poczwara z nożem

Reszta to tylko ludzkość. — Nad ludzkością
trzeba górować siłą, wysokością duszy — pogardą.
Fryderyk Nietzsche


Co jest dobre? Co jest dostojne?
Wszystko, co zwiększa w człowieku poczucie mocy. Wolę mocy. Wszystko co sprawia, że chcesz wyjść ze schronienia i stanąć wyprostowany. Zdrowy i w poczuciu mocy.
Co jest liche? Co jest ujemne? Wszystko, co pochodzi ze słabości. Wszystko co sprawia, że kulisz się ze strachu w ukryciu. Co sprawia, że leżysz w łóżku pełen poczucia winy i obawy przed karą. „Panie, nie jestem godzien" i „to moja wina. Moja bardzo wielka wina"
W pierwszym przypadku weźmiesz się do konstruktywnej i twórczej pracy bo masz na to siłę. Energie i zapał.
W drugim potrzebujesz ratunku bo sam sprowadziłeś się tylko do marionetki narzucającego Ci poczucie winy i kary boga. Szukasz zatem pomocy wątpliwego moralnie, obcego Ci człowieka, który sprawiając bogobojne wrażenie zacznie Cię eksploatować jak długo się tylko da. Przy czym nigdy nie pozwoli Ci opuścić schronienia bo wtedy przestaniesz go potrzebować. Jesteś po prostu w stanie depresji, który w religii jest gloryfikowany jako ten właściwy.
Kapłana i boga potrzebujesz tylko wtedy gdy jesteś słaby. Gdy jesteś karykaturą ludzką. Zatem narzucona wina przez kapłana jako życzenie boga przeobraża Cię w chore zwierzę - czyni z Ciebie chrześcijanina. Aby Cię eksploatować trzeba uczynić Cię chorym.


To działa na każdym poziomie i gdy to strywializujesz zrozumiesz, że jesteś narkomanem. Tym jest też religia.
Aby przemysł alkoholowy miał zysk musisz pić alkohol. Im więcej tym lepiej więc musi uczynić z Ciebie alkoholika. To jego cel. Producent wódki nie produkuje jej aby sprawić Ci rozkosz lecz aby Cię uzależnić. To nie altruista lecz biznesmen. Oczywiście stan upojenia sprawia Ci rozkosz gdyż jest stanem upojenia ale skutki tego są tragiczne.
Tak samo jest z przemysłem farmaceutycznym. Abyś potrzebował leków musisz być chory lub ktoś musi Ci powiedzieć, że jesteś chory. A abyś potrzebował tych leków nieustannie, musisz być przewlekle chory bądź ciągle utrzymywany w poczuciu choroby. Nie leczy się przyczyn lecz skutki. Cywilizacja nie zakazuje jedzenia przetworzonego mięsa powodującego raka, otyłość, cukrzycę, palenia papierosów, czy picia alkoholu. Cywilizacja nie sięga do przyczyn. Propaguje się fast foody i obok ich reklam lecą reklamy spalaczy tłuszczu czy tabletek na cukrzycę.


Masz chorować i się leczyć. Zdrowy tryb życia lansowany jest jedynie przez przemysł farmaceutyczny, który ma – o dziwo- tabletki na Twoje dolegliwości, samopoczucie i figurę.

Nikt natomiast nie mówi abyś nie ćpał, nie pił, nie palił, nie żarł niezdrowego jedzenia. To nie leży w niczyim interesie począwszy od hodowców zwierząt – czyli ludzi żyjących z holocaustu innych stworzeń – poprzez wiele innych przemysłów.
Aby Cię eksploatować trzeba Cię uzależnić czyli uczynić chorym.


Dokładnie tak samo jest z religią. Aby kapłan mógł Cię eksploatować musi uczynić Cię potrzebującym czyli chorym. On jedyny sprzedaje coś co nie istnieje. Jest nierobem, nie chce mu się niczego produkować. Zatem wymyśla. Wymyśla coś w czym będziesz potrzebował jego osoby. Tym czymś jest właśnie religia.


Przecież Ty boga nie widziałeś. Ale widział go pewien kapłan. Tak Ci mówią. A tak naprawdę nikt go nie widział ale pierwszy kapłan w osobie Mojżesza słyszał go z ogniska. Później słyszał go w erupcji wulkanu, a raz zdarzyło się, że jeden facet słyszał boga z osła. Tak nam mówi przypowieść biblijna. Nikt nigdy nie widział boga i o tym zapewnia nas Jan w Apokalipsie.
Zatem Ty nie wierzysz w swoje przekonania i nawet nie wierzysz w swoje urojenia lecz wierzysz w przekonania ludzi sprzed ponad 3800 lat. Traktujesz ich urojenia jako niekwestionowany dowód. A dziś wierzysz tylko człowiekowi powtarzającemu frazesy z księgi zbudowanej na moralności prymitywów.
Okłamali Cię aby Cię wyzyskiwać. Już na samym początku chodziło o składanie ofiar kapłanowi. Ze zwierząt, cennych kamieni, wygodnych skór. Później przyszedł nakaz uiszczania opłat za narodziny dziecka czy oddania swego pierworodnego dziecka na posługę do kapłana.


Pewni ludzie stworzyli doskonały system iluzji, w którą gdy uwierzycie będziecie musieli całe życie oddawać im swoje dobra i pracować dla nich. Bo inaczej iluzja Cię skrzywdzi. Jak nie tu na ziemi to po życiu będzie krzywdzić wiecznie paląc w ogniu.
Nikt nie chce płonąć w ogniu przez wieki zatem potrzeba lekarstwa; tym lekarstwem jest kapłan.


