Kres

Ludzie pytają; co cię napędza, jaki jest twój cel. Skoro nie bogowie to co? Jakie wartości.

W takich sytuacjach robię się trochę nieobecny. Jakbym to do czego dążę było poza tym miejscem, poza tym co nas otacza. Poza ludzkością.
I jest ale nie tam gdzie myślicie. Nie poza ludzkością przy bogach. Głupotą byłoby porzucić ludzkość na rzecz bogów. Trzeba zrobić zupełnie rzecz odwrotną. I nie dlatego, że ludzkość jest czymś lepszym od urojonych bogów ale właśnie dlatego, że jest tym samym. Stanem starodawnej, prymitywnej moralności odbiegającej zbyt daleko od myśli do jakiej ludzie potrafią dojść.
Bogowie się mentalnie nie rozwijają; ludzie z bogami również.

Więc to miejsce jest poza ludzkością tą jaką znamy; krwiożerczą, ułomną, niedorozwinięta. Celowo nie używam słowa "nierozwiniętą" lecz niedorozwiniętą właśnie.
Nie jesteśmy płodem i dzieckiem abyśmy byli nierozwinięci. Jesteśmy dojrzali i dorośli. I umieramy w tym samym stanie mentalnym, w którym przyjmujemy religijne obrzędy jako dzieci.
Więc to nie brak rozwoju lecz niedorozwój. Jesteśmy gatunkiem inwalidów. Tą ułomność narzucają nam religie, a cała ich moc skupia się na tym aby nas takimi zostawić. To dzieje się nawet u niewierzących gdyż i tak światopogląd budują te właśnie dominujące religie. Budują one całą cywilizację i warunkują kulturowo ze swojego pułapu.

Więc większość umiera takimi jakimi byli podczas komunii, bierzmowania, czy ślubu, któremu wymyślonej mocy użycza jakiś kapłan.
Przyjęliście brudną „prawdę" i z nią wędrujecie skupiając się jedynie na tym aby wykonywać jej zalecenia. Wszelkie odstępstwo to grzech i bluźnierstwo. To jest przerażające i to sprawia, że nasz gatunek jest niedorozwinięty.

Jesteśmy ułomni.

Kiedy się urodziłem położono mnie na ołtarzu religii. Później kolejne kilka obrzędów, wykonując wolę rodziców i to ich dziwne zachowanie abym każdego tygodnia wykonywał to co wykonują oni i inni od każdego tygodnia przez wieki. Na wieki wieków i amen; mawiano mi.

Moi rodzice i wasi rodzice kopiują zachowania innych ludzi. Jesteśmy religijnymi lemingami.
Postanowiłem więc poznać tą ideę, do której jestem z przedziwną gorliwością zarówno przez rodziców i społeczeństwo przymuszany. Poznałem.

Wychowałem się w rodzinie biednej i smutnej; typowy dla mej społeczności alkoholizm. Poza rodziną również młodzi z chęcią i tendencją do używek. Obserwowałem to i nie chciałem być jak oni. Już jako dziecku mimo niewystarczająco rozwiniętego umysłu mój wzrok postrzegał obraz do którego nie pasowałem. Nie chciałem pasować. Nie wiedziałem jeszcze co ale byłem pewien, że coś jest tu mocno nie tak.
Warunkowanie kulturowe i typowy brak umiaru w obżarstwie. Nieodzowne przecież mięso. Nie było nikogo kto wskazałby mi inną drogę. Miałem być taki jak moi rodzice. Oni byli tacy jak ich rodzice. Wykonawcy jakieś pradawnej, czyjejś woli. Mogłem jedynie wybrać zawód jaki mam uprawiać w przyszłości. Religia czyli światopogląd została mi narzucona. Gdy zapytałem dlaczego tak, to nikt nie potrafił odpowiedzieć. Zawsze wtedy słyszysz; tak już jest i koniec.
Odwróciłem się z dziwną szelmowską miną pytając siebie w myślach; a co jeśli tak nie musi być.

Świat dziecka i nastoletniego chłopca zamykał się w kopiowaniu starych obrzędów i zachowań. Świat taki jest i inny nie będzie bo taki właśnie jest. Nie wymyślaj tylko rób co robią inni. Człowiek robi to od tysięcy lat więc przecież nie może się mylić.

Wmawiano mi, że jestem drapieżnikiem, a ziemię mam czynić sobie poddaną. Że muszę zabijać aby jeść bo jestem właśnie drapieżnikiem. I, że muszę chcieć zabijać bo wszystkie głosy wokół wrzeszczą, że mam panować nad innymi stworzeniami bo jestem człowiekiem.
I, że ktoś umarł aby odkupić moje grzechy.
Patrzyłem na tego kogoś w kościele. Wisiał i nic nie robił.
Uciekłem w świat baśni. To był mój eskapizm od terroru w mym dzieciństwie. Stworzyłem własną wyspę przed złem i przemocą jakiego doświadczałem każdego dnia. Od kiedy pamiętam.
Poznawałem świat i uciekałem w magiczny świat baśni. Może ktoś mnie uratuje w cudowny sposób bo inny sposób mnie nie uratuje. Ja potrzebuję cudu. Bezsilność zabija. Odbiera wszystko. A bezsilność u dziecka powoduje depresyjne poczucie strachu niemal jak u dzikiego zwierzęcia tresowanego głodem i bólem. Aby pozbawić to zwierzę jego swoistych cech. Takie zwierzę słabnie, staje się chorowite. Aby tańczyło ono jak ktoś mu zagra. Byleby tylko zostawić je w spokoju; już nie bić, już nie ranić.

Niektórzy starają się pocieszać ale nie pomagać. Może dlatego, że nie rozumieją twojego strachu i bólu. To tak jakby zmuszać kogoś do odczucia zagrażającego życiu mrozu opowiadając o Arktyce. Możesz kiwać z aprobatą głową ale i tak nie masz pojęcia o czym mowa. Nie czułeś tego.
Zatem pocieszają. Ponoć będę szczęśliwy tylko nie tutaj; jak już umrę. Tutaj im bardziej będę nieszczęśliwy tym będę miał lepiej w niebie. No i zostawiają na koniec tak jakby to załatwiało całą sprawę i rozwiązywało moje cierpienie; bóg tak chciał.
Spozieram na nich oczyma dziecka ale nie ma we mnie już dziecka; więc skoro bóg chce abym cierpiał, abym był bity, aby moja matka żyła w rozpaczy i się truła to musze pozbyć się takiego boga. Zatem cała wina leży w nim. On tego chce.

Opuszczam więc tych, którzy tak mówią nie tłumacząc im nawet, że ja nie chcę szczęścia. Chcę jedynie wytchnienia i spokoju. Poczucia bezpieczeństwa dla swych bliskich; dla matki i brata, dla zwierząt w moim domu aby tyran ludzki
który nie ma umiaru w używkach nie niszczył im życia. Nie bił, nie maltretował. Aby Pan człowiek przestał czynić sobie dom poddany.

Gdzieś jeszcze wcześniej, gdzieś po drodze modliłem się. Oczywiście, że się modliłem. Przecież wszyscy od małego mówili, że to remedium na wszystko. Modliłem się zatem każdego dnia, każdej nocy w panicznym strachu. Potrzebowałem ratunku. Potrzebowałem pomocy. Potrzebowałem cudu aby moje piekło się skończyło. Zacząłem się targować. Wiedziałem, że bóg lubi coś za coś. Zatem chciałem jedynie aby mama nie cierpiała. Byłem w stanie jako dziecko wziąć ciężar likwidacji problemu na siebie. I za to smażyć się w piekle.
Negocjowałem zatem z bogiem. Ale bóg nie patrzył na mnie i na moja rodzinę.
Pomyślałem, że ma ważniejsze rzeczy do roboty. Ale co było ważniejsze od niemal śmiertelnej przemocy?
Nie wiedziałem wtedy; dowiedziałem się później. On lubił ogień i spalone ciała zwierząt. Może był wtedy na takim grillu. Czuł miłą woń i miał z tego powodu tak dobry nastrój, że nie słuchał.

Kiedy jako dziecko rozwaliłem sobie nogi na drucie kolczastym też się modliłem bo krew leciała ciurkiem, a nikogo nie było. A bóg jest przecież wszędzie; tak mnie uczono więc musiał widzieć i słyszeć. Nie miałem plastra, nie miałem apteczki, byłem zbyt mały aby ktoś nauczył mnie jak tamować krwawienie.
Co dziwne w żadnym momencie nie byłem zbyt mały aby uczyć mnie czego chce ode mnie bóg. I ksiądz, któremu miałem oddawać pieniądze mimo, że brakowało mamie na podkoszulkę dla mnie lub nie dziurawe buty. Stosunkowo szybko zrozumiałem, że aby jako dorosły człowiek pozbawiać dziecko pieniędzy trzeba być obrzydliwym człowiekiem. Żaden z nich wyciągający łapy po moje pieniądze nie powiedział abym kupił sobie koszulkę bo ta już rozpruta. Aby zjadł coś bo mizernie wyglądam. Może to dlatego, że oni nie patrzyli na ludzi. Wyciągali tylko łapy, a jak nie wyciągali to grozili palcem.

Tak więc klęknąłem i prosiłem matkę boską, przenajświętsza panienkę aby zatamowała wypływająca z otwartych ran na dwóch nogach ciurkiem krew. Po wcześniejszych doświadczeniach nie zwracałem się do starego, który pewnie znowu był na grillu. Zresztą miałem złe doświadczenia z ojcami. Dla mnie idea ojca była oprawcza i władcza. Nie ufałem bogu ojcu tak samo jak nie ufałem staremu.

Zwróciłem się do panienki świętej. Przecież ona taka łagodna i dobra. Tak mnie uczono ale krew leciała. Nie miała plastra i bandaża, gorsze, że i ja nie miałem. Wykrwawiałem się w panicznym strachu. W domu było kilka obrazów matki boskiej i krzyży ale żadnej apteczki.

