Poza definicją

Zamyka się nas pomiędzy samymi pojęciami, chcąc przywołać nasze istnienie do jakiejś idei. W największej z nich jestem już końcem ewolucji i czekam na wieczną pryczę w królestwie niebieskim. Ważne tylko abym podczas życia niczego nie zmieniał ponad oczekiwania pradawnego boga. Przy czym w ich języku jestem dobrą kreacją, która zgrzeszyła ale ponieważ najwyższy postanowił złożyć samemu sobie ofiarę z niby swojego syna za ten- niby mój -grzech to po śmierci stanę się doskonałą kreacją. I zamieszkam na wieki w obiecanym miejscu jako posłuszny wykonawca czyjejś woli. Znam zatem swój początek i co gorsze znam swój koniec.


Ateiści znajdują sobie we mnie sprzymierzeńca zanim zorientują się, że mój ateizm to tylko forma pośrednia ani mnie niedefiniująca, ani niewypełniająca mych potrzeb. Bo ateizm jest szatą, która nas zdobi, ale nas nie definiuje. W tę szatę możemy nadzwyczaj szybko i łatwo się ubrać. Wszak wystarczy stwierdzić, że Boga nie ma i oto mamy cały ateizm za sobą. Jestem ateistą: Boga nie ma. Dotarłem do kresu definicji.


Tylko wciąż żyję, więc co teraz? Boga nie ma, ale z pewnością jestem ja i jest świat. Więc co teraz? W ateizmie nic, bo nie kreuje nas, jako człowieka. Ateizm tylko zaprzecza teizmowi. Zadanie wykonane. Zaprzeczyłem istnieniu Boga.
Teizm również z założenia niczego w samym człowieczeństwie nie zmienia na lepsze. W zasadzie teizm głośno mówi, że nie chce nas zmieniać, bo jakiś stary Bóg stworzył nas takimi i takimi mamy pozostać, bo to jego plan. I to jest ostateczny dowód na brak rozwoju. Ludzkość w teizmie nie jest w stanie wyewoluować. Wyższość ateizmu nad teizmem jest oczywista. Ateizm przynajmniej pozwala nam wyjść z domu i wyruszyć w podróż.
Teizm definiuje cały zakres Twojego postępowania wobec innych ludzi i zwierząt, według tego, co powiedział starodawny Bóg i starodawny kapłan. Więc Ty dziś jesteś tym, kim kapłan chciał, abyś był obcy człowiek w obcej kulturze i, jeśli przyjmiemy kapłana jako pierwszego prawodawcę, czyli Mojżesza, to i ponad trzy tysiące pięćset lat temu.
Zatem w roku 2021 twój teizm obliguje cię do postępowania według woli człowieka sprzed niemal czterech tysięcy lat. To tak, jakby te tysiące lat stać w miejscu świadomościowo. Jako ateista możesz być człowiekiem, który wierzy w to życie, który wierzy w moralność. Jeśli robisz coś dla nagrody jak teista (raj) albo ze strachu (piekło) lub po to, by kogoś ukarać (bluźniercy), to nie masz moralności. Z pewnością nie masz tej własnej, która może być wynikiem rozwoju i coraz większej wiedzy. Jak i zwykłej obserwacji. To w teizmie jest zakazane: rozwój. Teizm daje nam kilka tysięcy stron pisma, w którym niejaki Bóg, kapłani, prorocy i mesjasze ustalają, kogo i za co możesz zabić, ile płacić za narodziny dzieci i jakie dary oddawać dozorcom tego teizmu, czyli kapłanom.


Ateizm nie ma takiej książki starodawnych obostrzeń, zakazów i nakazów, w której coś urojonego mówi im, że „nie pozwolą żyć czarownicy" albo zabiją krnąbrne dziecko lub dziewczynę, która nie okazała się dziewicą. To jest bez wątpienia przewaga ateizmu i mój wybór jego, jako formy sprzeciwu wobec teizmu, który uważam za prymitywny i niebezpieczny, gdyż jego główną rolą jest utrzymać nas w tym prymitywizmie. Jednak ateizm jest nader prosty i niewystarczalny.
Orzekam, że Boga nie ma, gdyż nigdy go nikt nie widział. I doszedłem do końca ateizmu. I jako ateista stoję nagi w przestrzeni wytykając palcem brudne łachmany religii. Teizm zapyta mnie: „W takim razie skąd się wziął wszechświat, skoro nie ma Boga?". Mogę otwarcie powiedzieć, że nie wiem tego z całą pewnością. Są teorie na ten temat, ale osobiście uważam, że ludzkość nie jest wystarczająco inteligentna, aby mieć pewność, co do tych teorii. Mogę to powiedzieć i ów brak przekonania na temat stworzenia wszechświata ani nie przeczy ateizmowi, ani nie ujmuje mojej inteligencji. Jak i również nie potwierdza tezy religii. Ponadto mogę to powiedzieć, gdyż nie wyznaję doktryny, która takie mówienie nazywa bluźnierstwem i obiecuje boską karę z tego tytułu, czyli śmierć.


Teista nigdy nie powie tego, że w zasadzie nie ma pewności. Nie może tego przyznać.
Powie z pełnym przekonaniem, że wszechświat stworzył Bóg. Można zatem zapytać skąd to wie. „Bo mówią tak święte pisma" – usłyszysz. Wobec tego, jeśli Biblia jest dowodem na pochodzenie wszechświata od Boga, to Kubuś Puchatek jest dowodem na istnienie żywego pluszaka. Gdy odrzucimy pisma, teista powie, że nie może być czegoś z niczego, wobec tego oczywistym jest, że wszechświat stworzony został przez Boga, bo ktoś go stworzyć musiał. Ta odpowiedź rodzi dwa pytania. Po pierwsze: kto więc stworzył Boga. Inny bóg? A kto stworzył innego boga? Oczywiście poprzedni bóg. Tak logika zjada własny ogon. Dochodzimy do problemu, kto zatem stworzył pierwszego boga.
Co do wszechświata z niczego to nauka bada (odwrotnie do religii, która podaje nam brudną prawdę starodawnych kapłanów, ale niczego nie chce badać). Drugie pytanie może być ważniejsze dla nas, gdyż wskazuje na naszą nadzwyczajną arogancję i butę. Wręcz boski narcyzm. Jakiś Bóg stwarza wszechświat, miliardy galaktyk, w każdej z galaktyk miliardy układów gwiezdnych. W tym wszystkim niezliczona ilość planet. I ten sam Bóg pośród całego tego ogromu spędza czas na pustyni gadając jako krzak z prymitywnym mordercą, jakim był Mojżesz, a później udowadniając swą potęgę pewnemu faraonowi Egiptu zamienia laskę pasterską w węża. I irytuje go konkurencja z magami faraona, którzy umieją to samo.
Więc Bóg, który stworzył cały wszechświat, miliardy galaktyk i miliardy planet zsyła deszcz żab, komary, zanieczyszcza wody, zabija zwierzęta, a na końcu wszystkie pierworodne dzieci i pierworodne zwierzęta w Egipcie. Bo się zdenerwował konkurencją i chciał utrzeć faraonowi nosa i zmusić do wypuszczenia swoich ulubieńców, ale przed tym celowo „czyniąc serce faraona twardym", aby ten jednak ich nie wypuszczał. To schizofrenia czy skłonność do sadyzmu, gdy tak robi, aby wykonać całe przedstawienie zrujnowania kraju, jakie sobie zaplanował. I to jest ten wielki, wspaniałomyślny konstruktor skomplikowanego świata. Przepraszam, wszechświata. I robi to wielki stwórca wszechrzeczy. Właśnie to, właśnie na planecie Ziemia wybierając sobie najbardziej prymitywny lud, jako swój ulubiony.