Chrześcijaństwa nie powinno się gloryfikować: wydało ono wojnę na śmierć i życie wyższemu typowi człowieka.
Wszystkie jego fundamentalne instynkty skazało na wygnanie. Chrześcijaństwo wzięło stronę wszystkiego, co słabe, co niskie, co nieudatne, sprzeciw wobec instynktowi samozachowawczemu właściwego życiu. I podsycało to nazywając to „cnotą"
Zepsuło rozum nawet najpotężniejszych duchowo natur, ucząc odczuwać naczelne wartości duchowe, jako grzeszne, jako błędne, jako pokuszenie.
Gatunek musi być zepsuty jeśli traci on swe instynkty, jeśli wybiera, jeśli preferuje to, co dlań szkodliwe. Samo życie przejawia się instynktem wzrostu, instynktem trwania, instynktem mocy. Gdzie brak woli mocy, tam następuje schyłek.
Ideą chrześcijaństwa jest współcierpienie, a kto współcierpi traci siłę.
Przekwalifikowaliśmy się.


Staliśmy się pod każdym względem mniej udatni. Nie wywodzimy już człowieka z „ducha" z woli wzrostu lecz z bóstwa i pokornego wykonywania jego pradawnej przecież woli.
Zamiast szukać symbiozy stajemy się próżni. Kosmiczny narcyzm wmawia nam słowami starych ksiąg o zerowej wartości filozoficznej, że jesteśmy najważniejsi. Nazywa nas koroną stworzenia i nakazuje czynić sobie ziemię poddaną do takiego stopnia, iż zwierzęta mają się nas bać.
W pewnym momencie sądzimy, że jesteśmy jakimś szczególnym celem ewolucji podczas gdy my tylko powtarzamy dogmaty naszych przodków sprzed kilku tysięcy lat. Dogmaty, które są kotwica każdej chęci zmiany czy wyjścia z barbarzyńskich obrzędów i przekonań. Zatem nie tylko jesteśmy nieudatni ale i nie możemy stać się lepsi.
Jeśli przyjrzymy się sobie odrzucając wybujałe ego- zrozumiemy, że nie możemy być koroną stworzenia. Jesteśmy jej cierniem. Cierniem wszelkiego stworzenia.


Twierdzę z pełnym przekonaniem, że człowiek jest relatywnie biorąc, zwierzęciem najbardziej nieudanym, najbardziej chorowitym, które najniebezpieczniej zbłądziło i odeszło od swych instynktów i sprzeciwiło się ewolucji wszelkimi świętymi pismami. Przecież bóg stworzył wszystko doskonale i nie można nam niczego zmieniać.
Ale coś się stało. Niemal dwa tysiąclecia i ani jednego nowego Boga. Nie gada z nikim z płonącego krzewu i nie krzyczy z wulkanu. Zamiast tego wciąż jeszcze, jak coś uprawnionego w człowieku, ten godny pożałowania Bóg chrześcijańskiego monotonoteizmu. Ten hybrydyczny twór upadku, twór z zera i sprzeczności.
W chrześcijaństwie na czoło wysuwają się instynkty podległych i uciemiężonych: swego zbawienia szukają w nim najniższe stany społeczne. Chorowity człowiek szczyci się swą chorobą i złorzeczy tym, którzy chcą aby wyzdrowiał.
Chrześcijański charakter ma pewien zmysł okrucieństwa wobec siebie i wobec innych; nienawiść do inaczej myślących i wola prześladowania. Na pierwszym planie znajdują się posępne i pobudzające wyobrażenia; najbardziej pożądane stany, które określa się najwyższymi nazwami. Wymyśla się znaczenia.


Czymś chrześcijańskim jest nienawiść do ducha, do dumy, odwagi, wolności, do wolności ducha; czymś chrześcijańskim jest nienawiść do zmysłów, do radości ze zmysłów, do radości w ogóle.
Wiemy dziś, co w ogóle są warte, do czego służyły niesamowite wynalazki kapłanów i kościoła, dzięki którym udało się osiągnąć ów stan samo pohańbienia ludzkości. Stan, którego widok może budzić odrazę. Pojęcia, takie jak „zaświaty", „Sąd Ostateczny", „nieśmiertelność duszy", sama „dusza"; są to narzędzia tortury, są to systemy okrucieństwa, dzięki którym kapłan stał się panem. I pozostał panem.


Każdy to wie: a mimo to wszystko pozostaje po staremu. Wszystko, co trwa od tysięcy lat to fałsz.
Kościołowi wtórowali filozofowie. Kłamstwo „etycznego porządku świata" ciągnie się przez cały okres rozwoju nawet nowszej filozofii. A „etyczny porządek świata" znaczy tylko tyle, że istnieje, ustalona raz na zawsze wola Boża, która wyznacza, co człowiek ma czynić, a czego zaniechać; że wartość ludu, wartość jednostki tym się mierzy, w jak dużym czy w jak małym stopniu są oni posłuszni woli Bożej. Że w losach ludu, w losach jednostki wola Boża okazuje się wolą panującą, to znaczy wolą karzącą i nagradzającą, zależnie od stopnia posłuszeństwa.
Wszystko w celu pasożytniczego rodzaju człowieka; kapłana, który rozwija się kosztem wszelkich zdrowych tworów życia.
„Królestwem Bożym" nazywa taki stan rzeczy, w którym to właśnie kapłan określa wartość rzeczy. „Wolą Bożą" nazywa środki, dzięki którym można taki stan osiągnąć czy utrzymać.


