Nadczłowiek

 

 

 

jezus król.

Król nie żyje.

Chwała nowemu królowi.

 

Ktoś mówi, że osobiście doświadczył obecności Boga? Cóż — są tacy, co twierdzą, że widują
różowe słonie, ale na nich jakoś nikt nie zwraca uwagi. Peter Sutcliffe, zwany „Rzeźnikiem z Yorkshire"
tłumaczył, że to Jezus przemówił doń i kazał zabijać kobiety—dziś ma dożywocie. George W. Bush
powoływał się na „głos Boga", gdy uzasadniał inwazję na Irak (szkoda, że głos ten w swej łaskawości nie
objawił mu również, że w Iraku nie ma broni masowego rażenia). W szpitalach dla psychicznie chorych
znaleźć można wielu różnych pacjentów: jedni uważają się za Napoleona albo Charliego Chaplina, część
wierzy, że cały świat sprzysiągł się przeciwko nim i spiskuje, inni wreszcie, że potrafią przekazywać
własne myśli bezpośrednio do głowy drugiego człowieka. Nie sprzeciwiamy się im, ale nikt nie traktuje
tych wewnętrznych przekonań poważnie, przede wszystkim dlatego, że mało kto je podziela.
Doświadczenia religijne są inne tylko pod jednym względem: przyznaje się do nich bardzo wielu ludzi.
Trudno zarzucić nadmierny cynizm Samowi Harrisowi, który w The End of Faith [Koniec wiary] napisał:
Stworzyliśmy specjalne etykietki, nazwy dla ludzi, którzy żywią niedające się uzasadnić przekonania. Kiedy
są to przekonania bardzo rozpowszechnione, nazywamy takie osoby „religijnymi", w rzadszych wypadkach
mówimy o „szaleństwie", „psychozach" i „urojeniach" [...] Najwyraźniej zdrowie psychiczne jest funkcją częstości.
A tymczasem przecież przez czysty historyczny przypadek w naszej kulturze uważa się za zdrowe, gdy ktoś wierzy,
że stwórca Wszechświata może usłyszeć jego myśl, natomiast objawem choroby psychicznej jest przekonanie, że
On komunikuje się z tobą, wystukując polecenia na ramie okna sypialni alfabetem Morse'a. Oczywiście ludzie
religijni w ogólności nie są szaleńcami, ale rdzeń ich wiary — to szaleństwo. (dawkins)

 

 

Może to trochę naiwne z mojej strony, ale bliższa mi jest nieco mniej cyniczna wizja natury ludzkiej
niż ta, którą prezentuje jeden z braci Karamazow. Czy naprawdę potrzebujemy nadzoru—boskiego lub
wzajemnego—by powstrzymać się od czynów egoistycznych i kryminalnych? Bardzo chciałbym
wierzyć, że ja tego nie potrzebuję (ani Ty, drogi czytelniku). Byśmy jednak tych chęci nie brali za
pewniki, przytoczę (za The Blank Slate) opowieść Stevena Pinkera o tym, co wydarzyło się w Montrealu,
kiedy zastrajkowała policja:
Działo się to w romantycznych latach 60., w pokojowo nastawionej (i dumnej z tego!) Kanadzie. Byłem wtedy
nastolatkiem i gorąco wierzyłem w Bakuninowski anarchizm. Śmiałem się z moich rodziców, gdy próbowali mi
tłumaczyć, że jeśli rząd kiedykolwiek spróbowałby się rozbroić, wybuchłoby piekło. Rzeczywistość zaoferowała
nam empiryczny test naszych sprzecznych poglądów—17 października 1969 o godzinie ósmej rano montrealska
policja rozpoczęła strajk generalny. Pierwszy bank został obrabowany o 11.20. Do południa większość sklepów w
centrum była już zamknięta (i złupiona). W ciągu kolejnych godzin taksówkarze podpalili garaże firmy zajmującej
się wynajmem limuzyn, która konkurowała z nimi o pasażerów odwożonych z lotniska, domorosły snajper zastrzelił
funkcjonariusza policji, tłum splądrował kilka hoteli i restauracji, a pewien lekarz zabił włamywacza, na którego
natknął się w swoim podmiejskim domu. Bilans dnia to sześć obrabowanych banków, ponad sto rozszabrowanych
sklepów i dwanaście podpaleń. Do wywozu potłuczonego szkła ze sklepowych wystaw trzeba było wynająć
czterdzieści ciężarówek, a wartość zniszczeń grubo przekroczyła trzy miliony dolarów, nim władze zdecydowały się
wezwać wojsko (i, oczywiście, Kanadyjską Policję Konną), by zaprowadzili porządek. Moje poglądy polityczne
legły w gruzach...
Może to efekt Pollyanny, a może po prostu bardzo chcę wierzyć, że ludzie byliby dobrzy nawet,

102 * Fiodor Dostojewski, Bracia Karamazow, PIW, Warszawa 1984, s. 87 (w przekładzie angielskim ostatnie zdanie brzmi znacznie
dramatyczniej niż w polskim, mowa tam bowiem o „raison d'etre of the human condition", przyp. tłum.).
gdyby nie obserwowała ich i nie pilnowała policja (ani Pan Bóg). Z drugiej jednak strony większość
mieszkańców Montrealu to bez wątpienia ludzie wierzący. Dlaczegóż zatem lęk przed Bogiem nie
powstrzymał ich, gdy ziemscy policjanci na chwilę zeszli ze sceny? Czy strajk montrealskiej policji nie
był przypadkiem dobrym naturalnym eksperymentem weryfikującym hipotezę, jakoby to Bóg czynił nas
dobrymi? A może w cynicznej uwadze H.L. Menckena („Ludzie mówią, że potrzebujemy Boga, kiedy
chcą powiedzieć, że tak naprawdę potrzebujemy policji") kryje się nieco prawdy?
Oczywiście nie wszyscy montrealczycy wykorzystali nieobecność policji w niecnych celach. Bardzo
zresztą ciekawe, czy dałoby się zaobserwować jakąkolwiek (choćby słabą) statystycznie istotną zależność
między skłonnością do łupienia sklepów a siłą (lub brakiem) przekonań religijnych. Takich danych
oczywiście nie ma, ale mam pewne podejrzenia. .. Mówi się czasem (co również brzmi dość cynicznie),
że nie ma ateistów w okopach. Mam powody(a również pewne dowody, aczkolwiek dalece
niewystarczające), by sądzić, że w więzieniach też jest niewielu ateistów. Oczywiście nie twierdzę, że
ateiści są bardziej moralni, ale już humanizm — czyli system etyczny bardzo często towarzyszący
ateizmowi — na pewno skłania ku zachowaniom moralnym. Możliwe też, że ateizm skorelowany jest z
jakimś trzecim czynnikiem (na przykład lepszym wykształceniem, wyższą inteligencją lub większą
intelektualną wrażliwością), który przeciwdziała impulsywnemu angażowaniu się w akty przestępcze. W
każdym razie empiryczne dane nie stanowią poparcia dla popularnego przekonania o związku między
moralnością a religijnością. Oczywiście samo istnienie dodatniej korelacji niczego jeszcze nie dowodzi,
ale dane, który przedstawił niedawno Sam Harris w Letter to a Christian Nation, i tak są uderzające:
Jakkolwiek sympatia dla określonej partii politycznej nie jest w Stanach Zjednoczonych dobrym wskaźnikiem
religijności, to wszyscy doskonale wiedzą, że „czerwone (republikanskie) stany" są czerwone głównie ze względu
na silne na tych ziemiach wpływy konserwatywnych Kościołów chrześcijańskich. Gdyby rzeczywiście istniała
wyraźna zależność między chrześcijańskim konserwatyzmem a „zdrowiem społecznym", moglibyśmy oczekiwać jej
oznak zwłaszcza w tych właśnie stanach. Tymczasem jest wręcz przeciwnie. Spośród dwudziestu pięciu
amerykańskich miast z najniższym współczynnikiem przestępczości, 62% to miasta leżące w „niebieskich"
(demokratycznych) stanach, 38% w stanach czerwonych. Natomiast na dwadzieścia pięć najniebezpieczniejszych
miast już 76% leży w stanach czerwonych. Trzy z pięciu najniebezpieczniejszych amerykańskich miast znajdują się
w słynącym z pobożności Teksasie. Dwanaście stanów z najwyższą liczbą włamań to stany czerwone, dwadzieścia
cztery z dwudziestu dziewięciu stanów z największą liczbą kradzieży — stany czerwone, siedemnaście na
dwadzieścia dwa stany z najwyższą liczbą zabójstw — stany czerwone 103*.
Systematyczne badania w pewnym stopniu wspierają hipotezy, jakie da się wyprowadzić z badań
korelacyjnych. W roku 2005 ukazał się na przykład (w „Journal of Religion and Society") artykuł
Gregory'ego S. Paula, stanowiący systematyczne podsumowanie badań przeprowadzonych w 17 wysoko
rozwiniętych krajach. Wnioski były dość jednoznaczne: wyższe wskaźniki religijności (w tym
praktykowania) korelują dodatnio z wyższym współczynnikiem zabójstw, większą śmiertelnością wśród
młodzieży, częstszym występowaniem chorób przenoszonych drogą płciową, częstością ciąż u nastolatek
i liczbą aborcji. Dość sardonicznie skomentował cały ten nurt badań Dan Dennet w Breaking the Spell:
Nie muszę dodawać, że te rezultaty są dość uderzające, zwłaszcza w kontekście jakże rozpowszechnionych
przekonań o wyższości moralnej ludzi wierzących. W obliczu napływających danych liczne organizacje religijne
intensywnie inicjują kolejne projekty badawcze, chcąc podważyć to, co już wiadomo [...] Jednego możemy być
pewni —jeżeli istnieje choćby najsłabszy związek między zachowaniami moralnymi a przynależnością do
jakiegokolwiek Kościoła, zaangażowaniem w praktyki religijne lub wiarą w ogóle, wkrótce na pewno zostanie on
wykryty, gdyż wiele instytucji religijnych bardzo chce dziś potwierdzić swoje tradycyjne wierzenia za pomocą
metod naukowych (kiedy nauka potwierdza coś, w co wierzą, ci ludzie jakoś uznają jej zdolność do odnajdywania
prawdy). Każdy mijający miesiąc, który nie przynosi takich dowodów, podsyca podejrzenia, że może ich po prostu
nie być.
Każdy rozsądny człowiek przyzna, że moralność niewymagająca obecności policji to nieco bardziej
prawdziwa moralność niż taka, która znika, gdy tylko policja zaczyna strajkować lub gdy wyłączy się
obserwująca nas kamera (niezależnie od tego, czy to kamera policyjna, czy podgląd zainstalowany w
niebiesiech). Może jednak taka interpretacja jakże często zadawanego pytania „Po co być dobrym, jeśli

103 * Proszę zwrócić uwagę, że polityczne konwencje kolorystyczne są w USA dokładnie przeciwne niż na kontynencie europejskim,
gdzie kolor czerwony tradycyjnie kojarzony jest z lewicą. (Skoro amerykański liberał w Europie uznany by został za socjalistę, to co się dziwić
— przyp.tłum.).
Boga nie ma?" jest nieco cyniczna 104*. Przecież jakiś religijny myśliciel mógłby zaproponować bardziej,
by tak rzec, moralną jego interpretację, coś w rodzaju: „Jeżeli nie wierzysz w Boga, to znaczy, że nie
uznajesz istnienia absolutnych standardów moralnych. Nawet przy najlepszych intencjach i najlepszej
woli, jak zdecydujesz wówczas, co jest dobre, a co jest złe. Tylko religia dostarcza takie ostateczne
wyznaczniki. Bez niej to moralność bez kodeksu, moralność na wyczucie. Przecież jeżeli moralność
uznalibyśmy za kwestię osobistego wyboru, to Hitler też mógłby powiedzieć, że według własnych
zainspirowanych eugeniką standardów postępuje moralnie, a każdy ateista tylko na mocy osobistego
wyboru mógłby jego roszczenia odrzucić i wybrać dla siebie inne. Natomiast chrześcijanin, żyd czy
muzułmanin może stwierdzić, że istnieją absolutne standardy moralne, istnieje zło absolutne, niezależne
od czasu i miejsca, i Hitler był takim złem".
Nawet jeśli to prawda, że potrzebujemy Boga, by postępować moralnie, nie czyni to oczywiście
istnienia Boga bardziej prawdopodobnym, a tylko bardziej pożądanym (wielu ludzi nie rozumie tej
różnicy). To była jednak tylko uwaga na marginesie. Mój wyimaginowany religijny etyk nie wspomniał
oczywiście, że chęć podlizania się Bogu może zostać uznana za religijną motywację dobrych uczynków.
Chodziło mu raczej o to, że — niezależnie od motywów — bez Boga nie jesteśmy w stanie stwierdzić, co
jest dobre. Każdy z nas może jedynie sformułować własną definicję dobra i postępować zgodnie z nią.
Zasady moralne oparte wyłącznie na religii (w przeciwieństwie do, na przykład, „złotej zasady", która
często towarzyszy systemom religijnym, ale może być też wyprowadzona z innych źródeł) to forma
moralnego absolutyzmu. Dobro jest dobrem, a zło złem i nie ma po co babrać się w szczegółach i
sprawdzać, dajmy na to, czy w konkretnej sytuacji ktoś cierpi, czy nie. Mój hipotetyczny rozmówca
utrzymywałby, że tylko religia dostarcza podstaw, by zadecydować, co jest dobre.
Niektórzy filozofowie — najsłynniejszy z nich to oczywiście Kant — usiłowali wyprowadzić
absolutną moralność ze źródeł niereligijnych. Immanuel Kant, jakkolwiek sam był człowiekiem
wierzącym (co w jego czasach było praktycznie nieuniknione 105*), próbował oprzeć moralność na
poczuciu obowiązku. Sławny imperatyw kategoryczny Kanta mówi tyle: „Postępuj zawsze według takiej
maksymy, abyś mógł zarazem chcieć, by stała się ona podstawą powszechnego prawodawstwa". Zasadę
działania kantowskiego imperatywu bardzo ładnie ukazać można na przykładzie kłamstwa. Wyobraźmy
sobie świat, w którym ludzie zwykle kłamią, gdzie mówienie nieprawdy traktowane jest jako zachowanie
dobre i moralne. Otóż w takim świecie kłamstwo bardzo szybko straciłoby jakikolwiek sens —
warunkiem definicyjnym istnienia kłamstwa jest przecież prawda. Jeżeli regułą moralną nazwiemy
zasadę, zgodnie z którą ludzie powinni postępować, kłamanie nie może nią być, bowiem jeśli wszyscy
zawsze kłamią, to nic nie ma żadnego znaczenia. Inaczej mówiąc, kłamstwo jako reguła życiowa jest w
naturalny sposób regułą niestabilną. Na tej samej zasadzie egoizm czy ciągłe żerowanie na dobrej woli
innych może być skuteczną strategią dla mnie, jeśli jestem osobnikiem skrajnie samolubnym, i może
nawet sprawiać mi satysfakcję. Nie mogę jednak pragnąć, by pasożytowanie stało się powszechną regułą
moralną, gdyż kogo wówczas sam bym wykorzystywał. Imperatyw kantowski dobrze sprawdza się zatem
przy kłamstwach i w kilku jeszcze innych wypadkach, trudno jednak byłoby uogólnić go na całą sferę
moralności. Kant nie wystarczy zatem, by odrzucić twierdzenia mojego hipotetycznego religijnego
polemisty, że źródłem absolutnych wartości moralnych pozostaje zwykle religia. Rozważmy jednak takie
oto pytania: Czy skrócenie cierpień śmiertelnie chorego człowieka na jego prośbę zawsze jest złem? Czy
złem jest uprawianie seksu z osobą tej samej płci? Czy wolno uśmiercić embrion? Są ludzie, którzy tak
uważają, i przekonania te uznają za niekwestionowalne, żadne argumenty czy dyskusja nie skłonią ich do
zmiany zdania. Ten, kto się z nimi nie zgadza, zasługuje na śmierć (w przenośni oczywiście, nie
dosłownie; no, może za wyjątkiem kilku lekarzy pracujących w amerykańskich klinikach aborcyjnych —
tę historię opiszę w następnym rozdziale).
Na nasze szczęście absolutyzm moralny nie jest jedynym rozwiązaniem. Kiedy w grę wchodzi
problem dobra i zła, za profesjonalistów w tej dziedzinie uznać należy filozofów moralności. Jak zwięźle

104 * A propos cynizmu — H.L. Mencken zdefiniował kiedyś sumienie jako wewnętrzny głos ostrzegający nas, że ktoś
może patrzeć.
105 * Tak przynajmniej przyjmuje większość historyków filozofii. Znany filozof A.C. Grayling w artykule opublikowanym
w „New Humanist" (lipiec-sierpień 2006) przekonująco uzasadnia jednak tezę przeciwną. Jak twierdzi Grayling, publicznie Kant
w pełni akceptował religijne konwenanse swoich czasów, naprawdę był jednak ateistą.
to ujął Robert Hinde, zgadzają się oni, iż „nakazy moralne, choć niekoniecznie będące dziełem rozumu,
powinny dać się przynajmniej rozumowo obronić"89. Istnieje wiele klasyfikacji systemów etycznych, ale
współcześnie za najważniejszy uznaje się podział między deontologami (do tej szkoły przypisywany jest
Kant) a konsekwencjonalistami (do nich należą też utylitaryści, jak Jeremy Bentham (1742-1832)
chociażby). Ktoś mógłby powiedzieć, że deontologia to dość zabawne miano dla przekonania, iż
moralność polega na przestrzeganiu zasad. Dosłownie termin ten tłumaczyć można jako „naukę o
obowiązku", a utworzony został od greckiego słowa oznaczającego „to, co obowiązujące". Oczywiście
deontologia i moralny absolutyzm to nie to samo, ale na użytek naszych rozważań o religii możemy na
chwilę zawiesić dzielące je różnice. Ważne, że absolutyści wierzą, iż zło i dobro to wartości absolutne, a
imperatyw czynienia dobra nie wiąże się w ogóle z konsekwencjami czynów. Konsekwencjonaliści zaś,
jak sama nazwa wskazuje, nieco bardziej pragmatycznie przyjmują, że oceny moralnej jakiegokolwiek
czynu należy dokonywać na podstawie jego konsekwencji. Jedną z wersji konsekwencjonalizmu jest
utylitaryzm, system filozoficzny, za którego twórców uznaje się Benthama, Jamesa Milla (1773-1836) i
jego syna Johna Stuarta Milla (1806-1873). Za najkrótsze podsumowanie utylitaryzmu uznaje się często
(niezbyt, niestety, precyzyjne) określenie Benthama: „zasada jak największego szczęścia jak największej
liczby ludzi stanowić winna podstawę moralności i prawodawstwa". Absolutyzm moralny niekoniecznie
musi być wyprowadzony z religii, choć oczywiście na innym gruncie jeszcze trudniej bronić
nienaruszalności pewnych wartości moralnych. Najlepszym przykładem, jaki przychodzi mi do głowy,
jest patriotyzm. Luis Bunuel, genialny hiszpański reżyser, powiedział kiedyś: „Bóg i Ojczyzna to
niepokonana para; ten duet ma na koncie więcej krwi i ludzkich nieszczęść niż cokolwiek innego".
Doskonale o tym wiedzą ci, którzy namawiają ludzi do ochotniczej służby w armii, i dlatego właśnie
odwołują się przede wszystkim do patriotyzmu swych nieszczęsnych ofiar. Podczas I wojny światowej
Angielki wręczały młodym mężczyznom, którzy jeszcze nie zmienili cywilnych ubrań na mundury, białe
pióra i mobilizowały ich takim oto dwuwierszem:
Oh, we don 't want to lose you, but we think you ought to go, For your King and your country both need you so
106*.
Ludzie pogardzają obdżektorami, nawet z wrogiego kraju, bo patriotyzm w powszechnym odczuciu
stanowi właśnie wartość absolutną — trudno przecież o bardziej „absolutystyczne" z ducha stwierdzenie
niż „My country, wright or wrong". A przecież te słowa usprawiedliwiają zabicie kogokolwiek, kogo
politycy twojej ojczyzny akurat uznają za wroga. Rozumowanie konsekwencjonalistyczne może wpływać
na decyzję polityczną — iść na wojnę czy nie — ale gdy już wojna wybuchnie, absolutystyczny
patriotyzm przejmuje rządy i sprawuje je z mocą, której równać się może tylko religia. Żołnierz zaś, który
jako wyznawca moralności konsekwencjonalistycznej nie zdecyduje się pójść na całość, ma spore szanse
na sąd wojenny (egzekucja też niewykluczona).
Rozpoczęliśmy nasze rozważania o filozofii moralnej od hipotetycznego dialogu z religijnym
apologetą, który próbował przekonać nas, że bez Boga moralność staje się czymś względnym i
arbitralnym. Przekonanie to musi być dość powszechne, skoro niezależnie od Kanta i innych
wyrafinowanych filozofów moralności (i pozostawiwszy na chwilę na boku patriotyczny amok)
rzeczywiście dla wielu ludzi najchętniej akceptowanym źródłem moralności jest jakaś święta księga i to
niezależnie od tego, że znaczenie jej przypisywane nie ma zwykle uzasadnienia w jej prawdziwej historii.
Ba — dla wszelkich głosicieli prawdy objawionej w Piśmie historyczne korzenie (z reguły dość
dyskusyjne) ich świętej księgi praktycznie nie mają żadnego znaczenia. W kolejnym rozdziale pokażę, że
ci, którzy swą moralność czerpią z Pisma (a przynajmniej tak twierdzą), w praktyce wcale tak nie czynią.
I może bardzo dobrze, z czym po chwili refleksji również oni mogliby się zgodzić.