Jak oświadcza nam Jan w Apokalipsie: „Boga nigdy nikt nie widział". Oraz jak oświadczył nam Mojżesz: „Boga nikt nie może zobaczyć, gdyż niechybnie umrze". To jednak nie przeszkadza teistom głosić z całą stanowczością, że on jest. I nie dochodzi do nich świadomość, że nie jest możliwym, aby istota zdolna kreować wszechświat była tak niskich standardów moralnych. To zwyczajnie nie ma sensu i nie jest zgodne z wolą tworzenia. I uniwersalną kosmiczną etyką. W dodatku ta istota tworzy miliardy galaktyk, gwiazd i planet, ale najbardziej ją wkurza to, że na planecie Ziemia ludzie się onanizują.
Wróćmy do ateizmu. Boga nie ma, bo nikt nigdy go nie widział. Koniec ateizmu. Dlatego nie zajmuję się ateizmem, jako takim. Ateizm nie jest celem. Ateizm jest etapem. Sam ateizm oraz religia nie są żywym organizmem. Nie funkcjonują bez nas, czyli bez ludzi.
Bez różnorakich ludzi. To, że odrzucisz utrzymujący Cię w zabobonach teizm niczego nie zmienia za wyjątkiem tego, iż możesz bez obostrzeń i strachu przed boską karą zrobić krok naprzód. Reszta nie zadzieje się sama. Ale sam ateizm nie jest celem i odrzucenie teizmu nie czyni człowieka automatycznie dobrym. Barbarzyńcy, poganie, chrześcijanie, cudzoziemcy, Aztekowie, muzułmanie, buddyści, komuniści, ateiści, faszyści i inni mają jedną cechę wspólną. Czynnik ludzki. W każdej z idei, formuł czy grup są ludzie dobrzy i są ludzie źli. Ale, żeby dobro rozkwitło, musi sprzyjać temu idea, to znaczy nie może wstrzymywać chęci zmiany i samej zmiany. Nie może idea przeciwstawiać się wzrostowi.
W każdej formie poza zdefiniowaną boskimi przepisami religią, czyli swoistą dyktaturą, jak i poza samą dyktaturą człowiek może się zmienić i ewoluować. W religii i dyktaturze nie może, gdyż jest to herezja i bluźnierstwo, a za to dyktator, czy to w osobie Boga, czy kapłana, czy też tyrana, przewiduje śmierć. Dlatego w szczególności mówię o religiach wskazując ich wielką rolę w utrzymywaniu człowieka w prymitywizmie. Nie pozwalając mu dążyć do zmiany. Nie jest to swoiste wychwalanie innego typu człowieka. Jest to jedynie wskazywanie systemu opresji i najwyższej formy zniewolenia, jaką są religie. I to systemowego zniewolenia i psucia człowieka wmawiając mu, że jest wolny i właściwy. Wskazywanie kajdan i kotwicy utrzymującej nas ledwo na powierzchni i bez względu na upływający czas i wieki, wciąż w tym samym miejscu. Nie zmienia to jednak faktu, że te idee nie są żywym organizmem, a co za tym idzie – nie żyją bez naszego udziału. Bez naszej aprobaty ich. Bez naszego ich przyjęcia.


Zatem jeśli wyobrazimy sobie człowieka, który bał się piorunów, a z powodu strachu przed demonami zamurowywał swoje dzieci w fundamentach budowli, możemy z żałością spojrzeć na jego nieudatność i prymitywizm (z tego typu mentalnością ludzie współtworzyli Biblię, która jest kanonem postępowania dzisiejszych chrześcijan). Byliśmy nadzy i dzicy i nie rozumieliśmy świata. Nie znaliśmy pojęcia zła i dobra, chcieliśmy tylko przetrwać w chaosie robiąc zgoła bezsensowne i straszne rzeczy bądź według tamtej świadomości niezbędne rzeczy do przetrwania.
Ciężko winić człowieka z dzidą, że nie wiedział, co to humanizm, gdyż do niego nie dojrzał. Nie był tym, kim jesteśmy dziś my. Nie miał tej świadomości. Nie miał też tych narzędzi, które zmieniają ludzkie życie, na przykład w zakresie ochrony przed zimnem. Dziś, aby ochronić się przed zimnem, mamy tekstylia, więc nie musimy zabijać zwierząt i obdzierać ich ze skóry. Dlaczego więc chcemy to robić? Bo chcemy, gdyż to robimy.
Tamten człowiek był człowiekiem na poziomie intelektualnym jeden i dwa, czyli tym, gdy jeszcze nie ma potrzeby religijnej. Jest chaos, strach przed nieznanym i próba przetrwania. Walka ze wszelkimi demonami i zagrożeniami. Mamy więc do czynienia z prymitywizmem z powodu niedojrzałości. To wczesny człowiek. Jest okrutny, gdyż w amoku walczy o przetrwanie.
Późniejszy człowiek wchodzi na pułap inteligencji trzeciej, w której zaczyna tworzyć się religijność. Czyli forma ucieczki przed irracjonalnym zagrożeniem. Złe duchy zagrażają memu domowi. Już nie boję się piorunów, ale przed duchami muszę stworzyć sobie obrońcę. Tym obrońcą będzie bóg. Bóg jednak jest nieodgadniony i go nie widać, zatem również nie wskazuje jasno, czego chce, ale mój umysł roi sobie (swoista rozmowa z nieistniejącym przyjacielem), że chciałby czegoś w zamian za opiekę. Więc zamuruję w fundamentach dzieci, (bo to cenne, często najcenniejsze, co mogę mieć, więc tym pokażę jak bardzo oddaję cześć temu bogu), poświęcę na ołtarzu ludzkie serca w zamian za słońce, raz do roku złożymy w podzięce bogu iluś chłopców i ileś dziewczynek. I masę, masę zwierząt. I rodzi się religijność. Wynika ona z irracjonalizmu, gdy uświadomimy sobie na ten przykład, że słońce wstaje każdego dnia bez względu na ilość wyrwanych ludzkich serc, ale prymitywizm ludzki syci ów irracjonalizm. I urojenie chroni przed urojeniem.
Tworzą się kulty, jako swoiste zabiegi na niezrozumienie świata. I bez względu, który bóg temu przyświeca, jest to wynik działania ludzkiego prymitywizmu, gdy zarzynamy dla przebłagania swego boga zwierzęta i ludzi. Gdy odbieramy realne życie dla przekupienia swego boga. Jest to obrzydliwe, ale na siłę możemy to zrozumieć. Mamy w końcu do czynienia z człowiekiem, który ledwo wyszedł z jaskini. Który z inteligencji na poziomie drugim, czyli życiu w strachu, stworzył sobie obrońcę. Oczywiście obrońca nie jest niezależnym organizmem. Jest imaginacją prymitywnego człowieka, więc i obrońca jest prymitywny. Zatem ów obrońca w umyśle człowieka chce krwi i bólu. Jaki człowiek może dojść do wniosku, że tego chce jakiś bóg? I jaki bóg może tego chcieć? Tylko prymitywny. To przecież nie ulega wątpliwości.