Idąc dalej: „wola Boża", to znaczy warunki utrzymania władzy przez kapłana, musi być znana; do tego potrzebne jest „objawienie". Mówiąc prostym językiem: niezbędne jest wielkie fałszerstwo literackie. Odkrywa się zatem „Pismo święte" i podaje do publicznej wiadomości z hieratyczną pompą, z dniami pokutnymi i z lamentami nad długotrwałym „grzechem". „Wola Boża" była od dawien dawna ustalona, całe nieszczęście bierze się stąd, że oddalono się od „Pisma świętego". Już Mojżeszowi objawiła się „wola Boża". Co się zdarzyło? Kapłan, z całą surowością, z całą pedanterią, aż po małe i duże podatki, które należy mu płacić -nie zapominając o najsmakowitszych kawałkach mięsiwa, bo kapłan jest przecież pożeraczem befsztyków - raz na zawsze sformułował co chce mieć, „co jest wolą Bożą".
Odtąd wszystkie sprawy życia są tak urządzone, że kapłan jest wszędzie niezbędny. Przy wszystkich naturalnych wydarzeniach życiowych, przy narodzinach, ślubie, chorobie, śmierci, nie mówiąc o ofierze („posiłku").
Pojawia się świątobliwy pasożyt, by życie człowieka pozbawić naturalności. Ale w jego języku nazywa się to „uświęceniem". Trzeba, bowiem pojąć, że każdy naturalny obyczaj, każda naturalna instytucja (państwo, sądownictwo, małżeństwo, opieka nad chorymi i ubogimi), wszystkie przez instynkt życia wysuwane żądania -krótko mówiąc - wszystko, co samo w sobie jest wartością zostaje przez pasożytnictwo kapłana (czyli „etycznego porządku świata") uczynione czymś z gruntu bezwartościowym, sprzecznym z wartością. Wymaga dopiero usankcjonowania. Niezbędna jest użyczająca wartości moc, która neguje w nich naturę.


Kapłan pozbawia naturę wartości. Kapłan może się w ogóle ostać tylko za tę cenę. Nieposłuszeństwo względem Boga, to znaczy względem kapłana, względem „prawa" otrzymuje teraz miano „grzechu". Środki, dzięki którym można się ponownie „pojednać z Bogiem" są rzecz jasna środkami, które jeszcze gruntowniej gwarantują podporządkowanie kapłanowi. Jedynie kapłan „odkupuje". Naturalnym jest, zatem, że w każdej zorganizowanej przez kapłanów społeczności niezbędne stają się „grzechy"; są one właściwymi instrumentami władzy. Kapłan żyje z grzechów. Potrzebuje by „grzeszono". Naczelna zasada: „Bóg przebacza temu, kto czyni pokutę" w języku rozumiejącego- kto podporządkowuje się kapłanowi.
Na tym oto fałszywym gruncie, na którym wszelka natura, wszelka wartość naturalna, wszelka realność miały przeciwko sobie najgłębsze instynkty klasy panującej, wyrosło chrześcijaństwo. Forma śmiertelnej wrogości wobec rzeczywistości. Forma, której nic dotychczas nie prześcignęło.


Dla przykładu buddyzm nie obiecuje, lecz dotrzymuje. Chrześcijaństwo obiecuje wszystko, lecz niczego nie dotrzymuje.
Jeśli się umieszcza punkt ciężkości życia nie gdzieś w życiu, lecz w „zaświatach" - w nicości - to zabiera się życiu w ogóle punkt ciężkości. Wielkie kłamstwo o nieśmiertelności osobowej niszczy wszelki rozum, wszelką naturę w instynkcie. Wszystko, co w sferze instynktów ma dobroczynne działanie, co wspiera życie, co stanowi porękę przyszłości, budzi odtąd nieufność. Żyć tak, by życie nie miało już żadnego sensu ; to staje się teraz „sensem" życia.
To dzięki pożałowania godnemu schlebianiu. Osobistej próżności człowieka zawdzięcza chrześcijaństwo swój triumf przyciągając do siebie wszystkich nieudatnych, buntowniczo usposobionych, pokrzywdzonych, wszystkie wyrzutki i odpadki ludzkości.


Z każdą ekspansją chrześcijaństwa na coraz szersze, coraz surowsze masy, coraz bardziej oderwane od przesłanek, z których zrodziło się chrześcijaństwo, coraz bardziej niezbędną stawała się potrzeba jego wulgaryzacji, barbaryzacji. Wiara chrześcijańska musiała, koniecznością losu chrześcijaństwa, stać się tak chora, tak niska i tak wulgarna, jak chore, niskie i wulgarne były potrzeby, które miała zaspokajać. Na koniec samo chore barbarzyństwo jednoczy się w potęgę jako kościół. Kościół, ta forma śmiertelnej wrogości do wszelkiej prawości, wszelkiej wzniosłości duszy, do dyscypliny ducha, do wszelkiego szczerego i dobrotliwego człowieczeństwa.


Syn Boży cierpiał, a wyznawcy uwielbili cierpienie. Dla barbarzyńcy cierpienie nie jest czymś przyzwoitym: potrzebuje on dopiero wykładni, by się przyznać przed sobą, że cierpi (jego instynkt skłania go raczej ku wypieraniu się cierpienia, ku cichemu znoszeniu cierpienia) Słowo „diabeł" było tu dobrodziejstwem. Miało się przemożnego i straszliwego wroga; można się było nie wstydzić, że się cierpi przez takiego wroga. A jeśli, w ogóle, potrzebna jest przede wszystkim wiara, to trzeba zdyskredytować rozum, poznanie, badanie. Droga do prawdy staje się drogą zakazaną.
Cierpiących trzeba podtrzymywać nadzieją, której nie może zaprzeczyć rzeczywistość; której nie usuwa spełnienie: nadzieją zaświatów. Już Grecy uważali nadzieję, właśnie ze względu na jej zdolność zwodzenia nieszczęśliwych, za największe zło, za prawdziwie zdradzieckie zło: pozostało ono w puszce zła (Pandory) jako Elpis.
Nie da się ukryć, że Chrześcijaństwo jest buntem wszystkiego co pełza po ziemi, przeciw wszystkiemu; co wysokie Ewangelia „niskich" czyni niskim.
W chrześcijaństwie człowiek nie powinien patrzyć poza siebie. Powinien patrzyć w siebie. Nie powinien jako uczący się, roztropnie i przezornie wglądać w rzeczy, w ogóle nie powinien wglądać. Powinien cierpieć. Powinien tak cierpieć, by cały czas potrzebował kapłana.
Precz z lekarzami! Człowiek potrzebuje zbawiciela. Pojęcie winy i kary, włącznie z doktryną „łaski", „odkupienia", „przebaczenia" .


