Kościół Katolicki

Wirus

Wirus

 

   Starożytna opowieść wspomina o pewnym człowieku, który znalazł prawdę. Bardzo podekscytowany tym mały diabeł przybiegł do starego diabła i spytał go, co tutaj robi, dlaczego siedzi sobie tak spokojnie, kiedy tam ktoś odkrył prawdę. Cały nasz interes się zawali! Stary diabeł w spokoju palił cygaro. W końcu powiedział:
- Synu mój, uspokój się. Zapal papierosa. Moi ludzie już tam dotarli.
- Ale ja przychodzę stamtąd, a żadnych diabłów nie widziałem! -odparł mały diabeł.
- Diabły nie są potrzebne, moi ludzie już tam dotarli. - rzekł stary diabeł - To są księża, to są rabini, to są papieże, to są śankaraczarjowie, to są immamowie. Już tam są. Oni zorganizują prawdę, a kiedy ją zinstytucjonalizują, będzie skończona!

 

   Pewnego dnia w Poznaniu - kolebce polskiego chrystianizmu - odbyły się uroczystości dziewięćsetlecia wyzwolenia Grobu Bożego w Jerozolimie. Świętowano radośnie, pod sztandarem Kościoła. Odprawiono mszę za przyszłość Europy, wygłoszono referaty, zaśpiewały Poznańskie Słowiki.
Tłum mówił tak „tak” i „amen”. A ja mówię śpiewajcie więc słowiki beretom i nisko chodzącym głośniej pieśni chwalebne o tym jak…Właśnie, powiedzmy sobie zatem co chwalicie, wy wszyscy wniebojębnięci.

 

Jedną z największych zbrodni Kościoła były wyprawy krzyżowe. Nie były to zbrojne
najazdy, jak inne. Krucjaty odbywały się w imię Chrystusa.


A słowiki śpiewały, świętowano wesoło jakby nie było dziesiątek tysięcy ofiar krucjat - tej zbiorowej psychozy nienawiści, którą świadomie i cynicznie wywołał Kościół. Jakby zapomniano o prochach chłopów znad Renu czy baronów z zamków nad Sekwaną, których ciała grzebano na drodze do Jerozolimy. Jakby nie pamiętano o jerozolimskich kupcach, nauczycielach, szewcach i żebrakach, kobietach i dzieciach, których krzyżowcy, pod sztandarem Chrystusa, wymordowali w zdobytym
mieście. Świętowano jakby chciano znów ożywić średniowieczną obsesję odzyskania Ziemi Świętej.

Człowiek jest istotą ufną, łatwowierną. Tym samym stanowi on idealną bazę dla religii. Nie nasuwa to wątpliwości dopóki wierzący ma do czynienia z samym Bogiem, gdyż wierzący może wierzyć, że Bóg go nie zawiedzie, nie wywiedzie w pole. Ale wierzący w znacznie mniejszym stopniu ma do czynienia z Bogiem niż z jego przedstawicielami. To właśnie oni wierzącemu wiele opowiadają, zapewniając jednocześnie, że to, co głoszą, jest pomocne w osiągnięciu przezeń szczęścia wiecznego, zbawienia. I oto bez dalszego stawiania pytań ufnie akceptuje on to, w co według ich postępowania trzeba wierzyć i jak postępować; i jest to zrozumiałe, gdyż jeśli napotyka się na autorytet, który wychodzi człowiekowi naprzeciw mocą boskiego nakazu, wszelka wątpliwość wydaje się zbędna. Byłoby trudniej tak lepić na swą modłę gdyby obiekt do ulepienia używał mózgu. To bardzo przydatny organ, w który wyposażyła nas natura.

Człowiek zostaje przez Kościół przywołany do wierzenia, a nie do myślenia.

Tym sposobem człowiek przez całe swoje życie ćwiczy się w chrześcijańskiej gimnastyce mówienia - "TAK" i "AMEN". W religii, która błogosławi wierzących, nigdy zaś wątpiących, ci, którzy pytają, pozostają bez błogosławieństwa, a pytający w oczach niejednego wierzącego stają się podejrzani.

Gdybyśmy relację o zwiastowaniu mogli potraktować jako opis wydarzenia o charakterze historycznym, należałoby Marii przyznać więcej teologicznego rozumu niż rozwijanej przez dwa tysiące lat katolickiej teologii dziewiczego poczęcia, to znaczy bocianiej teorii ginekologicznej. Maria już wtedy swoim pytaniem jasno wyrażała to, o czym większość teologów w międzyczasie się dowiedziała, ale czego biskupi katoliccy do dzisiaj nie pojęli, a Jan Paweł II - tym bardziej nie: że według poglądów Marii Boże synostwo Jezusa i naturalne synostwo Jezusa nie wykluczają się. Dla Marii jedno bez drugiego jest raczej niemożliwe.
Judaizmowi myśl o narodzeniu się z dziewicy była całkowicie obca, nie oczekiwał też tego w odniesieniu do spodziewanego mesjasza. Na odwrót, jego nadzieje koncentrowały się na mesjaszu, który byłby człowiekiem narodzonym z człowieka. Dostępna od 1827 roku wiedza dotycząca fizjologii kobiety sprawiłaby, iż nauka o biologicznym dziewiczym poczęciu przysporzyłaby kościołowi wielu nierozwiązywalnych problemów teologicznych, gdyby przyjął ją do wiadomości. Ale Kościół znalazł sposób, żeby sobie pomóc: jeśli chodzi o dziewicze poczęcie aktualna jest dlań nadal biologia arystotelesowska.

Przy czym przez cale wieki deprecjonując pogan przyjęli wlaśnie stworzenie swego boga w iście pogański - mityczny sposób; narodzenia z dziewicy. https://www.poganin.eu/antyteizm/czlowiek-z-dzbanem



Powyżej było o przydatności myślenia, poniżej będzie o śpiewających słowikach.


Jedną z największych zbrodni Kościoła były wyprawy krzyżowe. Nie były to zbrojne najazdy, jak inne. Krucjaty odbywały się w imię Chrystusa. I dziś -z perspektywy wieków - wiemy, że dawały fałszywe świadectwo jego nauce. I jeśli coś zepsuło reputację chrześcijaństwu, na pewno były to wyprawy krzyżowe.

Efektem wypraw krzyżowych było umocnienie barier oddzielających chrześcijaństwo od islamu. Krucjaty zatruły ich wzajemne relacje. Chrześcijanie przyszli do muzułmanów i żydów z ogniem i mieczem, z rasizmem i nienawiścią, z poczuciem kulturowej wyższości i ekonomiczną dominacją, z kolonializmem i wyzyskiem. I nie można zapomnieć, że to hierarchia kościelna apelowała do chrześcijańskich rycerzy i wojowników, by poniechali waśni między sobą i udali się na rubieże chrześcijaństwa, aby stanąć do walki z niewiernymi.
Warto też przypomnieć, że to papiestwo przejęło kierownictwo świętych wojen, samo często inicjowało kampanie zbrojne i wyznaczało ich wodza, a papież rościł sobie prawo do władzy zwierzchniej nad zdobytymi obszarami.
Trudno zapomnieć, że wyprawy krzyżowe były pielgrzymką zbrojną. Ogniem i  mieczem torowały drogę wierze w chrystusa, a więc tego, który głosił pokój boży. Dlaczego? Bo właściwie tak właśnie wygląda pokój boży.