 


Następnie część ludzi wkracza na pułap czwarty inteligencji. Jest on tożsamy z pułapem trzecim, ale dochodzi do tego już nie tylko konieczność „żywienia" boga za ochronę przed fatum i demonami, lecz i regularna danina, jako przekupstwo, łaska, zadośćuczynienie, przebłaganie. To poziom tworzenia górnolotnych haseł takich jak zaświaty, sąd ostateczny, grzech, pokuta, etc. I tak na bazie urojonego obrońcy przed nocą (doskonale to widać w konstrukcie Mojżesza) rodzi się religijna korporacja. Bóg więc staje się dozorcą codzienności. Odtąd wszystkie sprawy życia są tak urządzone, że bóg, czyli tak naprawdę kapłan, jest wszędzie niezbędny: przy wszystkich naturalnych wydarzeniach życiowych, przy narodzinach, ślubie, chorobie, śmierci, nie mówiąc o ofierze („posiłku"). Pojawia się świątobliwy pasożyt, by życie człowieka pozbawić naturalności, ale w jego języku nazywa się to „uświęceniem". Niezbędna jest użyczająca wartości moc, która neguje w człowieku naturę. Moc, która właśnie dopiero tym sposobem stwarza wartość.

Od teraz naszym codziennym czynom, tym czy trzymamy ręce na kołdrze i tym czy zbieramy drewno w szabas, przygląda się najwyższy konstruktor wszechświata. Tak mówi rzecz jasna kapłan, abyś bał się boga, a jak boisz się boga i grzeszysz (bo musisz grzeszyć, gdyż w religii niemal wszystko, co naturalne, staje się grzechem) to musisz prosić boga o łaskę. I kapłan tę możliwość łaskawie ci oferuje wybierając z całego menu odpowiednią ofiarę przebłagalną czy inną. Oczywiście za dary i zwierzęta na ofiary. Nawet dokładnie rozpisuje jakie, bo kapłan wie, co lubi zjadać.
Korporacja się powiększa i zamienia w instytucję. Zostaje unarodowiona, a kapłan może redagować treść religii w formie ewangelii, kanonów i dekretów, aby wskazać, kogo się pozbyć, jako zagrożenia. I oczywiście wskazać na nowe ofiary, czyli dary odpowiednie do obszaru i czasu. Kiedyś złoto, kamienie czerwone, skóry barwione i cały czas zwierzęta. Kapłan przecież musiał jeść, zwłaszcza gdy był leniem. Dziś głównie pieniądze.
Pułap czwarty to też wychodzenie z krwawych i irracjonalnych kultów, ale nie ich niszczenie. Jednak to nie kwestia rozwoju, lecz reformy. Oczywiście ofiary ze zwierząt wciąż istnieją niemal w symbiozie z tą „wznioślejszą" formą religii i często się uzupełniają. Dla przykładu chrześcijaństwo dziś z powodu wygody kapłana nie chce ofiar ze zwierząt, jak judaizm, z którego się ono wywodzi. Ale cywilizacja chrześcijańska bez problemu godzi się i ustanawia nawet takie prawo, iż bratnia religia może mordować zwierzęta w rytualnym uboju. I robić to nawet w kraju, w którym jest obca. Przy czym jedno zapewnia, iż głosi religię moralną i wyższą duchowo podczas wyrażania pełnej zgody i aprobaty na tego typu amoralne działania. I po drodze wychwalając chęć mordowania homoseksualistów, palenia heretyków i zabijania czarownic. W odpowiednim czasie oczywiście nie pozostają przy samej chęci, co udowodniła nam historia. Dodać należy, że reforma religii do poziomu cztery nie eliminuje funkcjonowania w niej, jako wierzących, tych z poziomu niżej. Jak i przenikania się z poziomem drugim. Religia bowiem jest formą zniewolenia jak największej ilości ludzi, więc oferuje pełen wachlarz irracjonalnych środków zapobiegawczych na problemy ludzi prymitywnych.


Zatem poziomy trzeci i czwarty inteligencji potrzebują religii. I o ile poziom trzeci akceptuje nawet dziś odbieranie życia zwierzętom, jako ofiary bądź rytuał, co jest w oczywistej sprzeczności z etyką, to poziom czwarty jest miksem tych zabobonów, które reformują wraz z rozwojem, siłą rzeczy, cywilizacji. Nie tyle też, co samym mentalnym rozwojem, a pragmatycznym. Czy wyobrażacie sobie dziś, aby parafianie prowadzili do kościołów zwierzęta i aby kapłani na oczach ludzi znający już epokę oświecenia zabijali te zwierzęta? Szlachtowali je publicznie? To zresztą rodzi dużo niedogodności. Po pierwsze etyczne, które już potrafimy dziś dostrzec, gdyż osiągamy piąty i szósty poziom inteligencji oraz pragmatyczne. Etycznie wzbudzałoby to coraz powszechniejsze oburzenie społeczeństwa i w końcu religia każdego dnia przysparzałaby sobie nowych wrogów. Pragmatyczne natomiast wynikają z charakteru kapłana. Po co sobie brudzić kościół i ręce robotą. Pieniądze, czyli nowa forma ofiary, są lepsze, a mięso jest w wygodnej formie w restauracji i puszce. Dziś niewolnictwo oficjalne jest foux paus, więc nie miałby tego kto kapłanowi za darmo posprzątać. Wobec tego poziom czwarty inteligencji, ale wciąż potrzeby religijnej, nie ewoluował w kierunku humanizmu, lecz zreformował się w kierunku pragmatyzmu i polityki (dostosowując postępowanie do rejonu świata i jego poziomu ucywilizowania).


Poziom piąty wychodzi z religii. Orientuje się, że jej nie potrzebuje. Orientuje się, że to bzdura. Nie oznacza to jednak, że jego ideą jest humanizm, że przyświeca mu to, co humanitarne. Nie, on po prostu uznał religię (co zresztą słuszne) za głupią. Nie uznał jej natomiast za obrzydliwą z powodu jej traktowania na przykład zwierząt, czyli z powodów etycznych czy humanitarnych. Pewnie wielu ludzi wyszło z niej z tego powodu, ale nie to jest najczęstszym powodem. Poziom piąty nie potrzebuje religii ale również ona mu nie przeszkadza. Nie jest to wynikiem rozważań lecz swoistego pragmatyzmu sprawiającego, że wszystko mu jedno. Wobec tego samo wyjście z religii (i wracając do początku – sam ateizm) nie oznaczają, że stajemy się automatycznie kimś lepszym. My tylko odzieramy się z łachmanów religii, ale zostajemy nadzy. Jesteśmy jak nagi i zagubiony człowiek w przestrzeni poprzecinanej mnogością dróg. Wiemy, których dróg unikać z powodów religijnych, ale nie wiemy, która droga jest właściwa dla rodzaju ludzkiego. Z tego pułapu łatwo też wpaść ponownie w „czwórkę" na rzecz innego kultu. Dzieje się tak z wielu powodów, a przede wszystkim z tego, że nie dojrzeliśmy, bo nigdy nie mieliśmy na to sprzyjających okoliczności. Nie mówimy o jednostkach. Mówimy o większości. Dlatego też nie po drodze mi z samym ateizmem, tak jak i nie po drodze mi z innymi ideami.