Chrześcijaństwo nie było religią narodową. Nie było uwarunkowane rasowo. Zwróciło się ono ku wszelkiego rodzaju wydziedziczonym, wszędzie miało swych sprzymierzeńców. Chrześcijaństwo zwróciło urazę, instynkt ludzi z gruntu chorych, przeciwko zdrowym. Przeciwko zdrowiu. Wszystko co udatne, dumne, butne, zwłaszcza piękno, kłuło je w oczy i uszy.
Dziś na każdym kroku dudni echem ta manipulacja, ta indoktrynacja. To straszliwa idea symboliki krzyża. Wszystko, co cierpi, wszystko co wisi na krzyżu jest boskie. Chrześcijaństwo było zwycięstwem, przyniosło zagładę bardziej dostojnemu usposobieniu; chrześcijaństwo jest do tej pory największym nieszczęściem ludzkości.
Imperium Rzymskie, które istniało jest najwspanialszą z dotychczasowych form organizacji. Osiągniętych w ciężkich warunkach, w porównaniu z którą wszystko wcześniejsze i późniejsze jest tandetą, partaniną.
Ci świątobliwi anarchiści zrobili sobie „pobożność" z tego, że zburzyli „świat" Hellenistyczny. Nie pozostał kamień na kamieniu, aż mogli nad nim zapanować nawet Germanie i inne chamy.
Chrześcijanin i anarchista: obaj dekadenci, obaj niezdolni do działania innego niż likwidowanie, zatruwanie, dewastowanie.
Imperium Rzymskie było godnym największego podziwu dziełem sztuki ale było ledwie początkiem. Jego budowa była obliczona na tysiąclecia.
Organizacja ta była dostatecznie mocna, by wytrzymać marnych cesarzy, barbarzyńców lecz nie była dostatecznie mocna, by oprzeć się najbardziej zepsutemu rodzajowi zepsucia, by oprzeć się chrześcijanom.
Za sprawą skrytego robactwa, które pośród nocy, mgły i dwuznaczności wkradało się we wszystkie jednostki i z każdej wysysało powagę wobec rzeczy prawdziwych. Za sprawą tchórzliwej, niewieściej i słodkiej bandy ta ogromna budowa stawała się coraz bardziej obca duszom.


Cała praca antycznego świata na darmo. Cóż po Grekach? Cóż po Rzymianach? Wszystkie przesłanki uczonej kultury, wszystkie metody naukowe już istniały. Ustaliła się już wielka, niezrównana sztuka dobrego czytania, ta przesłanka przekazu kultury, jedności nauki. Na najlepszej drodze było przyrodoznawstwo, powiązane z matematyką i mechaniką. To wszystko już istniało. Już przed ponad dwoma tysiącleciami. A także dobry, subtelny takt i smak. Przy czym nie jako tresura mózgu! Nie jako kultura o chamskich manierach! Lecz jako ciało, jako gest, jako instynkt. Jednym słowem, jako rzeczywistość.
I wszystko to na marne. Przez chrześcijaństwo.
Dostojność instynktu, smak, metodyczność badań, geniusz organizacyjny i administracyjny, wola ludzkiej przyszłości; i wszystko zasypane przez noc nie w wyniku jakiegoś zdarzenia naturalnego. Nie rozdeptane przez Germanów czy innych ciężkostopych. Lecz zhańbione przez podstępnego, potajemnego, niewidzialnego, anemicznego wampira. Nie pokonane ale wyssane.


Skryta żądza zemsty, małostkowa zawiść stała się panem! Wszystko, co mizerne, co samo w sobie cierpiące, co nawiedzane przez liche uczucia, cały do getta podobny świat dusz za jednym razem wzięły górę.
Chrześcijaństwo pozbawiło nas plonu kultury antycznej.
Natomiast kościół chrześcijański jest najwyższym, jakie sobie można wyobrazić, zepsuciem. Jego wola dążyła do ostatecznego, czy choćby tylko do możliwego zepsucia. Kościół chrześcijański niczemu nie oszczędził swego zepsucia, z wszelkiej wartości uczynił bezwartość, z wszelkiej prawdy kłamstwo, z wszelkiej prawości nikczemność duszy.
Chrześcijaństwo doprowadza Cię do skraju nędzy mentalnej. „moja wina, moja bardzo wielka wina" Cały czas sprowadza cię do świadomości, że nie jesteś godzien niczego dobrego. Dlatego jest Ci tak źle, a jednak Twój bóg Ci nie pomaga mimo modłów. Bo to Twoja wina. Bardzo wielka Twoja wina. Ponadto „nie jestem godzien" do reszty pozbawia Cię złudzeń, iż jesteś kawałkiem gówna nie zasługującego na nic pozytywnego.
Obok tego bóg niemal jak cynik wmawia Ci abyś „miłował bliźniego swego jak siebie samego". To istny labirynt psychozy.
Winienem miłować drugiego człowieka jak tego, który nie jest godzien i to wszystko to jego wina.
Ale jak mam miłować kogoś kto nie jest godzien i to wszystko to jego wina?
W dodatku aby umocnić to poczucie winy chrześcijaństwo robi coś co w etycznym umyśle jest nie do pomyślenia.
Oto wielki wszechmogący bóg poświęca swego syna za nasze grzechy. Śmierć syna boga jest lekarstwem na nasze zdrowie. Nie dość, że jest to największym barbarzyństwem to jeszcze jest kuriozalne.
I zrobił to dla mnie. Dla mnie. Jestem tak ważny, że bóg wszechmogący poświecił dla mnie swego syna.
Jaki ojciec tak robi?