106 * W luźnym przekładzie: „Nie chcemy cię stracić, lecz kraj jest w potrzebie / twój król i ojczyzna

 

 

Te jednak pojawiają się jedynie z rzadka, bowiem chrześcijan fascynował
najwyraźniej jedynie grzech, grzech, grzech i grzech... Cóż za obleśny pomysł, by czemuś takiemu
poświęcić życie! Zgryźliwość Sama Harrisa w Letter to a Christian Nation wydaje się zupełnie
zrozumiała: „Troszczycie się głównie o to, że Stwórca czuje się osobiście urażony czymś, co ludzie robią,
kiedy zdejmą ubrania. Wasza pruderia dzień po dniu tylko pogłębią ludzkie nieszczęście".
Pora, by przejść do sadomasochizmu. Bóg wcielił się w człowieka, w Jezusa Chrystusa, po to, by
tortury i egzekucja stały się odkupieniem odziedziczonego po Adamie grzechu. Od czasu, gdy Paweł
wyłożył tę odrażającą koncepcję, Jezus czczony jest jako odkupiciel wszystkich grzechów — nie tylko
tego, który niegdyś popełnił Adam, również przyszłych grzechów, niezależnie od tego, czy ludzie w
przyszłości popełnią je, czy nie. Spójrzmy jednak na to od drugiej strony, co zresztą wielu ludzi już
dostrzegło (choćby Robert Graves w epickiej powieści King Jesus) — czy biedny Judasz Iskariota nie
został potraktowany przez historię nieco niesprawiedliwie, skoro jego „zdrada" była niezbędną częścią
wielkiego kosmicznego planu? To samo powiedzieć można o domniemanych sprawcach dokonanego na
Jezusie mordu. Jeśli Chrystus chciał być zdradzony i zabity, by móc odkupić nasze grzechy, czy ci,
którzy poczuwają się do tego, że ich grzechy zostały rzeczywiście „odkupione", nie postępują
nieuczciwie, przez stulecia zrzucając winę na Judasza i Żydów? Wspominałem już o licznych tzw.
niekanonicznych ewangeliach. Nie tak dawno sporo szumu wzbudziła publikacja tekstu, który uznano za
zaginioną ewangelię według Judasza97. Okoliczności jego odkrycia nadal pozostają niejasne, wiele jednak
wskazuje, że odnaleziono go w Egipcie w latach 60. lub 70. XX wieku. Ten koptyjski rękopis składający
się z sześćdziesięciu dwóch kart papirusu pochodzi z przełomu III i IV wieku (co stwierdzono metodą
datowania za pomocą izotopu 14C) najprawdopodobniej powstał w oparciu o wcześniejsze teksty greckie.
Pomińmy jednak kwestię, kim był autor. Ważne, że ewangelia przedstawia nowotestamentową historię z
perspektywy Judasza, i jasno jest w niej powiedziane, że Iskariota zdradził Jezusa na jego wyraźną
prośbę; wszystko, co się stało, stanowiło część planu, który miał doprowadzić do zbawienia ludzkości.
Cała doktryna jest i tak odpychająca, ale czy wieczne pomawianie Judasza nie pogłębia jeszcze tego
wrażenia 112*.
Stwierdziłem właśnie, że idea odkupienia — stanowiąca sedno doktryny chrześcijańskiej — jest
znieprawiona, sadomasochistyczna i odpychająca. Odrzucić ją należy jednak z jeszcze jednego powodu:
jest zupełnie absurdalna, choć za sprawą jej wszechobecności przestaliśmy to dostrzegać. Przecież gdyby
Bóg chciał naprawdę odpuścić nasze grzechy, dlaczego nie mógł ich po prostu wybaczyć, oszczędzając
sobie męczarni i egzekucji, dzięki czemu zaoszczędziłby również przyszłym pokoleniom Żydów

 

Jakoś zaś nie potrafię przypomnieć sobie wojny toczonej w imię ateizmu, czyli braku wiary. Powodem
wojen bywała chciwość, ambicje polityczne, uprzedzenia etniczne i rasowe, nienawiść lub zemsta albo
przesiąknięta patriotyzmem wiara w przeznaczenie jakiejś nacji. Lepszego jeszcze pretekstu walczącym
dostarczała często niewzruszona wiara w prawdziwość jednej, własnej religii wsparta do tego świętą
księgą wprost potępiającą wszystkich heretyków i skazującą wyznawców innych religii na śmierć, a do
tego gwarantującą żołnierzom Boga pewne miejsce w niebie męczenników. Sam Harris z właściwą sobie
precyzją i przenikliwością tak pisze w The End of Faith:
Niebezpieczeństwo wiary religijnej bierze się stąd, że za jej sprawą skądinąd całkiem normalnym w innych
warunkach ludziom zdarza się zakosztować owocu szaleństwa i uwierzyć, że to święty owoc. Kolejne pokolenia
dzieci uczy się, że przekonania religijne nie muszą być uzasadniane w taki sam sposób, jak wszystkie inne przez nas
żywione, to zaś sprawia, że całą naszą cywilizację nieustannie atakują tysiączne niedorzeczności. Nawet dziś jeszcze
zabijamy się za sprawą ksiąg napisanych setki czy tysiące lat temu. Jak coś tak tragicznie absurdalnego mogło się
zdarzyć?
A czy ktoś kiedyś ruszył do boju w imię braku wiary?

Religia zdołała skutecznie przekonać ludzi, że jest sobie pewien niewidzialny człowiek — gdzieś tam w niebie — który
pilnie baczy na wszystko, co robisz, i obserwuje cię każdej minuty i każdego dnia. Ów niewidzialny człowiek ma specjalną listę,
na której jest wypisanych dziesięć rzeczy, których on nie chce, żebyś robił. A jeśli zrobisz którąś z tych rzeczy, to ma także
specjalne miejsce, pełne dymu i ognia i płomieni i tortur i męczarni, gdzie wyśle cię, byś trwał tam i cierpiał i smażył się, i
krztusił, i męczył aż po wieczność... Ale ten człowiek cię kocha!
George Carlin119*

 

 

No, cóż, w takiej sytuacji odpowiadam zwykle, że wrogość, jaką ja czy inni ateiści okazujemy
czasem religii, ogranicza się tylko do słów — nie zamierzamy nikogo bombardować, nie chcemy obcinać
głów, kamienować ani palić na stosie, nie szykujemy się do krzyżowania ani nie uczymy pilotażu, by
wbić się w jakieś drapacze chmur wyłącznie z powodu rozbieżności teologicznych. Moim interlokutorom
taka deklaracja zwykle jednak nie wystarcza. Często słyszę jeszcze coś w tym stylu: „Czy ta wrogość nie
świadczy, że jesteś po prostu ateistycznym fundamentalistą, takim samym jak ci, których atakujesz122**,tyle że z przeciwnym znakiem?".
Ponieważ takie oskarżenie o fundamentalizm powtarza się wyjątkowo często, chcę w tym miejscu
ostatecznie je obalić.

 

Stary Testament najsurowsze niemal kary przewidywał za bluźnierstwo. W niektórych krajach
zasada ta obowiązuje do dziś. Artykuł 295-C pakistańskiego Kodeksu karnego orzeka za tę „zbrodnię"
karę śmierci. 18 sierpnia 2001 roku wyrokiem sądu skazany został na śmierć za bluźnierstwo doktor
Younis Shaikh, lekarz i wykładowca akademicki. Jego wina polegała na tym, że powiedział swoim
studentom, iż Mahomet nie był muzułmaninem, zanim nie stworzył islamu, to zaś uczynił dopiero w
wieku lat czterdziestu. Jedenastu studentów doniosło o zbrodni Shaikha władzom. Częściej zresztą ofiarą
oskarżeń o bluźnierstwo padają w Pakistanie chrześcijanie. Jednym z nich był Augustine Ashiq „Kingri"
Masih, skazany w Fajsalabadzie w roku 2000. Masihowi, chrześcijanino-, wi, nie pozwolono poślubić
jego ukochanej, była ona bowiem muzułmanką, a pakistańskie prawo (to samo w sobie niewiarogodne!)
zabrania wyznawczyniom islamu wychodzenia za mąż za wyznawców innych religii. W tej sytuacji
Masih postanowił przejść na islam, ale oskarżono go, że czyni to „z przyziemnych powodów". Niestety,
materiały, z których korzystam, nie precyzują jednoznacznie, czy już to samo w sobie było „zbrodnią
główną", czy też skazano go za coś, co ponoć miał powiedzieć o moralności samego proroka. W każdym
razie nie popełnił żadnego czynu, który ściągnąłby nań karę śmierci w jakimkolwiek kraju, którego
prawodawstwo jest wolne od religijnej bigoterii.
W roku 2006 wyrok śmierci za konwersję na chrześcijaństwo usłyszał w Afganistanie Abdul
Rahman. Czy ten człowiek kogoś zabił, skrzywdził, ukradł coś lub zniszczył? Nie! On tylko zmienił
zdanie. Przyjął poglądy, które nie podobają się partii rządzącej w jego kraju. Pamiętajmy, że nie mówimy
tu o Afganistanie talibów, lecz o „wyzwolonym" Afganistanie Hamida Karzaja, ustanowionym przez
stworzoną przez Amerykanów koalicję. Rahmanowi udało się ostatecznie uniknąć egzekucji, ale tylko na
skutek wniosku o uznanie go za niepoczytalnego i dzięki bardzo silnym międzynarodowym naciskom.
Abdul Rahman uzyskał później azyl polityczny we Włoszech; musiał wyjechać, gdyż bał się, że zostanie
zamordowany przez jakichś fanatyków żądnych religijnej sprawiedliwości. Jeden z artykułów konstytucji
„wyzwolonego" Afganistanu wprost mówi o tym, że karą za apostazję jest śmierć. A przecież zmiana
wyznania to nie krzywda wyrządzona jakiejkolwiek osobie lub rzeczy. To najczystszy przykład
myślozbrodni, by znów posłużyć się terminologią Orwellowskiego 1984, ale islamskie prawo nakazuje
karaćją „na gardle". I tak się rzeczywiście dzieje — 3 września 1992, jeśli ktoś potrzebuje przykładu, w
Arabii Saudyjskiej odbyła się publiczna egzekucja (poprzez ścięcie głowy) Sadiqa Abdula Karima
Malallaha, skazanego prawomocnym wyrokiem za apostazję i bluźnierstwo117
.
Uczestniczyłem kiedyś w telewizyjnej dyskusji z sir Iqbalem Sacranie (wspominałem już o nim w
Rozdziale 1. jako o jednym z liderów „umiarkowanych" islamistów w Wielkiej Brytanii). Spytałem go,
jak to jest z tą karą śmierci za apostazję. Wił się jak piskorz, za wszelką cenę próbował zmienić temat,
mówiąc, że czepiam się nieistotnych detali, ale ani nie zaprzeczył, ani nie potępił tego procederu. I ten
człowiek otrzymał od rządu brytyjskiego tytuł szlachecki za zasługi dla „współpracy między
przedstawicielami różnych wyznań"!!!
Ale nie popadajmy w samozadowolenie za sprawą naszych chrześcijańskich korzeni. Jeszcze w roku
1922 Brytyjczyk John William Gott skazany został na dziewięć miesięcy ciężkich robót za bluźnierstwo
(porównał Chrystusa do clowna). Aż trudno uwierzyć, ale bluźnierstwo nadal jest zbrodnią zgodnie z
obowiązującym w Wielkiej Brytanii prawem precedensowym118 —jedna z chrześcijańskich wspólnot
próbowała to nawet wykorzystać, domagając się (w roku 2005!) ukarania BBC za emisję programu Jerry
Springer, the Opera.
W Stanach Zjednoczonych coraz większą karierę robi ostatnio określenie „amerykańscy talibowie",
wystarczy zajrzeć do Google'a, by trafić na kilkanaście witryn odwołujących się do tego fenomenu.
Można na nich znaleźć nader bogatą kolekcję cytatów z amerykańskich przywódców religijnych i
prawicowych polityków — w skali bigoterii, okrucieństwa i zwykłej ohydy wypowiedzi te niepokojąco
przypominają słowa afgańskich talibów, ajatollaha Chomeiniego czy wahabickich duchownych z Arabii
Saudyjskiej. Szczególnie bogatym źródłem wyjątkowo paranoicznych cytatów jest witryna „The
American Taliban", a wyróżnienie spośród w niej cytowanych należy się bez wątpienia niejakiej Ann
Coulter (moi amerykańscy przyjaciele zapewnili mnie, że to autentyczna osoba; to nie jest dowcip z
programu rozrywkowego), która stwierdziła: „Powinniśmy najechać ich kraj, wybić przywódców, a całą
resztę nawrócić na chrześcijaństwo"119. Jeślibyśmy mieli przyznawać nagrody w tej konkurencji, to
należałoby też uwzględnić kandydaturę kongresmana Boba Dornana („Nie używaj słowa «gay», chyba że
chcesz zapytać, «got AIDS yet?» [masz już AIDS?]", generała Williama G. Boykina („George Bush nie
został wybrany przez większość amerykańskiego elektoratu, to Bóg powołał go na urząd prezydenta
Stanów Zjednoczonych"), czy wreszcie sekretarza stanu w administracji Ronalda Reagana z jego słynną
deklaracją polityki ekologicznej USA („Nie musimy już chronić środowiska. Drugie Przyjście jest
blisko!").
Afgańscy i amerykańscy talibowie to dobra ilustracja tego, co dzieje się, kiedy ludzie dosłownie i
poważnie traktują to, co mówią ich święte pisma. To również przerażająca ilustracja, czym byłby świat
teokracji według Starego Testamentu. Książka Kimberly'ego Blakera The Fundamentals of Extremism:
The Christian Right in America w całości poświęcona jest groźbie, jaką stanowią amerykańscy talibowie
(choć autor nie posługuje się tym określeniem).
RELIGIA I HOMOSEKSUALIZM
W rządzonym przez talibów Afganistanie za homoseksualizm groziła śmierć — osądzonego
grzebano żywcem pod zwałem kamieni, gustowna egzekucja, doprawdy. Sama „zbrodnia" tymczasem to
przecież akt czysto prywatny, czyn dobrowolnie popełniany przez dwie w pełni świadome, dorosłe osoby,
które nikogo nie krzywdzą. Karanie za coś takiego to czysty przejaw religijnego absolutyzmu. Moja
ojczyzna też nie ma powodów do dumy — w Wielkiej Brytanii homoseksualizm uznawany był za
przestępstwo do roku 1967! W 1954 matematyk Alan Turing uważany wspólnie z Johnem von
Neumannem za ojca nauk komputerowych, popełnił samobójstwo po tym, jak oskarżono go o
utrzymywanie stosunków homoseksualnych. Oczywiście Turing nie został pogrzebany pod zwalonym
przez czołg murem. Oferowano mu wybór — dwa lata więzienia (łatwo sobie wyobrazić, co by go tam
spotkało ze strony innych więźniów) albo kuracja hormonalna, czyli chemiczna kastracja, wskutek której
jeszcze dodatkowo wyrosłyby mu piersi. Turing znalazł trzecie wyjście—jabłko z cyjankiem potasu120
.
Alan Turing był mózgiem grupy, która złamała Enigmę, szyfr stosowany przez Niemców w okresie
II wojny światowej. To oznacza, że miał w zwycięstwie aliantów udział większy niż Eisenhower czy
Churchill. Dzięki Turingowi i jego współpracownikom z Bletchley Park alianccy dowódcy znali w
najdrobniejszych szczegółach hitlerowskie plany, nim jeszcze nazistowscy dowódcy zdążyli zacząć
wprowadzać je w życie. Po wojnie, kiedy dokonania Turinga nie musiały już być „ściśle tajne", ten
człowiek powinien otrzymać najwyższe odznaczenia i być czczony jako zbawca narodu. Zamiast tego,
ów łagodny, jąkający się i nieco ekscentryczny geniusz został zniszczony, skazany za „zbrodnię", którą
popełniał w ciszy własnego mieszkania, za coś, co nikogo nie mogło skrzywdzić. Tak to się dzieje, gdy
motywowani religijną wiarą moraliści z namiętną pasją ścigają innych ludzi za uczynki (albo nawet
myśli) najzupełniej prywatne i dyskretne.
Postawa amerykańskich talibów wobec homoseksualizmu jest klasycznym objawem ich religijnego
absolutyzmu. Posłuchajmy, co ma ten temat do powiedzenia wielebny Jerry Falwell, założyciel
Uniwersytetu Wolności (Liberty University): „AIDS nie jest tylko karą, jaką Pan zesłał na
homoseksualistów. Pan karze w ten sposób całe społeczeństwo za tolerowanie homoseksualizmu"121. To,
co pierwsze rzuca się w oczy u takich ludzi, to ich prawdziwie chrześcijańskie miłosierdzie. Cóż za
elektorat mógł na przykład — i to przez kilka kadencji z rzędu — głosować na takiego
niedoinformowanego bigota jak republikański senator z Północnej Karoliny Jesse Helms? Przecież ten
człowiek publicznie usiłował szydzić z „The New York Timesa" i „Washington Post", twierdząc, że „[te
gazety] są zarażone homoseksualizmem. W obu redakcjach pracują niemal wyłącznie homoseksualiści i
lesbijki"122. W zasadzie mogę zresztą sam odpowiedzieć na to pytanie. Głosowali na niego ludzie, którzy
moralność pojmują wyłącznie w wąsko religijnych kategoriach i czują się zagrożeni przez wszystkich,
którzy nie podzielają ich absolutystycznej wiary.
Cytowałem już w tej książce Pata Robertsona, założyciela Christian Coalition. Ten osobnik miał
duże szanse zostać kandydatem republikanów w wyborach prezydenckich w 1988 roku. Ponad trzy
miliony wolontariuszy pracowało przy jego kampanii, fundusze też zebrał imponujące. To niepokojąco
wysokie poparcie, jeśli wsłuchamy się w choćby kilka najzupełniej dla niego typowych wypowiedzi:
„[Homoseksualiści] chcieliby przychodzić do naszych kościołów, zakłócać przebieg naszych mszy,
pryskać krwią, żeby zarazić ludzi AIDS, i pluć w twarz naszym kapłanom"; „Organizacja Planned
Parenthood123* uczy dzieci cudzołożyć, a dorosłych zdradzać. Uczy wszelkich zberezeństw — męskiego i
żeńskiego homoseksualizmu, wszystkiego, co Biblia potępia". Postawa Robertsona wobec kobiet również
wzbudziłaby sympatię w twardych sercach afgańskich talibów: „Wiem, że dla pań może nie zabrzmi to
miło, ale każda z was, która już wyjdzie za mąż, musi podporządkować się woli swego pana i męża.
Chrystus jest królem świata, a mąż jest panem swojej żony i tak już jest. Kropka".
Teraz Gary Potter, przewodniczący Catholics for Christian Political Action (Katolicy na rzecz
chrześcijańskiej akcji politycznej): „Kiedy chrześcijańska większość wreszcie przejmie ten kraj, nie
będzie żadnych satanistycznych kościołów, swobodnego obiegu pornografii, żadnego gadania o prawach
dla homoseksualistów. Gdy chrześcijańska większość obejmie władzę, pluralizm uznany zostanie za
niemoralny i zły, a państwo nie pozwoli nikomu na praktykowanie zła". „Zło" — kontekst nie pozostawia
tu żadnych wątpliwości — nie oznacza dla pana Pottera czegoś, co może przynieść szkodę innym
ludziom. Złem są wszelkie nawet intymne myśli i czyny, które nie są zgodne z prywatnymi upodobaniami
„chrześcijańskiej większości".
Pastor Fred Phelps (Westboro Baptist Church) to kolejny żarliwy kaznodzieja z obsesją na punkcie
homoseksualistów. Kiedy zmarła wdowa po Martinie Lutherze Kingu, pastor Fred pojawił się na jej
pogrzebie z pikietą i transparentami głoszącymi: „Bóg nienawidzi pedałów i tych, którzy im pomagają, a
więc Bóg nienawidzi Coretty Scott King, która teraz na jego rozkaz smaży się w ogniu piekielnym, co
nigdy nie gaśnie. Niech bestia męczy się po wieczność"123. Można pocieszać się, że Fred Phelps to
maniak, ale przecież popiera go — również pieniędzmi — bardzo liczne grono zwolenników. Na stronie
kościoła pastora Phelpsa można przeczytać, że od roku 1991 wielebnemu udało się zorganizować łącznie
dwadzieścia dwa tysiące demonstracji przeciwko homoseksualistom (czyli cztery dziennie!), a jego
zwolennicy zbierali się pod transparentami „DZIĘKI PANU ZA AIDS" w USA Kanadzie, Jordanii i
Iraku. Przyznać trzeba, że wiele uroku jego witrynie dodaje automatyczny licznik podający dokładną
liczbę dni, przez jaką będzie smażył się w piekle któryś nieżyjący już (ale wymieniony z nazwiska)
homoseksualista.