Rodzącemu się właśnie feudalnemu rycerstwu kościół wyznaczył wzniosły cel - przy czym przelewanie krwi nie było grzechem, a wojna zapewniała żywot wieczny.
Cóż może być bardziej cynicznego?
Może to, że wyprawy krzyżowe dały szansę złoczyńcom - bo uczestnicząc w nich mogli uniknąć kary za zbrodnie. Może to, że niezdyscyplinowanym księżom pomogły zrzucić jarzmo, zbuntowanym mnichom umożliwiły ucieczkę z klasztorów, a upadłym kobietom dały jeszcze większą swobodę w niemoralnym prowadzeniu się.


Wszystkich pobił swą propagandą papież Urban 11. W 1095 roku zwołał do Clermont synod, na którym rozpoczął od tego, że należy przyjść z pomocą braciom-chrześcijanom zamieszkałym na wschodzie, ponieważ Turcy posuwają się coraz bardziej w głąb ziem chrześcijańskich.
Wskazał na fanatyzm Turków Seldźuckich, którzy nie dopuszczają chrześcijańskich pielgrzymek do Palestyny, a opisując cierpienia pątników, podniósł też specjalną świętość Jerozolimy. W końcu zwrócił się z apelem, by chrześcijaństwo zachodnie wyruszyło na ratunek Wschodu.

Zagwarantował przy tym, że jak ktoś polegnie w walce, otrzyma rozgrzeszenie i odpuszczone zostaną mu wszystkie grzechy.

Jeszcze nie skończył przemawiać, jak rozległy się pierwsze okrzyki: "Deus le volt!" (Bóg tak chce!). Entuzjazm przeszedł oczekiwania Urbana. Ogłosił, że wszyscy winni być gotowi do opuszczenia swoich domostw w dniu wniebowzięcia następnego roku, po zebraniu plonów z pól. Armie gromadzić się mają w Konstantynopolu.
Papież Urban nasilił kampanię propagandową. W jego imieniu akcję agitacyjną poprowadził wędrowny mnich, Piotr Pustelnik. To za jego przyczyną przez całe lato 1096 płynął na Wschód chaotyczny, lecz nieustający strumień pielgrzymów, pozbawionych z
początku i przywódców, i organizacji. On sam poprowadził z Kolonii dwadzieścia tysięcy ludzi, nie myśląc o tym, jak taką armię wyżywić. Nic dziwnego, że już na Węgrzech - katolickich przecież - w grodzie Zemuń, doszło do zażartej bitwy. Poległy w niej cztery tysiące Węgrów, w ręce napastników dostały się znaczne zapasy żywności. Krzyżowcy Piotra Pustelnika w strachu przed zemstą króla węgierskiego z najwyższym pośpiechem przeprawili się przez Sawę. Aby zbudować tratwy, zrabowali całe drewno, jakie tylko udało się uzyskać z domów mieszkalnych. Armia Pustelnika zanim ujrzała jakiegokolwiek niewiernego, zdążyła doszczętnie najpierw splądrować, a potem puścić z dymem Belgrad.


Kiedy dotarła do Konstantynopola, grabieże wśród wschodniochrześcijańskich braci stały się czymś powszednim. I gdyby tylko chodziło o żywność, można byłoby to zrozumieć - człowiek głodny jest nieobliczalny. Jednak ludzie Piotra Pustelnika włamywali się do pałaców i willi na przedmieściach nie tylko dla zdobycia jedzenia. Grabili wszystko, co wpadło im w ręce, kradli nawet blachę ołowianą, którą kryte były kościoły. Przewodził im Walter bez Mienia - którego miano mówiło samo za siebie. Jego oddziały napadały na wsie i łupiły miejscową ludność, która składała się przecież wyłącznie z chrześcijan greckich.
Postępowanie krzyżowców było szokujące - nie tylko z dzisiejszego punktu widzenia, ale także w oczach współczesnych. A jednak w ślad za ludźmi Piotra Pustelnika szli następni i pustoszyli kraje, przez które wiodła ich trasa - Czechy, Węgry, Bułgarię i Bizancjum. Ich przejście znaczyły stosy trupów, ale rzadko mówiło się: wojna, częściej zaś: iterhieroso-lymitanum (szlak jerozolimski) lub via Sancti Sepul-cri (droga Grobu Świętego, za który radośnie śpiewały poznańskie słowiki).

Tenże Gotszalk, gdy sformował już armię, ta przechodząc przez Węgry bez opamiętania grabiła wsie, kradła wino, zboże, owoce i woły. A kiedy chłopi węgierscy stawili opór tym gwałtom, krzyżowcy wbili na pal kilkunastoletniego chłopca. Król węgierski, Koloman, sam wymierzył sprawiedliwość, skoro nie mógł się jej doczekać od rycerzy Chrystusa.
Zmasakrował oddziały Gotszalka, tak że nie został nikt przy życiu.

W końcu, 3 czerwca 1098, krzyżowcy zdobywają Antiochię. Turcy giną w straszliwej rzezi, a obok nich wyrzyna się też wielu chrześcijan, którzy mieszkali w Antiochii. Nikt nie pyta, jaką wiarę wyznaj ą mieszkańcy grodu.

 

Podobnie będzie w Jerozolimie, pod mury której 7 czerwca 1099 podchodzi pierwsza krucjata. W oblężeniu Jerozolimy uczestniczyło tysiąc dwustu rycerzy i dwanaście tysięcy piechurów. Zaś w mieście, w którym znajdował się Grób Boży, żyło więcej chrześcijan niż muzułmanów. I to również oni stali się bezbronnymi ofiarami zwycięzców szturmu z 13 na 14 lipca. Krzyżowcy, pijani zwycięstwem odniesionym po tylu udrękach, rozbiegli się po ulicach i wdzierając się do domów i meczetów zabijali każdego, kto wpadł im w ręce, nie wyłączając kobiet i dzieci. Kiedy Rajmund z Aguilers wszedł do meczetu Al-Aksa, musiał się przedzierać przez stosy trupów i brodzić we krwi, która sięgała mu do kolan.
"Nie można było bez przerażenia patrzeć na tę masę zabitych, na te członki odrąbane, walające się wkoło, na te strugi krwi zalewające ziemię..." - pisał Wilhelm z Tym.