Ateiści uważają, że łączy mnie z nimi wiele, ale błędnie uważają, że łączy mnie z nimi całość. Bo mi nie przyświeca ateizm. Przyświeca mi dobro i etyka. Również ci, którzy obrazili się na kościół, jako organizację, uważają, że łączy nas wiele wspólnego, ale gdy orientują się, że ja odrzucam całą doktrynę religijną, to stwierdzają, że jestem okropny. Tylko, że mi nie przyświeca wstręt do organizacji, lecz, jak wspominałem, dobro i etyka. Niejacy rodzimowiercy czy też szeroko pojęte ugrupowania słowiańskie mają wrażenie, że coś ich ze mną łączy, gdyż wspominam chrześcijaństwo, jako tyrana innych kultur, między innymi naszej. Ale kiedy orientują się, że odrzucam wszystkich bogów i drwię z każdych wierzeń i zabobonów, odwracają się i z pogardą stwierdzają, że nie będą rozmawiać z człowiekiem, który nie wierzy w bogów. Tak jakby wiara wartościowała człowieka. Tak jakby religijność definiowała rodzaj ludzki. Tak jakby oczekiwane patrzenie wstecz było wyższe niż torowanie sobie drogi ku lepszemu. I z triumfem i złośliwością psotnego dziecka stwierdzają, że z przyjemnością spalą kukłę czarownicy w swoim obrzędzie. Tylko ten czyn świadczy o nich, a nie o mnie. To kult przemocy i mordu. I to ich ma wartościować. To ma ich czynić wyższym od człowieka nieoddającego hołdu bogom, kultom i obrzędom. Tyle, że ja nie kieruję się bogiem Omega na rzecz boga Alfa i odwrotnie. Kieruję się dobrem i etyką. I to okazuje się obce tym wszystkim ludziom oraz ugrupowaniom. I jest im obce. Zarówno dobro, jak i etyka. Jak i każdej z ich religii. Nie mówimy tutaj o sfałszowanym pojęciu dobra i etyki. Sfałszowanym przez religie. Nawet wśród tych, którzy odrzucali religie stosunkowo wcześnie. W naszej cywilizacji niewiele to zmienia, jeśli nie jesteśmy w stanie pojąć, czym jest etyka. Z prostego powodu – istniejemy w epoce ryb, w epoce religijnej. Światopoglądem ogólnym rządzą religie, a Europa i część bliskiego cywilizacyjnie nam świata jest chrześcijańska. I w związku z działalnością Kościoła katolickiego w świecie i głównie w Europie wyparła wszelką wolną myśl i walczyła ze wzniosłą filozofią, jak z herezją. Idealnym przykładem była inkwizycja. Nie mówiąc już o samym wyniesieniu chrześcijaństwa z powodów pragmatycznych dla cesarstwa: doktrynowego popierania i wychwalania niewolnictwa zupełnie przeciwnie niż wcześniejsze rozważania mędrców rzymskich i greckich. Nie znaczy to oczywiście, że starożytny Rzym był światły i dobry. Powiedzieliśmy sobie wcześniej dlaczego. To wynik czynnika ludzkiego, jako takiego – tego, że człowiek nie dojrzał do etyki i humanizmu. W każdej epoce i rejonie byli myśliciele, ale to były promile w porównaniu do wyznawców doktryn. To kwestia proporcji, a najbardziej tę proporcję na rzecz prymitywizmu przechyla religia. Tutaj zatem musimy wrócić do tego, że wszelkie doktryny, tak jak religia, nie są autonomicznym organizmem. Są one wyborem ludzkim. Jeśli więc człowiek akceptował z własnej woli i wybierał prymitywną religię to dlatego, że wypełniała ona jego potrzeby.


Inną kwestią jest zmuszanie do przyjęcia tej religii ogniem i mieczem, co robiło chrześcijaństwo. Jednak to nie zmienia jej idei, bo po pierwsze władcy, którzy do niej zmuszali, sami ją akceptowali i szerzyli. Musimy też wiedzieć o tym, że cel władców i duchownych nigdy nie był tożsamy z celem zwykłych ludzi. Był właściwie odwrotny. Religie pozwalały najskuteczniej dyrygować społeczeństwem. Więc można zadać sobie pytanie, dlaczego w niej tkwimy. Gdyż wypełnia nasze populistyczne potrzeby. A, że jest formą zniewolenia, to zakłamuje nam wszystko – dobro zamienia w bogobojność, naturalizm w grzech, a amoralność w moralność. I nie pozwala nam tego zmienić. To jest rola religii i kapłanów. Dziś przecież bóg nie sprawia, że słońce wstaje. Wiemy, dlaczego jest wschód słońca. Bóg dziś nie służy obronie nas przed zjawiskami, których nie rozumieliśmy. Dziś bóg ma jedną rolę – utrzymać nas takich, jakimi chce widzieć nas kapłan. Dlaczego? Bo kapłan istnieje tylko dzięki wierzącym, którzy go utrzymują, a w wielu rejonach, jak i w przeszłości, również byli jego niewolnikami, a każda chęć zmiany tego stanu jest dla kapłana największym zagrożeniem. Więc mimo rozwoju człowiek tkwi w religii, a ona nie pozwala mu przejrzeć na oczy. Taka jest jej rola: nie pozwolić człowiekowi ewoluować. Dlatego dziś technologicznie człowiek jest bardzo rozwinięty i nie musi bać się burzy, ale mentalnie, świadomościowo tkwi w jaskini z dzidą gryząc zęby, gdyż religie występują jawnie przeciw humanizmowi, rozwojowi, wiedzy, zmianom. Dziś, w XXI wieku, największa z religii monoteistycznych czyli chrześcijaństwo w imieniu swych przepisów prześladuje, torturuje i zabija dzieci w Afryce. Bo kiedyś, gdzieś tam, bóg tej religii oznajmił, że „nie pozwolisz żyć czarownicy".
Prymitywizm ludzki, jako taki, nie jest zatem wynikiem religii, lecz ludzkiej niedojrzałości. Natomiast trwający prymitywizm ludzki w dzisiejszych czasach jest właśnie wynikiem działania religii. Wszelkich. Wyższa myśl istnieje nie od dziś. Tak, jak i weganizm, który chrześcijanie wymieniają, jako coś nowego i zdrożnego. Weganizm jest wcześniejszy od mięsożerstwa, ale dziś nam się wmawia z pełnym przekonaniem, że weganizm jest błędem i opiera się to również na przesłankach Boga, który nakazywał nam, aby zwierzęta się nas bały. Który kazał nam czynić sobie ziemię poddaną. Pokrótce tylko wyjaśnię, iż jest tak, dlatego że Bóg jest wymysłem człowieka. I to w dodatku człowieka, który jadł mięso, składał na ofiary zwierzęta, znęcał się nad nimi. Czyli człowieka, o którym mówimy tu od początku. Prymitywnego. Nazwijmy go w skrócie człowiekiem bez umiaru. I tak oto wieczny lud Eseńczyków (długowieczni z powodu weganizmu) przegrywa z ludzkim brakiem umiaru i świat wygląda, jak wygląda: jest planetą intencjonalnego cierpienia czynionego przez homo sapiens. A religie to pochwalają. I tego wciąż bronią.