123 * Organizacja na rzecz świadomego rodzicielstwa (przyp. tłum.)-
Postawy wobec homoseksualizmu dobrze ilustrują, czym jest moralność inspirowana wiarą religijną.
Równie dobrze można ją też ukazać na przykładzie stosunku do aborcji i świętości ludzkiego życia.
WIARA A ŚWIĘTOŚĆ LUDZKIEGO ŻYCIA
W świetle absolutystycznej religijnej wiary ludzki embrion stanowi formę ludzkiego życia, zatem
aborcja jest złem, nieróżniącym się niczym od morderstwa. Mam z tym pewien problem, bo jakoś tak
dziwnie się składa, że wielu z tych, którzy najzacieklej bronią prawa embrionu do życia, ze sporym
entuzjazmem odnosi się do odbierania życia dorosłym, choć gwoli uczciwości muszę przyznać, że zarzut
ten nie obejmuje, przynajmniej nie jako reguła, katolików, a to antyaborcyjny głos Kościoła
rzymskokatolickiego brzmi chyba najbardziej gromko w tym chórze. George W. Bush, podobnie zresztą
jak cały protestancki ruch odnowy ewangelicznej (born-again Christians), do którego należy, jest dość
typową egzemplifikacją religii u władzy. Sam prezydent (i jego wszyscy współwyznawcy) należy do
grona niezłomnych obrońców ludzkiego życia, przynajmniej w postaci embrionalnej (albo życia
nieuleczalnie chorych) — w tej postawie posuwa się aż do forsowania zakazu niektórych badań, które
mogłyby ocalić wiele ludzkich istnień124. Od roku 1976, kiedy to Sąd Najwyższy cofnął zakaz
wykonywania wyroków śmierci, w Teksasie wykonano jedną trzecią wszystkich egzekucji
przeprowadzonych w tym czasie w carych Stanach Zjednoczonych. W okresie, kiedy gubernatorem
Teksasu był Bush, stracono więcej skazańców niż za rządów któregokolwiek innego gubernatora —
przeprowadzano średnio jedną egzekucję co dziewięć dni. Może Bush po prostu rzetelnie wypełniał
swoje obowiązki i dbał o to, by prawo stanowe było przestrzegane?125 Może i tak, ale co począć ze
słynnym reportażem Tuckera Carlsona z CNN. Carlson, sam skądinąd zwolennik kary śmierci, był
zszokowany, gdy zobaczył kiedyś, jak Bush „w żartach" przedrzeźnia więźniarkę, która przed momentem
w celi śmierci błagała go, jako gubernatora, o odroczenie egzekucji. „Proszę — jęczał Bush z
zasznurowanymi w udawanej desperacji ustami — nie zabijajcie mnie."126 Może ta kobieta wzbudziłaby u
przyszłego prezydenta więcej współczucia, gdyby przypomniała mu, że kiedyś też była embrionem. To
uwielbienie dla embrionów wydaje się wywierać nadzwyczajny wpływ na wielu głęboko wierzących
ludzi. Wyobraźcie sobie, że matka Teresa z Kalkuty, odbierając pokojową Nagrodę Nobla, powiedziała,
że „aborcja jest największym zagrożeniem dla pokoju". Co?! Jak kobieta o tak chorych poglądach może
w ogóle być traktowana poważnie? Jak można wpaść na pomysł, że ktoś taki zasługuje na Nobla? (Jeśli
ktoś dał się skusić świętoszkowatej hipokryzji tej zakonnicy, powinien koniecznie przeczytać książkę
Misjonarska miłość — Matka Teresa w teorii i praktyce Christophera Hitchensa.)
A teraz przejdźmy do amerykańskich talibów i posłuchajmy Randalla Terry'ego, założyciela
organizacji Operation Rescue [Operacja Ratunek], której celem jest zastraszanie ludzi zaangażowanych w
przeprowadzanie aborcji: „Kiedy ja lub ludzie mi podobni jeździmy po tym kraju, lepiej kryjcie się, bo
znajdziemy was, osądzimy i powiesimy. I nie rzucam słów na wiatr. Moją misją jest sprawić, by tacy jak
wy zostali osądzeni i pozbawieni życia". Terry mówił w tym momencie o lekarzach przeprowadzających
zabieg przerywania ciąży, a swoją chrześcijańską inspirację jasno ukazał przy innej okazji:
Niech zmyje was fala nietolerancji. Niech zmyje was fala nienawiści. Tak, nienawiść jest dobra [...] Naszym
celem jest chrześcijański naród. Mamy biblijny obowiązek — Pan wezwał nas, byśmy podbili ten kraj. Nie chcemy
równości. Nie chcemy pluralizmu. Nasza misja jest prosta — musimy w oparciu o prawo Boże, o Dziesięć
Przykazań zbudować chrześcijański naród. Nie ma przebacz!127
Ambicja, by stworzyć coś, co nazwać by trzeba po prostu chrześcijańskim faszyzmem, jest typowa
dla amerykanskich talibów, a to przecież zwierciadlane odbicie islamofaszyzmu, którego obecność w
innych częściach świata z przerażeniem dostrzegło ostatnio tak wielu ludzi. Randall Terry — na razie —
nie ma politycznej władzy. W chwili, gdy piszę te słowa (2006), żaden kompetentny obserwator
amerykańskiej sceny politycznej nie może być jednak pewien, co będzie dalej.
Konsekwencjonalista lub utylitarysta podchodzą do kwestii przerywania ciąży zupełnie inaczej.
Główny problem stanowi cierpienie. Czy embrion cierpi? (Najprawdopodobniej nie, o ile ciąża zostanie
usunięta zanim u płodu zdąży się ukształtować system nerwowy; nawet zresztą jeśli płód jest już dość
duży, by zalążki takiego systemu się wyłoniły, to płód cierpi znacznie mniej niż na przykład dorosła
krowa zabijana w rzeźni.) Czy kobieta lub jej rodzina będą cierpieć, jeśli nie dojdzie do aborcji? Wiele
wskazuje, że tak, a w każdym razie, ponieważ płód nie posiada systemu nerwowego, czy nie powinniśmy
wyboru pozostawić doskonale rozwiniętemu systemowi nerwowemu matki.
Nie znaczy to oczywiście, że na gruncie konsekwencjonalizmu nie można przeciwstawiać się
aborcji. Może posłużyć się na przykład argumentem „do czego to prowadzi?" (choć ja akurat nie byłbym
jego zwolennikiem). Może i embrion nie cierpi, tak brzmiałoby rozumowanie, ale kultura, która toleruje
odbieranie życia, ryzykuje tym, że posunie się za daleko. Jaki bowiem byłby następny krok?
Dzieciobójstwo? Moment narodzin stanowi naturalny Rubikon, pozwalający precyzyjnie zdefiniować
zasady, i można by oczywiście się kłócić, że trudno znaleźć jego odpowiednik we wcześniejszych
etapach życia płodowego. Z drugiej zaś strony, posługując się argumentacją „do czego to prowadzi?",
możemy znaleźć się w sytuacji, w której samemu porodowi nadane jest o wiele większe znaczenie, niż
zgodziłby się zaakceptować konsekwentny utylitarysta.
Argumenty przeciwko eutanazji również można sformułować zgodnie z modelem „do czego to
prowadzi?". Wyobraźmy sobie na przykład taki wyimaginowany cytat z jakiegoś filozofa moralności:
„Jeżeli zgodzicie się na to, by wasi lekarze skracali agonię waszym śmiertelnie chorym, to w następnym
etapie ludzie zaczną się pozbywać swoich dziadków, żeby zgarnąć ich pieniądze. My, filozofowie,
wyrośliśmy już z absolutyzmu, ale społeczeństwo potrzebuje dyscypliny i sztywnych reguł, takich jak
„Nie zabijaj", gdyż w przeciwnym razie nikt nie będzie wiedział, gdzie leży granica. W pewnych
okolicznościach, jak widzicie, w tym dalekim od ideału świecie, absolutyzm mimo złych pobudek może
mieć lepsze konsekwencje niż naiwny konsekwencjalizm. My, filozofowie, musielibyśmy się ciężko
napracować, żeby przekonać ludzi, by nie zjadali niepogrzebanych zwłok (choćby włóczęgów zmarłych
gdzieś przy drodze). Waśnie ze względu na „do czego to prowadzi?" takie absolutystyczne tabu są zbyt
cenne, by je tracić".
Tak oto, poprzez „do czego to prowadzi?", konsekwencjonalista może zapożyczyć pewne formy
niebezpośredniego absolutyzmu. Tyle że religijni wrogowie aborcji nie przejmują się tego typu
argumentacją. Dla nich sprawa jest o wiele prostsza — embrion to „dziecko", a zabijanie dzieci to
morderstwo. Koniec. Kropka. Takie absolutystyczne nastawienie ma bardzo istotne konsekwencje. Po
pierwsze, należy zakazać badań nad komórkami macierzystymi, pomimo wielkich korzyści, jakie mogą
one przynieść medycynie, bo takie badania oznaczają zabijanie zarodków. To dość niespójne stanowisko,
jeśli uprzytomnimy sobie na przykład, że zapłodnienie in vitro jest już od dawna metodą powszechnie
akceptowaną, a w tej technologii lekarze zawsze stymulują kobiety do wytworzenia dodatkowych
jajeczek, które zostają zapłodnione poza organizmem matki. Może powstać w ten sposób nawet
kilkanaście w pełni zdolnych do dalszego rozwoju zygot, z których tylko dwie lub trzy implantuje się do
macicy; z tych dwóch trzech przeżyje zapewne jedna lub dwie. Czyli metoda in vitro to mordowanie
„nienarodzonych" i to na dwóch aż etapach, tymczasem od ponad dwudziestu pięciu lat jest to
standardowa procedura medyczna, dzięki której tysiące bezdzietnych par mogło zaznać szczęścia
rodzicielstwa — i jakoś „dziecko z probówki" przestało być problemem społecznym. Oczywiście nie dla
wszystkich; religijni absolutyści nadal mają ten problem. Dziwaczną historię relacjonuje nam na przykład
„Guardian" (wydanie z 3 lipca 2005), gdzie pod nagłówkiem Christian couples answer call to save
embryos left by TVF [Chrześcijańskie małżeństwa odpowiadają na apel o ratowanie zarodków
niewykorzystanych przy zapłodnieniu in vitro]. Poniżej możemy przeczytać o organizacji pod nazwą
„Snowflakes", która stawia sobie za cel „ratowanie" zarodków przechowywanych w klinikach
wykonujących zabiegi in vitro. „Naprawdę czujemy, jakby to Pan powołał nas po to, by tym
nieszczęsnym embrionom — tym dzieciom — dać szansę życia" powiedziała dziennikarzowi kobieta,
której czwarte z kolei dziecko było „efektem nieoczekiwanego aliansu, jaki powstał między
konserwatywnymi chrześcijanami a światem dzieci z probówki". W jej mężu jednak alians ten wywołał
jakieś opory, bowiem zwrócił się w tej sprawie o radę do jednego ze starszych swojego kościoła. „Jeśli
chcesz uwolnić niewolnika, musisz dogadywać się z handlarzem niewolników" — usłyszał. Bardzo
jestem ciekaw, co wszyscy ci ludzie by powiedzieli, gdyby widzieli, że większość naturalnie
zapłodnionych jajeczek i tak ulega tzw. spontanicznej aborcji. Pewnie uznaliby to za formę „naturalnej
kontroli jakości".
Są też jednak takie religijne umysły, które nie widzą moralnej różnicy między „zabijaniem"
mikroskopowej wielkości ugrupowania komórek a w pełni makroskopowego, dorosłego lekarza.
Cytowałem już wcześniej Randałla Terry z „Operation Rescue". Mark Juergensmeyer, w absolutnie
przerażającej książce Terror in the Mind of God zamieszcza zdjęcia wielebnego Michaela Braya i jego
przyjaciela, również wielebnego Paula Hilla, trzymających transparent z napisem: „Czy zbrodnią jest
powstrzymywać mordowanie niewinnych dzieci?". Obaj wyglądają bardzo sympatycznie, trochę jak
chłopcy z dobrego domu, schludnie ubrani i z ujmującym uśmiechem; absolutne przeciwieństwo
szaleńców z przekrwionym wzrokiem. A jednak ci dwaj młodzi ludzie wraz z kolejnymi swoimi
przyjaciółmi z Army of God (AOG — „Armia Boga") podpalali kliniki aborcyjne i nie ukrywali tego, że
pragną też zabijać lekarzy. 29 lipca 1994 roku Paul Hill wziął strzelbę i przed kliniką w Pensacoli na
Florydzie z zimną krwią zastrzelił doktora Johna Brittona i jego ochroniarza. Później sam oddał się w
ręce policji, oświadczając, że zabił Brittona przed jego kliniką, by zapobiec kolejnym śmierciom
„niewinnych dzieci".
Michael Bray elokwentnie i z wyraźnym poczuciem moralnej wyższości (i misji) broni takich
działań124*, o czym miałem okazję osobiście się przekonać, przeprowadzając z nim wywiad (w
publicznym parku w Colorado Springs) do mojego filmu dokumentalnego o religii. Zanim przeszliśmy do
kwestii aborcji, postanowiłem zadać parę wstępnych pytań, by lepiej poznać ową biblijną moralność, jaką
kieruje się mój rozmówca. Zacząłem od tego, że Biblia nakazuje karać cudzołożników śmiercią przez
ukamienowanie. Sądziłem, że odetnie się od tego pomysłu, uznając, że to już jest przekroczenie granicy.
Tymczasem on z zadowoleniem przyznał, że istotnie, po zastosowaniu właściwych procedur prawnych,
taka kara powinna być stosowana. Powiedziałem wówczas, że Paul Hill (przy jego pełnym poparciu) nie
przeprowadzał żadnych „procedur", tylko wziął prawo we własne ręce i zastrzelił lekarza. Bray zaczął
wtedy bronić swego współbrata dokładnie tak samo, jak bronił go w rozmowie z Juergensmeyerem.
Oświadczył, że istnieje różnica między zabójstwem, które miałoby charakter kary (na przykład
niepraktykującego już lekarza), a zabiciem „czynnego" lekarza po to, by uniemożliwić mu dalsze
„regularne mordowanie dzieci". Wtrąciłem w tym momencie, że—niezależnie od szczerości intencji
Paula Hilla—społeczeństwo stoczyłoby się w stan tragicznej anarchii, gdyby każdy czuł się powołany do
wymierzania samodzielnie sprawiedliwości, zamiast przestrzegać praw kraju, w którym żyje. Czy nie
lepiej byłoby legalnie, w toku demokratycznych procedur, zmienić obowiązujące prawo — spytałem. I
wtedy usłyszałem: „Cóż! Kłopot w tym, że prawo, które mamy, nie jest tak naprawdę autentycznym
prawem. Kiedy prawo jest tworzone przez ludzi, którzy akurat przypadkiem znaleźli się w konkretnym
miejscu, pod wpływem impulsu, tak jak to było z tym tak zwanym prawem aborcyjnym, to takie prawo
jest po prostu narzucane ludziom przez sądy...". Wtedy wywiązał się między nami drobny spór na temat
amerykańskiej konstytucji i sposobów stanowienia prawa. Poglądy, które wyłuszczył Bray były bardzo
zbliżone do tego, co mówią fanatyczni muzułmanie mieszkający w Wielkiej Brytanii. Oni też
oświadczają, że wiąże ich wyłącznie prawo islamu, a nie demokratycznie uchwalone prawa obowiązujące
w ich przybranej ojczyźnie.
W roku 2003 Paul Hill został stracony za morderstwo popełnione na dr. Brittonie i jego ochroniarzu.
Przed egzekucją powiedział, że zrobiłby to samo jeszcze raz, a na konferencji prasowej — wyraźnie
czekając, aż wreszcie będzie mógł „oddać życie za sprawę" — oświadczył: „Ten stan, odbierając mi
życie, czyni mnie męczennikiem". Prawicowi antyaborcjoniści manifestujący przeciw egzekucji Hilla
otrzymali nieoczekiwane wsparcie ze strony lewicowych przeciwników kary śmierci, żądających od
gubernatora Florydy Jeba Busha, by „zastopował męczeństwo Paula Hilla", dość przekonująco przy tym
argumentujących, że „sądowa egzekucja" nad Hillem jedynie zachęci kolejnych morderców i jej efekt
będzie dokładnie przeciwny od zamierzonego, odstraszającego efektu kary śmierci. Hill zaś uśmiechał się
przez całą drogę do komory, mówiąc przy tym: „W niebie czeka mnie wielka nagroda [...] Czeka mnie
chwała"128. Stwierdził też, że na pewno znajdą się inni, którzy będą kontynuować jego „dzieło
przemocy". Ponieważ obawiano się, że coś takiego naprawdę może się zdarzyć, policja została
postawiona w stan podwyższonej gotowości. Kilka osób związanych ze sprawą nawet otrzymało listy z
pogróżkami i dołączonymi pociskami karabinowymi.
Cały ten koszmar wynika tymczasem z niewielkich różnic w percepcji. Są ludzie, którzy ze względu
na przekonania religijne uważają, że przerywanie ciąży jest morderstwem i są gotowi nawet zabić w
ochronie embrionów (nazywająje zresztą „dziećmi"). Po drugiej stronie mamy natomiast równie
wewnętrznie uczciwych obrońców prawa do aborcji, którzy albo mają odmienne przekonania religijne,
albo po prostu nie są religijni, a kierują się dobrze wyartykułowaną moralnością
konsekwencjonalistyczną. Ci proaborcjoniści również uważają się za idealistów i zapewniają pomoc
lekarską kobietom, które w przeciwnym razie mogłyby trafić na jakiegoś niebezpiecznego, działającego

124 * Aktywiści ruchu wyzwolenia zwierząt, grożący naukowcom przeprowadzającym eksperymenty na zwierzętach, mogliby
powoływać się na równie szczytne cele moralne.
w aborcyjnym podziemiu konowała. Jedni i drudzy uważają swoich oponentów za morderców i
popleczników zbrodni... i każda ze stron w tym sporze w świetle własnych standardów ma absolutną
rację.
Rzecznik jednej z klinik aborcyjnych powiedział kiedyś, że Paul Hill jest niebezpiecznym
psychopatą. Otóż nie — ludzie tacy jak Hill nie uważają się za niebezpiecznych psychopatów, uważają
się za dobrych, moralnych ludzi, realizujących wolę bożą. Ja też nie myślę, by Hill był psychopatą. On
był po prostu głęboko religijny. Niebezpieczny — tak, ale nie psychopata. Niebezpiecznie religijny. W
świetle wiary Hilla zastrzelenie Brittena było czynem słusznym i moralnym. Problemem nie był Hill,
tylko religia. Michael Bray, kiedy z nim rozmawiałem, też nie sprawił na mnie wrażenia psychopaty. W
zasadzie całkiem go polubiłem, robił wrażenie człowieka uczciwego, szczerze wierzącego, w to, co robi,
cichego i zadumanego. Niestety — jego umysłem zawładnęły trujące religijne nonsensy.
Zdeklarowani przeciwnicy aborcji to niemal zawsze ludzie wierzący. Ci, którzy popierają prawo do
przerywania ciąży, nawet jeśli sami są wierzący, kierują się niereligijną, konsekwencjonalistyczną
moralnością; może zadają sobie Bentbamowskie pytanie: „Czy one cierpią?". Dla Paula Hilla czy
Michaela Braya zabicie embrionu i zabicie lekarza różnią się tylko jednym — embrion jest dla nich
niewinnym małym dzieciątkiem. Konsekwencjonalista patrzy na różnice w realnym świecie. Embrion we
wczesnych etapach rozwoju ma zaczątkową świadomość i wrażliwość mniej więcej na takim poziomie
jak kijanka. Lekarz — nawet prowadzący klinikę aborcyjną — jest dorosłą świadomą istotą, obdarzoną
nadziejami, miłością, aspiracjami, lękami i całkiem sporą ilością wiedzy. Pozostać zaś po nim może
głęboki żal, zrozpaczona wdowa, osierocone dzieci, a może też starzejący się rodzice, którzy szaleli na
punkcie swego syna...
Paul Hill skazał istoty z systemem nerwowym zdolnym do cierpienia na realne, głębokie i
długotrwałe cierpienie. Jego ofiara — nie. Embrion we wczesnym etapie rozwoju nie ma wykształconego
systemu nerwowego i nie cierpi. A jeżeli nawet przyjmiemy, że płód usunięty w późniejszych etapach
ciąży (dysponujący już układem nerwowym) cierpi—wszak każde cierpienie jest godne ubolewania — to
nie dlatego, że jest człowiekiem. Nie ma żadnych ogólnych powodów by sądzić, że ludzki embrion może
cierpieć bardziej niż embrion, dajmy na to, krowy lub owcy na tych samym etapie rozwoju. Są zaś
wszelkie przesłanki, by uznać, że wszystkie embriony, ludzkie czy zwierzęce, cierpią znacznie mniej niż
dorosła krowa albo owca zarzynana w rzeźni, zwłaszcza przy uboju rytualnym, kiedy to z powodów
czysto religijnej natury — zwierzę musi być w pełni świadome, kiedy podrzyna mu się gardło, by
wypłynęła cała krew.
Bardzo trudno zmierzyć cierpienie129 i długo można by dyskutować, jak można to zrobić. To jednak
w niczym nie zmienia mojej podstawowej tezy — główna różnica między świeckim
konsekwencjonalizmem a religijnie motywowaną absolutystyczną filozofią moralną polega na tym, iż ten
pierwszy zajmuje się tym, czy embrion cierpi, drugi natomiast tym, czy embrion jest człowiekiem125*.
Religijni moraliści rozważają czasem pytanie: „Na którym etapie rozwoju embrion staje się osobą —
istotą ludzką?". Świecki moralista mógłby na to odpowiedzieć tak: „Nieważne, czy to człowiek {cóż
zresztą miałoby to znaczyć w odniesieniu do kilkunastu komórek). Pytać należy, w którym momencie
rozwijający się zarodek — obojętnie, jakiego gatunku — staje się zdolny do cierpienia".
WIELKIE BEETHOVENOWSKIE OSZUSTWO
W kolejnym etapie tej słownej przepychanki antyaborcjoniści zwykle zmieniają nieco formę
argumentacji i — nie chcąc wnikać w to, czy embrion cierpi, czy nie — zaczynają mówić o potencjale.
Aborcja, mówią, odbiera embrionowi przyszłe, pełne ludzkie życie. W tym momencie pojawia się też
często retoryczny argument, który uznać by można za skrajnie nieuczciwy, gdyby nie był aż tak jaskrawo
głupi. To historyjką nazywana czasem Great Beethoven Fallacy, czyli Wielkie Beethovenowskie
oszustwo. Opowieść krąży w kilku wariantach. Wersję cytowaną poniżej zaczerpnąłem z książki Petera i
Jean Medawar126** The Life Science. Tam przypisywana jest Normanowi St John Stevasowi (obecnie to