Rzeź trwała trzy dni. Krew spływająca w wąskich uliczkach sięgnęła, jak mówiono, aż do kolan, a w mieście nie ostał się żywy ani jeden muzułmanin, ani jedna muzułmańska kobieta i dziecko. Nie było też w Jerozolimie Żydów, bo schronili się wszyscy w wielkiej synagodze i w niej zostali spaleni żywcem. Masakra w Jerozolimie odbiła się szerokim echem w całym świecie. Nikt nie wiedział, ilu ludzi zginęło. Nawet wśród wielu chrześcijan rzeź ta wywołała zgrozę, tym bardziej że ten krwawy dowód jednego fanatyzmu religijnego zagrażał odrodzeniem fanatyzmu drugiej strony.
Chrześcijańska Europa wiadomość o zdobyciu Jerozolimy przyjęła z entuzjazmem i radością. Wszyscy ówcześni kronikarze przerywali opisywanie miejscowych wydarzeń, aby odnotować ów dowód wspaniałej łaski Bożej. Uczestnikom pierwszej z siedmiu wielkich wypraw krzyżowych udało się bowiem zdobyć Jerozolimę, dokonać likwidacji jej mieszkańców i ustanowić w Palestynie królestwo łacińskie, którego zwierzchnikiem został papież.

W 1001 roku rozpoczęło się oblężenie Cezarei. Miasto zostało wzięte szturmem przez krzyżowców 17 maja. Zwycięskim rycerzom dowódcy pozwolili plądrować bez żadnych ograniczeń, doszło wszakże do aktów tak przerażających, że oburzyły one nawet wodzów wyprawy. Najstraszniejszej masakry dokonano w Wielkim Meczecie, dawnej synagodze
Heroda Agrypy. W świątyni tej schroniło się wielu mieszkańców, którzy błagali o litość. Wycięto ich w pień, zarówno mężczyzn, jak i kobiety, na posadzce utworzyło się jezioro krwi. W całym mieście uratowała się tylko garstka dziewcząt i dzieci, a także główny sędzia oraz dowódca garnizonu.


W 1187 roku Jerozolimę zdobywa sułtan Saladyn. Sułtan ów, o którym wizjoner Joachim da Fiore mówił, że podobnie jak Herod, Mahomet i Antychryst, uosabiał jedną z siedmiu głów bestii Apokalipsy - w rzeczywistości był nad podziw szlachetnym wojownikiem, którego cnót próżno by szukać wśród tych, którzy mienili się rycerzami Chrystusa. Kiedy z broniącej się jeszcze przed jego oddziałami Jerozolimy przyszedł do Saladyna dowódca garnizonu, Balian, sułtan oświadczył mu, że poprzysiągł zdobyć Jerozolimę mieczem i że tylko bezwarunkowa kapitulacja może zwolnić go z tej przysięgi. Przypomniał Balianowi masakrę, jakiej dopuścili się chrześcijanie w tym mieście w 1099 roku. Dlaczego miałby postąpić inaczej? Balian ostrzegł wówczas Saladyna, że jeżeli nie zgodzi się na honorowe warunki kapitulacji, doprowadzeni do rozpaczy obrońcy obrócą całe miasto w perzynę, nie wyłączając świętych przybytków islamu, i wymordują wszystkich uwięzionych jeńców muzułmańskich. Saladyn znany był z wspaniałomyślności, zwłaszcza gdy uznawano jego władzę. Zależało mu też na tym, by Jerozolima możliwie jak najmniej ucierpiała. Zgodził się więc na ustalenie warunków kapitulacji. I tu raz jeszcze okazał się wspaniałomyślny. Zamiast proponowanych z początku stawek: mężczyzna za dziesięć dinarów, kobieta za pięć, a dziecko za jednego dinara - wiedząc, że w mieście przebywa około dwudziestu tysięcy chrześcijan, z czego większość to ludzie ubodzy, których nie stać na zapłacenie takiego okupu - zgodził się za kwotę stu tysięcy dinarów uwolnić wszystkich. Jednak Balian wiedział, że nie zdoła zebrać i takiej kwoty. Uzgodniono więc, że za trzydzieści tysięcy dinarów zostanie uwolnionych siedem tysięcy mieszkańców. Na rozkaz Baliana garnizon złożył broń i w piątek, 2 października, Saladyn wkroczył do Jerozolimy.

Był to 27 dzień miesiąca Radżaba, rocznica dnia, kiedy Prorok odwiedził we śnie Jerozolimę i został stamtąd przeniesiony do nieba. Arabscy zwycięzcy zachowywali się przyzwoicie i po ludzku. O ile przed osiemdziesięciu laty Frankowie brodzili we krwi swych ofiar, muzułmanie nie plądrowali ani nikomu nie uczynili krzywdy. Za to ci, co mienili się wyznawcami Chrystusa, który głosił błogosławieństwo ubogim, okazali teraz swe prawdziwe oblicze. Wprawdzie Balian opróżnił całkowicie skarbiec królewski, ale niełatwo przyszło mu skłonić szpitalników i templariuszy do wyrzeczenia się zgromadzonych przez nich bogactw, zaś zachowanie się patriarchy Jerozolimy i jego kapituły zasługuje na specjalną uwagę.
Patriarcha ów wywołał wręcz prawdziwe zgorszenie u Arabów. Wprawdzie zapłacił za siebie dziesięć dinarów, ale opuścił miasto, uginając się pod ciężarem złota, ze sznurem wozów wyładowanych dywanami i zastawą stołową. Jak pisze Steven Runci-man, dzięki resztkom donacji cesarza Henryka II uzyskało wolność siedem tysięcy ludzi, ale gdyby zakony rycerskie i Kościół okazały się mniej skąpe, można byłoby oszczędzić niewoli jeszcze wielu tysiącom.

Barbarzyństwo krzyżowców wobec Bizantyjczyków przeszło - jak pisze Steven Runciman - wszelkie wyobrażenia. Od dziewięciu stuleci to wielkie miasto było stolicą cywilizacji chrześcijańskiej. Przetrwało w nim mnóstwo pomników starożytnej sztuki greckiej, wszędzie też spotykało się arcydzieła znakomitych rzemieślników bizantyjskich.
Wenecjanie znali się na wartości tych dzieł, więc korzystali z każdej możliwości grabieży bezcennych skarbów, które wywozili do siebie, by zdobić nimi tamtejsze pałace i świątynie.
Natomiast Francuzów i Flamandów ogarnął szał niszczenia. Rozpasany motłoch rozbiegł się po ulicach, rabując wszystko, co błyszczało, a niszcząc to, czego nie można było zabrać. Zatrzymywano się zaś tylko po to, by mordować, gwałcić lub włamywać się do piwnic z winem. Nie oszczędzono ani klasztorów, ani kościołów, ani bibliotek. W kościele Bożej Mądrości pijani żołnierze zdzierali jedwabne zasłony, rozbili w proch srebrny ikonostas, deptali po świętych księgach i ikonach. W klasztorach gwałcono zakonnice. Ów rozlew krwi i grabież trwały trzy dni, aż w końcu piękne miasto obrócono w kompletną ruinę. Nawet Saraceni okazaliby więcej miłosierdzia -wołał z rozpaczą historyk Nicetas - i miał rację. Odtąd w pamięci chrześcijan wschodnich utrwaliło się barbarzyństwo łacinników. Nigdy też im go nie wybaczyli. Schizma w oczach wschodnich chrześcijan była już zupełna, nieodwracalna i ostateczna.