Poczucie winy dosięga każdego. Moja wina i nie jestem godzien, a syn boży cierpiał na krzyżu abym to ja po śmierci trafił do nieba.
Nie pozostaje mi nic tylko upaść na kolana i łkać waląc się w pierś i prosić kapłana o łaskę. Sprowadza mnie to do tego abym całe życie robił wszystko by odkupić to wielkie poświęcenie.
Podczas gdy jest to zwykły akt ojcowskiej podłości i zwykłego skurwysyństwa.
Musimy wiedzieć, że dziś nie jesteśmy tymi samymi ludźmi którzy byli 200 lat temu czy 2000 lat temu. Z prostego powodu. Z powodu świadomości. Oprócz dwóch rąk, dwóch nóg wiele nas różni. I nasz punkt wyjścia powinien być od dziś, a nie od narodzenia boga czy opracowania dzidy. Nasz punkt wyjścia nie jest pamiętaniem przodków i poświęcaniem czasu aby ich czcić wraz z bogami i nadawać znaczenia przedmiotom. Nasz punkt wyjścia to świadomość co chcemy uczynić aby przyczynić się do rozwoju człowieka jako gatunku. I zrozumieć, że nasze umysłowe zdolności obok poczucia dobra i zła skłaniają nas do bycia obrońcą, a nie oprawcą.
Jesteśmy mostem ku nadczłowiekowi. Albo patrzymy tam i idziemy ku niemu albo siedzimy pośród samych straszliwych pojęć i błagamy boga o ochronę przed piorunami. Wciąż i bez skutku.
Nie ma dobra i zła bo nie ma twórcy, który tak projektuje świat. Nie ma niczego co mogłoby nas sądzić i mierzyć. Jest tylko nasza świadomość obok pojęcia "zło" i dobro" I to nasza świadomość ( w pełnym zakresie również z tym jak jesteśmy rozwinięci emocjonalnie) sprawia, że nie chcemy zadawać bólu, cierpienia gdyż rozumiemy, że żadne stworzenie nie chce tego. I tu powstaje pytanie. Czy potrafimy oprzeć się atawistycznym instynktom. Wiemy, że inni, inne istoty nie chcą cierpienia i śmierci ale obok tego możemy nie być rozwinięci emocjonalnie i nasze chciejstwo będzie ważniejsze. Ale chciejstwo w kierunku zadawania bólu czy odebrania życia dla rozrywki to choroba umysłowa, to już jest fakt. To zło. Można to nazwać prymitywizmem bo człowiek skądś wyszedł. Z jaskini, z prymitywizmu, a czas jaki mija nie wystarcza z automatu aby każdy był świadomy również emocjonalnie; rozwinięty.


Mamy wolę, mamy świadomość. Wiemy, że na nas spoczywa odpowiedzialność za nasze czyny. Gatunek ludzki cierpi na wiele schorzeń ale dziś głównym nie jest nawet to, że zachowujemy się jak nasi dzicy przodkowie tysiące lat temu lecz to, że obok tych w pełni świadomych, chcących symbiozy i braku krwi ( żadna istota nie chce śmierci, dlaczego więc mam zadawać ją w imieniu swego chciejstwa) jest większość pośród nas, którzy chcą tej krwi wypełniając wolę tego co w nas prymitywne. Nie radząc sobie być człowiekiem na dziś dzień. Perspektywa zmienia wszystko, musi zmieniać również i nas. Jeżeli tego nie rozumiemy to tylko dlatego, że chcemy praktykować ten atawizm jaki w nas drzemał i wciąż drzemie.
Stąd religie. Religie to ostoja naszego prostactwa, naszego prymitywizmu, naszych chęci i skłonności do panowania nad słabszymi, niewinnymi. Innymi. Wszak panuje nad nami bóg, my jesteśmy jego dziełem, mamy prawo więc panować nad bluźniercami czy zwierzętami.
Bardzo ale to bardzo pragniemy bogów, którzy mogliby jak w romantycznym filmie pojawić się i wziąć nas za rączkę aby wyprowadzić na brzeg z bagna, w którym toniemy. Sami postawiliśmy się w sytuacji, iż bez ramienia czegoś odrealnionego nikt nas nie uratuje. Boże dopomóż.
Jesteśmy inwalidami. Nasze ręce i nogi są bezużyteczne. Ściskamy siekiery i noże i wykonujemy to co nasi przodkowie; zadręczamy zamiast wydostać się z tej nieustającej spirali zła i obrzydliwości.
Nasz umysł, który z każdym wiekiem staje się coraz potężniejszy tkwi wciąż na wulkanie z pewnym zdegenerowanym starcem gwałcącym dzieci oraz prymitywnym bogiem, którzy wymyślają przepisy jakie mają być dla mnie nadrzędne nawet 3800 lat później. Zatem nasz umysł też jest bezużyteczny i nie wyprowadzi nas z bagna. On powtarza starodawne zakazy i nakazy aby utrzymać nas w tym bagnie. Jesteśmy zatem ułomni. Nasze ciało nie ruszy się z tego miejsca ludzkiej nikczemności bo nasz umysł tego nie chce.
Świat się pali, bo my go podpaliliśmy ale zejdzie drugi raz zapowiedziany bóg i nas uratuje. Nawet wierzący nie rozumieją w tym momencie, że oczekują ratunku boga przed nimi samymi. A co by się stało gdybyśmy ruszyli nogi i ręce oraz umysł i uratowali siebie i świat sami? Skoro własnym wysiłkiem i kosmiczną pazernością go zniszczyliśmy to może zmieniając się własnym wysiłkiem go uratujemy? Ale po co skoro bóg zabierze nas w lepsze miejsce.
Cała ludzkość od wieków modli się do bogów. Niezmiennie. Składa bogom ofiary. Wciąż. Klęka i bije się w pierś. Nieskończenie. I od wieków nic się nie zmienia.
Miała być dobra nowina bo bóg ojciec poświęcił własne dziecko za nas. Okazało się, że z nastaniem tej dobrej nowiny świat z rąk orędowników tej nowiny doznał tyle krzywdy ile nigdy przedtem. Intencjonalne, wyrachowane zło na globalną skalę. W imieniu boga. Nikt nas nie ratuje. Nikt nie wyprowadza nas z morza krwi i bezsensownej przemocy i zła. Klękamy aby wybłagać odkupienie by móc żyć wiecznie, a rękami grozimy innym bądź ich zabijamy. Należy w tym miejscu zrobić dwie rzeczy. Po pierwsze zapytać po co w tym stanie mentalnym mielibyśmy żyć wiecznie. Przecież jesteśmy niewyobrażalną niegodziwością zasługująca na całkowite potępienie i zapomnienie. Po drugie musimy rozejrzeć się i ujrzeć, iż jesteśmy sami. Całkowicie sami. Przyjąć tą świadomość jak dorośli i wstać z kolan. Zaakceptować tą prawdę i wziąć się do roboty. Ruszyć w kierunku brzegu aby wyczłapać z tego odwiecznego bagna ludzkiego wstydu i zła. Stanąć na brzegu i czerpiąc z mocy ludzkich zdolności zacząć budować dom. Bezpieczny dom dla wszystkich. Zostawić religijne i warunkowane kulturowo bagno za sobą. Otrzepać się i zrewidować absolutnie całą świadomość. Zdefiniować właściwie dobro i zło. Zrozumieć co jest czym i iść we właściwym kierunku aby móc wreszcie być dobrym bez ograniczeń pradawnych nakazów i zakazów. Bez starodawnych obyczajów i powinności. Skupić się świecie i rozwijaniu człowieka, a nie na bogach i naszych przodkach narzucając na siebie powinność wykonywania ich woli. Kaprysów czy nawyków. Tradycji.
Musimy zapomnieć o wszystkim i zbudować wszystko na nowo.