125 *Oczywiście są też jeszcze inne możliwości. Znaczna większość amerykańskich chrześcijan nie ma tak fundamentalistycznego
stosunku do aborcji i jest raczej za. Polecam na przykład stronę www.rcrc.org należącą do Religious Coalition for Reproductive Choice.
126 ** Sir Peter Medawar jest laureatem Nagrody Nobla z fizjologii i medycyny z roku 1960.
lord St John), członkowi brytyjskiego parlamentu i znanemu aktywiście katolickiego laikatu. Stevas z
kolei pisze, że usłyszał tę opowieść od Maurice'a Baringa (1874-1945), katolickiego konwertyty i przy
okazji bliskiego współpracownika znanych katolickich pisarzy G.K. Chestertona i Hillaire Beloca. Cała
rzecz funkcjonuje w postaci hipotetycznego dialogu między dwoma lekarzami:
— Mam problem z przerwaniem ciąży, chciałbym znać twoją opinię. Ojciec jest syfilitykiem, matka ma
gruźlicę. Dotychczas było czworo dzieci — pierwsze urodziło się ślepe, drugie zmarło tuż po porodzie, trzecie jest
głuchonieme, czwarte po matce ma gruźlicę. Co robić?
— Usunąć ciążę!
— No to właśnie zamordowałeś Beethovena.
W Internecie roi się od różnych stron antyaborcjonistów („pro-life"), które powtarzają tę historyjkę,
kompletnie już wszystko przekręcając, chyba żeby było jeszcze ohydniej. Oto jedna z wersji: „Gdybyś
znał kobietę, która ma już ośmioro dzieci, z czego dwoje jest głuchych, dwoje ślepych, a jedno
upośledzone umysłowo, przy czym owa kobieta jest chora na syfilis, to czy zalecałbyś aborcje, gdyby się
okazało, że jest w ciąży? [...] Jeśli odpowiedziałeś «tak», właśnie zabiłeś Beethovena" 127*. W tym
wariancie wielki kompozytor z piątego z kolei dziecka staje się dziewiątym, liczba głuchych i ślepych
dzieci wzrasta dwukrotnie, a syfilis przechodzi z ojca na matkę. Większość z czterdziestu trzech witryn,
na które natrafiłem, szukając tej historii, jako jej autora podaje nie Maurice'a Baringa, ale niejakiego L.R.
Agnew, profesora UCLA Medical School, który miał przedstawić ten dylemat swoim studentom, by po
chwili z satysfakcją oświadczyć „Gratulacje, właśnie zabiliście Beethovena". Przyjmijmy może —
miłosiernie — że profesor Agnew albo nie istniał, albo nigdy czegoś takiego nie zrobił; z tymi miejskimi
legendami bywa bardzo różnie. W każdym razie nie udało mi się ustalić, czy ówże Baring rzeczywiście
sam wymyślił tę akurat legendę, czy też jest to wcześniejszy wynalazek.
Tak — wynalazek. W całej historyjce nie ma ani słowa prawdy. Zacznijmy od tego, że Ludwig van
Beethoven nie był ani czwartym, ani dziewiątym dzieckiem. Był najstarszy; dokładnie mówiąc, był
drugim dzieckiem swoich rodziców, ale pierwsze zmarło wkrótce po urodzeniu, co w tamtych czasach
zdarzało się bardzo często (nic też nie wiadomo, by było ślepe, głuche, nieme albo umysłowo
upośledzone). Nie ma też żadnych dowodów na syfilis ojca. Matka istotnie cierpiała na gruźlicę, ale —
znów — w tej epoce była to choroba bardzo powszechna. Mamy zatem klasyczną miejską legendę, choć
w tym wypadku świadomie stworzoną i rozpowszechnianą przez ludzi, którzy mają w tym jakiś interes.
To, że jest to od początku do końca kłamstwo, w sumie nie ma żadnego znaczenia. Nawet gdyby nie było,
samo wnioskowanie i tak nie trzyma się kupy. Peter i Jean Medawar nie musieli rozważać autentyczności
opowieści, by wykazać kompletną absurdalność wniosku: „Całe rozumowanie, które ma ilustrować ta
ohydna historyjka, jest wyjątkowo bezmyślne i błędne. Jeśli bowiem nie przyjmiemy, że istnieje jakiś
związek przyczynowy między gruźlicą matki i syfilisem ojca a muzycznym geniuszem syna, to
koncepcja, że świat mógłby nie mieć Beethovena z powodu aborcji, jest równie sensowna, jak obwiniać
jego rodziców za to, że postanowili zachować wstrzemięźliwość płciową. Przecież wówczas Beethoven
też by się nie urodził"131. Lakoniczny i pogardliwy komentarz Medawarów nie wymaga dalszych
komentarzy, choć nie mogę się powstrzymać od przywołania w tym miejscu jednego z krótkich
opowiadań Roalda Dahla — osią intrygi jest to, iż równie przypadkowa decyzja nieusunięcia pewnej
ciąży w roku 1888 dała nam Adolfa Hitlera. Jak się okazuje, niezbędne jest jakieś minimum inteligencji
— albo może dystans lub brak religijnej edukacji — by to zrozumieć. Spośród czterdziestu trzech
antyaborcyjnych witryn przytaczających którąś z wersji „Beethovenowskiego fałszerstwa" (tyle dokładnie
znalazł Google w dniu, kiedy piszę te słowa) ani jedna nie zauważyła jego kompletnej nielogiczności.
Wszystkie zaś co do jednej powtarzały rzecz całą z dobrą wiarą i jota w jotę (łączyło je również to, że bez
wyjątku były to witryny religijne). Jedna podała nawet Medawara (co prawda błędnie, napisali Medawar)
jako źródło. Ci ludzie tak bardzo pragnęli uwierzyć w tę zgodną z ich religią bajdę, że nawet nie
zauważyli, iż Medawar przytaczają tylko po to, by suchej nitki na niej nie pozostawić.

127 * Cyt.
za:http:/watchtower.org.pl/forum/index.php?s=9026757d911ce9ade11e62ffb89799f&showtopic=2712&pid=46481&st=0&#entry46481 (przyp.
tłum.).
Medawarowie mają absolutną rację — logicznym rozwinięciem argumentu „potencjalności" jest
stwierdzenie, że „potencjalnie" odbieramy ludzkiej duszyczce szansę na życie za każdym razem gdy nie
odbywamy — mogąc to uczynić — stosunku seksualnego. Każda rezygnacja z kopulacji z płodnym
partnerem jest więc zgodnie z tą pokrętną „pro-life'ową" logiką równoznaczna z zamordowaniem
potencjalnego dziecka. Ba!, nawet opór przed gwałtem w praktyce oznacza dokładnie to samo. Nic
dziwnego, że wielu antyaborcjonistów odmawia prawa do usunięcia ciąży również ofiarom gwałtu.
„Dowód z Beethovena" to doprawdy bardzo kiepski argument. Jego surrealistyczną wręcz głupotę
najlepiej chyba ilustruje wspaniała piosenka Every sperm is sacred z Sensu życia według Monthy Pythona
(jeśli ktoś jeszcze nie widział, proszę koniecznie obejrzeć) — śpiewającemu ją Michaelowi Palinowi
towarzyszy chór złożony z setek dzieci, do wtóru z nim podśpiewujących tytułowe „każda sperma jest
święta".
Ta rzekoma historia narodzin Beethovena to typowy przykład logicznego bezładu, jaki wpuszczamy
do własnych głów, gdy nasze umysły dają się otumanić religijnie inspirowanemu absolutyzmowi.
Przyjrzyjmy się na koniec, co znaczy owo „pro-life", jak lubią się opisywać przeciwnicy aborcji.
Otóż oni nie są za każdym życiem, a tylko za ludzkim życiem. Nadają szczególny status komórkom
należącym do przedstawicieli gatunku Homo sapiens, co w świetle ewolucji jest dość trudne do
uzasadnienia. Oczywiście ta trudność nie ma żadnego znaczenia dla przeciwników przerywania ciąży,
którzy po prostu nie potrafią pojąć tego, że ewolucja jest faktem. Pozwolę sobie jednak nieco rozwinąć
powyższe twierdzenie, a to na użytek tych antyaborcyjnych aktywistów, którzy nie są aż takimi
naukowymi ignorantami.
Ewolucyjny punkt widzenia jest dość prosty — w żadnym wypadku człowieczeństwo komórek
embrionu nie może być wywodzone z jego absolutnie wyjątkowego moralnego statusu. Nie może ze
względu na ewolucyjną ciągłość między naszym gatunkiem a, powiedzmy, szympansami, jeśli zaś
pójdziemy nieco dalej, to z wszystkimi gatunkami żyjącymi na naszej planecie. Wyjaśnijmy —
wyobraźmy sobie może, iż jakiś „gatunek pośredni", na przykład Australopithecus afarensis, cudem
przeżył i natknęliśmy się na jego przedstawiciela gdzieś w afrykańskim interiorze. Czy tę istotę
„zaliczymy do ludzi", czy nie? Dla kogoś, kto —jak ja —jest konsekwencjonalistą, pytanie to nawet nie
zasługuje na odpowiedź. Nic by nam ona nie przyniosła. Nam zupełnie wystarczyłby zaszczyt i
fascynacja poznania nowej „Lucy". Absolutysta natomiast musi na nie odpowiedzieć, gdyż bez tego nie
może zastosować swoich zasad moralnych, na mocy których ludziom przysługuje status szczególny,
bowiem są ludźmi. W razie poważniejszych wątpliwości musiałby nawet powołać specjalne sądy, które
— tak jak to się działo w Afryce Południowej za apartheidu — miałyby decydować, czy komuś należy się
„przepustka do człowieczeństwa".
A nawet gdyby w przypadku australopiteka udało się wątpliwości rozwiać, to ciągłość jest
immanentnie wpisana w ewolucję biologiczną i z całą pewnością istniał jakiś gatunek pośredni, który
znalazłby się wystarczająco blisko owej „granicy", aby znów zamazać moralne pryncypia i zniszczyć ich
absolutyzm. Znacznie lepiej przyjąć, że w ewolucji nie ma żadnych ostrych granic. Złudzenie ich
istnienia wynika z faktu, że „stadia pośrednie" zwykle są martwe. Oczywiście można twierdzić, że
człowiek jest bardziej zdolny do, na przykład, cierpienia niż inne zwierzęta. Bardzo możliwe, że tak jest
naprawdę i na mocy tego faktu możemy nadać człowieczeństwu status szczególny. Ale właściwa
ewolucji ciągłość oznacza, że nie istnieje jakiekolwiek absolutne rozgraniczenie. Ewolucja bezlitośnie
podważa roszczenia absolutystów do wznoszenia takich nieprzekraczalnych barier. Uświadomienie sobie
wszelkich konsekwencji tego faktu może być niełatwe, przyznam. Moralne konsekwencje — a raczej lęk
przed tym, jakie mogłyby być — to zresztą jedna z przyczyn sprzeciwu kreacjonistów wobec ewolucji.
Tymczasem w tym również kreacjoniści nie mają racji; a przy okazji — czyż ich idea, że prawdziwy
obraz realnego świata można odwrócić o 180 stopni za pomocą rozważań o tym, co mogłoby być
pożądane ze względów moralnych i etycznych, nie jest doprawdy osobliwa?
JAK „UMIARKOWANA" WIARA NAPĘDZA FANATYZM
Pragnąc ukazać ciemną stronę absolutyzmu, pisałem o amerykańskich chrześcijanach, którzy
wysadzają w powietrze kliniki aborcyjne, i o afgańskich talibach, których zbrodnie, zwłaszcza popełnione
na kobietach, są wciąż dla mnie zbyt bolesne, bym mógł je tu wyliczać. Mógłbym oczywiście sięgnąć
jeszcze do Iranu pod rządami ajatollahów albo Arabii Saudyjskiej, gdzie kobieta nadal nie może
prowadzić samochodu, a za to naraża się na poważne problemy, jeśli wyjdzie z domu nie w towarzystwie
męskiego krewnego (inna sprawa — szczególny przejaw łagodności, przyznać trzeba—że może być to
nawet małe dziecko). Książka Jan Goodwin Price of Honour [Cena honoru] ukazuje przerażający obraz
traktowania kobiet w Arabii Saudyjskiej i innych współczesnych teokracjach. Johann Hari, jeden z
najciekawszych publicystów (londyńskiego) „Independenta" napisał kiedyś artykuł, którego tytuł
wyjaśnia wszystko: The best way to undermine the jihadists is to trigger a rebellion of Muslim women
[Najlepszy pomysł na osłabienie dżihadu, to wywołanie powstania muzułmańskich kobiet]132
.
Przejdźmy teraz do chrześcijaństwa. Mógłbym tu zacytować na przykład tych „natchnionych"
chrześcijan, którzy swój wielki wpływ na bliskowschodnią politykę administracji amerykańskiej
wykorzystują, forsując przekonanie, że Izrael ma dane przez Boga prawo do całej palestyńskiej ziemi133
.
Niektórzy przedstawiciele tego nurtu idą jeszcze dalej i w zasadzie żądają wszczęcia wojny nuklearnej,
interpretując ją jako znak Armageddonu, który zgodnie z ich dziwaczną (ale groźnie wręcz popularną)
interpretacją Apokalipsy ma zapowiadać Drugie Przyjście. Nie potrafię jednak wymyślić nic lepszego niż
chłodny osąd Sama Harrisa z Letter to a Christian Nation:
Nie będzie przesadą, jeśli stwierdzę, że gdyby pewnego dnia Nowy Jork stał się jaskrawą kulą ognia, znaczący
procent ludności tego kraju dostrzegłby i dobre strony w wyrastającym nad miastem atomowym grzybie. Przecież
można to uznać za znak, iż zbliża się najlepsza rzecz, jaka może się zdarzyć — powrót Chrystusa. Za banalne wręcz
należałoby uznać stwierdzenie, że takie wierzenia nie pomagają budować trwałej przyszłości dla nas wszystkich i to
w żadnej ze sfer: społecznej, gospodarczej, środowiskowej czy geopolitycznej. Proszę jednak wyobrazić sobie, jakie
mogłyby być konsekwencje, gdyby jakakolwiek część amerykańskiego rządu rzeczywiście uwierzyła, że świat się
kończy i że ten koniec będzie pełen chwały. Fakt, że wierzy w coś takiego blisko połowa Amerykanów — i to tylko
dlatego, że tak głosi religijny dogmat —jest moralnym i intelektualnym wyzwaniem oraz poważnym sygnałem
alarmowym.
Są zatem ludzie, których religijne przekonania prowadzą poza granice owego oświeconego
„moralnego Zeitgeist", o którym pisałem wcześniej. Reprezentują oni nurt, który określam mianem
ciemnej strony absolutyzmu; często nazywa się ich ekstremistami. W tym podrozdziale chciałbym jednak
wykazać, że religia nawet w formie łagodnej i umiarkowanej współtworzy klimat, w którym może ten
ekstremizm rozwijać się — i rozkwitać.
W lipcu 2005 roku Londyn stał się ofiarą samobójczego zamachu bombowego, a raczej czterech
łącznie zaplanowanych zamachów—trzy bomby wybuchły w metrze, jedna w autobusie. Konsekwencje
nie były tak tragiczne, jak przy zamachu na World Trade Center, nie było też aż takiego zaskoczenia (w
zasadzie londyńczycy mogli się czegoś takiego spodziewać od chwili, gdy Blair uczynił z nas
niedobrowolnych ochotników w inwazji Busha na Irak). Eksplozje przeraziły jednak Brytyjczyków.
Wszystkie gazety z trwogą i drżeniem rozważały, co mogło skłonić czterech młodych ludzi do
wysadzenia się w powietrze wraz z dziesiątkami niewinnych ludzi — przecież wszyscy mordercy mieli
brytyjskie obywatelstwo, uwielbiali grać w krykieta; to byli mili młodzi ludzie, w których towarzystwie
każdy z nas czułby się zupełnie swobodnie.
Dlaczego ci miłośnicy krykieta zrobili coś takiego? Przecież w odróżnieniu od swoich pakistańskich
czy japońskich (kamikadze) odpowiedników lub od Tamilskich Tygrysów chociażby nie mogli liczyć na
to, że chwała ich czynu spłynie na osierocone rodziny, które żyć będą odtąd otoczone szacunkiem i w
dobrobycie. Przeciwnie — część krewnych musiała nawet się ukrywać. Jeden z tych młodych mężczyzn
— co jest haniebne — zostawił żonę w ciąży i raczkującego synka. Czyn popełniony przez tych ludzi
miał tragiczne konsekwencje nie tylko dla nich i dla ofiar zamachu, ale również dla ich rodzin i całej
muzułmańskiej społeczności w Wielkiej Brytanii, która z dnia na dzień znalazła się pod bardzo ostrym
obstrzałem opinii publicznej. Tylko religia jest dość potężna, by skłonić do takiego szaleństwa skądinąd
psychicznie zdrowych i przyzwoitych ludzi. Tu znów ostrością i trafnością sądu trudno byłoby dorównać
Samowi Harrisowi, gdy rozważał w swojej książce fenomen Osamy bin Ladena, przywódcy Al Kaidy
(który, nawiasem mówiąc, nie miał nic wspólnego z londyńskimi zamachami). Dlaczego, zadał pytanie
Harris, ktoś chciał zniszczyć bliźniacze wieże i wszystkich, którzy w tym momencie byli w budynkach?
Nazwać bin Ladena „wcieleniem zła" to zdaniem autora Letter to a Christian Nation pusty unik, próba
ucieczki od odpowiedzialności za znalezienie właściwej odpowiedzi. Przecież odpowiedź jest prosta.
Zwłaszcza że sam bin Laden wielokrotnie, do znudzenia wręcz, sam ją artykułował. Wystarczy przyjąć,
że ludzie tacy jak bin Laden naprawdę wierzą w to, w co mówią, że wierzą. Oni po prostu wierzą w
prawdę słów Koranu. Dlaczego dziewiętnastu nieźle wykształconych przedstawicieli klasy średniej
zgodziło się zapłacić własnym życiem za przywilej zabicia tysięcy naszych bliźnich? Bo wierzyli, że
pójdą za to wprost do raju! Rzadko zdarza się, by można było podać tak satysfakcjonujące i wyczerpujące
wyjaśnienie jakiegokolwiek ludzkiego zachowania. Dlaczego nie chcemy go przyjąć?134
Muriel Gray bardzo ceniona dziennikarka „Heralda" (tego z Glasgow), w bardzo podobnym tonie
skomentowała londyńskie zamachy:
Wszędzie szukamy winnych — od (zaiste nikczemnego) duetu Bush-Blair po bierność muzułmańskiej
„wspólnoty". A przecież nigdy dotąd nie było tak oczywiste, że sprawcy należy szukać w jednym tylko miejscu, i że
zawsze tak było. Przyczyną całej tej tragedii, nieszczęścia, zamętu, przemocy, terroru i ignorancji jest sama religia.
Jeśli zaś komuś wydaje się, że o takich oczywistościach nie ma po co mówić, to proszę spojrzeć, jak usilnie media i
rząd starają się udawać, że nic takiego nie ma miejsca.
Politycy Zachodu starają się nie używać słowa na R (religia), a swą batalię opisują jako „wojnę z
terrorem", zupełnie jakby terror był autonomiczną siłą, obdarzoną wolną wolą i umysłem. Mówią też, że
motywacją terrorystów jest „czynienie zła". Nieprawda! Jakkolwiek błędnie możemy ich osądzać, to na
pewno ich motywacją nie jest żadne „czyste zło". Ci ludzie, tak samo jak chrześcijańscy mordercy
lekarzy usuwających ciąże, postępują zgodnie z własnym sumieniem, czynią to, co nakazuje im ich
religia. To nie są psychopaci! To idealiści, religijni idealiści, co więcej, w świetle własnych przekonań
postępujący najzupełniej racjonalnie. Uważają, że czynią dobrze, i to nie dlatego, że mają spaczoną
osobowość albo że opętał ich diabeł. Tak po prostu zostali wychowani — od kołyski żyli z głęboką i
niekwestionowaną wiarą. Harris cytuje w swojej książce wypowiedź pewnego Palestyńczyka, któremu
nie udał się samobójczy zamach. Osobnik ten wyjaśnia, że do zabijania Izraelczyków skłoniło go
„umiłowanie męczeństwa [...] Nie chciałem się za nic mścić. Chciałem zostać męczennikiem". „The New
Yorker" z 19 listopada 2001 roku zamieścił rozmowę Nasry Hassana z innym niedoszłym zamachowcemsamobójcą, bardzo kulturalnym dwudziestosiedmioletnim Palestyńczykiem. Wizja raju, jaką przedstawia
ów młody człowiek (występujący jako S), jest tak poetycka i tak bliska temu, czego nauczają
umiarkowani religijni przywódcy i nauczyciele, że uznałem, iż warto poświęcić jej tu nieco więcej
miejsca:
— Co jest takiego pociągającego w męczeństwie? — spytałem.
— Potęga ducha kieruje nas ku górze, rzeczy materialne ściągają nas w dół — odpowiedział, — Gdy ktoś już
zdecyduje się na męczeńską śmierć, staje się odporny na pokusy tego świata. Nasz przywódca spytał w pewnej
chwili: „A co będzie, jeśli plan się nie powiedzie?". „To nic — odpowiedzieliśmy. — Przecież i tak spotkamy
Proroka i jego towarzyszy, inszallah ". Wręcz zalewała nas świadomość, że wkrótce staniemy u wrót wieczności.
Nikt z nas nie wątpił. Przysięgliśmy na Koran, biorąc Allaha za świadka — takiej przysięgi nie można złamać.
Ślubowanie dżihadu zwane jest bayt al-ridwan; to jeden z ogrodów raju, przeznaczony tylko dla proroków i
męczenników. Wiem, że są inne drogi do dżihadu. Ale ta jedna jest słodka. Najsłodsza. Męczeństwo dla Allaha boli
mniej niż ugryzienie komara.
S pokazał mi potem kasetę wideo z nagraniem ostatnich chwil przed planowanym zamachem. Zdjęcia były
dość kiepskie, ale i tak łatwo było rozpoznać jego i jeszcze dwóch młodych ludzi pogrążonych w rytualnym dialogu.
Padały pytania i odpowiedzi o chwale męczeńskiej śmierci [...]. Potem młodzi ludzie i ich przywódca uklękli i
położyli dłonie na Koranie. „Czy jesteście gotowi? — spytał przywódca. — Jutro wszyscy znajdziecie się w
raju!"135
.
Gdybym to ja był na miejscu S, natychmiast spytałbym tego faceta, dlaczego, skoro jest taki pewien,
sam nie zrealizuje swojego planu i nie uda się najkrótszą drogą do nieba. Dlaczego sam nie podejmie się
samobójczej misji. Ale to byłby błąd. Nam po prostu wciąż trudno zrozumieć — powtarzam, bowiem to
bardzo ważne — że ci ludzie wierzą w to, w co mówią, że wierzą. A jeżeli tak, to winić należy religię, a
nie jakiś religijny ekstremizm. Ta perwersja to przecież pewna forma realnie istniejącej, powszechnie
szanowanej religii! Wolter już stulecia temu napisał: „Ci, którzy zmuszają cię do uwierzenia w absurdy,
mogą też zmusić cię do popełnienia nikczemności". Po latach wtórował mu Bertrand Russell: „Wielu
ludzi szybciej umrze, niż pomyśli. I wielu tak umiera".
Dopóty, dopóki akceptować będziemy zasadę, że przekonania religijne muszą być respektowane, są
bowiem przekonaniami religijnymi, musimy pogodzić się z tym, że Osama bin Laden i wszyscy
zamachowcy-samobójcy... zasługują na szacunek! Jedynym wyjściem — tak oczywistym, że nie trzeba
chyba do niego zachęcać —jest odrzucenie założenia, że wiara „z automatu" zasługuje na szacunek. To
dlatego właśnie od lat robię wszystko, co w mojej mocy, by ostrzec ludzi przed religią per se, a nie tylko
przed tak zwanym religijnym ekstremizmem. Nauczanie religii „umiarkowanej", choć samo w sobie
oczywiście ekstremizmem nie jest, otwiera jednak furtkę, przez którą ten może się wślizgnąć.
Ktoś mógłby powiedzieć, że przecież pod tym akurat względem religia niczym szczególnym się nie
wyróżnia. Przecież patriotyczne uwielbienie dla własnego kraju (czy grupy etnicznej) również może
przyjąć formę ekstremizmu, czyż nie? Oczywiście, że może — przykład japońskich kamikadze czy
Tamilskich Tygrysów dobitnie tego dowodzi. Tyle że religia potrafi wyjątkowo skutecznie wyłączać
racjonalne myślenie, które pozostałym ekstremizmom jednak jakoś towarzyszy. Myślę, że dzieje się tak
za sprawą jej prostego i jakże zwodniczego przyrzeczenia, że życie nie kończy się ze śmiercią, a śmierć
męczeńska zasługuje na szczególną chwałę. Ale nie jest to jedyny powód — to że religia z natury
zniechęca do zadawania pytań, również odgrywa ważną rolę.
Chrześcijaństwo tak samo jak islam uczy dzieci, że wiara bez wątpliwości jest cnotą —jeśli w coś
wierzysz, nie musisz tego dowodzić. Kiedy człowiek stwierdza, że coś stanowi element jego przekonań
religijnych, pozostali członkowie społeczeństwa (tego samego czy innego wyznania, bez różnicy) na
mocy niepisanego prawa zobligowani są do „respektowania" jego przekonań; respektowania
przynajmniej do czasu, póki ich manifestacją nie stanie się kolejna potworna masakra na skalę zamachów
na World Trade Center, londyńskie metro czy madrycki dworzec. Wtedy słyszymy gromki chór
wypierających się rozmaitych duchownych i „przywódców społeczności" (a kto ich wybierał?), którzy
zgodnie tłumaczą nam, iż to ekstremizm, błędy i wypaczenie „prawdziwej" wiary. Jak jednak możemy
mówić o wypaczeniach —jeżeli nie istnieją obiektywne kryteria (a tak jest w wypadku religii), nie ma też
wypaczeń.
Dziesięć lat temu ukazała się świetna książka wybitnego znawcy islamu Ibn Warraąa Why I Am Not
a Muslim [Dlaczego nie jestem muzułmaninem]. W zasadzie Warraq równie dobrze mógłby opublikować
swoją pracę pod tytułem The Myth of Moderate Islam [Mit umiarkowanego islamu] i takim nagłówkiem
właśnie opatrzony został artykuł innego cenionego specjalisty w tej materii, Patricka Sookhdeo, dyrektora
Institute for the Study of Islam and Christianity który ukazał się w (londyńskim) „Spektatorze" 30
czerwca 2005. Czytamy tam: „Jak dotąd wiekszość muzułmanów nie ucieka się do przemocy, a to
dlatego, że Koran spisany jest zgodnie z zasadą «dla każdego coś miłego». Szukasz pokoju, znajdziesz
bardzo pokojowo brzmiące wersety; chcesz wojny, też ją znajdziesz".
Sookhdeo wyjaśnia, jak islamscy „uczeni w piśmie" radzą sobie z wieloma sprzecznościami, które
odkryli w pismach proroka. Otóż wprowadzili oni zasadę „uchylenia" — teksty późniejsze niejako
„anulują" wcześniejsze. Pech polega na tym, że „pokojowe" fragmenty Koranu w większości
przynajmniej spisane zostały najdawniej, jeszcze wtedy, gdy Mahomet był w Mekce, najbardziej
wojownicze zaś są znacznie późniejsze, powstały już po ucieczce do Medyny. W efekcie:
Mantra „islam jest pokojem" jest od z górą tysiąca czterystu lat nieaktualna. Islam był „pokojem i tylko
pokojem" przez niepełna trzynaście lat [...] Dla współczesnych radykalnych muzułmanów — tak samo jak dla
średniowiecznych jurystów, którzy stworzyli kanoniczny islam — bliższe prawdy jest stwierdzenie „islam jest
wojną". Al-Ghurabaa, jedno z najbardziej radykalnych islamskich ugrupowań w Wielkiej Brytanii, tuż po
zamachach w londyńskim metrze opublikowało następujące oświadczenie: „Każdy muzułmanin, który zaprzecza, że
terror stanowi część islamu, jest kafirem". Kafir to niewierzący (czyli nie-muzułmanin). To straszna obelga [...]
Czy nie jest zatem tak, iż ci młodzi samobójcy nie wywodzili się wcale z obrzeży muzułmańskiej
społeczności w Wielkiej Brytanii, że nie czerpali natchnienia z jakiejś ekscentrycznej czy
ekstremistycznej wersji swojej religii? Może raczej byli dość typowymi przedstawicielami własnej
społeczności i wyznawcami najzupełniej „mainstreamowego" islamu?
Ogólnie mówiąc (czyli odnosząc się i do islamu, i do chrześcijaństwa) — to, co naprawdę jest
groźne, to uczenie dzieci, że wiara sama w sobie jest cnotą. Wiara jest złem przez to i dokładnie przez to,
że nie wymaga uzasadnienia i nie toleruje sprzeciwu. Uczenie dzieci, że wiara, której nie można
podważyć, jest cnotą, czyni z nich (przy kilku dodatkowych składnikach, o które doprawdy nietrudno)
potencjalną śmiertelną broń, narzędzie przyszłych dżihadów czy krucjat. W historii wojskowości i
uzbrojenia obok łuku, konia, czołgów i bomby kasetowej powinno się znaleźć zaszczytne miejsce dla
fanatyków religijnych, uodpornionych na lęk obietnicą wiecznego życia w raju męczenników. Gdyby
dzieci uczono zadawania pytań i myślenia, miast wpajać im cnotę ślepej wiary, nie byłoby —gotów
jestem pójść o zakład—żadnych zamachowców-samobójców. Tacy ludzie bowiem robią to, co robią,
dlatego że naprawdę wierzą w to, czego nauczono ich podczas lekcji religii: iż posłuszeństwo wobec
Boga jest najważniejsze i że za męczeńską śmierć na jego służbie otrzymają nagrodę w niebie. Taką
naukę zaś przekazali im nie żadni ekstremistyczni fanatycy, ale przyzwoici i pełni łagodności nauczyciele
religii, którzy w swoich medresach usadzali dzieci w rządki i wtłaczali w małe, niewinne główki wers po
wersie ze świętej księgi, a później tylko sprawdzali, czy dzieciaki potrafią każdą lekcję wiernie — niczym
pomylone papugi — słowo po słowie powtórzyć.
Religia może być bardzo niebezpieczna, a największym złem, jakie czyni, jest wkradanie się w
podatne umysły niewinnych dzieci. To właśnie dzieciństwu — i szkodom, jakie wyrządza mu wiara —
poświęcony będzie kolejny rozdział.