W ocenie historyków czwarta krucjata była największą w dziejach zbrodnią przeciwko ludzkości jako zbrojny najazd. Doprowadziła do zniszczenia lub rozproszenia bezcennych skarbów przeszłości, gromadzonych w Bizancjum z tak wielkim pietyzmem, i zadała tym samym śmiertelny cios kulturze i cywilizacji. Efektem tej krucjaty stała się też narastająca odtąd stała wrogość między wschodnim a zachodnim chrześcijaństwem. Dokonane - w imię Chrystusa - zniszczenia kultury bizantyjskiej stało się największą tragedią średniowiecza.

Koszty krucjat w kategoriach straconego życia i zmarnowanego wysiłku były nieobliczalne. Ich wydźwięk - moralnie urągający, straty - niepowetowane. I ponad dwieście lat chybionego celu wypraw krzyżowych nie nauczyło rycerzy chrystusa nawet ani krzty humanitaryzmu. Dali temu dowód w Aleksandrii w 1365 roku. Tu nie szczędzono nikogo. Nie mniejsze piekło niż muzułmanie przeszli aleksandryjscy chrześcijanie i żydzi.
Splądrowano również warsztaty i magazyny należące do kupców europejskich. Krzyżowcy grabili meczety i grobowce, rabując lub niszcząc wszystkie ich ozdoby, nie pomijając również kościołów. I tylko pewna bogata, ułomna Koptyjka zdołała uratować część drogocennych przedmiotów należących do jej gminy, oddając w zamian cały swój majątek. Wdzierano się do domostw, a mieszkańców, którzy nie oddali natychmiast swego mienia, zabijano na miejscu całymi rodzinami. Około pięciu tysięcy jeńców - zarówno chrześcijan, jak i żydów, i muzułmanów - przeznaczono na sprzedaż w niewolę. W mieście panował odór ludzkich trupów i zwierzęcego ścierwa. Masakra w Aleksandrii raz jeszcze ukazała prawdziwy finał wypraw krzyżowych, które stawiały sobie za cel odzyskanie Ziemi Świętej. Z "miłosiernym" bogiem na ustach.

Historycy w ocenie krucjat i popełnianych w imię chrystusa zbrodni są zgodni. Życie i trud milionów ludzi, których pochowano na Wschodzie, można było z większym pożytkiem wykorzystać dla naprawy ich rodzinnego kraju - mówił Gibbon. "Prawdę mówiąc, jedynym owocem, jaki chrześcijanom na trwałe przyniosły wyprawy krzyżowe, była morela" - pisał Jacques Le Goff. Wszystkie wyprawy krzyżowe znaczyły swój szlak okropnościami, które trudno sobie wyobrazić nawet tym, którzy przeżyli masakry i mordy XX stulecia.

Czas krucjat wykazał, jak okrutni i chciwi są ludzie podjudzani okrutną i chciwą dokryną chrześcijańską. Święta wojna, prowadzona w imię Boga, okazała się pasmem nietolerancji, zakończyła zaś ruiną krajów Bliskiego Wschodu i Bizancjum. Upadły kwitnące miasta, żyzne dotąd pola i winnice obrócone zostały w pustynię. I pustynia ta w wielu miejscach pozostała do dziś.

U progu trzeciego tysiąclecia chrześcijanie nie chcą się już w imię Chrystusa wzajemnie zabijać, wojny religijne - przynajmniej na zachodzie - nie cieszą się popularnością, tendencja do jednoczenia się wszystkich chrześcijan przybrała szlachetną nazwę ekumenizmu. Nie znaczy to jednak, by na drodze "zbłąkanych owieczek" nie pojawiały się kłody. Nowym hobby chrześcijaństwa staje się inkwizycja.
 

 

   Dzisiaj brak jakiegokolwiek uzasadnienia, by poglądy heretyków uważać za zbrodnie, karać ich za nie torturami i śmiercią. A jednak w średniowieczu kościół rzymskokatolicki opanował istny szał nienawiści do heretyków.

Wypowiedziano im krwawą wojnę, podczas której zginęły ich miliony.

To tylko jeden z przypadków w historii, gdy żarliwa i ślepa wiara występując w obronie cnoty i prawdy, ginęła w mordach i krwi. Kościół stawał się coraz bardziej bogaty i chciwy, mnisi i dostojnicy kościelni lubieżni i okrutni, a nadto także skorumpowani. Coraz trudniej było znaleźć wśród duchownych ludzi przestrzegających głoszonych przez kościół zasad miłosierdzia, ubóstwa, czystości. (które to notabene są jedynie frazesami) 

Papieże dążyli do niepodzielnego panowania nad światem chrześcijańskim, l tylko kwestią czasu stało się, kiedy ich racje zaczęto poddawać w wątpliwość.


Dziwny i okrutny los spotkał także templariuszy. Tym dziwniejszy, że aż do XIV wieku powszechnie uważani byli za bohaterów. Zakon rycerski templariuszy powstał w 1119 roku, powołał go pobożny rycerz, Hugues de Payns, w celu walki z muzułmanami, choć głównym ich celem stało się zapewnienie bezpieczeństwa pielgrzymom na szlaku wiodącym do Jerozolimy. W uznaniu dla bohaterstwa rycerzy, król Jerozolimy, Baldwin II, oddał im skrzydło swego pałacu, znajdujące się w bliskim sąsiedztwie świątyni Salomona. Czasy krucjat przeminęły. Templariusze zawsze gotowi byli walczyć z niewiernymi na Wschodzie. Skoro jednak główny cel ich działalności przestał istnieć, zakon wszedł w nową rolę. Dzięki licznym nadaniom i operacjom finansowym zgromadzili templariusze wielkie bogactwa w Palestynie i Europie, co zapewniło im ogromne wpływy polityczne i przywileje. Szybko to dostrzeżono zgodnie z zasadą, że bogactwo zawsze wzbudza zawiść. Na początku XIV wieku król Francji, Filip IV Piękny, zapragnął zagarnąć majątek rycerzy. Inkwizycja stała się jego bronią. Oskarżył templariuszy o herezję. Pierwotny cel zakonu poszedł w zapomnienie. Oskarżenia Filipa IV, nieprawdziwe w każdym calu, wzięły górę. Filip IV stwierdził, że templariusze opluwają krucyfiks, oddają cześć diabelskiemu bożkowi, Bafohometowi, utrzymują związki homoseksualne. W 1307 roku Filip IV skonfiskował dobra zakonu. Potem rozpoczął się proces oskarżycielski połączony z torturami, zakończony wyrokiem skazującym na śmierć przez spalenie na stosie. Około czterdziestu żołnierzy zginęło podczas tortur w Paryżu. Żaden z nich nie oskarżył współbraci. W 1313 roku papież, Klemens V, ogłosił bullę potępiającą zakon. Oznaczało to koniec templariuszy. Ostatni mistrz zakonu, Jacques de Molay, został spalony na stosie.