Skupić się nad tym jak może być odrzucając to co urojone czy nierealne. Wiara w nierzeczywiste pomaga ludzkim umysłom ale jednocześnie je osłabia. Koniec tracenia czasu na modły i marnotrawienia środków pieniężnych na kulty i bogów. Każda złotówka na tacę aby żywić kapłana, budować pomniki, złote ołtarze czy wielkie kościoły to złotówka mniej na realny posiłek dla biednych ludzi czy stworzeń. Koniec marnotrawienia środków na symbole i świętości. Jedyną świętością na jakiej musimy się skupić to nasza planeta. Jej stan i mieszkańcy. Nie osiągniemy całkowitej symbiozy gdyż żyjemy w świecie, w którym zwierzęta zjadają inne ale możemy osiągnąć najbardziej możliwą symbiozę gdy zrozumiemy, że my nie należymy do tych zwierząt. I gdy wreszcie właściwie potraktujemy swoją wyższość nad innymi stworzeniami czyli intelekt i zdolność tworzenia. I stworzymy świat, który sam sobą będzie dowodził wyższości, którą w sobie widzimy. A wyższość to nie mordowanie bez opamiętania, jakie realizujemy po dziś dzień od wieków, a do jakiego nie jest zdolny nawet najbardziej drapieżny gatunek zwierząt. Musimy wykształcić w sobie moc do bycia obrońcą, a nie oprawcą.
Człowiek nie powinien też chcieć zmienić się ze strachu przed swoją zagładą. Człowiek w tym stanie mentalnym nie powinien zwyczajnie przetrwać. Jesteśmy niedorozwinięci ale gdy pozwolimy tym, którzy zdołali wykształcić w sobie inną świadomość siebie poprowadzić to staniemy się dorośli. Tylko wtedy warto nam przetrwać. Tylko wtedy będziemy godni aby przetrwać. Tylko gdy całkowicie się zmienimy. Gdy wreszcie zechcemy być po prostu dobrzy. Gdy zostawimy człowieka i staniemy się nadczłowiekiem gdyż człowiek jest tym co trzeba przezwyciężyć.
Nie chcę być jak mój ojciec i jak mój dziadek; chcę być od nich lepszy. To naturalne, nie ma w tym nic uwłaczającego. Nie chcę też powtarzać ze względu na tradycję jakiś ich nawyków. Tak samo nie chcę aby moje dzieci były jak ja; chcę aby były lepsze. Chcę być ku temu przyczynkiem. Chcę być punktem wyjścia.
Z pokolenia na pokolenie wiemy coraz więcej i umiemy coraz więcej. Nasze umysły stają się potężniejsze więc nie poświęcajmy ich na trenowanie się w powtarzaniu pradawnej woli zupełnie odległych świadomościowo ludzi lecz kreujmy lepszy świat. Świat pełen symbiozy, w którym najbardziej rozwinięty gatunek jest godny by żyć gdyż nie jest niszczycielem wykonując powinność narzuconą nam przez starych bogów i starych kapłanów. Nie bądźmy wykonawcami woli innych lecz kreatorami. Nie przestrzegajmy prymitywnych praw narzuconych nam przez prymitywnych ludzi i bogów lecz rozwijajmy w sobie dobro. A dobro to nie gorliwość w modłach lecz zrozumienie, że skoro żaden człowiek nie chce własnej śmierci to i żadna inna istota też tego nie chce. To jest uniwersalne prawo. A skoro nikt tego nie chce to nie powinienem tej śmierci czynić. Nie powinniśmy czynić komuś innemu tego czego ten ktoś nie chce. Dlaczego więc w religiach uznajemy nasze chciejstwo jako coś uprawniającego nas do zarzynania niewinnego stworzenia na ołtarzu dla przebłagania jakiegoś boga. Dlaczego ma liczyć się nasze chciejstwo?
Dopóki się nie przyjrzymy światu i nie zaczniemy rozumieć, miast powtarzać bezwiednie, dopóty będziemy tym samym czym byliśmy gdy murowaliśmy swe dzieci w ścianach domów aby przekupić bogów do zostawienia nas w spokoju. Musimy złożyć tylko jedną i ostateczną ofiarę aby bogowie nas wreszcie zostawili w spokoju; pamięć o nich. Aby jednak iść dalej koniecznym jest zabić w sobie pamięć o wszystkim z przeszłości. Porzucić wszelkie autorytety, które są na opak jak wszystko. Gdy zmienimy świadomość i wyjdziemy poza dotychczasowy schemat to nie potrzebna nam jest nawet historia. Gdy się zmienimy nie będziemy potrzebować żadnej polaryzacji. Nasze postępowanie nie będzie wynikiem postępowania innych w historii lecz tego co być powinno gdy już to zrozumiemy.