 

Bertrand Russell
Nigdy nie powstała taka pieśn religijna która chwaliłaby rozum ludzki.

Kościół katolicki był sojusznikiem hitlera przed i w czasie drugiej wojny światowej.
To jest fakt.

5 filarów od najmniej do najbardziej niebezpiecznych
-Zabobony i przesądy
-Ezoteryka i jasnowidztwo
- teorie spiskowe (masoni, reptilianie, ufo, to ze amerykanie nie polecieli na księżyc)
-pseudonauka i pseudomedycyna (rożdzkarstwo, egzorcyzmy- w zasadzie pojawiają się wyłącznie w katolicyzmie. I ów diabeł wrogi katolikom wchodzi w ciała, przeważnie młodych dziewcząt. I nagle pojawia się osobistość egzoprcysty, który zamyka się z tą młodą, biedną dziewczyną, której zdrazyło się zachorować psychicznie) i wypędza owego diabła gwałcąc ją, molestuj

 

DZIECIŃSTWO, MOLESTOWANIE I UCIECZKA OD RELIGII
W każdej wiosce jest pochodnia — nauczyciel, i gaśnica — ksiądz.
Wiktor Hugo
Zacznę od opowieści z dziewiętnastowiecznych Włoch. Nie twierdzę oczywiście, że podobnie
ohydna rzecz mogłaby zdarzyć się i dzisiaj, ale same nastroje, postawy i reakcje, o których za chwilę
przeczytamy, są—i to właśnie godne jest najwyższego pożałowania—wciąż obecne.
Tadziewiętnastowieczna tragedia w bezlitosnym świetle ukazuje również dzisiejsze religijne postawy
wobec dzieci.
W roku 1858 sześcioletni Edgardo Mortara, syn żydowskiego małżeństwa z Bolonii, został na
rozkaz Inkwizycji, czyli zgodnie z prawem, porwany z własnego domu przez papieską policję. Chłopiec,
siłą oderwany od zalewającej się łzami matki i szalejącego z rozpaczy ojca, przewieziony został do Domu
Katechumenów w Rzymie (gdzie chrzczono w wierze katolickiej żydów i muzułmanów) i tu wychowany
został w wyznaniu rzymskokatolickim. Nie licząc kilku okazjonalnych wizyt pod okiem czujnych księży,
rodzice nigdy go już nie zobaczyli. Historię tę opisał David I.
Kertzer we wstrząsającej książce The Kidnapping of Edgardo Mortara [Porwanie Edgardo
Mortary]128*.
To, co przytrafiło się Edgardo, nie był niczym niezwykłym w ówczesnych Włoszech, a przyczyna
uprowadzeń przez księży była zawsze taka sama. W każdym przypadku chodziło o dziecko, które
wcześniej zostało w tajemnicy ochrzczone, zwykle przez katolicką niańkę — gdy Inkwizycja zdobyła
taką wiedzę, reakcja była automatyczna. Jednym z elementów katolickiego systemu przekonań jest
bowiem wiara, że dziecko raz ochrzczone — nawet nieformalnie i w tajemnicy — na zawsze już staje się
chrześcijaninem, w mentalności tych ludzi zaś nie mieści się po prostu, by „chrześcijańskie dziecko"
mogło pozostać z żydowskimi rodzicami. Tak dziwaczne i wstrętne zarazem poglądy Watykan wyznawał
i bronił ich absolutnie otwarcie, mimo że przypadek Mortary spotkał się z bardzo ostrym potępieniem
opinii publicznej. Głębokie oburzenie, jakie porwanie małego Edgarda wzbudziło na całym świecie,
zostało przez katolicką gazetę „Civilta Cattolica" skomentowane jako skutek nacisków i potęgi bogatych
Żydów; brzmi znajomo, nieprawdaż?
Silne nagłośnienie było chyba jedynym, co odróżniało historię bolońskiego chłopca od wielu
podobnych. W jego wypadku wszystko zaczęło się od Anny Morisi. Tę niewykształconą czternastoletnią
katoliczkę zatrudniono do opieki nad chłopcem. Pewnego razu dzieciak upadł i Anna przeraziła się, że
stało mu się coś poważnego i może umrzeć. Sama wychowana w absurdalnym przekonaniu, że
nieochrzczone dziecko skazane jest na wieczne potępienie, spanikowana pobiegła po radę do swoich
katolickich sąsiadów i od nich usłyszała, że najlepiej będzie, jeśli natychmiast ochrzci malca. Wróciła do
domu, zanurzyła rękę w wiadrze, nabrała trochę wody i skropiła głowę chłopczyka ze słowami: „Chrzczę
cię w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego". I to wystarczyło. Od tego momentu w świetle prawa Edgardo
stał się chrześcijaninem, a gdy inkwizytorzy po latach dowiedzieli się o całym zdarzeniu, szybko, bez
chwili wahania i śladu refleksji nad smutnymi konsekwencjami swej decyzji przystąpili do działania.
To w sumie dość dziwne, że — skoro mamy do czynienia z rytuałem o tak doniosłym znaczeniu —
Kościół katolicki uznawał (i nadal uznaje) ważność chrztu dokonanego przez kogokolwiek na
kimkolwiek. Udzielający chrztu wcale nie musi być księdzem; ani dziecko, ani jego rodzice, ani nikt
wreszcie nie musi wyrazić zgody, nie ma żadnych dokumentów do podpisu; żadnych oficjalnych
świadków. Wystarczy kilka kropel wody, kilka słów, bezradne dziecko i zabobonna nastolatka z
katechetycznie wypranym mózgiem. W zasadzie wystarczy zresztą tylko to ostatnie — przecież dziecko