Byłem dzieckiem.
Stary gdzieś chlał, mama ciężko pracowała, brat był w szkole jeszcze. Standardowa katolicka rodzina. Z pokolenia na pokolenie. Panu człowiekowi należy się wszystko, a to, że twój stary pije i znęca się jest po prostu częścią planu bożego. Ale nie ma co się martwić bo to co dzieje się tutaj i teraz jest tak naprawdę nieważne. Ktoś już przecież oddał za nas życie abyśmy po śmierci żyli przy nim wiecznie. W panice na moment przemknął mi przed oczami wizerunek wściekłego ojca; on i ja na wieki w jednym miejscu. W miejscu, z którego nie można uciec, ani w którym nie można umrzeć.
Nieeeeeeeeeeeeee; krzyczy dziecko ale to za mało aby ten który oddał za mnie życie też pomógł. Nie tylko w momencie mojego krwawienia ale i w żadnym innym. A przecież tyle go wisi wszędzie.

Przeżyłem. Poszedłem ostatni raz do kościoła wykonując rodzinną i społeczną powinności i spojrzałem jak wisi na krzyżu. Pamiętam co mu powiedziałem; nie jestem ci nic winien. Nie popełniłem żadnej zbrodni abyś miał mi ją odkupić.
Ja cię nawet nie lubię. Ciebie i twojego ojca. I nie chcę z wami mieszkać. Chcę za to abyście zostawili mnie w spokoju.

Musiałem chodzić na religię. Jakoś trzeba żyć. Jeszcze wciąż się bałem całkowicie uwolnić od tych strasznych nauk. Więc i nie mogłem uciec w niebyt, w samobójstwo bo po tym czynie wieki miałbym smażyć się w piekle. Dlaczego? Pytałem nicości. Dlaczego nie tylko nie chcesz pomóc ale w dodatku chcesz mnie karać? Za co skurwysynu? To słowo znałem dobrze. Było moim imieniem od mego własnego ojca. Używał je każdego dnia.

Rosłem. Przestałem się bać. Zniosłem nawet świadomość piekła. Już dość. Idę stąd, idę z tej swojej tragicznej samotności. Chcę przestać czuć i cierpieć. Chcę przestać istnieć.
Z tą decyzją, która postawiła mnie przed klarowną perspektywą przyszła jednak świadomość; nie mogę przestać żyć i nie z powodu dziecięcego strachu przed piekłem lecz z powodu realnego piekła mamy. Moja nieobecność skaże ją na ostateczne cierpienie. Brat zamknął się we własnym świecie i nie było w nim agresji. Izolował się. To ja nie umiałem zamknąć oczu i za każdym razem brałem cały gniew tyrana na siebie stając w obronie.
Nie mogłem więc uciec. Byłem skazany aby żyć w piekle. I przeżyłem je.

Skoro więc żyłem jakoś to chodziłem na religię. Moi rówieśnicy byli programowani i utrwalani w jedynie słusznej niby prawdzie, a ja zacząłem zadawać pytania. Rodzice im się udali więc chcieli być ich kopiami. Kolejnymi wersjami wyznawców świata ułożonego przez kogoś. Skoro już musiałem chodzić na religię to wykorzystałem to. Tym bardziej, że już szczerze zdążyłem znienawidzić całą ta boską rodzinkę darmozjadów.

Nigdy nie udzielono mi odpowiedzi. Za to ksiądz chciał bić mnie linijką. Miał jednak pecha bo byłem synem silnego mężczyzny, który przemocą stosowaną wobec mnie i rodziny sprawił, iż wyzbyłem się strachu. I umiałem się przeciwstawić.
Więc kapłan religijny chcący też przemocą wmuszać we mnie uległość i nie zadawanie pytań musiał mnie wygnać aby nie przegrać.
I wygnał. Nie mógł przecież przegrać. Nie mógł dopuścić aby jedno stworzenie wyrwane z menażerii owiec buntowało i oświecało jego owieczki. Lepiej stracić jedną czarną owcę niż stado.
Zostałem antychrystem, szatanem, diabłem, bluźniercą, poganinem, czortem, źle wychowanym gówniarzem, dzieckiem patologicznej rodziny, małym komunistą i łobuzem. Spadło na mnie całe chrześcijańskie miłosierdzie.

Od tego czasu bunt był moim jestestwem; bunt przeciw warunkowaniu kulturowemu, bunt przeciw księdzu, bunt przeciw bogu, bunt przeciw systemowi edukacji. Bunt przeciw społeczeństwu.
Wszystkiemu się przyglądałem; wcześniej gdy byłem w kościele przyglądałem się ludziom. Przyglądałem się też im jak byli poza kościołem. Przyglądałem się innym ludziom, społecznością, cywilizacji.
Poznałem swój drugi eskapizm; literaturę, z której urzekła mnie kultura rdzennych amerykanów. Pojawił się tam inny bóg niż ten sprzedawany mi. Ci od mojego boga, mówili, że tamten bóg to wymysł, za to ich bóg jest właściwy i jedyny miłosierny. Nie przeszkodziło to im ukraść ziemię tamtym ludziom, wybić większość, a resztę zniewolić. Po drodze z krzyżem w ręku niewoląc jeszcze ludzi z Afryki. I zabić z religijnymi frazesami na ustach większość z sześćdziesięciu milionów bizonów tylko po to aby zagłodzić tych Indian, którzy się im nie poddali.
Nie rozumiałem jeszcze tego ale czułem nieprzejednany smutek. Należę do gatunku, który odbiera życie bezbronnym istotom mając wielkie ideały na ustach. Wciąż tego nie rozumiałem ale utrwalało się we mnie przekonanie, że coś jest tu mocno nie tak.

Nauczyciel historii kpiarsko stwierdził, że nie mam racji gdy nazwałem Aleksandra Wielkiego, Aleksandrem II. Był fircykiem, a to było autorskie liceum więc klasa się zaśmiewała gdy mnie wykpił. W końcu nauczyciel zawsze ma rację. Tak jesteśmy programowani.
Miał jednak pecha bo uwielbiałem książki. I z pośród wielu miałem taką, która udowodniła, że nauczyciel historii się myli. Wtedy było trudniej bo trzeba było mieć książkę i trzeba było wiedzieć czego, gdzie szukać.
Nauczyciel zbył mój dowód i przeszedł nad tym do porządku dziennego. Zostałem oszukany. Kolejny raz zostałem oszukany. Autorytety padały.

Rozejrzałem się. Przyjrzałem się wnikliwiej. Sięgnąłem głębiej do historii, poznałem przenajświętszą księgę religii jaka rości sobie wyłączne prawo do światopoglądu w moim kraju. I w świecie.
I byłem przerażony złem płynącym z tej księgi. Złem w czystej postaci podawanym jako to co należyte i właściwe. Jako to co dobre.
Okłamano mnie znowu. I okłamuje cały czas.

Cała idea religii zamyka się w tym abyśmy przypodobali się bogu.
I to w każdej z religii nie bogu, który do mnie przyszedł i mi o sobie opowiedział. Lecz bogu, którego widział bądź słyszał zupełnie dla mnie obcy człowiek z pradawnych czasów.
Człowiek, którego prawdopodobnie mógłbym bardzo nie lubić patrząc przez pryzmat religii narzuconej choćby w moim kraju. I choćby w tym miejscu biorąc tą właśnie religię - a zarazem dysponując wiedzą choćby o ludziach starego testamentu i starotestamentowym bogu - stwierdzam wprost, iż jest to moralność, która stoi w sprzeczności do tego co uważam ja i do tego co chcę czynić.
Przecież to ten właśnie człowiek bił mnie linijką za moje dociekania, za moje rozumowanie. Co byłoby gdybym żył w czasach, w których mógł mnie spalić na stosie lub kamienować. Zostałbym publicznie zlinczowany, torturowany i spalony z powodu jego przekonań. Przecież ja nie jestem taki, dlaczego więc mam przestrzegać moralności takich ludzi. Dlaczego ktoś chce mnie bić bądź werbalnie wysyłać na jakieś wieczne cierpienie za to, że uważam inaczej? Dlaczego najgorliwiej robią to Ci, którzy najbardziej roszczą sobie prawo do mówienia o sobie „dobrzy" czy „miłosierni".
Wciąż jest tu coś mocno nie tak. Im bardziej poznawałem świat tym bardziej utrwalałem w sobie świadomość, że to „nie tak" jest narzucona prawidłowością. Niegdyś narzuconą ogniem i mieczem dziś ostracyzmem społecznym.
Ich moralność to moralność, która nie ma nic wspólnego z dobrem.
Zatem aby być właściwym w określonej religii muszę iść w kierunku wyznaczonym mi przez prymitywnych i mało wiedzących ludzi mających swoje społeczne i polityczne cele. Którzy w dodatku w każdym aspekcie są opozycją moich przekonań i tego co można uznać za etyczne, dobre, duchowe. To wszystko stoi w sprzeczności z chłopcem, który już jako dziecko chciał być obrońcą, a nie oprawcą.
Cała religia więc sprowadza nas do roli wykonawcy starodawnych wskazań, i starych bogów.
Ich nakazów i zakazów, które przez orędowników tej religii podawane mi są jako jakaś najwyższa prawda podczas gdy dla mnie jawi się jedynie jako brud. Brud jaki oni mi wręczają na mocy objawień, orzeczeń i księgi pełnej obrzydliwości. I wszystko to nazywają świętością podczas gdy nie jest to nawet przyzwoite. Gdy natomiast się z tym nie zgadzam obiecują mi wieczną mękę. Jak można chcieć w ogóle mówić tak do dziecka. Jak można chcieć wiecznych tortur dla dziecka. Jak można chcieć pielęgnować boga, który obiecuje takie rzeczy dziecku.