Zatem zarówno humanizm, wyższa myśl, umiar, chęć niekrzywdzenia zwierząt, weganizm, dobro i etyka to nic nowego. To było bardzo naturalne w ludziach, którzy wychodzili z jaskini i odrzucali dzidę. Tego była pełna starożytna filozofia, o której dziś teiści chcą mówić jako o protoplastach religii. Ale to nie była religia, tak samo jak niejaka V Ewangelia, czyli ewangelia tak zwanego wyższego chrześcijaństwa, nie była religią, lecz właśnie filozofią. Takie pojęcia jak dobro, etyka, humanizm i filozofia to były obrzeża i zaledwie promile. Człowiek pospolity był prymitywny i taki pozostał, bo takim go złapała religia i takim go zostawiła. Bo to jest boży plan. Niczego nie zmieniać. I dziś w skrajnych sytuacjach mamy technologicznie stację kosmiczną krążącą po orbicie kulistej ziemi i przekazującą nam ten obraz na żywo, a obok tego religijnego człowieka wciąż głoszącego to, co głosi Biblia – że ziemia jest płaska.
Dziś mamy pełen w zasadzie wachlarz poziomów inteligencji: od jeden do sześć. Jestem pewien, że spokojnie i w tym wieku znajdziemy ów jeden. Sam czas, mimo że wymusza na nas rozwój, to równie dobrze może niczego świadomościowo i moralnie nie zmieniać w człowieku. Mamy więc też sześć, ale sześć – abyśmy się dobrze zrozumieli – to nic nowego na przestrzeni kilku tysięcy lat od starożytnej filozofii do dziś. To nikły ułamek czasu, jeśli chodzi o ludzką inteligencję. Nikły w kontekście gatunku i samego człowieka, ale jakże długi w kontekście wieku i ludzkiego życia. Poziom szósty inteligencji nie oznacza ludzi znających nazwy gwiazd niewidocznych gołym okiem i robiących skomplikowane kalkulacje matematyczne w pamięci. Poziom szósty oznacza inteligencję emocjonalną będącą wynikiem rozumowania, czyli zrozumienie, że człowiek, jakiego znamy, jest tylko początkiem. Człowiek z niższych poziomów jest niemal dla niego tym, czym jest małpa dla człowieka. Pośmiewiskiem i wstydem.
Poziom szósty to zrozumienie świata, ale te właściwe zrozumienie świata, odrzucające uwarunkowanie kulturowe i poczynania ludzkości wynikłe ze strachu i prymitywizmu. Czy też pragmatyzmu. To świadomość nieskażona urojeniami, politycznymi celami, uprzedzeniami. To chęć dobra i etyki. Nic ponad to. Poziom szósty to poziom, gdy rozumiemy i wiemy, że dobrze rozumiemy. Zrozumienie idei życia, jego symbiozy i tego, co etyczne, nie jest trudne, gdy jest się już wolnym od uwarunkowania kulturowego i gdy odrzuci się błędne filozofie, filozofie z pogranicza religii oraz samą religię. I wszelkie inne doktryny i idee, do których przywołuje się człowieka. Bo nawet, gdy masz wątpliwości i coś ci nie pasuje, to gdy zostaniesz prawicowcem, już cię do niego ta idea douzupełni. Czy to faszystą, czy komunistą. Czy też katolikiem. Tylko musisz pamiętać o tym, że w sprzyjających wolności czasach to Ty wybierasz. Ty wchodzisz w tę ideę i Ty ją akceptujesz. I to ona Ciebie wyraża. Poziom szósty to zatem gotowość na przewartościowanie wszystkiego z tego jak to warunkowano w to co jest wynikiem obserwacji i dojrzałego zdefiniowania. Dopiero tutaj jesteś gotów być punktem wyjścia, a nie z satysfakcją spełnionym końcem ewolucji czy kresem kreacjonizmu. Poziom szósty to zatem pokora i odrzucenie ludzkiego ego czy to w koncepcie religijnej korony stworzenia czy też gatunkowego uprzywilejowania do panowania nad słabszymi bo nieumiejącymi wyprodukować broni stworzeniami. Poziom szósty to przewartościowanie siebie i postawienie siebie w zupełnie innej perspektywie. Całkowicie przeciwnej tej do której warunkuje się nas od wieków; jako gatunku uprawnionego do tortur w imieniu nauki, nieograniczonych mordów dla sportów i wyszukanych sadyzmów nazywając to kulinariami. Jesteśmy bestią w szatach człowieczeństwa, a gdy to zrozumiemy i zmienimy w sobie, zaczniemy być punktem wyjścia dla lepszego człowieka. Nie wywyższonego ideami lecz po prostu wyższego..