128 * W Polsce ukazała się inna książka Davida Kertzera, Papieże a Żydzi. O roli Watykanu w rozwoju współczesnego antysemityzmu
(W.A.B., Warszawa 2005), gdzie również znaleźć można szczegółowy opis przypadku Edgardo Mortary (przyp. tłum.).
jest za małe, żeby cokolwiek pamiętać, więc kto wie, co naprawdę się wydarzyło. Jedna z moich
amerykańskich znajomych, wychowana w katolickim domu, tak wspominała niedawno w przysłanym do
mnie liście: „Wszystkie chrzciłyśmy nasze lalki. Nie pamiętam, czy chrzciłyśmy też naszych małych
protestanckich przyjaciół, ale nie mam wątpliwości, że to mogło się zdarzyć i pewnie dzieje się nadal.
Robiłyśmy z naszych lalek małe katoliczki, zabierałyśmy je do kościoła, udzielałyśmy komunii itd.
Bardzo wcześnie starano się z nas zrobić dobre katolickie matki. Takie pranie mózgów".
Jeżeli dziewiętnastowieczne dziewczęta nie były bardzo różne od mojej znajomej, to aż dziwne, że
historie takie jak Edgarda Mortary nie zdarzały się częściej. Skoro jednak w ogóle się przydarzały, ktoś
mógłby zadać oczywiste, wydawałoby się, pytanie: dlaczego żydzi w Państwie Papieskim w ogóle
zatrudniali katolickich służących (i służące), jeśli wiązało się to z takim ryzykiem? Dlaczego nie
zatrudniali wyłącznie żydów? Odpowiedź, jak to zwykle w takich wypadkach bywa, niewiele ma
wspólnego ze zdrowym rozsądkiem, ale wszystko z religią. Żydzi potrzebowali służby, której religia nie
zabraniała pracy w szabat. Żydowska służąca oczywiście nie ochrzciłaby dziecka, skazując je na religijne
sieroctwo. Pod tym względem można było na niej polegać; ale nie rozpaliłaby też w piecu, ani nie
posprzątała w sobotę. Oto dlaczego żydowskie rodziny w Bolonii, przynajmniej te, które było na to stać,
najmowały chrześcijańską służbę.
W tej książce z pełną świadomością nie rozpisywałem się z detalami o zbrodniach krucjat,
konkwiście czy hiszpańskiej Inkwizycji. Okrucieństwo i złych ludzi można znaleźć w każdym stuleciu i
w każdym wyznaniu. Ale ten epizod w dziejach włoskiej Inkwizycji i jej postawa wobec dzieci są
szczególnie uderzającą manifestacją religijnego umysłu i zła, którego jest on sprawcą, gdyż w tym
wypadku religia była jedyną przyczyną. Po pierwsze — tylko w religijnym umyśle narodzić się może
koncepcja, że kilka kropel wody i parę słów zaklęcia mogą totalnie odmienić życie dziecka, że coś
takiego może więcej ważyć niż pozwolenie rodziców, zgoda samego dziecka, jego szczęście i psychiczny
komfort... więcej niż wszystko, co mógłby podyktować nam zdrowy rozsądek i zwykłe ludzkie uczucia.
Krótko po tym, jak wybuchła cała afera, Lionel Rothschild, pierwszy Żyd, który został członkiem
brytyjskiego parlamentu, napisał list do kardynała Antonelliego, w którym protestował przeciwko
uprowadzeniu małego Edgarda. Kardynał odpowiedział. Stwierdziwszy najpierw, że nie może nic w tej
sprawie poradzić, przerasta to bowiem jego kompetencje, wyjaśnił wszystko w kolejnych akapitach:
„Mamy w tym przypadku możliwość zobaczenia, że, choć zew natury jest potężny, najświętsze
obowiązki wiary są jeszcze potężniejsze". Nic dodać, nic ująć.
Szokujące w historii Mortary jest też to, że księża, kardynałowie i sam papież wyraźnie (i absolutnie
szczerze) nie byli w stanie pojąć, że wyrządzają biednemu chłopcu krzywdę. Trudno to zrozumieć (ba, w
zasadzie tego się nie da zrozumieć), ale oni naprawdę uważali, że odbierając chłopca rodzicom i
zapewniając mu katolickie wychowanie, działają dla jego dobra. Musieli go chronić! Jedna z
amerykańskich katolickich gazet, broniąc stanowiska papieża, napisała, że jest nie do pomyślenia, aby
„chrześcijański rząd mógł zostawić chrześcijańskie dziecko na wychowanie żydom". Gazeta ta powołała
się nawet na zasadę wolności wyznania: „wolności, jaka przysługuje dziecku, by stało się
chrześcijaninem, a nie było zmuszone do pozostania żydem[... ] Ochrona, jaką Ojciec Święty otacza to
dziecko w obliczu brutalnych, fanatycznych ataków wszelkiego bezbożnictwa i bigoterii, jest
najwspanialszym przejawem moralności, jaki ostatnio mógł obserwować świat". Czy widział ktoś, by
określenia „brutalny", „fanatyczny" czy „bigoteria" kiedykolwiek skierowano pod tak mylny adres? Nie
ulega jednak wątpliwości, że od papieża w dół wszyscy ci katoliccy apologeci święcie wierzyli, że bronią
słusznej sprawy; uważali, że moralność stoi po ich stronie, że kierują się dobrem dziecka. Oto, z jak
wielką siłą „umiarkowana" („mainstreamowa") religia potrafi wypaczać osąd i wyzuwać ze zwykłej
ludzkiej uczciwości. Autorzy włoskiego „II Cattolico" byli zadziwieni tym, że ludzie nie potrafią docenić
wspaniałomyślności i łaski, jaką Kościół uczynił Edgardo Mortarze, ratowując go od jego żydowskiej
rodziny:
Jeśli ktokolwiek z nas choć przez chwilę tylko rozważy kondycję, w jakiej żyć musi żyd—bez Chrystusa, bez
króla, bez państwa, w rozproszeniu, wszędzie obcy i wszędzie obłożony infamią, jaka ciąży na wszystkich
mordercach Jezusa — natychmiast pojmie, jak wielką i trwałą rzecz uczynił Ojciec Święty dla dziecka Mortarów.
Warto wreszcie przy okazji sprawy Edgardo uświadomić sobie ów niewyobrażalny tupet, z jakim
ludzie wierzący, nie mając po temu żadnych dowodów, wiedzą, że akurat ta religia, którą wyznają i w
której się urodzili, jest właśnie tą jedyną prawdziwą wiarą, a wszystkie inne to aberracja i fałsz.
Oczywiście w tym akurat przypadku wszelkie porównania między obiema stronami konfliktu byłyby
skrajnie nieuczciwe, to jednak moment równie dobry, jak każdy inny, by uświadomić sobie, że
Mortarowie mogli odzyskać syna, gdyby tylko zgodzili się na usilne błagania księży, żeby się ochrzcić.
By odebrać im dziecko, wystarczyło nieco wody i parę nic nieznaczących słów. Jak widać, religijna
indoktrynacja doprowadza umysł do stanu takiego ogłupienia, iż gotów jest wierzyć, że kolejna strużka
wody może odwrócić całą sytuację. Dla części z nas odmowa przyjęcia chrztu przez rodziców może być
przykładem zupełnie absurdalnego uporu. Komuś innemu jednak taka wierność zasadom może wydać się
zupełnie wystarczająca, by wpisać Mortarów na długą listę męczenników cierpiących w imię własnej
wiary.
„Z łaski Boga rozpalimy dziś w Anglii płomień, który nigdy nie zagaśnie, mistrzu Ridley." Bez
wątpienia są sprawy, za które warto oddać życie. Ale dlaczego Ridley, Latimer i Cranmer129* pozwolili
się spalić na stosie, zamiast odrzucić swój cieńszokońcowy protestantyzm na rzecz grubszokońcowego
katolicyzmu — czy to rzeczywiście takie ważne, od której strony zaczynamy obierać jajko na miękko. Na
tym jednak polega ślepy (lub godny podziwu, jeśli ktoś woli) upór religijnego umysłu, on to właśnie
sprawił, że Mortarowie nie mogli skorzystać ze sposobności, jaką otworzyłby przed nimi zupełnie
nieznaczący obrządek chrztu. Czy nie mogli choćby skrzyżować palców albo szeptać pod nosem „nie",
gdy jakiś księżulo polewał ich wodą? Nie, nie mogli, gdyż sami zostali wychowani w (umiarkowanej, nie
żadnej fanatycznej) wierze i cały ten absurd traktowali śmiertelnie poważnie. Ja jednak nie potrafię
przestać myśleć o biednym małym Edgardzie.
Chłopiec nie z własnej winy przyszedł na świat zdominowany przez religijne umysły i,
przypadkowo znalazłszy się na linii frontu, padł ofiarą nic to, że wyrosłej z dobrej woli, ważne, że dla
małego chłopca wyjątkowo okrutnej batalii; zapłacił za nią sieroctwem.
Przejdźmy teraz do czwartej lekcji, jaką daje nam porwanie Edgarda. Mam tu na myśli samo
założenie, że sześcioletni chłopiec może w ogóle być uznany za wyznawcę jakiejkolwiek religii,
nieistotne w tym momencie, czy judaizmu, czy chrześcijaństwa. Wyraźmy to może inaczej — sama idea,
że polewając wodą nieświadome niczego i nic nierozumiejące dziecko, możemy w jednej chwili
„przenieść" je z jednej religii do drugiej, jest oczywiście absurdalna, ale w sumie nie mniej absurdalne
jest wpisywanie takiego małego dziecka w jakąkolwiek religię. Dla chłopca ważna była nie religijna
etykietka (dziecko nie jest w stanie wyrobić sobie świadomego i przemyślanego poglądu na „prawdy"
wiary), ale miłość i opieka rodziców i rodziny. Jednego i drugiego pozbawili go żyjący w celibacie
księża; za okoliczność łagodzącą dla ich groteskowego okrucieństwa można uznać tylko prostacki brak
wrażliwości na normalne ludzkie uczucia — tyle że zawłaszczony przez religię umysł bardzo łatwo staje
się tak kompletnie niewrażliwy.
A nawet jeśli już nie dochodzi do porwań, czy nie jest formą wykorzystywania, a może raczej wręcz
molestowania dzieci etykietowanie ich pod pretekstem, że wyznają jakieś przekonania, podczas gdy są
one jeszcze o wiele za młode, by potrafić na te tematy myśleć. Ta praktyka trwa natomiast w najlepsze i
nikt niemal jej nie kwestionuje. To właśnie najważniejszy problem, którym chciałbym zająć się w tym
rozdziale.


MOLESTOWANIE FIZYCZNE I UMYSŁOWE
Dziś, gdy mówi się o molestowaniu dzieci przez duchownych, zwykle dotyczy to nagabywania i
wykorzystywania seksualnego. Czuję się w tej sytuacji zobowiązany już na wstępie oświadczyć, że cały
problem molestowania seksualnego chcę widzieć w należytych proporcjach i nie będę się tu nim
zajmował. Nie ja jeden uważam, że żyjemy w czasach powszechnej histerii na punkcie molestowania
dzieci, chwilami wkraczającej w obszar psychologii tłumu i nasuwającej nieodparte skojarzenia z
polowaniem na czarownice w Salem w 1692 roku. W czerwcu 2000 gazeta „News of the World", mimo
bardzo ostrej konkurencji powszechnie uznawana za najobrzydliwszy szmatławiec na Wyspach
Brytyjskich, zorganizowała kampanię pod nazwą „name and shame" („wskaż i zawstydź"); bardzo
niewiele oddzielało tę medialną akcję od bezpośredniego podburzania samozwańczych stróżów porządku

129 Arcybiskup Tomasz Cranmer (1489-1556), biskup Hugh Latimer (ok. 1485-1555) i biskup Mikołaj Ridley (ok. 1500-1555) —
reformatorzy kościoła w Anglii. Pierwsi męczennicy przyszłego Kościoła anglikańskiego. Dopiero potem anglikanie zaczęli palić na stosie
katolików (przyp. tłum.).
do wzięcia spraw we własne ręce i zastosowania wobec pedofilów zasad ludowej sprawiedliwości. W
jednym z angielskich miast tłum zelotów napadł nawet na dom pediatry z miejscowego szpitala, bo
ludność nie potrafiła odróżnić pediatry od pedofila136. Lęk przed pedofilią przybrał postać powszechnej
histerii, a rodzice zaczęli wpadać w panikę. Skończyła się epoka Hucków Finnów, Justów Williamsów,
Jaskółek i Amazonek130*. Dzieciaki nie mogą już, tak jak niegdyś, włóczyć się po ulicach, co zawsze
przecież było wielką frajdą (a przecież faktyczne ryzyko zetknięcia się z próbami molestowania — w
odróżnieniu od ryzyka wyimaginowanego — było dawniej na pewno nie mniejsze).
Na obronę „News of the World" muszę dodać, że w momencie, gdy gazeta organizowała tę
kampanię, opinia publiczna była wzburzona i przerażona brutalnym morderstwem na tle seksualnym
ośmiolatki porwanej w Sussex. Mimo to jednak uważam, że wrzucanie wszystkich pedofilów do jednego
worka i stosowanie wobec wszystkich takiej samej miary co wobec morderców, którzy przecież stanowią
wśród nich znikomą mniejszość, jest niesprawiedliwością. Chodziłem w sumie do trzech różnych szkół
podstawowych i w każdej z nich zetknąłem się z nauczycielami, których sympatia dla młodych chłopców
daleko wykraczała poza dopuszczalne granice. Nie ulega wątpliwości, że to postawa naganna. Tyle że
dziś, pięćdziesiąt lat później, ci ludzie staliby się na pewno przedmiotem polowania „ochotników" lub
prawników, niczym mordercy dzieci. Uważam, że moim obowiązkiem jest wystąpić w ich obronie, nawet
jeśli w przeszłości sam stałem się ofiarą jednego z nich (było to zawstydzające, ale w sumie raczej
nieszkodliwe doświadczenie).
Histeria antypedofilska bardzo mocno uderzyła w Kościół katolicki. Jest wiele powodów, dla
których bardzo nie lubię rzymskiego katolicyzmu. Jeszcze bardziej jednak nie lubię nieuczciwości, a nie
mogę się oprzeć wrażeniu, że w tym akurat wypadku odium, jakie spadło na tę instytucję, zwłaszcza w
Irlandii i Stanach Zjednoczonych, nie jest do końca zasłużone. Niewykluczone, że część winy obciąża w
tym momencie samych księży, których cała niemal zawodowa aktywność poświęcona jest przecież
głównie wzbudzaniu poczucia winy i „grzechowi". Mielibyśmy zatem w takim przypadku do czynienia z
rażącym nadużyciem zaufania i to przez kogoś mającego nad dzieckiem władzę, kogoś, kogo mały
człowiek od kołyski uczony jest szanować i czcić. Tyle że takie resentymenty nie powinny wpływać na
nasz osąd. Wiemy przecież dobrze (albo przynajmniej powinniśmy wiedzieć), że ludzki umysł świetnie
sobie radzi z produkowaniem najzupełniej fałszywych wspomnień, zwłaszcza gdy zachęca go do tego
pozbawiony skrupułów terapeuta albo wyrachowany i chciwy prawnik. Psycholog Elizabeth Loftus
wykazała się zaiste wielką odwagą (i narobiła sobie potężnych wrogów, naruszając bardzo poważne
interesy), kiedy udowodniła, jak łatwo ludzie tworzą fałszywe wspomnienia, których są przy tym
absolutnie i to w najdrobniejszych szczegółach pewni137
.
Ta umiejętność ludzkiego umysłu jest tak sprzeczna z naszą intuicją, że wielokrotnie i z łatwością
sędziowie i ławy przysięgłych dawały się zwieść składanym z najgłębszym — ale fałszywym —
przekonaniem zeznaniom świadków.
Przypadek Irlandii zasługuje na szczególną uwagę. W tym akurat kraju brutalność Christian
Brothers131*, przez czas dłuższy odpowiedzialnych za edukację większej części męskiej populacji
Zielonej Wyspy, przeszła wręcz do legendy. Dokładnie to samo można powiedzieć o często sadystycznie
wprost okrutnych zakonnicach prowadzących w Irlandii szkory dla dziewcząt. Niesławny przytułek sióstr
Magdalenek (sportretowany przez Petera Mullana w filmie Siostry Magdalenki) działał aż do roku 1996.
Po czterdziestu latach trudniej jest jednak uzyskać zadośćuczynienie za chłostę niż za seksualne awanse, a
w ich akurat przypadku nie brak prawników nagabujących potencjalnych klientów wybranych spośród
ofiar, które inaczej nigdy nie grzebałyby w swoich przebrzmiałych wspomnieniach. Tu bowiem leży
ciężka forsa, skryta w dawnych zapiskach rad parafialnych, tak dawnych, że często rzekomi sprawcy
owych „ohydnych czynów" już nie żyją i nie mogą przedstawić swojej wersji tego, co się naprawdę
zdarzyło. Łączna kwota odszkodowań wypłaconych przez Kościół katolicki z tego tytułu przekroczyła już
miliard dolarów139 — niemal można mu współczuć, trzeba by tylko zapomnieć, skąd te pieniądze

130 * Huck Finn —jeden z bohaterów Przygód Tomka Sawyera; Just Williams — bohater autobiograficznej powieści Kennetha
Williamsa; Jaskółki i Amazonki — z cyklu powieściowego Swallows and Amazons Arthura Ransome'a (przyp. tłum.).
131 * Prywatna katolicka instytucja edukacyjna założona w roku 1802 w Waterford przez bogatego kupca Edmunda Ignatiusa Rice'a
(przyp. tłum.).
pochodzą.
Po jednym z wykładów, jakie miałem w Dublinie, ktoś spytał mnie, co sądzę o bardzo w tym
momencie nagłaśnianych przypadkach molestowania seksualnego dzieci przez katolickich księży w
Irlandii. Odpowiedziałem, że jakkolwiek potwornym czynem jest takie molestowanie, to w sumie w
dłuższej perspektywie czyni ono dziecku mniejszą psychologiczną szkodę niż samo wychowywanie w
wierze katolickiej. To był bardzo spontaniczny komentarz, rzucony w toku burzliwej dyskusji, i bardzo
mnie zaskoczyło, że spotkał się z prawdziwie entuzjastycznym przyjęciem słuchaczy (faktem jest, że na
mój wykład przyszli głównie dublińscy intelektualiści, a to nie jest raczej reprezentatywna grupa
Irlandczyków). Przypomniała mi się jednak ta przygoda nieco później, gdy dotarł do mnie list od
czterdziestoparoletniej Amerykanki, również wychowywanej w wierze katolickiej. Napisała, że gdy miała
siedem lat, zdarzyły się w jej życiu dwie nieprzyjemne rzeczy —jeden z księży z jej parafii molestował ją
na tylnym siedzeniu swojego samochodu, a niemal równocześnie jej szkolny przyjaciel, który zginął w
wypadku, poszedł do piekła, był bowiem protestantem. Tak przynajmniej wówczas myślała, albo raczej
tak ją nauczono wierzyć, zgodnie z oficjalną doktryną Kościoła, do którego należeli jej rodzice. Dziś,
jako dorosła i dojrzała kobieta, z tych dwóch przypadków molestowania przez Kościół katolicki —
fizycznego i umysłowego — drugi uznawała za znacznie gorszy. Napisała do mnie:
To, że ksiądz się do mnie dobierał, było dla mnie (siedmioletniej dziewczynki) po prostu obrzydliwe, ale
wspomnienie o moim przyjacielu, który musiał iść do piekła, było czymś przerażającym. Nie zdarzyło mi się, bym
nie mogła zasnąć z powodu tego księdza, ale pamiętam wiele bezsennych nocy, gdy bałam się, że ludzie, których
kocham, pójdą do piekła. A potem śniły mi się koszmary.
Oczywiście nie można porównać przeżyć dziewczynki macanej przez księdza w samochodzie z
bólem i obrzydzeniem ministranta po stosunku analnym z kapłanem. Podobno dziś też Kościół katolicki
nie mówi już tak wiele o piekle jak niegdyś. Wspomnienie mojej korespondentki dowodzi jednak, że w
niektórych sytuacjach psychiczne molestowanie dziecka ma znacznie gorsze konsekwencje niż fizyczne.
Alfred Hitchcock był jednym z największych specjalistów od przerażania ludzi w dziejach światowej
kinematografii. Ponoć kiedyś, jadąc samochodem przez Szwajcarię, wskazał swoim współpasażerom
widok przez szybę i powiedział: „To najbardziej przerażająca rzecz, jaką kiedykolwiek widziałem". Za
oknem widać było księdza pogrążonego w rozmowie z małym chłopcem. Ksiądz trzymał dłoń na
ramieniu dziecka. Hitchcock otworzył okno i zaczął krzyczeć: «Uciekaj, chłopcze! Uciekaj! Tu chodzi o
twoje życie»".
Jest takie znane porzekadło: „Sticks and stones may break my bones, but words can never hurt me"
(Kije i kamienie mogą połamać mi kości, ale słowa nic mi nie zrobią). To prawda, ale tylko tak długo,
póki ktoś nie wierzy słowom. Jeśli całe twoje wychowanie, wszystko, co mówili ci rodzice, nauczyciele i
księża, każe ci wierzyć, naprawdę wierzyć, całkowicie i bezgranicznie, że grzesznicy spłoną w piekle
(albo w jakiś inny równie odpychający religijny przesąd, na przykład w to, że kobieta jest własnością
męża), wówczas całkiem prawdopodobne, że czyjeś słowa skrzywdzą cię mocniej i na dłużej niż jego
czyny. I dlatego uważam, że posługiwanie się określeniem „molestowanie" nie jest w żadnym przypadku
nadużyciem i przesadą, kiedy opisujemy to, co nauczyciele i kapłani robią dzieciom, każąc im wierzyć na
przykład, że karą za grzech główny niewyznany na spowiedzi jest wieczne potępienie i piekielne męki.
Na potrzeby wspomnianego już tu przeze mnie telewizyjnego filmu dokumentalnego Root of All Evil
? przeprowadziłem wywiady z wieloma przywódcami religijnymi. Krytykowano mnie za to, że dobrałem
sobie amerykańskich ekstremistów, a nie jakichś szanownych przedstawicieli kościołów z głównego
nurtu chrześcijaństwa, choćby któregoś z arcybiskupów132*. Z pozoru to w pełni zasłużona krytyka, tyle
że w Ameryce początków XXI wieku coś, co obserwatorowi z zewnątrz może wydawać się
ekstremizmem, w rzeczywistości w pełni mieści się w „głównym nurcie". Jednym z moich rozmówców
był pastor Ted Hoggard z Colorado Springs (to on chyba najbardziej wstrząsnął brytyjskimi widzami). W
Ameryce Busha „pastor Ted" jednak w najmniejszym stopniu nie jest ekstremistą. Przeciwnie —
przewodniczy zrzeszającemu trzydzieści milionów wiernych National Association of Evangelicals i, jak
sam twierdzi, co tydzień, w każdy poniedziałek, ma zaszczyt odbywać telefoniczne konsultacje z samym