Warto wspomnieć o jeszcze jednym fakcie. Wśród nieprawomyślnych wyznawców Kościoła znalazł się także Galileusz. Został uznany za heretyka, ponieważ hołdował prawdzie niezgodnej z wiedzą Kościoła. Rzym zaś odmawiał uznania dla odkryć naukowych, jeżeli nie wynikały one z Biblii lub nie zyskały aprobaty papieża. Nieomylność papieża była przecież zasadniczym elementem religii katolickiej. Otóż Galileusz ogłosił, że to Ziemia obraca się wokół Słońca, a nie na odwrót. Teorię tę wprawdzie zaprezentował wcześniej Mikołaj Kopernik, ale odkrycie swoje zdradził jedynie najbliższym, a pełny tekst dzieła "De revolutionibus orbium coelestium" opublikowano dopiero na rok przed jego śmiercią, w 1543 roku. Galileusz w 1614 roku napisał list, w którym wyłożył swoją teorię. Jego kopia została przesłana św. inkwizycji. Uznano jednak, że teoria ma niewiele związków z Kościołem, więc nie wniesiono przeciwko uczonemu oskarżenia. Gdy jednak Galileusz udał się do Rzymu, wówczas papież Paweł V, postanowił ponownie przedstawić teorię tę inkwizycji. Galileuszowi wytoczono proces. Teorię kopenikańską uznano za niedorzeczną, bo sprzeczną z Pismem Świętym i odstąpiono od oskarżania Galileusza o herezję. Wydano jednak orzeczenie, by zaprzestał nauczania i obrony teorii kopenikańskiej. Gdy Galileusz zażądał od Rzymu certyfikatu, w którym byłoby wyraźnie napisane, czego mu się zabrania, Watykan prośbie odmówił. W 1632 roku Galileusz opublikował "Dialog o dwóch najważniejszych układach świata. Wyraźnie kpił w nim z poglądów Kościoła. Wówczas ponownie postawiono go przed trybunałem. Galileusz był już wtedy starym człowiekiem i w obawie przed torturami poglądy swe odwołał. Skazano go na dożywotni areszt domowy.
 

   Kiedy kościół rzymskokatolicki gdy został ogarnięty szałem nienawiści do heretyków, wypowiedziano im krwawą wojnę, w której zginęły ich miliony. W obronie cnoty i wiary zapłonęły stosy. Kościół wykorzystał wszystkie znane sobie od lat metody, by na heretykach wymusić przyznanie się do winy. Przez lata walki z heretykami metody te usprawnił i wzbogacił. Dzięki inkwizycji kościół realizował tylko własne cele. Zadaniem inkwizytorów było uzyskanie od heretyków przyznania się do winy. Dobór metody zależał tylko od oprawców. Kościół posiadał pełne uprawnienia śledcze i podejrzanych nie przekazywał już władzom świeckim. Od momentu posądzenia o herezję nie mieli oni żadnych praw obywatelskich. Majątki ich były natychmiast konfiskowane, pomnażając tym samym bogactwo Kościoła. Zyskiwali na tym także inkwizytorzy. Nic więc dziwnego, że i biskupi, początkowo odnoszący się z rezerwą do walki z heretykami, dołączyli z czasem do inkwizytorów w zamian za konkretne materialne zyski.

Najważniejszym warunkiem i zarazem kryterium doboru była odraza do heretyków. Do stwierdzenia winy potrzebne były zeznania dwóch świadków. Zawsze znaleźli się usłużni donosiciele. Zadenuncjować heretyka mógł każdy, nawet kryminalista. Zeznania takiego świadka stanowiły pełnowartościowy dowód w procesie. Drugiego świadka nietrudno było znaleźć. Zawsze można go było przekupić - albo też zmusić torturami - by potwierdził zeznania pierwszego. Oskarżony teoretycznie nie pozostawał bez szans. Zamykano go najpierw w jego własnym domu i poddawano intensywnemu przesłuchaniu. Jeżeli nadal odmawiał odstąpienia od herezji, doprowadzano go przed inkwizycję. Obrońcę zapewniała mu tylko władza papieska. Każdy inny prawnik, który podjąłby się obrony, oskarżany był o taką samą zbrodnię. Inkwizytorzy byli zaślepieni nienawiścią i żądzą zysku. Upajali się swoją władzą. W ich fanatyzmie nie było miejsca na sprawiedliwość. Jedynym ich celem było zmuszenie ofiar do przyznania się do winy. Cel uświęcał środki. Nieprzyznanie się do herezji oznaczało, że oskarżony nie chce się wyrzec swojej wiary.

Według inkwizytorów światu zagrażali nie tylko heretycy, ale także i czarownice. (https://www.poganin.eu/antyteizm/wypatrosz-dla-mnie-synka

Inkwizycja wynajdowała ich niezliczone rzesze. Papież Innocenty VIII był przerażony "epidemią" czarownic w Europie. Najwięcej spalono ich w Niemczech. W dwudziestu dwóch miasteczkach w pobliżu Triem, w Nadrenii, w ciągu sześciu lat spłonęło trzysta sześćdziesiąt osiem kobiet. Większość kobiet spalono na stosie, jednak co bardziej wyrafinowani kaci wynajdowali coraz to nowe sposoby tortur i pozbawiania życia. I tak czarownice poddawano próbom: łez, wody, szpilek, ognia i wagi. Były to ordalia, czyli sądy boże.
Próba wody nie dawała kobiecie posądzonej o czary żadnej szansy ujścia z życiem. Gdy pławiona z kamieniem u szyi tonęła - oznaczało to jej niewinność. Gdy unosiła się na powierzchni, czemu sprzyjały ówczesne ubiory - oznaczało to jej związek z czarną magią, ponieważ ciało nie chciało się zanurzyć w wodzie, którą była chrzczona.
Próba łez miała udowodnić, że czarownica jest nieczuła na ból, nie umie płakać nawet podczas wymyślnych tortur. Inkwizytorzy twierdzili przy tym, że czarownice nie ronią łez dlatego, ponieważ służą one grzesznikom do zmywania grzechów. Jednak gdy nawet ofiara zalewała się łzami, nie świadczyło to jeszcze o jej niewinności. Inkwizytorzy bowiem
dokonywali oceny i orzekali, które z łez były prawdziwe, a które udawane.
Próba wagi miała natomiast wykazać, że czarownice są lekkie jak piórko. Zamiast odważnika kładziono na szalę Biblię. Jeżeli czarownica okazywała się cięższa, podejrzenie było słuszne. Tylko gdy szale równoważyły, poddawana próbie uznawana była za oczyszczoną z zarzutów. To się oczywiście nie zdarzało.
Próba ognia nakazywała przejście przez szpaler ognia. Kiedy kobieta zapłakała bądź zapaliła się lub nie miała znamienia, przypisywano to jej czarom szatańskim. Każdy wynik był zły.



Wolter obliczył, że w imię wiary 9 468 800 chrześcijan straciło życie za sprawą innych chrześcijan. Większość z nich to ofiary inkwizycji.


