwo pozbawiło nas plonu kultury antycznej, a w późniejszym czasie także plonu kultury islamskiej. Cudowny świat kultury hiszpańskich Maurów, pokrewny nam u swych podstaw, przemawiający do zmysłów i smaku został zdeptany. Krzyżowcy zwalczali później coś, przed czym leżeć w prochu bardziej by im przystało - kulturę, wobec której nawet dziewiętnasty wiek zapewne wydałby się sobie nader ubogim, nader „późnym".
Oczywiście, chcieli łupić. Wschód był bogaty.

 

Tym oto sposobem jestem już u końca i ogłaszam swój wyrok.
Potępiam chrześcijaństwo, podnoszę przeciwko Kościołowi chrześcijańskiemu najstraszliwsze z wszystkich oskarżeń, jakie kiedykolwiek oskarżyciel miał na ustach. Kościół chrześcijański jest dla mnie najwyższym, jakie sobie można wyobrazić, zepsuciem. Jego wola dążyła do ostatecznego, czy choćby tylko do możliwego, zepsucia. Kościół chrześcijański niczemu nie oszczędził swego zepsucia, z wszelkiej wartości uczynił bezwartość, z wszelkiej prawdy kłamstwo, z wszelkiej prawości nikczemność duszy.

Anarchista i chrześcijanin wywodzą się z jednego źródła.
Anarchista i chrześcijanin to terrorysta. Zamach Jezusa zakończył istnieje wspaniałej kultury Hellenistycznej, cofnął rozwój o naście wieków. Chrześcijanie, bereciary, nisko rosnący, głupki natomiast wciąż oddają mu cześć.

 

 

   Doszliśmy do świata fatalnego, nie dość, że zatrzymaliśmy się w rozwoju to jeszcze gloryfikujemy marność i godzimy się na nasze miejsce w klatce.
   Dlaczego rząd mojego Państwa czy biskup i papież ma być wartością nadrzędną?

 

To tak jakby ten kto atakuje, atakował świętość więc należą mu się wszelkie epitety. Obudźcie się; nasz rząd, złodzieje politycy, kłamliwe gnoje, cała ta pieprzona wesoła ferajna żerująca na obywatelach nie jest żadną świętością.
Chęć ataku na nich więc nie musi być efektem szaleństwa ani nacjonalizmu.
Może to być zwyczajna ochota na ukaranie tych co zamiast dbać o naród, doją go, okradają, wyprzedają i śmieją się z ludzi podnosząc im podatki, ceny leków, wiek emerytalny.

Może to być zwykła ochota na powiedzenie, mam dosyć. Jest wielu takich ludzi, którzy kiedyś stracą cierpliwość. Dlatego też to Państwo policyjno-polityczne nigdy nie zgodzi się na powszechny dostęp do broni. Boją się gdyż wiedzą, że naród nie wytrzyma i zrobi przewrót. Byłbym jednym z pierwszych.

   Dodawanie etykietek ludziom często zmęczonym i chcącym drastycznie coś zmienić to tak jak wlepienie etykietki sobie, przykładnemu chrześnijaninowi zmierzającemu z mieczem w dłoni na Jerozolimę. Dla samych siebie jesteście prorokami boga dla mieszkańców jerozolimy jesteście anarchistami aby nie nazwać was szubrawcami.

   Nie jesteście świętością. Dlaczego uważacie, że wasza polskość jest lepsza, mocniejsza, głębsza od chcącego wyrwać was z korzeni. A że nie można wyrwać was z korzeni rządu, to należy wyrwać was inaczej. Z korzeni życia bo stołków nie puścicie. Ciepłe posadki, milionowe łapówki, dary, przychylność, życie za państwowe pieniądze czyli za nasze pieniądze. Latasz kurwa za moje pieniądze na bieganko w Sopocie. Nie spisałeś się chłopaku więc przyjmij to jak mężczyzna i odejdź z pracy.

   A może to polskość zdeterminowanego, walczącego, zrozpaczonego, gniewnego jest mocniejsza. Może człowiek podpalający się na ulicy w rozpaczy jest lepszym polakiem, patriotą od was. Nie wy nas uczcie polskości, tylko służcie dla polskości nadstawiając uszu, a nie pieprząc kolejny rok o smoleńsku, dając dupy na szczeblu w służbie narodowi. Słuchajcie, a nie paplajcie swoimi jęzorami nażartych tuz na państwowym wikcie, za skradzione biednym pieniądze.

I manipulujecie tymi, którzy rosną nisko przy ziemi, że ta której mąż był kacykiem moskwy na naszym tronie, tą fabrykę makaronu założyła z kieszonkowego i jeszcze jest damą. Obudźcie się. Ale telewizja zrobiła z niej damę i tłum w to wierzy, bo telewizja to medium. Medium i owszem ale medium jako narzędzie do manipulowania.
W gniewnych, skłonnych do drastycznych czynów jest więcej miłości do bycia polakiem niż w tych na najwyższych szczeblach. Nie gardziłbym więc kimś kto chciał was rozgrzeszyć.