Zatem wszystko to rodzi olbrzymi problem. Wychodzi na to, że jesteśmy wykonawcą czyjeś woli.
I najlepiej jeszcze abyśmy nie chcieli niczego zmienić. Oczywiście, że nie. Przecież nie po to ktoś tak to zaplanował aby ktoś miał zmieniać jego wolę.
Ogłoszoną oczywiście jako wolę boga czyli najwyższą. Woli najwyższego zmieniać nie można, a tylko przypadkiem oczywiście jest to wola sprzyjająca kapłanowi religijnemu.
Bo przecież ofiary trafiają do niego jako mięso. Inne dary również trafiają do niego.
Grzechy o dziwo mogą być odkupione za jego pomocą tylko pamiętaj "nie ukażesz się przede mną z pustymi rękami" Zupełnie przypadkowo ten bóg właśnie tak to skonstruował. I nie można tego zmieniać!
Więc wolą najwyższego tworu jest zabijanie zwierząt aby on poczuł miłą woń i zabijanie pogan. Taką samą wolę mają też orędownicy religii. Władza i brak umiaru. Na to cierpi i bóg i człowiek. W końcu stworzył on człowieka na swój obraz. Obaj są mentalnymi ułomami.

Nie można rzecz jasna zmieniać również i siebie. Rozwój siebie może, musi spowodować odejście od boga, a więc i od kapłana. Rozwój siebie prowadzi do zrozumienia, a to prowadzi do porzucenia prymitywnej myśli. Przede wszystkim do dostrzeżenia, że to co oni uznają za dobro, jest strasznym złem. Jak siebie rozwiniesz to zrozumiesz, że świat ten jest światem na opak. Nic się nie zgadza zarówno z dobrem jak i ich postępowaniem. Wszystko jest na opak utrwalane koniecznością abyśmy tacy właśnie byli bo tak już jest i tyle. I tego chce najwyższy.

W przypadku chrześcijaństwa najważniejsze przepisy czyli dekalog jak i cała reszta boskich nakazów i zakazów czyli właściwie 613 praw to mentalność sprzed 3800 lat.
Dlaczego ja dziś mam traktować te prawa jako nadrzędne? Dlaczego zmusza się mnie do tego abym miał taką samą mentalność?
Mentalność ludzi wyrzynających wszystkie narody na swej drodze, składających ofiary ze zwierząt, gwałcących dzieci, murujących dzieci w fundamentach budynków.
Wiążących wybuch wulkanu z objawieniem boskim i dla których ziemia była płaska. Czy i dla mnie ma być płaska?
Czy cała wiedza spływająca siłą rzeczy po objawieniach wielkiego boga i wielkich orzeczeniach w prawie ma być przeze mnie ignorowana? Czy mam spalić odpowiednie zwierzę w ogrodowym grillu aby bóg poczuł miła woń gdyż może wtedy da mi zdrowie? I dlaczego moje jestestwo i jestestwo innych stworzeń służyć ma jedynie jego zadowoleniu. Ludzie przez wieki podążają z nadrzędną myślą; przypodobać się bogu. Przekładając to na racjonalny język; przypodobać się bogu przez przypodobanie się kapłanowi.
Czy mam wciąż nie mieć apteczki w domu tylko obraz matki boskiej?
Czy może lepiej zdrowo się odżywiać i zdrowo żyć. Czy przeszczep serca załatwiają modły czy też nauka i chirurg.
Jednak skoro zostaję na etapie mocy sprawczej boga i jego praw oraz moralności to czy powinienem zmieniać boski plan i kraść komuś serce?
Czy wierzący leżący w dobie koronawirusa w szpitalu i podłączony do respiratora nie powinien z tego zrezygnować? Wszak modlitwa działa, a za wierzącego modlą się jego bliscy wierzący. Jak i on sam. Nie jest przecież w śpiączce.
Zatem czy lekarz nie powinien odłączyć respirator od niego z orzeczeniem, że skoro za niego się modlą - a to działa, wszak tak mówicie - to przekażemy respirator ateiście, za którego nikt się nie modli? Czy osoba publiczna jak polityk, który wiąże zwierzę do samochodu i ciągnie je tak zadając mu okrutną śmierć nie powinna być traktowana jak człowiek z tendencją do sadyzmu i karana z najwyższą surowością? Wszak z takimi ludźmi świat może być jedynie krwawą menażerią. Dlaczego zatem spokojnie leży on w szpitalu podłączony do aparatury ratującej życie? Dlaczego poświęcamy środki na to aby ratować komuś takiemu życie? I oznajmia on, że wszystko teraz w rękach boga? Zatem to gorliwy chrześcijanin. Gdzie więc jego dobro, miłosierdzie i wmawiana mi każdego dnia w tym świecie niejaka wyższość duchowa katolików nad innymi. W którym miejscu jest on wyższy? W miejscu zwłok niewinnego stworzenia, które przeciągnął po ulicy? Jaką zatem ma on moralność? Czy jest to dobro? Czy może właśnie to co być w tej religii powinno gdyż wyznaje dokładnie taką samą moralność jaką reprezentuje jego prymitywny bóg jak i kapłani. Czyńcie sobie ziemię poddaną bowiem jesteście na podobieństwo boże, a wszystko oddaję wam we władanie. I macie być tak źli dla zwierząt, iż mają się one was bać. Dlaczego mam być kimś kto chce wywoływać strach w bezbronnym stworzeniu? Dlaczego mam być oprawcą? Dlaczego nie mogę być obrońcą? Dlaczego nie mogę być kimś innym nie będąc uznanym przez was za bluźniercę, którego należałoby zabić.
Bóg nie podąża za zmianami, podczas gdy na świecie każdego wieku zachodzą niewyobrażalne zmiany, a my musimy, bezzwłocznie skupić się na tym co tu i teraz bo to najpilniejsza sprawa. Ta sprawa naszego rozwoju oczywiście powinna być priorytetowa od wieków tylko my zamiast pielęgnować człowieczeństwo i rozwój świadomości - rozwój siebie jako istoty rozumnej i niby uduchowionej - pielęgnujemy bogów. I marnotrawimy na nich realne środki.
O ileż byśmy byli wyżsi i lepsi gdybyśmy przez ten zmarnotrawiony czas dla bogów pielęgnowali w sobie człowieczeństwo. Humanizm. Rozwijali dobro, a nie religijny faszyzm.
I dążyli ku nadczłowiekowi wolni od doktryn, które nie pozwalają nam się przyjrzeć sobie. Gdybyśmy pielęgnowali w sobie to co twierdzimy - i co jest groteskowe, bo wrzeszczą i o tym religie - naszą wyższość. Więc skoro religie mówią o naszej wyższości, a zmuszają nas do postępowania w najniższy sposób wobec innych ludzi jacy nie podzielają tej religii jak i zwierząt to znowu ktoś mnie oszukuje. Znów wszystko jest na opak. I wszystko to po to aby spełnić wolę bogów. Więc te religie nie pielęgnują naszej wyższości ale nakazują nam przeciwstawić tej prawdziwej wyższości wszystko czego żąda od nas starodawny bóg i to nazywają wyższością.
O ileż dalej byśmy byli w cywilizacji, w światopoglądzie. O ile nasza rzeczywistość odzwierciedlałaby dobro gdybyśmy byli wyżsi, gdybyśmy zmarnowany czas przeznaczyli na dążenie do wyższego typu człowieka. Do nadczłowieka. Gdybyśmy pozwolili sobie na zmianę, na rewolucję, na ewolucję, a nie tkwili w starodawnym stwierdzeniu, iż nie możemy niczego zmieniać. To jest główna cecha religia; niczego nie zmieniać, zostawić wszystko po staremu. Być tak złym jak nasi przodkowie.
Więc co mnie napędza?
Nic oprócz zrozumienia, że nic nie musi być takie jak kiedyś. Ludzkość bardzo mocno się tego trzyma. Rodzice zawsze wam mówią o tradycjach, a tradycje to nic innego jak wola kogoś przede mną. Kogoś kto jest już za mną. Często kogoś kim nigdy nie chciałbym być.
Nawet ja sam dziś jestem już za sobą.
Przeszedłem drogę od człowieka do siebie dziś. Nakreśliłem wam ją trochę.
Byłem oddany warunkowaniu kulturowemu jak my wszyscy. Jak wy. Ma być tak, a nie inaczej. Jest bóg, my jesteśmy najważniejsi, zwierzęta mają się nas bać, a poganie wyginąć.
Ale ja nie chcę wzbudzać w nikim strachu. Chcę aby zwierzęta do mnie lgnęły. Zatem dlaczego wmuszacie we mnie tą ideę.
Przyglądam się światu; świat tak nie działa. Nie jestem sam, a ziemia nie należy tylko do mnie abym chciał nią zawładnąć.
Przyglądam się ludzkości; cała nasza historia dowodzi, że jesteśmy krwiożerczym i agresywnym gatunkiem, który dla emocji zabiera życie innym stworzeniom oraz zadaje ból. Im większy ból tym ten sadysta jest bardziej spełniony. Jesteśmy nielogiczną siłą, która w pierwszym odruchu chce zniewolić i zawładnąć czy to innymi ludźmi czy innymi stworzeniami. Od tysięcy lat mordujemy się z powodu koloru skóry albo któregoś ze swoich bogów. I nic się nie zmienia mimo budowania kolejnych światyń.
Historia ludzkości wystawia nam jedno świadectwo; jesteśmy ułomni. Jesteśmy patologią.
Mój ojciec razy miliony, mengele razy miliony, hitler razy miliony, mojżesz razy miliony. Wszyscy tkwiący w tym nakazie i kierunku pradawnych autorytetów. Nikt z nich nie może być inny. Społeczeństwo nie może być inne.
Nie odrzucimy sposobności wyrządzania intencjonalnej krzywdy na rzecz uduchowienia i humanizmu. Nie wykreujemy dobra i niesienia go. Ba, my nawet nie wykreujemy chęci do bycia dobrym. Niektórzy twierdzą, że przemoc mamy wpisaną w genach ale to nie jest prawda. Przemoc wpisuje w nas religia czy inne pomniejsze przekonania, które od małego robią wszystko aby zarazić nas skłonnością do przemocy i utrzymać nas w jak najbardziej prymitywnym stanie. Bo takiego nas potrzebują. Gdy pozwolą nam się rozwinąć to naturalną konsekwencją będzie odejście od tego stanu, od tej idei. Wyrośniemy z niej więc w jej interesie nie leży zgoda na naszą ewolucję lecz powstrzymanie jej za wszelką cenę. W każdym innym przypadku jesteśmy dla tej idei niepożyteczni. Kiedy ją przerośniemy to nie tylko ta idea nie skorzysta z mocy naszych mięśni i głosu naszej nienawiści lecz staniemy się jej wrogami. Zaczniemy ją zwalczać.
Dlatego wola boga więc i ludzka powinności jest już ustalona. Przez tysiące religii i bogów. W każdej z nich człowiek jest uprawomocniony do najgorszego zła wobec bezbronnych. Żadna z nich nie mówi „ bądź obrońcą", a każda z nich albo pozwala być oprawcą albo nakazuje. I nie możesz chcieć tego zmieniać!