Należy zamknąć ten rozdział z człowiekiem i przejść do rozwijania nadczłowieka. Skupić się na realizacji mając już zupełnie inną świadomość. Dotychczasowy świat to świat kompletnie na opak. Nie musimy go pamiętać. Nie chcemy pamiętać z jakiego powodu nasi przodkowie wpisali sport, który polegał na skutecznym zabijaniu określonych gatunków zwierząt w tradycje. I dlaczego mimo rozwoju nie potrafimy znieść tych okrutnych obrzędów gdyż to tradycja właśnie. Jesteśmy niewolnikami wielu haseł, które przez warunkowanie kulturowe są nienaruszalne; sport, tradycja, obrzęd, świętość, religia. To wszystko w naszych umysłach to jakieś dziwne tabu jakiego nie można ruszać. Nie potrafimy zrozumieć, że sami wyolbrzymiliśmy to do takiej roli i jedynie co robimy to szanujemy zwyczajne prymitywnych ludzi jakich nie należy akceptować lecz zmieniać. Nie chcemy tych jak i żadnych tradycji. Nie chcemy żadnej nici jaka łączyłaby nas z tymi ludźmi. Nie jesteśmy już nimi. Jedynie od nich pochodzimy ale musimy porzucić tragiczny wiek niemowlęcy i wejść w dorosłość. Dopóki będziemy pamiętali jak było to będziemy pamiętali o różnicach między białym, a czarnym, między człowiekiem, a zwierzęciem i przypisanych przez nas prymitywnych wzajemnych rolach. Nie ma ról. Sami na nowo z wyższą świadomością musimy ustalić te różnice. Czarni nie są niewolnikami białych, a zwierzęta nie mają się nas bać.
Człowiek natomiast nie jest uprawniony przez żadne bóstwa i autorytety do władania. Jest dokładnie to co widzisz i czujesz.
Zapach misy owoców zamiast smrodu wnętrzności i brudu rzeźni. Powiew wiatru w parku miast zimnych i smętnych murów świątyni.


Wsparcie zamiast nękania. Harmonia zamiast chaosu i miotania się w przemocy. Zasypianie obok innych istot, które chcą jedynie aby zostawiono je w spokoju. Nie zmienimy natury zwierząt ale zmienimy swoje postępowanie wobec nich. To jest właśnie domena bycia wyższym.
Możemy decydować o tym co uczynimy bez konieczności. Świat przestanie płynąc krwią niewinnych. Człowiek będzie opiekunem miast oprawcą. Nie będzie krzyku i skowytu jako ludzkiej intencji. Będzie świat, w którym świadomy człowiek będzie mógł zaznać wreszcie szczęścia. Jedyny gatunek, który potrafi torturować nie będzie już torturował. Co zaskakujące; gatunek, który praktykując to, zwał się cały czas wywyższonym. Czy wciąż chcemy sportem nazywać strzelanie do żywych istot, a tradycją obdzieranie ich na żywca ze skóry? Tak robi człowiek. Tak nie będzie chciał robić nadczłowiek. Będziemy wyżsi. Będziemy kimś całkowicie innym. Człowiek zostanie zapomniany jako ten podobny bogom. Ten uczyniony przecież na podobieństwo boże. Nadczłowiek stanie się boski i przewyższy wszelkich bogów. I nie będzie na niczyje podobieństwo bo nie będzie chciał być podobny nikomu. Zechce sam być wzorcem. Nie jest to trudne. Bogowie nie ewoluują. Niemal wszyscy już są bardzo starzy. Natomiast każda chęć zwracania nas ku bogom powinna być zbrodnią przeciwko ludzkości.
Musimy opuścić tą ludzką poczwarę i stać się właściwym stworzeniem aby z nas kiedyś wyrosło jeszcze lepsze stworzenie zdolne być upragnionym wzorem dla życia we wszechświecie.


To nie jest świat, który mógłby być efektem jakiegoś zamysłu kogoś, kto umiałby stworzyć taki świat. Ten świat nie może być efektem takiego zamysłu. Jeżeli miałbym rozważać stwórcę, nie rozważałbym kogoś na kształt boga z jego boskimi cechami. Rozważałbym po prostu nas, którzy wszczepili życie w to chaotyczne miejsce. Nas jako odległych przybyszów. Skoro ten świat jest tak stworzony, to nie mogła go stworzyć istota wyższa od człowieka. Nie dlatego, że człowiek jest jakiś wysoki i trudno doścignąć ten „ideał" Dla przykładu, Ja osobiście stworzyłbym ten świat całkowicie inaczej. Bezkrwawy. W którym jedno w męczarniach nie zjada drugiego. A drugie nie jest jedynie zabawą, pociechą czy pokarmem pierwszego. I najbardziej rozwinięty gatunek nie jest niespełnionym sadystą. Gatunek, który nie czerpie przyjemności z zadawania bólu. Gatunek, który nie krzywdzi. Tylko z takiego tworu mógłbym być nie tyle co dumny ile zadowolony. I tylko w takim majestacie, mógłbym być bogiem, którego nikt już nigdy nie zobaczy. Który będzie mógł odejść w świadomości, iż zostawia swoje dzieło bezpieczne. I powiedzieć głośno, że jest dobre. Bo nic co byłoby moim dziełem nie byłoby nim aby zaznawać niewyobrażalnego strachu i cierpienia z intencji mojego szczytowego działa.
Natomiast ten szczytowy twór na moje podobieństwo nie tylko nie mógłby z własnej woli być twórcą strachu i zadawać ból lecz i by zwyczajnie tego nie chciał.