132 * Prosiłem o rozmowę arcybiskupa Canterbury, kardynała arcybiskupa Westminsteru i naczelnego rabina Wielkiej Brytanii. Wszyscy
odmówili, zapewne mając ku temu dobre powody. Zgodził się jedynie biskup Oksfordu — był czarującym i dalekim od wszelkiego ekstremizmu
rozmówcą. Trzej wyżej wymieni na pewno zachowywaliby się podobnie.
prezydentem. Gdybym chciał rozmawiać z prawdziwymi ekstremistami (według amerykańskich
standardów), zwróciłbym się do „rekonstrukcjonistów", którzy głoszą „teologię dominacji" („Dominion
Theology"), otwarcie wzywającą do wprowadzenia w Ameryce chrześcijańskiej teokracji. Jeden z moich
znajomych, obywatel amerykański bardzo zatroskany tym, w którą stronę zmierza jego kraj, napisał do
mnie:
Europejczycy powinni wiedzieć, że mamy u siebie taką wędrującą trupę religijnych maniaków, która wprost
żąda wprowadzenia prawa starotestamentowego — na przykład kary śmierci dla homoseksualistów — a także
czynnego i biernego prawa wyborczego wyłącznie dla chrześcijan. Na ich „spektaklach" pojawiają się tłumy,
głównie przedstawicieli klasy średniej, i gorąco je oklaskują. Jeżeli zwolennicy laickości państwa nie zmobilizują
się, różni dominioniści i rekonstruktywiści wkrótce staną się głównym nurtem prawdziwej amerykańskiej
teokracji133*.
Moim rozmówcą był też pastor Keenan Roberts (z Kolorado, podobnie jak pastor Ted). Manią tego
pana były z kolei Hell Houses, „piekielne domy". Do takich „domów" rodzice lub nauczyciele z
chrześcijańskich szkół zabierają dzieci, żeby należycie wystraszyć je tym, co może stać się z nimi po
śmierci. Najpierw pokazuje się im żywe obrazy, w których aktorzy przedstawiają poszczególne „grzechy"
(jak aborcja czy homoseksualizm) — każdej scence z wyrazem triumfu w oczach przygląda się diabeł,
cały w szkarłacie. Ale to tylko wstęp do prawdziwego piece de resistance. W chwilę później pojawia się
samo piekło w całej okazałości, z oparami siarki, płonącym ogniem i krzykiem potępionych.
Obejrzałem sobie takie przedstawienie (diabeł był niemal tak afektowanie diaboliczny jak czarny
charakter w wiktoriańskich melodramatach) i potem, w obecności całej obsady, przeprowadziłem wywiad
z pastorem Robertsem. Zaczął od tego, że najlepszy wiek dla dziecka, by trafić do jego „piekielnego
domu", to dwanaście lat. Nieco zszokowany spytałem, czy nie obawia się, że dwunastolatek po
obejrzeniu czegoś takiego może mieć koszmary. Odpowiedział (mam wrażenie, że najzupełniej szczerze):
Lepiej, żeby dzieci wiedziały, że piekło to takie miejsce, dokąd za żadną cenę nie chcą trafić. Lepiej, żeby to
przesłanie dotarło do nich, gdy mają dwanaście lat, niż gdyby miało nigdy do nich nie dotrzeć i były skazane na
życie w grzechu, życie, w którym nie ma miejsca dla Pana Naszego Jezusa Chrystusa. A jeśli nawet skończy się to
koszmarnymi snami, to przecież jest istnieje wyższe dobro, jakie mają w życiu osiągnąć i realizować — to zaś rzecz
ważniejsza niż jakieś złe sny.
Jeśli ktoś szczerze i prawdziwie wierzy w to, w co zgodnie z własnymi słowami wierzy pastor
Roberts, to bez wątpienia zastraszanie dzieci uzna za ze wszech miar słuszne.
Pastor Ted Roberts nie jest żadnym ekstremistą. Tacy ludzie jak on i Ted Hoggard tworzą dziś
główny nurt chrześcijaństwa w Ameryce. Nie byłbym zresztą zdziwiony, przyznam, gdyby się okazało,
że podobnie jak ich niektórzy współwyznawcy obaj panowie wierzą, że w kraterach wulkanów usłyszeć
można skowyt potępionych duszyczek140. Albo że olbrzymie, długie i wijące się „robale" odkryte
niedawno w wodach termicznych w głębi oceanów są spełnieniem słów Marka: „Jeśli twoja ręka jest dla
ciebie powodem grzechu, odetnij ją; lepiej jest dla ciebie ułomnym wejść do życia wiecznego, niż z
dwiema rękami pójść do piekła w ogień nieugaszony. I jeśli twoja noga jest dla ciebie powodem grzechu,
odetnij ją; lepiej jest dla ciebie chromym wejść do życia, niż z dwiema nogami być wrzuconym do
piekła" (Mk 9,43-44). W sumie zresztą niezależnie od tego, jaką wizję piekła ktoś posiada, wszystkich
entuzjastów mąk piekielnych łączy jedno — triumfalistyczna Schadenfreude i pełna samozachwytu
pewność, że oni akurat znajdą się między zbawionymi. Doskonale wyraził ją najpierwszy wśród
teologów, święty Tomasz z Akwinu: „Świętych nie mniej kontentuje łaska, jaką okazał im Pan, niż
możność oglądania tych, co skazani są na męki piekielne". Sympatyczny gość, nieprawdaż 134*.

133 * Najpierw myślałem, że to jakiś dowcip „The Onion" (www.talk2action.org/story/2006/5/29/195855/959), ale wszystko wskazuje, że
nie. Jest taka gra komputerowa zatytułowana Left Behind. Eternal Forces. EZ. Mayers opisuje ją na swojej wybornej witrynie „Pharyngula":
„Wyobraź sobie, że jesteś członkiem paramilitarnej grupy, której celem jest ustanowienie w Ameryce teokracji i zapewnienie chrześcijaństwu
dominacji nad całym światem [...]. Masz misję (militarną i religijną zarazem) — nawrócić lub zabić wszystkich katolików, żydów, muzułmanów,
buddystów i każdego, kto opowiada się za rozdziałem kościoła od państwa (za:
http://scienceblogs.com/phar3a1gula/2OO6/O5/gta_meet_lbef.php; patrz też recenzja gry w: http://select.nytimes.com/gst/abstract.html? res=FI
071FFD3C550C718CDDAA0894DE404482).-
134 * Ann Coulter też wykazała się wspaniałym chrześcijańskim miłosierdziem: „Niech nikt z moich współwyznawców nie odważy się
powiedzieć, że nie bawi go wizja Dawkinsa skwierczącego w piekielnym ogniu" (Coulter 2006, s. 268).
Lęk przed ogniem piekielnym może być jak najbardziej autentyczny, nawet u skądinąd zupełnie
racjonalnie myślących ludzi. Po emisji mojego filmu o religii dostałem bardzo dużo listów. Między
innymi ten, od mądrej i szczerej kobiety:
Od piątego roku życia chodziłam do katolickiej szkoły i byłam indoktrynowana przez zakonnice, które
posługiwały się w tym celu pasem, kijem i trzcinką. Jako nastolatka przeczytałam Darwina i to, czego dowiedziałam
się o ewolucji, dla logicznej części mojego umysły brzmiało bardzo sensownie. Od tej chwili jednak przyszło mi iść
przez życie ze świadomością konfliktu i z poczuciem cierpienia. Gdzieś tam głęboko w środku nadal tkwił we mnie
— i dość często dawał o sobie znać — lęk przed ogniem piekielnym. Chodziłam z tym nawet do psychoterapeuty,
udało mi się przepracować różne moje wcześniejsze problemy, ale tego lęku nie potrafiłam pokonać. Piszę do Pana
właśnie w tej sprawie. Bardzo prosiłabym o adres terapeutki, z którą pan rozmawiał. Tej, który specjalizuje się w
lękach takich, jak mój.
Bardzo poruszył mnie ten list. Przez moment nawet — przyznam, było to mało szlachetne —
żałowałem, że nie ma piekła, dokąd powinny trafić te zakonnice. W odpowiedzi napisałem, że powinna
bardziej ufać swemu rozumowi, gdyż bez wątpienia, w odróżnieniu od wielu innych nieszczęśliwych
ludzi, została nim obdarzona. Dodałem, że piekielna groza, którą z taką chęcią odmalowują księża i
zakonnice, musi być grubo przesadzona, choćby po to, by skryć znikome prawdopodobieństwo, że coś
takiego w ogóle istnieje. A ponieważ raczej na pewno piekła nie ma, musi być reklamowane jako bardzo,
ale to bardzo przerażające — tylko tak da się skompensować jego nieistnienie i utrzymać „odstraszającą
moc". Skontaktowałem rzecz jasna moją korespondentkę z terapeutką, o którą pytała — Jill Mython,
cudowną kobietą i bardzo szczerym człowiekiem. Jill sama wychowywana była w bardziej niż przeciętnie
paskudnej sekcie znanej pod nazwą Exclusive Brethren; tak obrzydliwej, że istnieje nawet witryna
internetowa (www.peebs.net) pomagająca ludziom, którzy zdołali się spod jej wpływu wyzwolić.
Jill też uczona była lęku przed piekłem i uciekła od chrześcijaństwa, gdy była już dorosłą kobietą.
Dziś doradza i pomaga innym, którzy mieli podobnie traumatyczne doświadczenia w dzieciństwie.
„Kiedy wspominam moje dzieciństwo — pisze Jill — widzę, że dominował nad nim lęk. Lęk przed
brakiem aprobaty dla tego, co robiłam wówczas, ale również lęk przed wiecznym potępieniem.
Dla dziecka ogień piekielny, płacz i zgrzytanie zębów grzeszników są bardzo realne. To nie jest
żadna metafora." Podczas naszej rozmowy do filmu poprosiłem Jill, żeby opowiedziała, co tak naprawdę
mówiono jej o piekle, kiedy była mała. Wyraz jej twarzy, gdy odpowiadała na moje pytanie, był niemal
równie poruszający, jak słowa: „To dziwne, nie sądzisz?! Nawet dziś, po tylu latach, to wciąż ma nade
mną władzę... czuję to... kiedy... kiedy mnie pytasz. Piekło to straszliwe miejsce. To odrzucenie przez
Boga. To sąd, Sąd Ostateczny. Tam jest prawdziwy ogień, prawdziwe męki i prawdziwe tortury. I tak
będzie już po wieczność. Stamtąd nie ma wyjścia".
Jill opowiadała mi potem o grupie wsparcia, którą prowadzi dla ludzi próbujących uciec od
dzieciństwa takiego jak jej. Mówiła, jak bardzo jest to dla niektórych niełatwe: „Proces wyzwalania się
jest bardzo trudny. Musisz zostawić za sobą wszystkie więzi społeczne, cały świat, w którym byłeś
wychowany, system przekonań, które przez lata były twoimi własnymi przekonaniami. Często
odchodzisz też od rodziny i przyjaciół [...] Dla nich jakbyś przestał istnieć".
Mogłem porównać opowieści Jill z moimi własnymi doświadczeniami. Dostałem trochę listów z
Ameryki od ludzi, którzy pisali, że pod wpływem lektury moich książek zdecydowali się porzucić wiarę.
Zaskoczyło mnie, że wielu z nich dodawało, że nie odważyli się powiedzieć o wszystkim własnym
rodzinom, albo powiedzieli i rezultat był opłakany. Oto przykładowy z tych listów. Autorem jest młody
Amerykanin, student medycyny:
Bardzo chciałem napisać do Pana, ponieważ mam te same poglądy na religię, poglądy, które —jestem pewien,
że jest Pan tego świadomy — w Ameryce są bardzo odosobnione. Dorastałem w chrześcijańskiej rodzinie i choć
religia nigdy nie była mi bliska, dopiero niedawno odważyłem się o tym komuś powiedzieć. Tym kimś była moja
dziewczyna [...] Kompletnie ją przeraziłem. Zdawałem sobie sprawę, że deklaracja ateizmu może być dla kogoś
szokująca, ale nie spodziewałem się, że od tej chwili stanę się dla niej zupełnie obcym człowiekiem.
Mówi, że nie może już mi ufać, bo moje zasady nie pochodzą od Boga. Nie wiem, czy jakoś sobie z tym