Przeszedłem od siebie z kiedyś do siebie z dziś. Uwarunkowany kulturowo, oddany na ołtarzu religii stanąłem samotnie na łące i się rozejrzałem. Obserwowałem. Nawet to co zgoła wydało się konieczne jak zjadanie ciał zwierząt gdy mogłem się temu przyjrzeć okazało się fałszem. Wkroczyłem w to. Ileż ulgi mi przyniosło, że tak naprawdę nie muszą odbierać życia zwierzętom aby żyć. Nie muszę; krzyczy mój umysł w euforii po czym opuszczam smutno głowę- więc dlaczego wmawia mi się, że to konieczne. Dlaczego ludzkość chce podtrzymywać mnie w tym krwiożerczym stanie.
Wszystko co muszę jest na opak. Wszystko co mi wmówiono jest nie tylko kłamstwem lecz opozycją do tego co być powinno lub być może. W religii dobro zwie się bogobojnością, a zło grzechem. Przy czym boga bardziej obchodzi czy się onanizujesz niż czy zadręczasz w bólu inne stworzenie.
Przecież tak być nie powinno. Przecież żyjące ze mną stworzenia są tym samym co ja. Żyjemy. Zarówno ja nie chcę aby odebrano mi życie jak i one tego nie chcą. Dlaczego wmawia mi się od urodzenia już, że z jakiegoś powodu jestem aż tak ważny, iż mogę uczynić im wszystko co chcę. Bo najwyższy twór uczynił ziemię poddaną mi. Dlaczego najwyższy twór nie mógł uczynić ziemi bez poddaństwa? Bez krwiożerczych mordów? Bez prześladowań? Bez intencjonalnego bólu? Bez zadręczania słabszych i bezbronnych?
Dlaczego ja; niby na podobieństwo najwyższego mam czuć się uprawniony do najgorszego okrucieństwa. Gdzie jest zatem ta wysokość w tym najwyższym? Rozumiem ta ideę gdy wezmę pod uwagę egoizm ludzki i wygodę. Rozumiem, że niski człowiek chce aby świat stworzony był pod jego kaprysy i chętki. Czarni i Indianie to nie ludzie, bogu podobają się posłuszni niewolnicy, poganin jest ofiarą bogu przyjemną, a zwierzęta nie mają duszy więc nie czują bólu.
Patrzę na czworo zwierząt w mojej rodzinie. Mają dobre i złe dni. Czują wszystko co odczuwam i ja. Problem jest tylko taki, że nie potrafimy tego zrozumieć bo one nie potrafią nam tego powiedzieć. Ale umieją nam to pokazać ale aby to ujrzeć trzeba się przyjrzeć. Jednak nie zaglądniesz w oczy zwierzęciu z zaciekawieniem gdy masz wmuszoną w siebie ideę panowania nad światem i udręczania innych stworzeń, które są według tej idei uczynione dla naszej potrzeby. W takim przypadku jak nie zabijesz to uwięzisz w klatce na całe jego życie. I nazwiesz się dobrym.
Jeżeli zatem świat, w którym jedno w męczarniach zjada drugie, a najbardziej rozwinięty gatunek dla rozrywki torturuje inne gatunki stworzył wszechmogący bóg to jest to najbardziej idiotyczne przekonanie na jakie można zachorować.
Ale przyjmujemy je. Przyjmujemy gdyż w tej wersji rządzimy. W tej wersji to człowiek wygrywa i może wszystko. Jest panem. Któż odmówiłby sobie możliwości wszech czynienia wobec słabszych. W końcu dla pana człowieka rozrywką jest strzelanie do bezbronnych stworzeń i palenie ich palnikiem. Nauką zadawanie im niewyobrażalnego bólu i zapisywanie reakcji. Kulinariami gotowanie żywcem bądź obdzieranie żywcem ze skóry. A właściwą ludzką reakcją jest to wszystko akceptować i dobrze się przy tym bawić.

Patrzę na ten świat i dochodzę do jedynego możliwego wniosku. Jesteśmy chorzy. Jesteśmy niedorozwinięci. Jesteśmy ze wszech miar ułomni.
Taki miałem też być i ja; oddany kapłanowi, edukowany w systemie kulturowym, napędzany bezkrytycznymi rodzicami i zakodowanym już społeczeństwem.
Wyrwałem się i mimo, że ścigany z każdej strony przez wilki zrozumiałem, że nie muszę być owcą. Zatrzymałem się i odwróciłem. Nie uciekałem. Stanąłem przed wilkami i owcami niczym pies pasterski. Okazało się, że mogę być zupełnie kimś innym.
Nie umrę jak nie zjem mięsa. Ukojenie przyniesie mi jak w błogim spokoju zasną bliskie mi zwierzęta, a nie modlitwa. Ich spokój to mój spokój. Nie ma smrodu zwłok jak u wielkiego boga, który nazywa to miłą wonią. Nie ma krzyku, nie ma skowytu. To ja kreuję swoją rzeczywistość w tej mikroskali. Jesteśmy rodziną. Jesteśmy konieczni i zamieszkaliśmy przy sobie. Widzę je i mogę dotknąć. Nie tak jak bogów. Czerpię przez ten pryzmat, a pieniądze, które realnie pomagają przeznaczam na to aby je nakarmić, a nie aby budować coraz to większe kościoły i pomniki karmiące jedynie naszą próżność.
Przeszedłem długa drogę dzięki temu, że przyjrzałem się człowiekowi. Przyjrzałem się mu na tyle wnikliwie iż doszedłem do zatrważającego wniosku. Nie odnajduję braterstwa z własnym gatunkiem, a nawet jestem mu wrogi. Obcowanie z własnym gatunkiem nie łagodzi mnie. Nie uspokaja. Za to czuję spokój gdy otaczają mnie inne gatunki. Takie, które nie zadają intencjonalnego i wyrachowanego cierpienia jak człowiek. Które gdyby miały swoja religię to diabłem byłbym w niej człowiek.
Ale ja nie chcę być diabłem dla otaczających mnie stworzeń. Mówicie, że jestem wyższy? Wobec tego dam świadectwo swojej wyższości i będę im bogiem. Mam moc czynienia. Mam moc sprawczą zatem będę obrońcą, a nie oprawcą. To jest właśnie wyższość. Będąc najbardziej rozwiniętym gatunkiem wykorzystam moc umysłu i umiejętność oceny moralnej. I będę czynił dobro bo tym cechuje się właśnie wyższość. W każdym innym przypadku jesteśmy gorsi od zwierząt. Intencjonalna agresja i sadyzm wobec niewinnych stworzeń udowadniają wprost iż człowiek i tylko człowiek może spaść niżej od zwierzęcia.

Byłem jak oni. Byłem zaprogramowany i miałem jedynie co to wykonywać wolę starego boga. Znaleźć pracę i każdego tygodnia oddawać kapłanowi od boga pieniądze. Po drodze korzystać z jego czarodziejskiej mocy aby nadał wartości zgoła bezwartościowym według niego sprawom; narodzinom dziecka, dojrzewaniem, ślubem, śmiercią i wizytą każdego roku w moim domu abym mu za to jeszcze zapłacił. Bo tak było więc i tak być powinno. To jest naturalny porządek według nich, którego zresztą nie wolno zmieniać; tak mówi bóg!
Każdy kto chce to zmienić będzie cierpiał. Oczywiście, że cierpiał. Wszyscy boimy się cierpienia, a religie są prymitywne więc z chęcią korzystają z tego faktu i straszą nas mękami, piekłami, czyśćcami czy torturami. W przychylnych dla religii czasach i okolicznościach nie tylko straszą ale i to realizują. Tak było z powodu religii, na którą cierpi między innymi mój kraj przez większość ostatnich dwadzieścia wieków.

 

 