Poziom piąty to odrzucenie religii, ale wciąż nieumiejętność patrzenia. Gdzieś tam coś ci majaczy, gdyż odrzuciłeś kotwicę, ale właściwie to nie wiesz, w którym kierunku chcesz płynąć i czy w ogóle chcesz płynąć. Możesz nawet nauczyć się odróżniać dobro od zła (wcześniej całkowicie zafałszowane religią), ale to nie znaczy, że będziesz chciał kierować się dobrem. Do tego nie wystarczy tylko odrzucenie religii, kotwicy. Musimy również wspomnieć, że w zasadzie w poziom czwarty wpisują się ludzie, którzy odczuwają niespełnienie etyczne w religii i zdają sobie sprawę z jej rozbieżnością z dobrem ogólnie pojętnym, ale uwarunkowanie kulturowe nie pozwala im się temu przyjrzeć. A ich poziom inteligencji właśnie skłania do potrzeby religijnej. Więc w tym tkwią. Rozumowo nie są w stanie tego sobie ułożyć, a emocjonalnie nie są w stanie tego przezwyciężyć. To na poziomie szóstym nie potrzeba ani doktryn, ani wzorców, aby odróżnić dobro od zła i chcieć tego pierwszego. Jeśli człowiek zrozumie, że życie jest wartością dla każdego ze stworzeń, to zrozumie, że odbieranie go jest odbieraniem wartości. Jest nieetyczne. Do tego wystarczy się rozejrzeć i chcieć być opiekunem, a nie oprawcą. Dziś już nie ma konieczności być okrutnym wobec innych stworzeń. Czas i rozwój technologiczny oraz pojawiająca się w dziejach wyższa filozofia skłaniają nas do takich rozważań, że bezsensowne odbieranie życia innym stworzeniom jest po pierwsze zbędne, a po drugie niemoralne. Gdy już wzrośnie w Tobie ziarno takiej myśli, to na końcu dojdziesz do wniosku, że aby to zrozumieć, należało się jedynie z uwagą rozejrzeć. I chcieć być dobrym. W konsekwencji trwanie w tym i czynienie tego jest przejawem twojego stanu świadomości, poziomu uduchowienia i rozwoju mentalnego. Skoro nie musząc być, jesteś prymitywny, to dlatego, że taki właśnie jesteś. Nie rozwiniesz się na zawołanie. To długi proces kształtowania swojej świadomości i rozumowania w kierunku dobra. I umiejętności wyrzeczeń. Postawienia swego ego pomiędzy innymi stworzeniami, a nie ponad nimi. Zniżenia się z pułapu korony stworzenia i pojęcia tego, czym jest dobro. Bo dobrem nie jest czubek mojego własnego nosa i mój dobrobyt kosztem zwierząt i kosztem innych ludzi. Dobrem jest nieczynienie krzywdy. Nie ma we wszechświecie gatunku, który chciałby własnej zagłady i uznał to za etyczne. I nie powinno być gatunku, który uznaje za nieetyczne odbieranie życia swoim przedstawicielom, a jednocześnie odbiera je innym gatunkom, wmawiając sobie, że to jest etyczne. A z nami tak jest; jesteśmy dokładnie takim gatunkiem. Dopuszczamy się każdego występku i zła dla naszej wygody tłumacząc górnolotnie, że robimy to dla rozwoju ludzkości. Ale czy rozwój ludzkości jest jakimś wyjątkowym celem? Czy w ten sposób uprawniający się sam z siebie gatunek jest wart istnienia? Sam stawia się w roli zachłannego drapieżcy. Zatem po co tak naprawdę miałby istnieć? Aby zniszczyć coraz więcej i przysporzyć coraz więcej cierpienia i śmierci słabszym? Etyka jest uniwersalna. Bo chodzi przecież o istnienie. Żadne ze stworzeń nie chce śmierci, więc zadając mu ją odbierasz mu jego wartość. Można powiedzieć, że ludzie są nijacy. I tacy pozostaną. Ponieważ ten rodzaj pragmatycznego systemu czy to ekonomicznego, politycznego czy religijnego takich ich potrzebuje, a przez jeszcze warunkowanie kulturowe ci ludzie tacy po prostu chcą być. Pasuje im brutalność wobec zwierząt, brak wyższego celu, jako lepszego człowieka. Pasuje im brak umiaru i stawianie się w roli pana życia.

Cechuje nas egoizm. Ustanowiliście miano „świętość życia". Kto tak powiedział? Bóg? Jeśli znasz historię i biblię to zdajesz sobie sprawę, że Bóg to główna przyczyna śmierci. I dlaczego tylko ludzkie życie jest święte? W którym momencie staliśmy się lepsi od zwierząt? Bo mamy smartfony? I takie idee o koronie stworzenia, świętości ludzkiego życia i czynieniu sobie ziemi poddanej wywyższają i utrwalają religie. Dlatego sam ateizm nie wystarczy do niczego. Bo on jedynie orzeka, że boga nie ma. Nie musi mi mówić tego ateizm. Ja widzę, że boga nie ma. I widzę, że nigdy go nie było. Gdyby istniał jakikolwiek bóg, świat nie mógłby tak wyglądać. Niedojrzali ludzie chcą wypełniać swe prymitywne potrzeby, ale chcą też czuć, że postępują właściwie. I pewien system im na to pozwala i ich w tym utrwala: system oferujący przeróżne usprawiedliwienia dla swojego podłego poczynania, czyli religia. I w dodatku oferuje zmycie win. Każdy system religijny, który nie skłania człowieka do poszukiwań, wykraczania ponad starodawne „prawdy" ewolucji, jest po prostu zły. Stoi w sprzeczności z rozwojem, jak i z chęcią bycia lepszym. I każdy system, który nie tylko głosi, ale i aprobuje amoralne postępowanie wobec zwierząt, jest zły. Nawet, jeśli wewnętrznie przetworzy sobie dobro i zło na bogobojność i grzech.


Ponad siebie mogą wyjść jedynie jednostki, którym przyświeca wolna myśl, jaka może rozkwitać i rosnąć, a nie idea określonego szeregu postępowań w bardzo ścisłych ramach. Bo zmiana tego nie spodoba się Bogu. Bogu, który ogłaszał (Księga Izajasza 60): „Bo naród i królestwo, które by ci nie służyły, wyginą i poganie zostaną całkiem wygładzeni". Bóg obiecuje nas wygładzić, jeśli nie będziemy mu służyć. A nazywają go dobrym i miłosiernym. Tak obiecał i chciał Bóg Ojciec, a co gorsze dla nas, tak chce też jego syn i tak zwani apostołowie. Dlatego w walce o świadomość i wyższego człowieka – bo nie o ateizm chodzi – istotnym jest wyzbycie się wszelkich religii, które są najwyższą formą zniewolenia.
Religia zaczyna się od urojenia i pogłębia w ludziach te właśnie urojenia. Sprawiając, że mimo upływu czasu, rozwoju technologii i świadomości ogólnej, uważamy, że śmierć jakiegoś zwierzęcia poprawi nasz los. Co gorsza, uważamy też, że jakaś najwyższa istota, która jest za nasz los odpowiedzialna, chce właśnie tej śmierci. Więc skoro uznajemy to za dobry i słuszny pomysł, to wiara w taką istotę - z założenia wyższą od nas, co jest groteskowe skoro chce ofiar i krwi - stawia nas najniżej w ewolucji. Religie więc udowadniają, że człowiek i tylko człowiek potrafi spaść niżej od zwierzęcia. I nie chodzi o to, w którym miejscu są zwierzęta, lecz o to, w którym miejscu jesteśmy my jako gatunek, u którego rozwinął się umysł i który potrafi kreować, wyobrażać sobie i planować. Oraz który wykształcił w sobie moralność.
Religia potrzebuje nas prymitywnych i dzikich i za pomocą nazwanych przez siebie: „wielkimi" czy „świętymi" zakazuje nam ewoluować.

Religia boi się zdemaskowania, więc nie możesz niczego chcieć poznać. I masz być tym, kim byłeś, gdy ta religia cię zastała. Więc jeśli chcesz być gorliwy w tej religii, to będziesz wiecznie na poziomie trzecim lub czwartym inteligencji, podczas gdy człowiek może osiągnąć poziom szósty. I nie tylko będziesz tkwił na tym poziomie, ale zrobisz wszystko, aby przekazać tę mentalność swoim potomkom. I tak oto ludzkość, mimo upływających wieków, krąży wokół płomienia świecy. Religijna bezrozumność przez wieki niszczyła świat zabijając na ofiary zwierzęta i ludzi oraz czyniła zarówno ludziom, jak i zwierzętom, holocaust, ale wciąż jej chcemy. Nie tylko chcemy, ale wręcz pragniemy tego szału pozbawieni umiejętności zrewidowania wiedzy o niej czy przekonań, jakie ona głosi o świecie. A przecież wystarczy przyjrzeć się właśnie tym, co głosi ona o fizycznym choćby świecie i wszechświecie, aby od razu wiedzieć, że religia za każdym razem się myli. Więc i Bóg się myli. Czy Bóg w ogóle kiedykolwiek widział ziemię z góry skoro jego posłańcy twierdzili, że jest płaska, a nad niebem jest woda i do sklepienia przyczepione są słońce, księżyc i gwiazdy?