poradzę, a zwłaszcza nie chcę już mówić o moich przekonaniach nikomu z moich bliskich, bo obawiam się takiej
samej reakcji — obrzydzenia [...] Nie oczekuję, że Pan mi odpowie. Piszę dlatego, że mam nadzieję, że współczuje
mi Pan i podziela moje rozgoryczenie. Zapewne Pan może sobie wyobrazić, jak to jest, stracić kogoś, kogo kochałeś
i kto ciebie kochał, tylko przez religię. Przecież gdyby nie jej pomysł, że teraz jestem bezbożnym poganinem,
pasowalibyśmy do siebie idealnie. Przypomniało mi się, co Pan pisał o tym, że ludzie w imię wiary robią zupełnie
chore rzeczy.
Dziękuję, że mnie Pan wysłuchał.
Odpowiedziałem młodemu człowiekowi, wskazując, że nie tylko jego dziewczyna dowiedziała się
czegoś o nim. On również czegoś się o niej dowiedział. Czy naprawdę była dla niego dość dobra?
Wątpię.
Pisałem już o amerykańskiej aktorce Julii Sweeney i jej uporczywej i nieodparcie przy tym
zabawnej walce o odnalezienie w religii czegokolwiek, co pomogłoby uratować wyniesioną z dzieciństwa
wiarę w Boga przed coraz większymi wątpliwościami dorosłej kobiety. Julia odniosła wreszcie
zwycięstwo w tej walce i dziś jest podziwiana i szanowana przez młodych ateistów na całym świecie.
Denouement stanowi najbardziej poruszający i wstrząsający moment jej monodramu Letting Go of God.
Próbowała już wszystkiego, aż nagle, opowiada,
[...] wracałam właśnie z biura, które miałam z tyłu domu, do siebie, gdy usłyszałam jakiś cichutki głosik
szepczący w mojej głowie. Nie mam pojęcia, jak dawno tam był, ale nagle stał się jakby o decybel głośniejszy. To
coś szeptało: „boga nie ma". Z początku próbowałam zignorować ów szept. Ale on znów stał się odrobinę
głośniejszy. „Boga nie ma, boga nie ma. O mój boże, nie ma boga!". Przeszedł mnie dreszcz. Jakbym wpadła do
wody.
Pomyślałam — „Przecież ja nie umiem... Nie wiem, czy umiem nie wierzyć w Boga. Potrzebuję Boga. To
znaczy, tyle nas łączy..."
„Nie umiem nie wierzyć w Boga. Nie wiem, jak to zrobić. Jak się wtedy wstaje, jak przeżyć cały dzień?"
Straciłam równowagę...
„No dobra, uspokój się — pomyślałam po chwili. — Pomyśl sobie, że są takie okulary nie-wierzę-w-Boga i
załóż je na chwilę, na sekundkę tylko. Załóż je i szybciutko rozejrzyj się wokół, a później natychmiast zdejmij".
Cóż, założyłam okulary „boga niet" i rozejrzałam się...
Trochę mi wstyd, jak to mówię, ale w pierwszej chwili poczułam się dziwnie. Zdziwiłam się — „Ale jak
Ziemia trzyma się na niebie? Mówisz, że tak sobie gnamy przez Wszechświat? To wspaniałe!". Chciałam pobiec i
uścisnąć Ziemię, jakby nagle spadła z kosmosu wprost w moje ramiona.
A potem sobie przypomniałam — „No tak, grawitacja i moment pędu i starczy... Będziemy się tak obracać
wokół Słońca jeszcze bardzo, bardzo długo".
Bardzo mnie poruszyła ta scena, kiedy pierwszy raz oglądałem Letting Go of God w teatrze w Los
Angeles. Choć bardziej jeszcze poruszyła mnie opowieść Julii o reakcji rodziców na prasowe doniesienia
o jej wyleczeniu:
Pierwsza zadzwoniła mama. W zasadzie był to tylko krzyk: „Ty — ateistka? ATEISTKA?!?!".
Potem był telefon od ojca. „Zdradziłaś swoją rodzinę, szkołę, zdradziłaś swój kraj!" Zupełnie, jakbym
sprzedała jakieś tajemnice Ruskim.
Oboje powiedzieli, że już się nigdy więcej do mnie nie odezwą. Tata stwierdził nawet: „I nie waż mi się
przyjść na mój pogrzeb!". Kiedy już odłożyłam słuchawkę, pomyślałam: „Ciekawe, jak mnie powstrzymasz?!".
Julia Sweeney doprawdy potrafi skłonić swoich słuchaczy do śmiechu przez łzy (i nie jest to jej
jedyny dar):
Myślę, że gdybym powiedziała, że przestałam wierzyć w Boga, rodzice byliby niezbyt szczęśliwi. Ale zostać
ateistką, to coś zupełnie innego.
Książka Dana Barkera Losing Faith in Faith: From Preacher to Atheist [Tracąc wiarę w wiarę. Od
kaznodziei do ateisty] to opowieść o stopniowej przemianie gorliwego chrześcijanina, fundamentalisty i
wędrownego kaznodziei w przekonanego ateistę, którym autor jest obecnie. Godne uwagi, że Barker
kazał także i po tym, jak stał się ateistą — to jedyne, co potrafił, a poza tym czuł się uwięziony w sieci
społecznych powinności. Jak mówi, zna wielu amerykańskich duchownych, którzy znaleźli się w
podobnym położeniu, ale zdecydowali się powierzyć ten sekret tylko jemu, właśnie po lekturze jego
książki. Poza tym nie odważyli się przyznać do ateizmu nawet najbliższej rodzinie, tak bardzo obawiali
się reakcji. Przypadek samego Barkera miał szczęśliwsze zakończenie — z początku rodzice byli
zaszokowani, śmiertelnie wręcz przerażeni, potem jednak posłuchali, co syn ma do powiedzenia, i jego
spokojne rozumowanie ich samych skłoniło do „konwersji" na ateizm.
Niezależnie od siebie napisało do mnie dwóch wykładowców z jednego z amerykańskich
uniwersytetów. Obaj pisali o swoich rodzicach. Matka pierwszego nieustannie zamartwiała się o
nieśmiertelną duszę syna. Drugiemu ojciec powiedział, że wolałby już chyba, żeby się wcale nie urodził
— tak był pewien, że pierworodny skazany jest na wieczne potępienie. A przecież obaj moi
korespondenci to świetnie wykształceni pracownicy uniwersyteccy, pewni swej edukacji i własnej
dojrzałości. Chyba nie tylko w kwestii religii pozostawili rodziców za sobą, intelektualnie również.
Pomyślmy tylko, jak ciężka musi być to przeprawa dla ludzi mniej intelektualnie wyrobionych, słabiej
wykształconych i mniej wygadanych niż ci dwaj czy Julia Sweeney gdy przyjdzie zmierzyć się z
zatwardziałością i uporem bliskich. Zapewne z czymś takim właśnie musieli sobie poradzić pacjenci Jill
Mython.
W rozmowie przed kamerą Jill opisała omawiane przez nas formy religijnego wychowania jako
szczególny przypadek umysłowego molestowania. Spytałem wtedy: „Użyłaś określenia «molestowanie
religijne». Gdybyś miała porównać molestowanie, z którym mamy do czynienia, gdy dzieci zmusza się
do uwierzenia w piekło [...] z molestowaniem seksualnym? Która trauma jest gorsza?". „To bardzo trudne
pytanie — odpowiedziała. — Myślę, że jest tu wiele podobieństw. W obu wypadkach to nadużycie
zaufania. W obu wypadkach odbiera się dziecku prawo do czucia się swobodnie, do otwartości i
normalności w relacjach z zewnętrznym światem [...] W obu wypadkach efektem jest pomniejszenie
własnej wartości, zaprzeczenie prawdziwego ja."
W OBRONIE DZIECI
Mój szacowny kolega, psycholog Nicholas Humphrey przywołał cytowane wcześniej porzekadło o
słowach, które nie ranią, rozpoczynając w roku 1977 jeden z oksfordzkich wykładów z cyklu Amnesty
Lecture141. Humphrey zaczął od tego, iż nie zawsze jest to prawda, a jako dowodem posłużył się
haitańskim kultem voodoo. Znane są przypadki śmierci wyznawców tej religii, do czego dochodziło w
ciągu kilku zaledwie dni od chwili, gdy ktoś rzucił na nich „złe zaklęcie" — najpewniej wchodzą tu w grę
jakieś psychosomatyczne następstwa przerażenia. Później Humphrey przeszedł do pytania, czy Amnesty
International, organizacja, na której rzecz przekazywane są dochody z Amnesty Lecture, powinna
angażować się w kampanię przeciw szkodliwym i wyrządzającym zło wystąpieniom i publikacjom. Uznał
— i to bardzo zdecydowanie — że jakakolwiek cenzura jest niedopuszczalna. „Wolność słowa —
wyjaśnił — jest zbyt ważną z naszych wolności, by się do niej wtrącać". Dalej jednak Humphrey dokonał
niemal gwałtu na swym własnym liberalnym ja, bowiem jął przekonywać słuchaczy, że od tej żelaznej
zasady trzeba wprowadzić jeden wyjątek: szczególna cenzura jest niezbędna, gdy chodzi o dzieci, a raczej
o ich:
[...] moralną i religijną edukację, zwłaszcza o tę, którą dzieci odbierają w domu. Pozwalamy przecież, a nawet
wręcz oczekujemy, że to rodzice właśnie nauczą własne dzieci kryteriów prawdy i fałszu, dobra i zła. Tymczasem
dzieci — mówił dalej Humphrey — mają prawo, prawo człowieka, do tego, by nikt nie okaleczał ich umysłów
fałszywymi ideami. Nikt! Również rodzice, którym przecież Bóg nie dał wyłącznej licencji na akulturację swoich
dzieci wyłącznie na sposób, który sami uznają za właściwy — nawet rodzice nie mają więc prawa do ograniczania
własnym dzieciom możliwości zdobywania i poszerzania wiedzy, wychowując je w atmosferze ciasnych dogmatów
i przesądów, ani też żądając, by ślepo podążały wąską ścieżką obranej wiary.
By się nadmiernie nie rozwodzić—dzieci mają prawo do umysłu wolnego od nonsensów, a my jako
społeczeństwo mamy obowiązek bronić tego ich prawa. Nie możemy więc pozwolić, by rodzice uczyli swoje dzieci
wierzyć, że, na przykład, Biblię należy odczytywać dosłownie albo że planety rządzą ich życiem, tak samo jak nie
pozwalamy, by rodzice wybijali dzieciom zęby lub zamykali je w lochu.
Mocno powiedziane! Mogło wzbudzić wiele wątpliwości i nic dziwnego, że wzbudziło. Na jakiej
podstawie osądzać, co jest nonsensem; czy to nie kwestia prywatnej opinii? Czy przypadki
„ortodoksyjnej" nauki nie uczą nas ostrożności? Naukowcy mogą uważać, że uczenie kogoś astrologii czy
dosłownego odczytywania Biblii to nonsens, ale są ludzie, którzy myślą dokładnie przeciwnie, i czy
mamy uznać, że tacy ludzie nie mają prawa uczyć swoich dzieci. Czy naleganie, by dzieci „uczono
nauki", nie jest zwykłą arogancją?
Bardzo jestem wdzięczny moim rodzicom za ich przekonanie, że dzieci powinno się uczyć bardziej
tego jak myśleć niż co myśleć. Jeśli, dorósłszy i dysponując pełnym i nieskrępowanym dostępem do
wszelkich naukowych świadectw, ktoś świadomie decyduje, że wszystko, co napisano w Biblii, to
prawda, albo że o naszym życiu decydują planety — wolno mu! Różnica polega na tym, że taki ktoś
podejmuje decyzję samodzielnie, a nie została mu ona narzucona przez rodziców par force majeure.
Przywilejem dorosłego człowieka jest wierzyć, w co chce, rodzicom natomiast nie powinien być dany
przywilej narzucania własnych przesądów dzieciom. Zasada ta nabiera szczególnego znaczenia, gdy
uświadomimy sobie, że dzieci w następnym pokoleniu same stają się rodzicami i mogą identycznie, jak
same były indoktrynowane, indoktrynować własne dzieci.
Humphrey mówił, że tak długo jak dzieci pozostają małe i bezbronne i dopóki wymagają opieki,
naprawdę moralna kuratela nad nimi przejawiać się powinna w próbie każdorazowego odgadnięcia, co
same by wybrały, gdyby były już dostatecznie dojrzałe. Tu posłużył się poruszającym przykładem młodej
inkaskiej dziewczyny, której zamarznięte, pięćsetletnie szczątki odkryto w peruwiańskich górach.
Antropologowie, którzy dokonali odkrycia, uznali, że dziecko musiało być ofiarą rytualnego mordu.
Zgodnie z relacją Humphreya amerykańska telewizja zrobiła film dokumentalny o „dziewczynce z lodu".
Telewidzowie mogli:
podziwiać pobożność inkaskich kapłanów i towarzyszyć dziewczynce w jej ostatniej drodze, dzieląc z nią
radość i dumę z faktu, że to ona właśnie dostąpi wielkiego zaszczytu i zostanie poświęcona. W efekcie przekaz tego
filmiku w sumie sprowadzał się do tezy, że składanie ludzi w ofierze to na swój sposób wspaniały i godny pochwały
kulturowy wynalazek. Kolejny klejnot w koronie multikulturalizmu, jeśli ktoś woli.
Humphrey jednak był jedynie zgorszony (ja również jestem):
Jak ktoś w ogóle śmie sugerować coś takiego? Ile tupetu trzeba mieć, żeby nam — wygodnie usadowionym w
fotelach przed telewizorami—kazać w uniesieniu przyglądać się rytualnemu mordowi; kazać spokojnie patrzeć, jak
kilku zidiociałych, napuszonych i zabobonnych starców morduje dziecko? To szczyt bezczelności, proponować
nam, byśmy z zachwytem kontemplowali czyn z gruntu niemoralny.
Liberalnie (nie tylko w amerykańskim rozumieniu tego słowa) nastawiony czytelnik może w tym
momencie poczuć pewną konsternację. Niemoralny, zgodnie z naszymi standardami — na pewno, głupi
— też; ale co ze standardami Inków. Przecież dla nich akt ofiary był w najwyższym stopniu moralny i na
pewno nie głupi; był emanacją tego, co uważali za święte. Ta mała dziewczynka zaś bez najmniejszych
wątpliwości była gorliwą wyznawczynią religii, w której została wychowana. Kto dał nam prawo, kim
jesteśmy, by ważyć się stawiać zarzut morderstwa, by osądzać inkaskich kapłanów zgodnie z własnymi, a
nie ich wartościami? Może ona naprawdę była zadowolona, ba, wniebowzięta swoim losem? Może
wierzyła, że pójdzie prosto do krainy wiecznej szczęśliwości grzać się po wieki w promieniach Boga
Słońca? A może jednak — co chyba znacznie bardziej prawdopodobne — krzyczała z przerażenia?
Argumentacja Humphreya (i moja) zmierza w innym kierunku. Otóż bez względu, czy ta
dziewczynka dobrowolnie (i chętnie) stała się ofiarą, są bardzo poważne powody, by sądzić, że nie
oddałaby życia równie ochoczo, gdyby znała wszystkie fakty. Wyobraźmy sobie na przykład, że
wcześniej ktoś wytłumaczyłby jej, że Słońce tak naprawdę jest kulą o temperaturze wyższej niż milion
stopni Kelvina, wodór, z którego jest zbudowane, w wyniku reakcji jądrowych przekształca się w hel, a
samo powstało pod wpływem kondensacji obłoków galaktycznego gazu, podobnie jak Ziemia i cały
Układ Słoneczny... Chyba wówczas nie chciałaby oddawać Słońcu boskiej czci i mogłoby to nieco
zmienić jej gotowość na oddanie mu w ofierze własnego życia.
Nie można winić inkaskich kapłanów za ignorancję i uznanie ich za głupich bufonów to osąd dość
ostry. Można ich jednak obarczać winą za narzucanie własnych przekonań dziecku, które było jeszcze o
wiele za małe, by samemu zadecydować, czy Słońcu trzeba oddawać boską cześć. Humphrey dodaje też,
że część winy spada również na nas — na autorów owego telewizyjnego filmu i na widzów. Można nas
oskarżyć o dostrzeganie jakiegoś piękna w śmierci małej dziewczynki, „czegoś, co wzbogaca naszą
wspólną kulturę". To zresztą problem znacznie szerszy — nieustannie stykamy się z analogiczną
skłonnością do fascynacji odmiennością etnicznych wierzeń i obyczajów, a ta obejmuje również
usprawiedliwienie popełnianych w ich imieniu zbrodni. Postawa wielu skądinąd światłych i dobrych
liberałów bywa w tym momencie i iście schizofreniczna. Z jednej strony przecież nie można akceptować
cierpienia i przemocy, z drugiej zaś postmodernistyczne i relatywistyczne przekonania nakazują szacunek
dla innych kultur nie mniejszy niż dla własnej. Zabieg kliteroktomii jest, co nie ulega najmniejszej
wątpliwości, potwornie bolesny i sprawia, że kobieta przestaje odczuwać przyjemność seksualną (w
zasadzie głównie o to w nim chodzi). Myślę, że z połowa oświeconych, przyzwoitych ludzi o liberalnych
poglądach chciałaby zakazania tego procederu. Druga połowa jednakże, z „szacunku" dla obcych kultur
uważa, że nie powinniśmy się wtrącać, kiedy „oni" chcą okaleczać „swoje" dziewczęta135*. Problem
jednak w tym, że zapominamy, iż te „ich" dziewczęta są w rzeczywistości „swoimi" dziewczętami,
których własnych pragnień nie powinniśmy ignorować. Trudniej, rzecz jasna, odpowiedzieć, co robić w
przypadku, kiedy dziecko mówi, że chce poddać się temu zabiegowi. Zadajmy jednak pytanie — czy
chciałaby, mogąc podjąć tę decyzję już jako dorosła, świadoma kobieta (gdyby udało jej się uniknąć
obrzezania w dzieciństwie). Humphrey pisze, że nie zna przypadku, by jakakolwiek dorosła kobieta,
której jakoś udało się wcześniej przetrwać bez kliteroktomii, sama poprosiła o jej przeprowadzenie.
Omówiwszyjeszcze pokrótce casus amiszów i ich prawa do wychowywania „własnych" dzieci na
„własny" sposób, Humphrey dość zjadliwie podsumowuje powszechnie dziś społecznie akceptowany
entuzjazm dla kulturowej różnorodności. Oczywiście, niektórzy nawet gotowi są przyznać, że los małego
amisza, chasyda czy Cygana może być ciężki, gdy dziecko kształtowane jest „na obraz i podobieństwo" rodziców —
ale przynajmniej, dodają, trwa fascynująca tradycja kulturowa. Czyż cała nasza cywilizacja nie zubożeje, gdy te
kultury znikną? Czy jednak nie powinno być to raczej powodem do wstydu, że w imię podtrzymania kulturowej
różnorodności zmuszamy ludzi do cierpienia? Tak przecież jest — to cena, jaką płacimy jako społeczeństwo. Nie —
to nie my płacimy. To oni ją płacą".
Problem ten stał się przedmiotem publicznej debaty w roku 1972. Wówczas to przed amerykański
Sąd Najwyższy trafiła sprawa „stan Wisconsin przeciwko Yoderom". Chodziło o to, czy rodzice mogą nie
posyłać swoich dzieci do szkoły ze względów religijnych. Amiszowie żyją w zamkniętych wspólnotach
rozproszonych po całych Stanach. Większość z tych łudzi posługuje się bardzo archaicznym dialektem
języka niemieckiego (zwanym czasem Pennsylvania Dutch, językiem pensylwańskim lub PennsilfaaniDeitsch). Amiszowie praktycznie nie korzystają z elektryczności, silników spalinowych, zamków
błyskawicznych ani wszelkich innych „współczesnych" wynalazków. Trudno zaprzeczyć, że taka wyspa
siedemnastowiecznego życia na oceanie nowoczesności prezentować się może wyjątkowo atrakcyjnie,
uroczo „staroświecko". Czy nie warto czegoś takiego zachować, właśnie w imię szacunku dla bogactwa
kulturowej różnorodności? Lecz enklawy te mogą trwać, jedynie gdy zgodzimy się, by amisze
wychowywali dzieci na swój sposób i chronili je przed „zepsuciem". Pojawia się jednak pytanie — czy
same dzieci amiszów nie powinny mieć w tej sprawie czegoś do powiedzenia?
Sąd Najwyższy USA musiał odpowiedzieć na to pytanie w 1972, kiedy część amiszów odmówiła
posyłania dzieci do szkół średnich. Edukacja szkolna powyżej pewnego wieku jest w ogóle sprzeczna z
ich przekonaniami religijnymi, a edukacja naukowa w szczególności. Stan Wisconsin zdecydował się
jednak pozwać rodziców do sądu, zarzucając im, że pozbawiają dzieci przysługującego im prawa do
nauki. Po przejściu przez wszystkie kolejne instancje, sprawa trafiła przed Sąd Najwyższy, który
(niejednomyślnie, stosunkiem głosów 6:1) przyznał rację rodzicom142. Opinia większości przedstawiona
na piśmie przez przewodniczącego Warrena Burgera zawierała między innymi następujące
sformułowanie: „Jak wynika z akt sprawy, przymusowa nauka szkolna po ukończeniu szesnastego roku
życia stanowi poważne zagrożenie dla wspólnot amiszów i przestrzeganych w nich do dzisiaj praktyk

135 * Kliteroktomia to praktyka regularnie stosowana obecnie w Wielkiej Brytanii. Jeden z inspektorów szkolnych opowiadał mi, że
jeszcze w 2006 roku uczennice były wysyłane „do wujka w Bradford", pod którym to eufemizmem kryło się obrzezanie. Władze przymykają na
to oko, bojąc się oskarżeń o rasizm.
religijnych. Młodzi amisze uczący się po ukończeniu tego wieku musieliby albo porzucić swoją wiarę i
zasymilować się ze społeczeństwem, albo byliby zmuszeni do przeprowadzenia się do jakiegoś bardziej
tolerancyjnego regionu".
W opinii mniejszości sędzia William O. Douglas stwierdził, że w tej kwestii należałoby spytać o
zdanie same dzieci. Czy naprawdę chcą przerwać naukę? Czy naprawdę chcą pozostać we wspólnocie
amiszów i na ich ziemi? Humphrey poszedłby zapewne jeszcze dalej i spytał, czy, nawet jeśli dziś od
jakiegoś małego amisza usłyszelibyśmy, że „tak", że chce zostać w tej wspólnocie, czy możemy na tej
podstawie wnosić, że dzieciak zadecydowałby tak samo, gdyby zapewnić mu należyte wykształcenie i
wyposażyć w wiedzę o dostępnych innych możliwościach. Gdyby tak miało być, czyż jednak nie
świadczyłyby o tym przykłady młodych ludzi z zewnętrznego świata, którzy, „głosując nogami",
dobrowolnie przyłączali się do amiszów?
Argumentacja sędziego Douglasa biegła w nieco innym kierunku. Otóż uznał on, że nie ma żadnych
powodów, by akurat religijnym przekonaniom rodziców przyznawać jakiś szczególny status, tak wysoki,
że pozwalający pozbawiać dzieci przysługującego im prawa do wykształcenia. Jeśli bowiem religii
nadalibyśmy tak wyjątkowe uprawnienia, to dlaczego nie poglądom laickim?
W opinii większości Sądu Najwyższego przywołana została analogia między amiszami a
wspólnotami monastycznymi, których obecność w naszych społeczeństwach, i tu nie ma żadnego sporu,
niewątpliwie je wzbogaca. Tyle że, co Humphrey natychmiast wyciągnął, różnica jest zasadnicza. Mnisi
dobrowolnie wybierają życie w klasztorze, dzieci amiszów nikt nie pytał o zdanie, czy chcą zostać
amiszami; tu się urodziły i nie miały żadnego wyboru.
Nasza zgoda na poświęcanie innych, a zwłaszcza małych dzieci, na ołtarzu „różnorodności" i „w
imię zachowania religijnych tradycji" ma w sobie wiele protekcjonalizmu; więcej, jest po prostu
niehumanitarna. My jeźdźmy sobie naszymi samochodami, bawmy się komputerami, nie zapominając
przy tym, rzecz jasna, o szczepionkach i antybiotykach, wy zaś, zabawni, archaiczni dobrzy ludzie,
siedzący na koźle w dziwnych nakryciach głowy i bryczesach, ze swoim staroświeckim dialektem i
wygódką za stodołą, trwajcie i wzbogacajcie nasze życie. I trzeba wam oczywiście pozwolić zamykać
wasze dzieci w tej siedemnastowiecznej pułapce, wszak w przeciwnym razie świat bezpowrotnie
utraciłby coś ze swej cudownej skarbnicy ludzkich kultur.
Jakaś część mnie dostrzega w tym nawet pewien sens. Ale to bardzo niewielka część! Reszta czuje
tylko niesmak.
EDUKACYJNY SKANDAL
Premier mojego kraju, Wielkiej Brytanii, powołał się właśnie na ową „różnorodność", kiedy pewien
członek Izby Gmin zażądał wyjaśnienia, dlaczego rząd dotuje jedną ze szkół w północno-wschodniej
Anglii, która (co w Zjednoczonym Królestwie jest ewenementem) naucza biblijnego kreacjonizmu.
Premier Blair odpowiedział, że bardzo niedobrze by się stało, gdyby akurat ten odosobniony przypadek
został wykorzystany do storpedowania inicjatywy „stworzenia możliwie jak najbardziej zróżnicowanego
systemu edukacyjnego"143
.
„Bohaterem" całej historii był Emmanuel College z Gateshed, czyli jednej z „lokalnych akademii",
projekt powołania których był przedmiotem dumy gabinetu Blaira. Cały pomysł polegał na tym, by
zachęcić miejscowych sponsorów do wyłożenia stosunkowo niewielkiej sumy (w Gateshed dwa miliony
funtów wystarczyło), a całą resztę dokładało państwo (tu — dwadzieścia milionów funtów na początek
plus gwarancja pokrycia kosztów utrzymania i pensji). Ustawa o „city academies" dodatkowo dawała
lokalnemu sponsorowi decydujący głos w sprawie programu szkoły i realizowanych przez nią wartości,
kontrolę nad większością rady szkoły oraz prawo decydowania o przyjmowaniu (lub wyrzucaniu)
poszczególnych uczniów.
Dziesięcioprocentowym fundatorem Emmanuel College jest sir Peter Vardy. Sir Peter zbił majątek
na sprzedaży samochodów136*, co pozwoliło mu zrealizować (skądinąd godne szacunku) marzenie

136 * Kolejny raz H.L. Mencken wykazał się iście proroczym darem, mówiąc: „W głębi serca każdego kaznodziei tkwi sprzedawca
zapewnienia dzieciom edukacji, której sam nigdy nie otrzymał, mniej godne szacunku jest, że Vardy
postanowił przy tej okazji przekazywać młodym pokoleniom wyłącznie własne przekonania religijne.
Jeszcze gorzej, że sir Peter nawiązał konszachty z grupą nauczycieli ściśle związanych z amerykańskimi
fundamentalistami, której przewodził niejaki Nigel McQoid. Pan McQoid najpierw został dyrektorem
Emmanuel College, a dziś prezesuje całej sieci szkół założonych przez Vardy'ego. O poziomie
kompetencji naukowych Nigela McQoida wystarczająco świadczy jego przekonanie, że świat ma mniej
niż dziesięć tysięcy lat. Jeśli to komuś nie wystarcza, służę następującym cytatem:
Jak można myśleć, że wyewoluowaliśmy z jakiegoś wybuchu, że kiedyś byliśmy małpami? Przecież to
absolutnie niemożliwe w obliczu złożoności ludzkiego ciała [...] Jeśli będziemy mówić naszym dzieciom, że ich
życie nie ma celu — że są tylko chemiczną mutacją—nigdy nie wytworzy się w nich poczucie własnej wartości144
.
Oczywiście żadne naukowiec nigdy nie powiedział, że dziecko jest „chemiczną mutacją". Użycie w
tym kontekście takiego określenia świadczy po prostu o kompletnej ignorancji autora. Sądy równie
absurdalne wygłasza „biskup" Wayne Malcolm, przywódca kościoła Christian Life City z Hackney we
wschodnim Londynie. Biskup Malcolm, jak doniósł „Guardian" z 18 kwietnia 2006, „kwestionował
naukowe dowody na rzecz ewolucji". Jak wiele ów duchowny rozumie z czegoś, z czym dyskutuje,
najlepiej chyba świadczy poniższy cytat: „W materiale kopalnym nie zachowały się żadne świadectwa
stadiów pośrednich, a przecież gdyby żaba miała przekształcić się w małpę, to powinniśmy znaleźć
mnóstwo małpożab".
No dobrze, okażmy dobrą wolę i załóżmy, że pan McQuoid ma zarządzać siecią szkół i nie musi
znać się na nauce. Przyjrzyjmy się więc Stephenowi Layfieldowi, jego zastępcy do spraw naukowych. 21
września 2001 ówże Layfield wygłosił w Emmanuel College wykład zatytułowany Edukacja naukowa z
perspektywy biblijnej. Tekst wykładu opublikowany został na jednej z chrześcijańskich witryn
(www.christian.org.uk). Już go jednak tam nie znajdziecie, bowiem następnego dnia po moim
omówieniu, które zamieścił „Daily Telegraph" (z 18 marca 2003)145, właściciel witryny, Christian
Institute, usunął go. Na szczęście bardzo trudno definitywnie usunąć cokolwiek z Internetu, choćby
dlatego, że różne wyszukiwarki, by przyspieszyć działanie, tworzą często lokalne kopie plików, a do tych
można dotrzeć, nawet gdy ktoś wyrzucił oryginał. I tak Andrew Brown, czujny brytyjski dziennikarz i
główny spec „Independenta" od spraw religijnych, odnalazł w sieci zapis wykładu, skopiował go z
zasobów Google'a i bezpiecznie umieścił na swojej stronie pod adresem
http://www.darwinwars.com/lunatic/liars/layfleld.html. Składnia adresu jest interesująca, przyznacie,
choć cała rzecz przestaje być wyłącznie zabawą, kiedy bliżej zapoznamy się z treścią inkryminowanego
wystąpienia.
Nim jednak do tego przejdziemy, jedna jeszcze dygresja. Otóż pewien ciekawski czytelnik napisał
do Emmanuel College z pytaniem, dlaczego wykład został usunięty z ich witryny. Odpowiedź, jaką
uzyskał (a którą zachował Andrew Brown), trudno uznać za szczerą:
Emmanuel College od&

Zaloguj się