Nie przynoszę więc bogów. Nie zbudujemy nowego kościoła jak Jezus Chrystus. On jedynie co zrobił to sprzeciwił się kaście kapłanów żydowskich. Pozazdrościł im majętności. Zdetronizował stary kościół na rzecz swojego nowego kościoła. Starych kapłanów zastąpili nowi kapłani. Chciwców Mojżesza, jego brata Aarona i siostrę Miriam zastąpił chciwiec Jezus Chrystus i Apostołowie. Miał być nowy kościół z piękną nowina, a nastał kościół, który uczynił na świecie najwięcej zła ze wszystkich doktryn.
Jedynie co możemy zrobić to przyjrzeć się światu i sobie i się zmienić. Niczego więcej nie trzeba jak zmienić siebie. Ewoluować. Spojrzeć na człowieka sprzed XX wieków i nie chcieć być jak on. Spojrzeć na człowieka sprzed X czy V wieków i zapytać siebie, czemu miałbym być jak on.
Nic nie powinno być takie jak wczoraj. Zwłaszcza gdy jesteśmy nieszczęśliwi. A jesteśmy bo żyjemy w świecie absurdalnej wręcz przemocy i pełnym krwi. Jak nie na naszych bagnetach to na naszych talerzach. Trzeba być ignorantem aby być w tym świecie szczęśliwym.
Każdy gatunek się zmienia. My tego nie widzimy. One też nie ale natura zmienia każdy gatunek. Tylko człowiek nie chce się zmieniać nazywając to wielką wolą bogów.
Nowy świat więc pełen jest starych ludzi. Nowe problemy świata, które wymagają dojrzałości, pełne są zatem starych mentalnie, niedorozwiniętych ludzi.
Wystarczy zrobić krok. Odrzucić prastare „prawdy" bogów i ich orędowników i przyjrzeć się rzeczywistości. Wnioski nasuną się same.
Narodziłem się zgodnie z tym jak zaprogramowała mnie natura. Moja cywilizacja zrobiła ze mnie bezmyślną krwiożerczą bestię, która miała pożerać inne stworzenia nie przejmując się ich bólem i nienawidzić ludzi z innym bogiem na ustach.
Okazało się, że bóg i wszyscy Ci „mądrzy" dookoła będą najszczęśliwsi gdy rasa będzie pożerać rasę, brat zabijać brata, naród będzie walczył z narodem, aż nikt nie zostanie przy życiu.
Gdy przyjrzysz się rzeczywistości i zrozumiesz ją nie zechcesz być już taki jaki byłeś. To nie fanaberia. To ewolucja. To jest naturalne.
Cały świat zechce Cię znowu zamknąć w swoich ograniczeniach i pojęciach. Nie pozwól na to. Byłeś już taki. Teraz gdy już zrozumiałeś musisz być inny. Oni Cię nie zrozumieją. Dla nich bluźnisz, a Ty tylko odchodzisz od ich przekonań w których tkwią ślepo setki czy tysiące lat. I nazywają to właściwym podczas gdy celowo zatrzymują rozwój. A to ewolucja jest właściwa. Nie daj się zwieść. Wciąż masz dwie nogi i dwie ręce ale jesteś już kimś całkowicie innym. Tego nie widać ale masz inaczej rozwinięty umysł i zupełnie inną duszę. Jesteś podobny im ale przecież tak inny; oni chcą zabijać dla rozrywki, ty chcesz chronić ryzykując własne życie. Oni chcą aby ziemia była poddana, a zwierzęta się nas bały, ty chcesz aby do ciebie lgnęły i swoje ego umieszczasz pośród nich.
Oni chcą bez umiaru pożerać ciała innych gatunków, mówiąc Ci, że bez mięsa będziesz chory. Ty za to bez mięsa żyjesz i masz się lepiej niż w czasie gdy to mięso jadłeś. Oni każdego dnia żyją pod zadowalanie swego boga, który czuje miłą woń spalonych zwłok, Ty żyjesz zgodnie z naturą i stajesz się wyższy od ich boga. Czujesz miłą woń gdy misa jest pełna warzyw i owoców.
„nie mówmy o dobrze i miłości podczas gdy mamy martwe zwierzęta na talerzu" Sokrates.
Oni Cię zakrzyczą i użyją wszelkich dostępnych środków przymusu abyś szanował ich obyczaje. Był jak oni i kłaniał się właściwemu kapłanowi. Ty nie budujesz kościoła i ołtarza i nie wyciągasz dłoni po dary. Jesteś wolny i tego oni znieść nie mogą.
Wasi kapłani twierdzą, że są drogą do życia wiecznego. Do nagrody gdzieś poza tym światem jak już tu umrzecie podczas gdy darów oczekują w tym świecie. Dopóki jeszcze żyjecie. Wmówią wam ten koncept słusznością świętej księgi abyście przynosili pieniądze pozyskane ze sprzedaży swego majątku i składali u stóp apostołów. Czyli dziś ich. Ale to ja w mniemaniu waszych kapłanów i waszym jestem zły. Mimo, że niczego nie obiecuję i niczego nie żądam.
Byliśmy Homo Erectusem, staliśmy się Homo Sapiensem. Oni znają jedynie Homo Sapiensa i takiego chcą pozostawić. Nie było nic przed nami i nie będzie nic poza nami. Stworzył nas bóg 6024 lata temu takimi jakimi jesteśmy.
Nie bądź jak oni. Poznaj Homo Erectusa. Miał dwie ręce i dwie nogi i chodził wyprostowany. Jest on w zasadzie pośmiewiskiem dla Homo Sapiensa. Ale musimy wiedzieć, że dla następnego człowieka to my będziemy pośmiewiskiem. Jest mała szansa, że rozwiniemy się do Homo Superiora; nadczłowieka. I tym czym dla sapiensa jest erectus; pośmiewiskiem i wstydem bolesnym tym dla superiora będzie sapiens. Pośmiewiskiem i wstydem bolesnym.
Nie pozostań więc na tym pułapie. Nie chciej za wszelką ceną jak religie i warunkowanie kulturowe trzymać się tego żenującego ludzkiego stanu, w którym to jedynie poszczególne egzemplarze są w stanie ewoluować do nadczłowieka.
Dołącz do nadczłowieka. Dołącz do ludzi, którzy wychodzą poza to czym był człowiek dotychczas. Którzy odrzucają warunkowanie kulturowe i którzy nie będą tkwili w zabobonach, obrzędach i tradycjach. Którzy nie chcą tkwić ustawicznie w tym samym miejscu, w miejscu świata na opak, jaki płynie strumieniem krwi ofiar niewinnych stworzeń i ludzi.
Zatem rozejrzyj się i poznaj człowieka; uwierz mi, że jak to zrobisz nie zechcesz być ani dnia dłużej taki jak on. To będzie Twój pierwszy krok do ewolucji. To będzie Twój pierwszy krok ku nadczłowiekowi.
Nadczłowiek to nie kolejny koncept społeczny, polityczny czy ideologiczny. To po prostu wyższa forma świadomości. Lekkość zrozumienia świata ułożonego uprzednio przez ludzi z konkretnymi celami czy to dla zysku czy też dla wypaczonej rozrywki pod siebie. To co oni ułożyli i czego tak agresywnie bronią to świat na opak, który prowadzi do zagłady wszystkiego co nas otacza jak i nas samych. To wieki przepełnione krzykami bólu i skowytem cierpienia; potokami krwi. A my wciąż nazywamy ten świat takim jakim być powinien i trzymamy się tego kurczowo zabijając każdą wzniosłą myśl. To cały nasz ludzki wysiłek.
Wszelkie religie robiły to gorliwie przez cały okres. Po to wymyśliły bluźnierstwo. Najważniejsza dla nas religia wpoiła nam gorliwie powinność aby nie pozwolić żyć czarownicy. Tak nakazuje bóg. Mówi wprost „nie pozwolisz żyć". Ta wielka myśl boga nałożyła na kapłana religijnego i wiernych religijną powinność. Zadręczania niewinnych. Żadna idea nie powiedziała „zakochaj się w czarownicy" bo żadna idea nie była w stanie wygrać z wielką ludzką gorliwością do zła. Wielką gorliwością gdyż tak nakazał bóg jakiego sobie wybraliśmy. Bóg którego stwarzamy jest lustrem tego kim jesteśmy. A jesteśmy ułomni i źli.
Tylko wyższa forma świadomości, wyższa forma człowieka zmieni to pełne bólu i agresji miejsce w planetę na której wzbudzanie w niewinnym stworzeniu strachu uznane będzie za zło, a nie wpisane w powinność świętej księgi. W planetę na której piętnowanym będzie każde orzeczenie „nie pozwolisz żyć", nawet jeśli mówi to jakiś najwyższy bóg. Na której najbardziej rozwinięty i ponoć rozumny gatunek powie, że skoro mówi tak niejaki bóg to będziemy wyżsi od niego i o nim zapomnimy. Po co nam tacy bogowie. Porzucimy bogów i zajmiemy się edukacją. Kształtowaniem świadomości zdolnej do humanizmu i zdolnej do ewolucji ku wyższemu człowiekowi.