Teologowie katoliccy odpowiedzialność za inkwizycję zrzucają wyłącznie na średniowieczną hierarchię kościelną, która w tej materii weszła we współpracę ze średniowiecznymi władcami politycznymi i włączyła do kościelnego prawa elementy przymusu i represji, tak przecież obce duchowi Ewangelii. (czyżby? https://www.poganin.eu/antyteizm/don-chrystus

To ludzie kościoła są winni, a nie kościół - mówią także i dziś, kiedy Jan Paweł II u progu trzeciego tysiąclecia chce
przeprosić świat za zbrodnie w imieniu Kościoła.
Cóż, można i tak. Kościół katolicki jest niezrównanym mistrzem hipokryzji.

Z dziewięciu papieży zasiadających w Watykanie w latach 1555-1591 ośmiu było poprzednio inkwizytorami. Wiedząc, że gorliwa działalność inkwizytorska toruje drogę do najwyższych godności i dochodów kościelnych, biskupi i inkwizytorzy prześcigali się w
akcji palenia książek, w prześladowaniach uczonych i w posyłaniu na stosy wszystkich tych, którzy ośmielili się myśleć i czuć inaczej, niż głosiła to oficjalna doktryna katolicka.
Jedno jest pewne. Wbrew temu, co się oficjalnie głosi, wszystkie podstawy ideowe średniowiecznej inkwizycji pozostały w kościele rzymskokatolickim nadal żywe i aktualne po dziś dzień. Nie płoną dziś stosy, ani nikogo nie poddaje się fizycznym torturom, ale nadal istnieje średniowieczny trybunał inkwizycyjny - niegdyś zwany Congregatio Sanctae
Inquisitionis Haereticae Pravitatis, dziś natomiast krócej: Congregatio Sancti Officii - i tak, jak kiedyś, zgromadzeniu temu przewodzi sam papież.

Początki inkwizycji sięgają czasów późnego cesarstwa rzymskiego, kiedy to w IV wieku chrześcijaństwo stało się religią oficjalnie obowiązującą w imperium rzymskim, a cesarze zobowiązywali wszystkich poddanych im chrześcijan do wyznawania ortodoksyjnej nauki chrześcijańskiej. W średniowieczu w myśl tej tradycji heretyków uznawano za wrogów kościoła i państwa, papiestwo zaś stało się tyranem świata wyposażonym w najstraszliwsze narzędzie nacisku - inkwizycję.

Nic więc dziwnego, że cesarze i królowie świata chrześcijańskiego bezwolnie poddawali się zarządzeniom rzymskich biskupów. Ci zaś gorliwie tropili wszystko, co mogło być uznane za heretyckie, co było choćby tylko śladem sprzeciwu wobec doktryn i dekretów Watykanu. Wystarczało, że usłyszano o najmniejszej wątpliwości lub kwestionowaniu dogmatów papieskich, by pozbawić życia bogatego lub biednego, wysoko lub nisko urodzonego.

To Fiodor Dostojewski odważył się pierwszy użyć słowa inkwizycja jako słowa klucza, słowa syntezy, służącego do opisania wszystkiego, co w kościele urządzone jest nie na sposób Chrystusowy, lecz ludzki lub, co gorsza, diabelski. A gdy przyjrzysz sie dokładnie zrozumiesz, że to własnie postępowanie iście boskie jak i również zgodne nie tylko ze starym ale i nowym testamentem. Tym jest właście doktrynowo chrześcijaństwo. Faszyzmem wobec innowierców i wszelkich innych nie pasujących kościołowi katolickiemu.


I nie rzecz w tym ile diabła odnajdujemy teraz jako bardziej świadomi w poczynaniach kościoła przez wieki. Nie da się usprawiedliwić ideologii zrzucając winę na ludzi bo to właśnie owa ideologia tworzy dokładnie takich ludzi. Takie zachowania to nie wyjątek lecz reguła. Rzecz w tym, że znakomita większość z nas wciąż wierzy w dogmaty, tą skrzywioną ideaologię, "prawdę" tworzoną przez jeśli nie tych samych to takich samych ludzi w imię jakiegoś dziwnego tworu boga lub niby zbawiciela. Wierzy ślepo i amen. Zbawiciela, którym został niejaki okrutny terrosysta (https://www.poganin.eu/antyteizm/jezus-chrystus-czyli-mitra)


Na koniec dla żarliwych broniących swej wiary, miłosiernego chrześcijaństwa. Dla tych którzy wciąż mówią tylko „tak” i „amen”- rarytasik: „ Stosowano także inne narzędzie tortur, tak zwaną gruszkę. W zależności od kategorii przestępstwa wkładano j ą bądź to do gardła, odbytu albo do pochwy, po czym uwalniano sprężynę lub śrubę, która rozwierała to urządzenie. Posądzenia o stosunki z szatanem karano otwarciem gruszki w pochwie. Mało która kobieta miała szansę to przeżyć”


Miałobyć o wartościach, a powiedziełem o Chrześcijaństwie jakby to było tożsame. Jeśli chcemy wartości musimy zapomnieć o religii. To banalnie proste. Mówią, że chrześcijaństwo dało światu wiarę. Nie oponują przeciw temu ale czym jest wiara? Wiara zawsze jest ślepa. Człowiek, który wie, nie potrzebuje wiary.
Biblia mówi, że nie powinno się niczego zmieniać, ani nawet próbować zmienić, ponieważ Bóg uczynił wszystko doskonałym. Jest to ostateczna wypowiedź przeciw rewolucji, zmianie, ewolucji, polepszaniu losu biedoty i chorych. To fundamentalne motto chrześcijaństwa: "niczego nie zmieniać", oznacza śmierć dla ludzkości, śmierć dla tej pięknej planety. (https://www.poganin.eu/antyteizm/nie-bedziesz-ewoluowal

 

Chrześcijaństwo jest najbardziej przestarzałą religią. Wszystkie jego założenia są absurdalne. Człowiek musi się pozbyć wszystkich religii, w tym chrześcijaństwa, w przeciwnym bowiem wypadku nigdy nie będzie zdrowy, nie stanie się jednością, nigdy nie pozna radości i błogosławieństw życia. Nigdy nie pozna prawdy. Jeśli religie nadal będą istnieć, całą ludzkość wpędzą w szaleństwo. Nadszedł czas, aby pozbyć się chrześcijaństwa i wszystkich tak zwanych religii, będących różnymi odmianami tej samej głupoty.

To działo się na przestrzeni wieków i dzieje się teraz na naszych oczach. Orgia bezmyślnego szaleństwa.

Wiara nie jest cnotą, nie stanowi wielkiego wkładu do ewolucji człowieka. Wiara jest największą przeszkodą, stojącą na drodze człowieka poszukującego prawdy. Zanim wyruszysz na jej poszukiwanie, już wręcza ci się brudną wiarę z drugiej ręki i mówi ci się, że to wystarczy.
Religie uczą wiary, ponieważ nie są w stanie pomóc ci w znalezieniu prawdy. Same nie wiedzą, czym jest prawda.