Każde religijne twierdzenie dowodzi, że religia nie zna prawdy, podczas gdy głosi, że mówi prawdę. Dopiero, gdy odrzucimy wszelkie doktryny (wszak konstruktu ludzkiego, czyli z wielką cechą omylności, jak i powodu głoszenia tych tez) i zbadamy rzeczywistość, możemy stać się kimś lepszym. W zasadzie dopiero wówczas zechcemy być kimś lepszym. W religii musimy być tylko bogobojni, tylko tacy jakimi chce nas prymitywny bóg definiując swoje oczekiwania przez prymitywnego kapłana. Bóg oraz kapłan nie ewoluują. Nie trzeba przyjmować żadnych doktryn ani przyjmować żadnych „prawd". Również nie musicie przyjmować mojej tezy. Możecie obserwować świat, zbadać go wnikliwie i wyciągnąć własne wnioski bazując na wiedzy i obserwacji. Tak jak i ja to zrobiłem. Oczywiście, aby to zrobić, należy zdobyć pewną wiedzę i obserwować bez uprzedzeń. I wniosek nasuwa się tylko jeden. Może być tylko jeden. Wszystkie drogi rozważań prowadzą do oświecenia, że nie zasługujemy na to, aby nazywać się i czuć jak korona stworzenia. Że nie jesteśmy uprzywilejowani. Nie jesteśmy w jakiś dziwny sposób ułaskawieni z podłości przez jakieś byty. Że jesteśmy nieudatni, chorzy, prymitywni. Niedojrzali. Dopiero, gdy to zrozumiemy, a będziemy mieć wykształcone niezafałszowane poczucie dobra, to zrozumiemy, dokąd zmierzamy. I przede wszystkim zechcemy tam zmierzać wynosząc się poza prymitywizm. Zrozumiemy, że nie jesteśmy wyczekiwanym końcem lecz dopiero początkiem. Zaakceptujemy to, że jesteśmy po prostu chorzy i zechcemy wyzdrowieć. To, co było i jest populistyczne, a w szczególności chrześcijaństwo, zepsuło rozum nawet najpotężniejszych duchowo natur, ucząc odczuwać naczelne wartości duchowe, jako grzeszne, jako błędne, jako pokuszenie. Musimy to zrozumieć i chcieć to zmienić.


Zwierzę, gatunek, musi być zepsute, jeśli traci ono swe instynkty, jeśli wybiera, jeśli preferuje to, co dlań szkodliwe. To właśnie przez odwartościowanie natury jesteśmy dziś tak nieudaczni nie tylko w czynach, ale i w decyzjach. Nie mamy żadnej odwagi do decydowania. Odrzucenie religii prowadzi do zdania sobie sprawy, kim naprawdę jesteśmy. A tylko ta świadomość może sprawić, że będziemy wiedzieć, jaką drogą pójść dalej. I zdamy sobie sprawę, że tylko poza religią człowiek może zrozumieć, że winien być opiekunem. Będzie w stanie osiągnąć wynikającą z naszej skłonności do duchowości i z rozważania uniwersalną świadomość. Świadomość istoty żyjącej, jako tej, która nie chce własnej krzywdy, więc samo z siebie zrozumiałe będzie, iż nie może tej krzywdy czynić innym istotom. Do tego jednak potrzebna jest duchowość, a ta jest w stanie rozwinąć się tylko w zdrowym środowisku, w zdrowym umyśle, nieskażonym prymitywną, zabobonną myślą, w której na łożu swej śmierci masz być taki sam, jaki byłeś i jakiego chcieli ciebie kapłani mówiąc ci, że takim chce ciebie Bóg. Przy czym poziom szósty jest zaledwie początkiem i powinien być dzisiejszym minimum, aby czynić świat lepszym.
Nie zamykam się pośród pojęć. Wyszedłem poza nie, gdyż żadna doktryna nie spełnia moich oczekiwań. Ateizm jest formą, ale nie celem. Odrzucenie religii też samo w sobie nie jest celem, lecz etapem do pozbycia się kajdan.
Wówczas będziesz wolny i możesz przyjrzeć się swojej egzystencji i światu. Nie przez zamydlone oczy doktryną religijną i setkami przepisów boga czy kapłana. Przyjrzysz się światu takiemu, jaki on jest. I zrozumiesz, że nie jesteś sam na planecie ziemia i że ta planeta to twój dom, a dom nie powinien być krwawym safari w ludzkim wykonaniu. Nie bądź awanturnikiem i tyranem we własnym domu, w którym mieszkają też inni. To wasz wspólny dom. Nie masz do niego większego prawa niż oni. Czy natomiast pójdziesz w kierunku dobra to już jest inna historia. Odrzucenie religii wcale tego nie gwarantuje. Stwarza taką sposobność, ale nie gwarantuje. Bo człowiek jest niedojrzały i słaby. Człowiek jest nieudatny.
Jeśli przyjrzeć się egzystencji ludzkiej wstecz to wniosek może być tylko jeden: musimy wyjść poza to, czym był i dziś jest człowiek (pomijając oświecone jednostki) i jaką cywilizację tworzy i o jaką cywilizację się wręcz bije. Bo skoro nastała wielka nowina z niejakim Jezusem Chrystusem i świat miał być zbawiony i lepszy, to dlaczego od dwóch tysięcy lat jest gorzej niż było wcześniej bez owej nowiny, bez owego zbawienia i bez owej ofiary za nas z syna Boga. I nie tylko się temu przyglądamy, ale tkwimy w tym. I niczego nie chcemy zmieniać, bo ta doktryna głośno krzyczy, że nie możemy niczego zmieniać, bo ten Bóg, który ma na to wpływ, ustalił wszystko doskonale. I to jest jego boski plan, a za przestrzeganie go wynagrodzi nas wtedy, gdy tu już umrzemy. Bóg tak mówi, a my przytakujemy. I tego chcemy i w tym nie tylko tkwimy, ale z przemocą narzucamy tę wolę wszystkim innym. Tutaj kult śmierci jako łaski najwyższego, zamiast kultu życia aby w tym samym stanie mentalnym istnieć na wieki po tym zmarnotrawionym życiu będąc jedynie wykonawcą woli. A tam dostąpić szczęśliwości. Oczywiście ludzkiej i zasłużonej.