Człowiek każdego dnia będzie chciał się zmieniać. Nikt nie będzie chciał być jak jego dziadkowie, jak nasi przodkowie. Każdego dnia musimy się rozwijać. Wykształcić w sobie to do czego nie dojrzeli nasi poprzednicy. Odrzucać fałszywe autorytety i pradawne nakazy i zakazy. Musimy odpiąć tą boską kotwicę i ruszyć z miejsca. Wszelkie tradycje zostawić jako wspomnienie w literaturze. Brutalne polowania, wbijanie szpikulców w zwierzęta, obdzieranie ich na żywca ze skóry, podrzynanie gardeł aby się powoli wykrwawiały świadome nie powinny nigdy być uznane za właściwe dlatego, że są tradycjami. A w naszej cywilizacji uznaje się właśnie wszelką obrzydliwość czy nikczemność za akceptowalną gdy wpisze się ją w tradycje. Jako ludzie nie umiemy nawet poradzić sobie z właściwym pojmowaniem świata, co dopiero z emocjami. Nie potrafimy zdefiniować dobra i zła gdyż zagmatwały nam to właśnie religie. One wręczyły nam jakąś starą brudną świadomość nazywając to prawdą i nakazują jedynie ją wykonywać. A religie i tradycje ukazują jedynie ułomność naszych przodków i nas samych. Słabość i zło. I to się nie zmieni dopóki nie odrzucimy moralności religijnej i wszelkich tradycji. Musimy każdego dnia jak najdalej odchodzić od człowieka jakiego znamy.
Dotychczasowy jak i dzisiejszy człowiek nie spełnia moich oczekiwań. Jeśli spełnia wasze to znaczy, że żyjecie w iluzji i nie jesteście zdolni do wypełnienia oczekiwań właściwych temu co wyższe. Nazywacie się koroną stworzenia. Problem w tym, że to korona cierniowa. Dokładnie taka sama jaką nałożyliście na głowę swojemu bogu.
I w tym, że to tylko słowa, które mają was wartościować. Ale to nic nie znaczy. Aby być koroną stworzenia trzeba się właściwie dla niej zachowywać, a nie być prymitywną ludzką małpą, która wciąż w XXI wieku broni starodawnych przepisów bogów i kapłanów. Jak na ten przykład zabijania w religijnym obrzędzie zwierząt, które uznaje się jako należyte gdyż jest to religijna tradycja. Tak mówią w roku 2021 kapłani chrześcijańscy. Dlaczego zatem miałbym chcieć słuchać kogoś kto tak mówi. Dlaczego zatem miałbym chcieć nazywać kogoś kto broni takiego procederu uduchowionym. Dlaczego wmawia się mi, że ten człowiek jest jakimś moim przewodnikiem duchowym.
Dokąd zatem taki przewodnik ma mnie zaprowadzić? W mrok, który on nazywa światłem? Czy do światła, które dla mnie jest smutnym mrokiem?
Co spotka mnie w takim razie na końcu drogi w miejscu wymarzonym dla jego doktryny? Nieskrępowanie w takich obrzędach? Wiecznie płonące ognisko aby pan bóg czuł nieustającą miłą woń?
Czy to aby jest z pewnością tym miejscem, w którym chciałbym się znaleźć? Czy ich raj nie jest czasem moim piekłem? Czy ci ludzie o moralności sprzecznej z moją są w stanie zaprowadzić mnie w spokojne miejsce bez strachu niewinnych stworzeń?
Znam waszą ideę. Poznałem ją z waszej świętej księgi. Nie oferuje ona mi nic co spełniałoby moje oczekiwania. Znam waszych kapłanów i was wierni; daliście się poznać realnymi czynami w skali nastu wieków. I dajecie się poznać dzisiejszą demagogią. Nie jesteście ludźmi, z którymi chciałbym obcować. Nie czuję bliskości z wami. Ja nawet nie czuję podobieństwa wam. Nie chcę być jak wy. Nie chcę być w miejscu, w którym będziecie i wy.
Wasza wielka obietnica nie ma dla mnie sensu. Obietnica waszego boga nie ma dla mnie sensu. Ofiara boga samemu sobie z własnego syna za niby moje grzechy nie ma dla mnie sensu. Kierunek wskazany przez waszych kapłanów jest kierunkiem zupełnie odwrotnym od mojej drogi. Wasz cel nie ma dla mnie sensu.
Znam wasze czyny i z historii i z teraźniejszości. Znam wasze oczekiwania i aspiracje. Życzenia i żądania. Wypowiadacie je głośno uzurpując sobie niezrozumiałe prawo do tego aby o tym krzyczeć. I tym samym narzucać wolę innym. Podczas gdy ludzie przeciwni wam nie mogą nawet o tym szeptać gdyż zechcecie ich ukarać. Niegdyś zabić za bluźnierstwo, a dziś zniewolić za obrazę uczuć religijnych. Podczas gdy na każdym kroku obrażacie uczucia innych jak i głosząc bezczelnie swoją chorą nowinę lansujecie słuszność zabijania wszystkiego dla swego kaprysu gdyż bóg tak nakazał. W waszych umysłach niska rozrywka człowieka jest wielką wolą boga. W waszych umysłach prymitywna tendencja do sadyzmu jest tradycją. W waszych umysłach utrzymanie tego krwiożerczego letargu jest wielkim poszanowaniem kultury chrześcijańskiej i chrześcijańskim porządkiem.
Podczas gdy to wszystko jest tylko dzikim stanem ludzkiej ułomności, nad której pieczą postawiliśmy nad wyraz ułomnego boga.
Wszyscy w wielkich religijnych doktrynach są ułomni więc jak świat ma być spokojny, łagodny czy pełen symbiozy jak my się nawet nie możemy związać z drugą osobą bez sankcji kapłana czyli akceptacji boga. Za nieczyste myśli lądujemy w piekle, a za ciągnięcie zwierzęcia za samochodem i zadanie mu cierpienia i śmierci zwracamy się do boga z nadzieją na raj. I w religijnej świadomości mamy czelność to czynić bo przecież cała ideologia tej religii wmawia nam, że zabijanie zwierząt nie jest grzechem. A skoro nie jest grzechem to dla wierzącego nie jest tez złem.
Stworzyliśmy sobie religię jako doskonały system uniewinnienia. Bóg mi przebaczy, taka jego rola. Kapłan chrześcijański, którego nazwiskiem w moim kraju nazwano niezliczoną ilość ulic mówi: „miarą dla miłosierdzia bożego jest nie tyle świętość i chwała jego przyjaciół ile zbawienie największych łotrów. Dopiero widok zbawionych zbrodniarzy, których cały świat znienawidził, a których Bóg jeszcze uratował otworzy nam oczy na potęgę boga." Tak mówi niejaki Wyszyński, który w moim kraju jest niemal bohaterem narodowym. I mówi to w kontekście hitlerowskich zbrodniarzy.
Cała ta idea jest ideą ułomną w samym choćby założeniu. Kosmiczny wręcz narcyzm ludzki ją stwarza czyniąc z nas koronę stworzenia, mimo, iż nasze czyny plasują nas najniżej ze wszystkich gatunków. Jesteśmy niezdolnymi do kreowania spokojnego świata kretynami ale w mniemaniu religii jesteśmy bogu podobni, a nasze życie jest święte. Tylko nasze oczywiście bo gdyby święte było każde życie to kogo byśmy zabijali dla rozrywki i sadystycznych potrzeb. Natomiast kosmiczna wręcz chęć czynienia zła zrobiła z tej religii system odkupienia. Im jesteś gorszy, tym bóg cieszy się bardziej. Zatem koniec końców zgwałcona przez Mojżesza czy hitlerowca albo innego oprawcę z bogiem na ustach dziewczynko znajdziesz się w konsekwencji w miejscu, w którym będą wszyscy Twoi oprawcy. A im gorzej traktowali Cię w swej zbrodni wobec Ciebie, którą czynili dla swej rozkoszy tym Bóg ucieszy się z ich obecności bardziej. Zatem jak dostaniesz się do królestwa niebieskiego to oni będą tam na Ciebie czekać. I każdego dnia przez wieki wieków będziesz widywała ich twarze. Pamiętasz tą twarz wykrzywioną w spazmie satysfakcji gdy zadawał ci wyrachowane, zamierzone cierpienie?
Ludzie spaleni przez nich na stosach, obdarci ze skóry, torturowani, prześladowani, zabijani. Dzieci rzucane na pożarcie zwierzętom, uprzednio wyciągnięte za pomocą noża z brzemiennych matek przez gorliwego chrześcijanina będziecie tam razem ze swoimi oprawcami na wieki wieków. Jedynie to obiecuje wasza religia. Takie właśnie miejsce wam stawia jako perspektywę.
Z systemem, który promuje nas jako najważniejszych bez względu na nasze realne działania na ziemi i który obiecuje nagrodę po wypowiedzeniu paru magicznych słów w odpowiednim obrzędzie nigdzie nie zajdziemy. To system, który promuje oprawców. Zniszczymy w prymitywnym szale to co jeszcze zostało. Czego nie zabijemy to zniewolimy. Tylko do tego jesteśmy zdolni jako społeczeństwa. Jednostki, które są w stanie wykreować coś dobrego i czynić dobro są przez te społeczeństwa prześladowane, wykpiwane, niszczone. Najgorliwiej przez wyznawców doktryn religijnych. Bóg tak przecież nakazał, a każdy poganin jest bogu ofiarą przyjemną.