Więc jeżeli ten świat jest kreacją to jest kreacją kogoś gorszego od nas. Od nielicznych nas. Albo takiego samego jak większość nas. Wprost więc aż prosi się stwierdzić, że jeżeli ten świat jest kreacją jakiegoś stwórcy to ten stwórca jest -bo musi być mentalnie, moralnie, etycznie, świadomościowo niżej ode mnie i od każdego kto kieruje się w życiu dobrem.
Zapamiętajcie też rzecz jedną. Stwórca nie musi być bogiem. Dziś człowiek umie tworzyć życie w laboratorium. Jest stwórcą ale nie ma nic wspólnego z bogiem.
Idąc dalej. Gdy postawisz białego człowieka umiejącego tworzyć pośród zacofanych ludów i pokaże on kilka sztuczek bądź z embrionu wyhoduje istotę to dla zacofanych ludów będzie bogiem.
Sami siebie postawiliśmy w roli zacofanego ludu dającego się nabrać na parę sztuczek, a tak naprawdę na parę plotek.
Jesteśmy prymitywni, a religie nam to udowadniają.
Biorąc pod uwagę czas istnienia ziemi na ponad 4 miliardy lat, a czas istnienia człowieka na niemal 200 000 lat, my dzisiejsi, a mający się za koronę stworzenia- jesteśmy zaledwie początkiem. Ale fatalnym początkiem.
Przyjmując, że inteligencja u ludzi rozwinęła się (lub została zaszczepiona według wielu badaczy) około 40 tysięcy lat temu, a najstarsze pisma datowane są na maksymalnie 15 tysięcy lat przed naszą erą co dowodzi najnowsze odkrycie w Tybecie, jesteśmy zaledwie w żłobku.


Nie przeszkodziło to nam jednak dokonać niewiarygodnej destrukcji w zaledwie ułamku czasu.
Planeta ma kilka miliardów lat. Ludzkość pisata 17 tysięcy lat. Człowiekowi gdy wszedł w epokę przemysłową, która się chwilę rozpędzała zajęło lekko ponad 100 lat doprowadzenie tego potężnego fizycznie i czasowo tworu jakim jest planeta ziemia do ruiny.
Przez ostatnie pół wieku wybiliśmy optymistycznie szacując ponad 60% gatunków stworzeń, a dziś zmiany klimatyczne ziemi są diametralne i tak dalece posunięte, iż prawdopodobnie nieodwracalne. Większość badaczy daje nam maksymalnie 60 lat.
Zatem człowiek po wynalezieniu odpowiedniego narzędzia tak wyeksploatował w swej małostkowości i chciwości ziemię – mając się za uprawnionego do tego. I wciąż za takiego się ma – że zniszczył jej długotrwałą symbiozę sumarycznie w
maksymalnie dwieście lat.
W dwieście lat doprowadzimy do upadku planety, która ma 4,6 miliarda! Oto Pan człowiek.
Mentalnie jesteśmy niemowlakami. W skali tysięcy lat jesteśmy niemowlakami jako gatunek. Cierpiącymi na wszystkie wady jakie mogły się nas czepić. Brak umiaru, żarłoczność, chciwość, narcyzm, zło.
Przez wieki zachowywaliśmy się jakby wszystko do nas należało. I braliśmy oraz krzywdziliśmy. I mimo, że widzimy dziś tego efekty to i tak większość z nas wciąż nie chce pozbyć się tej chciwości i amoralności. Wciąż większość ma się za uprawnioną do wszelkiego zła i destrukcji koronę stworzenia.
Niegdyś rozwój ludzkości wystrzelił. Pojawiły się eposy o protoplastach ludzkości i stwórcach jako bogach.
Po czasie te mity zamieniły się w bardzo restrykcyjne i faszystowskie religie monoteistyczne. Od tamtego czasu ludzkość przestała ewoluować. Rzuciła kotwice rozwoju mentalnego i zabraniała podróży pod pozorem bluźnierstwa karanego przecież śmiercią.
To bardzo proste do zrozumienia. Wszak dzisiejszy chrześcijanin czyli sąsiad z iphonem mentalnie pozostał na moralności sprzed 3800 lat kiedy do Mojżesz spisał dekalog od boga.
Jesteśmy niemowlakami. Niedojrzali i niedorozwinięci.


Z tak niedojrzałym umysłem zawładnęliśmy światem. I dzisiejszy jego schyłek to efekt właśnie naszej ułomności spowodowanej wiekiem niemowlęcym. Takimi chcemy być w przeświadczeniu, że jesteśmy efektem ewolucji.
- Gdy dasz niemoralnemu człowiekowi odpowiednie narzędzie jak na przykład nóż i postawisz go w pobliżu innych ludzi oraz kota i psa, a między nimi zastawisz pokarmem stół i pójdziesz na kawę to po powrocie będzie wiele trupów i jeden uczestnik uczty.
- Gdy dasz dobremu człowiekowi odpowiednie narzędzie jak na przykład nóż i postawisz go w pobliżu innych ludzi oraz kota i psa, a między nimi zastawisz pokarmem stół i pójdziesz na kawę to po powrocie wszyscy będą jedli chleb pokrojony nożem.
- Gdy dasz dziecku odpowiednie narzędzie jak na przykład nóż w pobliżu bliźniaczej siostry i braciszka oraz kota i psa, a między nimi zastawisz pokarmem stół i pójdziesz na kawę to gdy wrócisz nikt nie będzie już żywy, a stół z pokarmem będzie wywrócony.
Zastanówcie się nad tym.

Zaloguj się