Mówię wam, że absolutnie żadna wiara nie jest potrzebna.
Miejcie wiarę w siebie i z głęboką ufnością poszukujcie swoich korzeni. Nie znajdziecie ich w kimś innym, w żadnych pismach, w żadnym pasterzu, mesjaszu czy proroku. Absolutnie nie.

Wiara to największa przeszkoda dla poszukujących prawdy.

Innym niebezpieczeństwem religii jest nadzieja.Kto potrzebuje nadziei? Bogaty człowiek się nie martwi; to biedni, chorzy, umierający, głodni, żebracy, to oni potrzebują nadziei na przyszłe życie, gdzie zostaną natychmiast nagrodzeni. Nie będą już biedni, nie będą żebrakami. Nie będą produkować dziesiątków dzieci i tworzyć większego ubóstwa w świecie, zostaną nagrodzeni w niebie.

Z nauk biblii i faktów historycznych można ujrzeć, że Bóg pragnie, aby ten świat zamienił się w slumsy; wtedy będzie bardziej szczęśliwy. Każdy będzie miał wiarę, wszyscy będą posłuszni, wszyscy będą chodzić do kościoła i Bóg będzie bezgranicznie szczęśliwy.

Ale jeśli ludzie zaufają sobie, kto będzie się przejmował bogiem? jeśli przyjrzymy sie temu co nas otacza kto będzie potrzebował boga? Będziecie się coraz bardziej zbliżać do swojej własnej boskości. Swoją własną świątynię odnajdziesz wewnątrz siebie. Zewnętrzny Bóg stanie się fikcją.

Nadzieja jest zawsze czymś na przyszłość, a rzeczywistość jest zawsze teraz. Nadzieja pozbawia was teraźniejszości, a teraźniejszość jest jedyną chwilą, w której możesz badać swoją rzeczywistość, swoje piękno, swoją prawdę, swoją boskość. Nadzieja to bardzo chytra strategia.

Nadzieja nie przyczynia się do postępu ludzkości. Zapobiega postępowi. Sprawia, że ludzie zaczynają wierzyć w sny. Nie tworzą rzeczywistości, nie przekształcają jej, nie zmieniają struktury społecznej, nie zmieniają instytucji, które tworzą wyłącznie cierpienie i nic innego. Zapobiega temu nadzieja!

Nie znam nawet jednej rzeczy, którą zrobiły religie, a która byłaby dobra dla ludzkości.

Z żalem myślę o wszystkich tych kobietach, o milionach kobiet spalonych żywcem przez papieży. Z żalem mówię o tych kobietach, ale nie mogę mówić bez goryczy o tych wszystkich papieżach, którzy byli zwykłymi mordercami.

Religie zabiły więcej ludzi, niż uczyniły to wojny. Wojny polityczne są na drugim miejscu, więcej ludzi zabito podczas wojen religijnych, krucjat, dżihadów /"Świętych wojen"/. Muzułmanie zabijali chrześcijan, chrześcijanie zabijali muzułmanów, chrześcijanie zabijali żydów, hindusi muzułmanów, muzułmanie hindusów, hindusi buddystów...etc


Cała historia religii jest tak krwawa, że nie widzę dlaczego nie miałbym czuć goryczy, kiedy mówię o tych kryminalistach.
 

 

   Żadna religia nie może istnieć bez tworzenia w ludziach strachu - strachu przed piekłem, karą, wiecznym ogniem. Żadna religia nie zgromadzi ludzkich mas, by móc je eksploatować, jeśli wcześniej nie wzbudzi w nich poczucia winy i strachu. Osoba, która czuje winę, musi sobie jakoś znaleźć zbawiciela. Popełniło się grzech, a wszystkie religie tworzą tyle grzechów, ile jest tylko możliwe. W istocie grzech jest wszystkim, co daje wam szczęście. 

Wina jest więc absolutnie konieczna, ale jak ją stworzyć? Po pierwsze trzeba pokazać ludziom, że wszystkie te rzeczy są grzechem. Jeśli zrobi się którąś z nich, pojawia się wina i będziesz bardzo cierpiał, przez całą wieczność w ogniu piekielnym. Wina tworzy więc strach: "Mój Boże, kocham kobietę!" - a wszystkie religie mówią, że kobieta to brama do piekła.

https://www.poganin.eu/antyteizm/chlop-sie-modli-a-kobieta-gzi

Zawsze mnie to zastanawiało: jeśli kobieta jest bramą do piekła, to żadna kobieta nie może pójść do piekła; ona jest bramą, a bramy się nie poruszają, bramy nie chodzą. Tylko mężczyzna może iść do piekła, kobiety pozostaną na zewnątrz. Być może nie dostaną się do nieba, ale nie będzie ich również w piekle. Sądzę, że to doskonała pozycja! Pozwólcie, żeby do piekła dostało się tylu mężczyzn, ile będzie to możliwe; biedne stworzenia, nie potrzebujecie się obawiać, jesteście bramą!

Nie kochaj kobiety, bo będziesz skończony. Nie tańcz, nie śpiewaj, nie wyglądaj na zadowolonego. Wyglądaj smutno. Im smutniej wyglądasz, tym jesteś bardziej religijny. Ci smutni ludzie zbierają się w kościołach, świątyniach, meczetach, aby księża pomagali im, prowadzili ich. Jeśli popełnią jakiś grzech, czują się winni, są smutni.

Religie żywią się i smakują twoją winę i twoje grzechy. Chrześcijaństwo kładzie na nie większy nacisk, niż inne religie, ale inne religie mają również tę samą strategię.

Egzystencja nigdy nie została stworzona. Cały ten spór jest absolutnie niepotrzebny. Każda z religii myśli, że to wszystko musiało kiedyś zostać stworzone, w przeciwnym razie skąd by się wzięło.

Ale nie myślą: "Skąd wziął się Bóg?" Jeżeli to Bóg stworzył świat, to skąd on sam się wziął? Kto go stworzył? A jeśli Bóg jest niestworzony, to jaki sens ma tworzenie zbędnych hipotez? To jest podstawa wszelkich odkryć naukowych: nie tworzenie zbędnych hipotez.

Jeżeli Bóg został stworzony przez innego, większego Boga, dochodzi się do absurdu, co logicy nazywają regressum infinitum. Dojdziesz do końca i nie znajdziesz odpowiedzi na pytanie: kto stworzył ostatniego Boga?

Sama egzystencja wystarcza. Czyż nie wystarcza, ze ogórd jets piękny, muszą w nim żyć jeszcze wróżki?