I to nazywacie cywilizacją. To świat na opak, a my gorliwie bronimy aby taki był. Jesteśmy zaledwie noworodkiem jeśli chodzi o świadomość. I pozostaniemy nim jeśli nie pozbędziemy się bogów i starodawnych doktryn oraz widzenia słuszności w ich akceptowaniu. Jesteśmy niedorozwinięci bo jesteśmy chorzy. Toczy nas rak w postaci małych plemiennych czy wielkich monoteistycznych zabobonów. Nasi bogowie nas kochają tylko musimy pamiętać o tym aby całe życie swoje i innych podporządkować ich woli. I nikt nie dopuści do siebie myśli, że jest to wola psychopaty i szaleńca. Samopoczucie boga ma dla nas większe znaczenie niż realne życie innych ludzi czy zwierząt.

Ludzie najczęściej zastanawiają się czy jest coś więcej. Coś poza tym życiem tak jakbyśmy całą swoją uwagę kierowali na ten narcystyczny aspekt nas samych iż przecież nasze życie nie może zamykać się w kilkudziesięciu przypadkowych latach.
Przecież jesteśmy aż tak istotni, że wręcz musi istnieć życie po życiu. Przecież my nie możemy tak zwyczajnie po prostu umierać. Religia stawia czoła temu problemowi oznajmiając uroczyście, że jest. I daje raj. Ale jest pewien warunek. Aby się do niego dostać musisz robić to co mówi Ci kapłan. Czy to z ambony, czy za pomocą wielkiej księgi. I problem rozwiązany. Dostałeś remedium na swoje poczucie nicości i wyjałowienia. Hulaj dusza piekła nie ma. To znaczy jest ale nie dla tych co przyjęli boga. Dla nich jest raj. Po drodze tylko składaj ofiarę kapłanowi. Kiedyś w postaci milionów zarzynanych zwierząt na boskim ołtarzu, dziś w postaci Twoich pieniędzy. I bądź mu posłuszny.
Ja natomiast nie zostaję w tym miejscu. Nie przyjmuję tej wielkiej obietnicy. Nie istniałem przez miliony lat więc nie zauważę swego nieistnienia po tym jak zamknę oczy ostatni raz.
Odejdę. Nie umniejsza to sensowi mego bytu, a być może i dodaje gdyż nie oczekując życia wiecznego poza tym światem, skupiam się właśnie na życiu w tym świecie.
Chcący się dostać do raju mają wmówione, że to życie to forma przejściowa aby się wykazać. Wykazać się można oczywiście będąc bogobojnym więc wykonując pradawną wolę boga. Starego boga z dawien dawna. Wierzący zatem nie umierają lecz uciekają z tego miejsca. Skoro uciekają do oczekiwanego miejsca to mało ich interesuje w jakim stanie zostawią to miejsce. Przecież to tylko forma przejściowa.
Dla mnie natomiast jest to życie. Mam te kilkadziesiąt przypadkowych lat, za które jestem odpowiedzialny. I bez względu na niebyt czy na przyszłość poza tym miejscem mogę przyczynić się do tego aby to właśnie miejsce pozostawić w lepszym stanie niż je zastałem. Bo ono jest domem wielu mieszkańców. Ja natomiast nie chcę być destruktorem i bałaganiarzem lecz chcę być kreatorem. Chce kreować mikroświat, a Ja pomnożony razy tysiące wykreujemy makroświat. I ta kreacja będzie miała realny wpływ na wszystkie stworzenia żyjące obok jak i po mnie.
Zatem ja nie zastanawiam się czy jest coś więcej. Zastanawiam się jedynie czy jest coś lepszego. Czy istnieje ktoś lepszy od sprzedawanych mi ułomnych i złych bogów. Oraz od ułomnych i złych ludzi.
Otóż jest coś lepszego. I nie chodzi o spoglądanie każdej nocy w gwiazdy z nadzieją o wizycie rozwiniętej cywilizacji. Chodzi o to aby spoglądać w gwiazdy nie oczekując lepszej cywilizacji lecz stać się lepszą cywilizacją.
Bardzo ale to bardzo pragniemy bogów czy właśnie kosmicznych gości, którzy mogliby jak w romantycznym filmie pojawić się i wziąć nas za rączkę aby wyprowadzić na brzeg z bagna, w którym toniemy. Sami postawiliśmy się w sytuacji, iż bez ramienia czegoś odrealnionego nikt nas nie uratuje. Jesteśmy inwalidami. Nasze ręce i nogi są bezużyteczne. Ściskamy siekiery i noże i wykonujemy to co nasi przodkowie; zadręczamy zamiast wydostać się z tej nieustającej spirali zła i obrzydliwości.
Nasz umysł, który z każdym wiekiem staje się coraz potężniejszy tkwi wciąż na wulkanie z pewnym zdegenerowanym starcem gwałcącym dzieci oraz prymitywnym bogiem, którzy wymyślają przepisy jakie mają być dla mnie nadrzędne nawet 3800 lat później.
Zatem nasz umysł też jest bezużyteczny i nie wyprowadzi nas z bagna. On powtarza starodawne zakazy i nakazy aby utrzymać nas w tym bagnie. Jesteśmy zatem ułomni.
Nasze ciało nie ruszy się z tego miejsca ludzkiej nikczemności bo nasz umysł tego nie chce.
Mówimy, że choćbyśmy kroczyli ciemną doliną, zła się nie ulękniemy bo Ty boże jesteś ze mną. Nie przyjdzie nam nawet do głowy aby powiedzieć, że choćbym kroczył ciemną doliną zła się nie ulęknę bo jestem odważny. Musi nas ktoś trzymać za rękę bo inaczej moczymy się ze strachu w łóżko i jesteśmy niezdolni do wyjścia z domu. Musimy mieć patrona, który oczywiście ma wielką moc wiec to boski patron. Stworzył on miliardy galaktyk, w każdej galaktyce miliardy układów słonecznych i niezliczoną ilość planet ale akurat patrzy na mnie na malutkiej planecie ziemia bo mnie kocha i załatwia mi kredyt w ostatniej chwili. Dzięki bogu pozbyłem się długów. To, że nie patrzy akurat na tysiące dzieci umierających każdej doby z niedostatku i przemocy to już nas nie interesuje. Bóg jest przecież nieodgadniony. I tak gramy w tego wiecznego tenisa bez siatki.
Aby nie wpaść pod samochód musi nas prowadzić bóg, a jak wpadniemy i przeżyjemy to dzięki właśnie niemu. Gdy umrzemy to dlatego, że on tak chciał.
I tkwimy w tej świadomości kolejne lata chcąc aby trwała ona do ostatniego tchnienia ludzkości. Świat się pali, bo my go podpaliliśmy ale zejdzie drugi raz zapowiedziany bóg i nas uratuje. Nawet wierzący nie rozumieją w tym momencie, że oczekują ratunku boga przed nimi samymi.
A co by się stało gdybyśmy ruszyli nogi i ręce oraz umysł i uratowali siebie i świat sami? Skoro własnym wysiłkiem i kosmiczną pazernością go zniszczyliśmy to może zmieniając się własnym wysiłkiem go uratujemy? Ale po co skoro bóg zabierze nas w lepsze miejsce.

Cała ludzkość od wieków modli się do bogów. Niezmiennie. Składa bogom ofiary. Wciąż. Klęka i bije się w pierś. Nieskończenie. I od wieków nic się nie zmienia.
Miała być dobra nowina bo bóg ojciec poświęcił własne dziecko za nas. Okazało się, ze z nastaniem tej dobrej nowiny świat z rąk orędowników tej nowiny doznał tyle krzywdy ile nigdy przedtem. Intencjonalne, wyrachowane zło na globalną skalę. W imieniu boga.
Nikt nas nie ratuje. Nikt nie wyprowadza nas z morza krwi i bezsensownej przemocy i zła. Klękamy aby wybłagać odkupienie by móc żyć wiecznie, a rękami grozimy innym bądź ich zabijamy.
Należy w tym miejscu zrobić dwie rzeczy. Po pierwsze zapytać po co w tym stanie mentalnym mielibyśmy żyć wiecznie. Przecież jesteśmy niewyobrażalną niegodziwością zasługująca na całkowite potępienie i zapomnienie.
Po drugie musimy rozejrzeć się i ujrzeć, iż jesteśmy sami. Całkowicie sami.
Przyjąć tą świadomość jak dorośli i wstać z kolan. Zaakceptować ta prawdę i wziąć się do roboty. Ruszyć w kierunku brzegu aby wyczłapać z tego odwiecznego bagna ludzkiego wstydu i zła. Stanąć na brzegu i czerpiąc z mocy ludzkich zdolności zacząć budować dom. Bezpieczny dom dla wszystkich. Zostawić religijne i warunkowane kulturowo bagno za sobą. Otrzepać się i zrewidować absolutnie całą świadomość. Zdefiniować właściwie dobro i zło. Zrozumieć co jest czym i iść we właściwym kierunku aby móc wreszcie być dobrym bez pradawnych nakazów i zakazów. Bez starodawnych obyczajów i powinności. Skupić się na człowieku nie na bogach i naszych przodkach narzucając na siebie powinność wykonywania ich woli, kaprysów czy nawyków.
Musimy zapomnieć o wszystkim i zbudować wszystko na nowo. Skupić się nad tym jak może być odrzucając to co urojone czy nierealne. Wiara w nierzeczywiste pomaga ludzkim umysłom ale jednocześnie je osłabia. Koniec tracenia czasu na modły i marnotrawienia środków pieniężnych na kulty i bogów. Każda złotówka na tacę aby żywić kapłana, budować pomniki, złote ołtarze czy wielkie kościoły to o złotówka mniej na realny posiłek dla biednych ludzi czy stworzeń. Koniec marnotrawienia środków na symbole i świętości. Jedyną świętością na jakiej musimy się skupić to nasza planeta. Jej stan i mieszkańcy. Nie osiągniemy całkowitej symbiozy gdyż żyjemy w świecie, w którym zwierzęta zjadają inne ale możemy osiągnąć najbardziej możliwą symbiozę gdy zrozumiemy, że my nie należymy do tych zwierząt. I gdy wreszcie właściwie potraktujemy swoją wyższość nad innymi stworzeniami czyli intelekt i zdolność tworzenia. I stworzymy świat, który sam sobą będzie dowodził wyższości, którą w sobie widzimy. A wyższość to nie mordowanie bez opamiętania, jakie realizujemy po dziś dzień od wieków, a do jakiego nie jest zdolny nawet najbardziej drapieżny gatunek zwierząt. Musimy wykształcić w sobie moc do bycia obrońcą, a nie oprawcą. Musimy zrozumieć priorytety. Nie jest to utopia. Jest to możliwe bez większego trudu. Tacy ludzie już istnieją i istnieli wieki temu. Szkopuł tylko w tym, że od wieków z przyczyn właśnie doktryn chcących utrzymać nas jako gatunek w panowaniu i chciwości tacy ludzie byli zabijani czy uciszani w inny sposób. Byli wrogiem zagrażającym woli boskiej więc komfortowi kapłana.
Wrogiem świata będącego uczynionym dla niewyobrażalnego wyzysku i ludzkiego komfortu. Kosmicznego braku umiaru we wszystkim. Zabrnęliśmy do momentu w którym za słusznym uznaje się zabijanie innego stworzenia aby zrobić z części jego ciała proszek, po którym będzie lepiej stał nam kutas. Aż prosi się by krzyknąć w tym momencie; ale po co skoro nie powinniśmy się w takim stanie mentalnym rozmnażać.
Jesteśmy tym czy byliśmy wieki temu. I robimy wszystko aby być tym samym na następne wieki. Tragiczną ale w tym tragizmie dobrą wiadomością jest fakt, iż w tym stanie mentalnym i eksploatowania fauny i flory nie został nam nawet jeden wiek tutaj.
Człowiek nie powinien też chcieć zmienić się ze strachu przed swoją zagładą. Człowiek w tym stanie mentalnym nie powinien zwyczajnie przetrwać.
Jesteśmy niedorozwinięci ale gdy pozwolimy tym, którzy zdołali wykształcić w sobie inną świadomość siebie poprowadzić to staniemy się dorośli.
Tylko wtedy warto nam przetrwać. Tylko wtedy będziemy godni aby przetrwać. Tylko gdy całkowicie się zmienimy. Gdy wreszcie zechcemy być po prostu dobrzy. Gdy zostawimy człowieka i staniemy się nadczłowiekiem gdyż człowiek jest tym co trzeba przezwyciężyć.