Sam jestem na was wściekły, mam was za złodziei i kłamców. Nic tylko paplacie jęzorami i bierzecie za to pieniądze, nie robiąc kompletnie nic. Już dawno was powinno wypierdolić z pracy. Popełniacie same błędy i nie jest zbrodnią chęć zmiany tego stanu rzeczy.

Nie jest zbrodnią być ruchem oporu dla złodziejskiego rządu. Okupujecie swoją glupotą mój naród.

 

Mam za złe ludziom, którzy mając mnie reprezentować i dbać o mnie jako obywatela nagle muszą wykopać trupy, podczas gdy największy przekręt pieniężny nie rozwiązany. I afera cichnie, bo jest temat zastępczy, a ludzie to kupują. Jednak nie wszyscy, znajduje się ktoś kto ma cztery tony argumentu. To nie szaleniec, to człowiek mówiący „nie” kłamcom, krętaczom, bandytom i złodziejom.

Gdyby przyszedł do mnie ktoś kto chce mnie okraść musiałbym odrąbać mu łapy. Z tym zgadza się niemal każdy więc czemu nie zgadzamy się na ucięcie łap rządowi który nas okrada. Za chwilę biedni będą zdychać przed szpitalem. Firmy upadną wszystkie bo muszą zapłacić podatek bez własnego wynagrodzenia, a wy będziecie bankowcom dawać więcej, budować większe stadiony, nakładać wyższe mandaty,opodatkowywać deszcz.

Nienawidzę swego kraju, nienawidzę go gdyż nie jest to już mój kraj. Nie uważam tak, czuję się okradany, zaniedbany i okłamywany. Ja, człowiek o twardej skórze, więc co mają powiedzieć miękkoskórzy?

Więc jestem terrorystą? Anarchistą? Nacjonalistą? Nie, ja po prostu jestem rozczarowany i nie toleruję złodziejstwa.
A może to jest mój kraj a nie wasz właśnie? Bo skoro kogoś chcącego was zniszczyć nazywacie antysemitą to może wy jesteście tym złodziejskim nasieniem Izraela, który od wieków męczy biednych Palestyńczyków w imię swej próżności. Więc stańcie przede mną i powiedźcie mi, jesteście Żydami na piastowskim tronie? Więc skąd terrorysta to antysemita? Nie odpowiadajcie, doskonale wiemy, że jak nie jesteśmy w rękach bolszewickich macek, to jesteśmy w rękach żydowskich złodziei i szantażystów.

Polska nie jest niepodległa. Powiedzmy to sobie głośno.
Nie czuję się w powinności tolerować rząd, który pozwala aby zabójcy dzieci jeździli na wakacje, kościół okradał, bogacze wyłudzali, a bezrobotni wiszący państwu parę złotych byli wtrącani do więzienia, gdzie koszt ich utrzymania to ponad cztery tysiące złotych miesięcznie, a oni muszą odsiedzieć kolegium w wysokości dwa razy mniej. I jeszcze produkuje się z niewinnego recydywistę, a gwałciciela wypouszcza się za dobre sprawowanie po dwóch latach.
Takie mamy mądrze skonstruowane państwo. Nie umiecie pracować dla narodu, odejdźcie.

Kiedyś kapłani manipulowali teraz manipulują politycy i kapłani. A ja chcę się uczyć nadczłowieka. Wierzyć w wartości, wierzyć w godność. Znajdżcie ją w sobie i odejdźcie.

 

 

   Nie zrobicie tego bo jesteście chorzy, tak jak chora jest cywilizacja chrześcijańska. Nikt nie może swobodnie postanowić, że zostanie chrześcijaninem; nie można się „nawrócić" na chrześcijaństwo, trzeba być na to dostatecznie chorym. My inni, którzy mamy odwagę, by cieszyć się zdrowiem, a także odwagę, by gardzić, śmiemy gardzić religią, która uczyła fałszywie rozumieć ciało i rozum. Która nie chce się wyzbyć zabobonnej wiary , która niedostateczne odżywianie się ma za „zasługę",która zwalcza zdrowie jak swego rodzaju wroga, diabła, pokusę, która wmówiła sobie, że w ścierwie ciała można nosić „doskonałą duszę", i musiała sobie w tym celu sporządzić nowe pojęcie „doskonałości", bladą, chorowitą, idiotycznie marzycielską istotę, tak zwaną „świętość".

Świętość, która sama jest tylko szeregiem przejawów zabiedzonego, wyczerpanego nerwowo, nieuleczalnie zepsutego ciała i umysłu.

I wy też tacy jesteście. Nie mogę już na was patrzyć i każdy kogo znam też nie może. Więc spełnijcie swą patriotyczną powinność i odejdżcie.

   Wiara nie przenosi gór, z pewnością natomiast wznosi góry tam, gdzie ich nie było.

Zaloguj się