Jestem za porzuceniem bogów i pielęgnowaniem człowieczeństwa. Ale jeśli człowieczeństwo jest tym, co obserwuję, to jestem za porzuceniem nie tylko bogów, ale i człowieczeństwa i dążeniem do nadczłowieka. Do wyższego człowieka. Dzisiejszy człowiek nie spełnia mych standardów. Tak samo, jak nie spełniał i waszych standardów bełkocący dzikus z jaskini. Ludzie, mimo ewolucji technologicznej i siłą rzeczy świadomościowej, nie mogą się przyjrzeć egzystencji, ponieważ uniemożliwiają im to pisma święte i kapłani. Pisma święte nie pozwalają im przyjrzeć się rzeczywistości, a religie, jakie firmują, akceptują ludzi prymitywnych i takich wynoszą nad cały świat.
Wmawiając im, że są doskonałym tworem Boga i jak będą posłuszni, czyli tacy, jakich chce ich kapłan sprzed kilku tysięcy lat, to będą żyć wiecznie gdzieś tam poza tym życiem. Pod warunkiem, że wybiją pogan, czyli wszystkich, którzy nie wierzą w wielkiego konstruktora wszechświata, który zamieszkał na planecie Ziemia i strzelał fochy na kobiety innych narodów, gdy te rozmiłowały mężczyzn z jego wybranego plemienia. Co za tym szło, ów wspaniały konstruktor nakazał swoim wybrankom zabić te kobiety, przy okazji ich mężów, synów i córki, a zostawić tylko te, które były dziewicami do seksualnej niewoli dla swych wybranków. Czyli dzieci. I taki człowiek jest tworem skończonym i spełnionym. Według Boga i religii. I ma zapewniony jakiś raj. Wobec tego, zarówno jakość tego boga, jak i jakość tej religii jest dla mnie obrzydliwa. Ujemna. Bezwartościowa. I wierzący ma tego boga, ale nie różni się kompletnie niczym od prymitywnego człowieka bojącego się piorunów. Jest tak samo prymitywny, ale i niebezpieczny w tym, gdyż głosi swoją wyższość nad innymi. I zmusza innych do wyznawania swojego urojenia. A jego bóg kipi nienawiścią do wszelkich innych i w dogodnych warunkach (cywilizacyjnie), jak może, to chce, aby ich zabijano. To znaczy on chce zawsze, aby ich zabijano, ale kapłan i wierni robią to w dogodnych warunkach.


To system olbrzymiej opresji stworzony przez władców i duchownych. Opresji siłowej i mentalnego zniewolenia, a my zachowujemy się, jakby nie było żadnej możliwości uwolnienia się. Oni są narcystycznym i skończonym dziełem kreacji niby geniuszu, darwiniści egoistycznym celem ewolucji, a ja jestem dopiero początkiem i punktem wyjścia da tego co lepsze i wyższe.

Poczwarą, z której winno wyjść lepsze stworzenie.

 

Nie zrozumiesz tego jeśli nie odrzucisz przekonania o swej wyjątkowości i władztwie gatunkowym utwierdzanym przez niemal każdy system ludzki. Sokrates obwiniający nasze rozpasanie i ukazujący małość musiał przegrać z butą i drapieżnością gdy pisał, iż nie powinniśmy mówić o dobrze i miłości podczas gdy mamy martwe zwierzęta na talerzu. Bo przecież człowiek nie chciał mieć umiaru i chciał zabijać bez opamiętania ale jednocześnie musiał czuć się dobry. Zatem to nie Sokrates jest fundamentem cywilizacji lecz prymitywna religia, której najwcześniejszym symbolem jest ołtarz ofiarny.
Egzystencjonaliści z wewnętrznym rozdarciem nie mogli wygrać z utrwalanym przez wielkie doktryny wybujałym ludzkim ego i stawiania nas w roli jedynie uprzywilejowanych do życia. To ezgystencjonaliści cierpią patrząc z niemym buntem na niewyobrażalne zło czynione świadomą intencją ludzką tych ludzi, którzy śpiewają o cierpieniu pewnego narcyza w zamian za ich winy. Klękają i biją się w pierś w poczuciu winy wskazując palcem trupa na krzyżu, który odkupił ludzką pierwotną winę wobec pewnego tyrana. Przy czym szczytem ich wyższości jest współczucie martwemu bogu zamiast dręczonym przez ludzkość zwierzętom. Nie tylko im nie współczują ale w znakomitej większości oni je dręczą. Wszak według dogmatu jakiemu są wierni, zwierzęta nie mają duszy więc i nie czują bólu. Zatem są usprawiedliwieni. Mogą się bawić i obżerać. Szczytem ich dobra jest pielęgnacja pomników i kapliczek zamiast wyżywienie głodnych stworzeń w schroniskach. Ten zatrważający dowód na naszą głupotę i obrzydliwość cechuje większość pojedynczych ludzi jak i administrację od gminy do Państwa. Całej cywilizacji.
Wciąż tkwiąc cywilizacyjnie w tak degenerujących świadomość ludzką systemach religijnych nie umiemy nawet właściwie zdefiniować tego co dobre. Wielbimy cierpienie jako poświęcenie za nasze zbawienie lub konieczność dla naszego zdrowia czy rozrywki. Nie jesteśmy w stanie walczyć z intencją zadawania cierpienia skoro nasza cywilizacja zbudowana jest na jego kulcie i na kulcie korony stworzenia, która wobec zwierząt ma być tak zła iż mają się one nas bać. I ziemię mamy czynić sobie poddaną. Tak powiedział Bóg już na samym początku i dziś powtarzają to nawet ludzie z pułapu administracji kraju.
Cywilizacyjnie jesteśmy machiną śmierci i jej kultem miast być kreatorem i obrońcą.
Nie mamy umiaru i jesteśmy niedojrzali. Jesteśmy w ewolucyjnym żłobku wrzeszcząc do Bogów o opiekę i łaskę i płacząc gdy nas nie słuchają. Podczas gdy inne stworzenia swym wzrokiem zatrzymanym na nas – niemal jak nasz wzrok na symbolach religijnych- w niemym krzyku również błagają nas o opiekę i łaskę, a my nie tylko jej nie okazujemy ale uznajemy za słuszne zabijanie ich z jakichkolwiek powodów. Więzienie ich i obdzieranie ze skóry dla pieniędzy bądź dla satysfakcji. Gotowanie żywcem nazywając się przy tym koneserem smaku. Polowaniem dla sportu. Mordowaniem dla tradycji czyli dla czynności dla której robił to jakiś marny człowiek dawno temu. Zamiast to zmienić chcemy tego przestrzegać jako schedy kulturowej bądź powinności religijnej. Nawe nie mamy najmniejszej chęci się zmieniać. Chcemy się modlić i wykonywać to co nasi prymitywni przodkowie wieki temu.
Przyglądając się ludzkości dochodzę do jedynego wniosku; gdyby istniał jakikolwiek uczciwy bóg, który stworzył wszystkie istoty to patrząc na to co robi jego niby najwyższe konstrukcyjne osiągnięcie, powinien nas zwyczajnie zabić i wyciągając wnioski przeprojektować jego kolejną próbę zabawy z genami czyli użyć innej gliny do ulepienia człowieka aby nie wyszła znowu taka tragikomiczna fuszerka.
Bowiem jeśli upieracie się, że jesteśmy kreacją to nie jesteśmy niczym innym tylko fuszerką. Niczym ponad to, a wasz kosmiczny wręcz narcyzm niczego nie zmienia.

 

Zaloguj się