Nie chcę być jak mój ojciec i jak mój dziadek; chcę być od nich lepszy. To naturalne, nie ma w tym nic uwłaczającego. Nie chcę też powtarzać ze względu na tradycję jakiś ich nawyków. Tak samo nie chcę aby moje dzieci były jak ja; chcę aby były lepsze.
Z pokolenia na pokolenie wiemy coraz więcej i umiemy coraz więcej. Nasze umysły stają się potężniejsze więc nie poświęcajmy ich na trenowanie się w powtarzaniu pradawnej woli zupełnie odległych świadomościowo ludzi lecz kreujmy lepszy świat. Świat pełen symbiozy, w którym najbardziej rozwinięty gatunek jest godny by żyć gdyż nie jest niszczycielem wykonując powinność narzuconą nam przez starych bogów i starych kapłanów. Nie bądźmy wykonawcami woli innych lecz kreatorami. Nie przestrzegajmy prymitywnych praw narzuconych nam przez prymitywnych ludzi i bogów lecz rozwijajmy w sobie dobro. A dobro to nie gorliwość w modłach lecz zrozumienie, że skoro żaden człowiek nie chce własnej śmierci to i żadna inna istota też tego nie chce. To jest uniwersalne prawo. A skoro nikt tego nie chce to nie powinienem tej śmierci czynić. Nie powinniśmy czynić komuś innemu tego czego ten ktoś nie chce. Dlaczego więc w religiach uznajemy nasze chciejstwo jako coś uprawniającego nas do zarzynania niewinnego stworzenia na ołtarzu dla przebłagania jakiegoś boga. Dlaczego ma liczyć się nasze chciejstwo?
Dopóki się nie przyjrzymy światu i nie zaczniemy rozumieć, miast powtarzać bezwiednie, dopóty będziemy tym samym czym byliśmy gdy murowaliśmy swe dzieci w ścianach domów aby przekupić bogów do zostawienia nas w spokoju.
Musimy złożyć tylko jedną i ostateczną ofiarę aby bogowie nas wreszcie zostawili w spokoju; pamięć o nich.
Aby jednak iść dalej koniecznym jest zabić w sobie pamięć o wszystkim z przeszłości. Porzucić wszelkie autorytety, które są na opak jak wszystko. Gdy zmienimy świadomość i wyjdziemy poza dotychczasowy schemat to nie potrzebna nam jest nawet historia. Gdy się zmienimy nie będziemy potrzebować żadnej polaryzacji. Nasze postępowanie nie będzie wynikiem postępowania innych w historii lecz tego co być powinno gdy już to zrozumiemy. Historia ludzkości to prześladowania ze względu na kolor skóry, kolor włosów, orientację seksualną, wyznawanego boga, narodowość czyli plemienność i wiele, wiele, wiele innych.
Należy zamknąć ten rozdział z człowiekiem i przejść do rozwijania nadczłowieka.
Skupić się na realizacji mając już zupełnie inną świadomość. Dotychczasowy świat to świat kompletnie na opak. Nie musimy go pamiętać. Nie chcemy pamiętać z jakiego powodu nasi przodkowie wpisali sport, który polegał na skutecznym zabijaniu określonych gatunków zwierząt w tradycje. I dlaczego mimo rozwoju nie potrafimy znieść tych okrutnych obrzędów gdyż to tradycja właśnie. Jesteśmy niewolnikami wielu haseł, które przez warunkowanie kulturowe są nienaruszalne; sport, tradycja, obrzęd, świętość, religia. To wszystko w naszych umysłach to jakieś dziwne tabu jakiego nie można ruszać. Nie potrafimy zrozumieć, że sami wyolbrzymiliśmy to do takiej roli i jedynie co robimy to szanujemy zwyczajne prymitywnych ludzi jakich nie należy akceptować lecz zmieniać.
Nie chcemy tych jak i żadnych tradycji. Nie chcemy żadnej nici jaka łączyłaby nas z tymi ludźmi. Nie jesteśmy już nimi. Jedynie od nich pochodzimy ale porzucamy tragiczny wiek niemowlęcy i wchodzimy w dorosłość. Dopóki będziemy pamiętali jak było będziemy pamiętali o różnicach między białym, a czarnym, między człowiekiem, a zwierzęciem i przypisanych przez nas prymitywnych wzajemnych rolach. Nie ma ról. Sami na nowo z wyższą świadomością musimy ustalić te różnice. Czarni nie są niewolnikami białych, a zwierzęta nie mają się nas bać. Człowiek natomiast nie jest uprawniony przez żadne bóstwa i autorytety do władania.
Jest dokładnie to co widzisz i czujesz. Zapach misy owoców zamiast smrodu wnętrzności i brudu rzeźni. Powiew wiatru w parku miast zimnych i smętnych murów świątyni. Wsparcie zamiast nękania. Harmonia zamiast chaosu i miotania się w przemocy.
Zasypianie obok innych istot, które chcą jedynie aby zostawiono je w spokoju. Nie zmienimy natury zwierząt ale zmienimy swoje postępowanie wobec nich. To jest właśnie domena bycia wyższym. Możemy decydować o tym co uczynimy bez konieczności. Świat przestanie płynąc krwią niewinnych. Człowiek będzie opiekunem miast oprawcą. Nie będzie krzyku i skowytu jako ludzkiej intencji. Będzie świat, w którym świadomy człowiek będzie mógł zaznać wreszcie szczęścia. Jedyny gatunek, który potrafi torturować nie będzie już torturował. Co zaskakujące; gatunek, który praktykując to, zwał się cały czas wywyższonym.
Czy wciąż chcemy sportem nazywać strzelanie do żywych istot, a tradycją obdzieranie ich na żywca ze skóry. Tak robi człowiek. Tak nie będzie chciał robić nadczłowiek. Będziemy wyżsi. Będziemy kimś całkowicie innym. Człowiek zostanie zapomniany jako ten podobny bogom. Ten uczyniony przecież na podobieństwo boże. Nadczłowiek stanie się boski i przewyższy wszelkich bogów. I nie będzie na niczyje podobieństwo bo nie będzie chciał być podobny nikomu. Zechce sam być wzorcem.
Nie jest to trudne. Bogowie nie ewoluują. Niemal wszyscy już są bardzo starzy. Natomiast każda chęć zwracania nas ku bogom powinna być zbrodnią przeciwko ludzkości.
Musimy opuścić tą ludzką poczwarę i stać się właściwym stworzeniem aby z nas kiedyś wyrosło jeszcze lepsze stworzenie zdolne być upragnionym wzorem dla życia we wszechświecie.

Pomyśl teraz o planecie pełnej życia. Pomyśl, że docierają tam ludzie z bogiem na ustach. Pomyśl, że w pierwszym odruchu stawiają tam symbol swego boga i zmuszają jej mieszkańców do wyznawania go. Przylecieli ze swoimi racjami, a ich racja nie akceptuje racji innych. Życie istot żyjących na tej planecie zostanie zniewolone bądź zniszczone.
Nie trudno sobie to pomyśleć. Można sobie również to zwyczajnie przypomnieć. Każdy z ziemskich kontynentów był taką swoistą planetą, na której pojawił się nowy przybysz ze swym bogiem. Jak i wiele pojedynczych krajów to spotkało.
Teraz pomyśl, że na taką planetę docierają istoty, które nie niosą żadnych przekonań i żadnego boga. Które obserwują i rozumują i które nie mają zaburzonej umiejętności definiowania dobra i zła. W tym przypadku przybysze w wyniku inteligencji i przyjrzeniu się będą mogli rozwiązać realne problemy tej planety. Uczynić ją lepszą. Pomóc, a nie narzucić swoje symbole i racje.
Kiedy niesiesz boga narzucasz innym jego wolę. Stawiasz się w uprawnionej swym bogiem roli aby móc narzucać mi jego wolę.
Kiedy nie niesiesz żadnego boga to umiesz patrzeć. Nie jesteś obarczony żadną starodawną brudną prawdą. I nic nie obliguje Cię słowami świętej księgi abyś czynił sobie ziemię poddaną, a inni ludzie byli ofiara bogu przyjemną. I abyś brał niewolników i wmawiał im, że posłuszny niewolnik podoba się bogu.

Postawmy jednak kropkę nad przysłowiowym i. Co mnie napędza.
Być lepszym niż jestem dziś. Nie chcę raju, nie chcę obietnic i aby ktoś miał za mnie coś odkupić. Nie chcę odkupienia z czyjejś pradawnej winy jaką coś najwyższego mnie obarczyło mimo, że nie brałem w tym udziału.
Nie chce żyć wiecznie w takim stanie świadomości ludzkiej jak dziś. Skoro dziś umieramy to jesteśmy tam po wieki dzisiejsi. A to źle, to bardzo, bardzo źle. I nie dość tego bo my dzisiejsi po wieki tam w towarzystwie ich bardzo, bardzo przeszłych. Proroków, świętych, mesjaszy czy bogów.
Nie wiem nawet czemu miałbym chcieć pasować do nich. Ja chcę być kimś całkowicie innym. Całkowicie poza nimi, ponad nimi. Całkowicie od nich dalekim.

To nie jest świat, który mógłby być efektem jakiegoś zamysłu kogoś, kto umiałby stworzyć taki świat.
Ten świat nie może być efektem takiego zamysłu. Jeżeli miałbym rozważać stwórcę, nie rozważałbym kogoś na kształt boga z jego boskimi cechami. Rozważałbym po prostu nas, którzy wszczepili życie w to chaotyczne miejsce. Nas jako odległych przybyszów.
Skoro ten świat jest tak stworzony, to nie mogła go stworzyć istota wyższa od człowieka. Nie dlatego, że człowiek jest jakiś wysoki i trudno doścignąć ten „ideał" Dla przykładu, Ja osobiście stworzyłbym ten świat całkowicie inaczej. Bezkrwawy. W którym jedno w męczarniach nie zjada drugiego. A drugie nie jest jedynie zabawą, pociechą czy pokarmem pierwszego. I najbardziej rozwinięty gatunek nie jest niespełnionym sadystą. Gatunek, który nie czerpie przyjemności z zadawania bólu. Gatunek, który nie krzywdzi. Tylko z takiego tworu mógłbym być nie tyle co dumny ile zadowolony. I tylko w takim majestacie, mógłbym być bogiem, którego nikt już nigdy nie zobaczy. Który będzie mógł odejść w świadomości, iż zostawia swoje dzieło bezpieczne. Bo nic co byłoby moim dziełem nie byłoby nim aby zaznawać niewyobrażalnego strachu i cierpienia z intencji mojego szczytowego działa. Natomiast ten szczytowy twór na moje podobieństwo nie tylko nie mógłby z własnej woli być twórcą strachu i zadawać ból lecz i by zwyczajnie tego nie chciał.
Więc jeżeli ten świat jest kreacją to jest kreacją kogoś gorszego od nas. Od nielicznych nas. Albo takiego samego jak większość nas. Wprost więc aż prosi się stwierdzić, że jeżeli ten świat jest kreacją jakiegoś stwórcy to ten stwórca jest -bo musi być mentalnie, moralnie, etycznie, świadomościowo niżej ode mnie.

Zaloguj się