Nauczam was o boskości, nie o Bogu. Bóg to wymysł kapłanów. Bóg jest fikcją, która ma cię pocieszać, ma cię straszyć, ma sprawić, żebyś poczuł się winny. Wszystkie religie polegają na twojej winie, opierają się na twoim strachu, ale to nie jest autentyczna religijność.

https://www.poganin.eu/antyteizm/wyzsze-chrzescija-stwo


   Bóg stworzył świat i w każdym kościele słyszysz, że stworzył Adama i Ewę po tym, jak stworzył wszystko inne. To kłamstwo. Na początku stworzył Adama i Lilith, ale tego nie mówi się ludziom. Istnieją pewne powody, dla których tak właśnie jest. Bóg stworzył Adama i Lilith z tego samego błota. To mit, ale niesie z sobą ogromne znaczenie. Wskazuje to na całkowitą głupotę Boga: stworzył malutkie łóżko, tylko jedno, z męską, szowinistyczną ideą, mówiącą, że Adam będzie spał na nim, a Lilith na podłodze. Kobieta nie mogła być równa mężczyźnie.

Począwszy od tej chwili całe chrześcijaństwo występuje przeciw równości. Jeżeli sprzeciwił się jej Bóg, wówczas równość, równe możliwości dla wszystkich, nie mogą zostać zaakceptowane. Dlatego chrześcijaństwo jest przeciw komunizmowi, przeciw symbiozie. Chrześcijaństwo od prapoczątku polega jedynie na faworyzowaniu meżczyzny. I czynienia sobie ziemi poddanej.

https://www.poganin.eu/antyteizm/prawdziwy-symbol-chrzec59bcijanstwa

 

A ja mówię, że Bóg był skończonym głupcem, ponieważ kiedy tworzył ludzką parę, powinien był przynajmniej zrobić podwójne łóżko. Już pierwszej nocy doszło do walki, która trwa po dziś dzień. Lilith chciała spać na łóżku i Adam też chciał spać na łóżku, ale ono nie pomieściło obojga. Adam zrzucił więc Lilith z łóżka, potem Lilith skoczyła na Adama i on z kolei wylądował na podłodze, tylko dlatego, że głupi Bóg nie pomyślał wcześniej, że potrzebne było podwójne łóżko! Na drugi dzień Adam nie zadał Bogu właściwego pytania: "Dlaczego nie dałeś nam większego łóżka?", które wydawałoby się czymś logicznym, ale powiedział: "Nie mogę dłużej tolerować tej kobiety, która chce mi być równa". I Bóg zabił Lilith, swoją własną córkę. Bóg również był męskim szowinistą. Faworyzował Adama, chociaż nie było to sprawiedliwe wobec Lilith, a ta niesprawiedliwość posunęła się nawet do zbrodni. Zamordował własną córkę, ponieważ domagała się równości.

Tak więc Bóg uśpił Adama i wyjął mu kość z żebra - pierwsza operacja chirurgiczna - i z tej kości stworzył Ewę. Nigdy już nie będzie mogła oświadczyć, że jest równa mężczyźnie; przecież jest tylko jego kością żebrową. Będzie służyć mężczyźnie, będzie mu oddana, będzie go czcić. Wieki powtarzania słów, że na początku Bóg stworzył Adama i Ewę sprawiły przynajmniej to, że kłamstwo wydaje się być prawdą.

https://www.poganin.eu/antyteizm/calus-dla-weza

W Chinach wierzy się, że kobieta nie ma duszy. Jest tak jakby była meblem; od tysięcy lat w Chinach jest tak, że jeśli mąż zabije żonę, nie uważa się go za zbrodniarza. Żona jest jego własnością. Możesz zniszczyć krzesło, możesz zniszczyć wszystko, co posiadasz i nie będzie to zbrodnią. Ponieważ kobieta nie ma duszy - nikt nie został zamordowany.

Również w Tajlandii wierzy się w to, że kobieta nie ma duszy. Chrześcijanie przez stulecia zabili miliony kobiet, tylko z tego powodu, że ich tradycja była o wiele starsza, niż samo chrześcijaństwo. Nazywano je czarownicami. Chrześcijaństwo sprawiło, że słowo "czarownica" odbiera się jako coś szpetnego, szkaradnego. "Czarownica" oznacza mądrą kobietę, a nie kobietę, która ma stosunek z diabłem. To już jest chrześcijański wymysł. Nie mogli tolerować mądrych kobiet, bo jak można by wtedy nazwać księdza, biskupa, kardynała czy papieża? Czyż kobieta może być mądra? - nie, nigdy! Tylko mężczyzna może być mądry. A ponieważ te kobiety były z pewnością mądrzejsze od mężczyzn - miały za sobą długie dziedzictwo - jedynym sposobem zniszczenia ich było znalezienie wytłumaczenia.

https://www.poganin.eu/antyteizm/ciag-krotkich-mysli/mysl-391

Kobieta nie może pójść do nieba z ciałem kobiety. Po pierwsze musi być cnotliwa, nieskalana, całkowicie oddana mężowi; wówczas w następnym życiu będzie się mogła odrodzić jako mężczyzna - z tej właśnie cnotliwości bycia niewolnicą. Niewolnictwo jest cnotą! Posłuszeństwo jest cnotą!
I to nazywacie cywilizacją?
Jeden z tych mnichów powiedział, że chrześcijaństwo stworzyło cywilizację. Całkowity nonsens i absurd!

"Rigweda" została napisana 9 000 lat temu, ponieważ pewna konstelacja gwiazd, którą opisuje ze szczegółami, nigdy więcej się nie powtórzyła. A Bóg stworzył świat zaledwie 6000 lat temu. Oczy chrześcijan są ślepe. Nie mogą się przyjrzeć egzystencji, ponieważ uniemożliwiają im to pisma. Pisma nie pozwalają im przyjrzeć się rzeczywistości. Gdzie był twój Bóg i twoi chrześcijanie, kiedy tworzono "Rigwedę"? Kiedy pisano Upaniszady, w Europie panowało barbarzyństwo. Będziecie zdziwieni dowiadując się, że arytmetyka powstała w Indii, proch armatni i karabiny maszynowe zostały wymyślone przez Chińczyków przed narodzeniem Chrystusa. Alfabet narodził się w Indii, tak samo astronomia.


Według chrześcijan grzech pierworodny został popełniony przez Adama i Ewę. Według mnie grzech pierworodny popełnił chrześcijański Bóg. Kiedy stworzył Ewę z żebra Adama, powiedział im: "W ogrodzie Eden nie wolno wam jeść owoców z dwóch drzew". Jedno z nich było drzewem wiedzy, drugie drzewem życia wiecznego. Który to ojciec zabrania swoim własnym dzieciom być mądrymi i inteligentnymi, przeszkadzając im w osiągnięciu wieczności i wyrwaniu się z kręgu narodzin i śmierci? Cóż za Bóg tak czyni?

Nawet chrześcijański Bóg nie jest cywilizowany. Nie zasługuje na to, by nazywać go ojcem. Żaden ojciec nie będzie deprawował swoich dzieci. Każdy, nawet najbiedniejszy ojciec, stara się, żeby jego dzieci uczyły się, były bardziej inteligentne, mądrzejsze. I każdy ojciec próbuje modlić się o dłuższe życie dla swoich dzieci.


Tak więc Bóg jest idiotą, nie zna nawet małej cząstki psychologii. Jest męskim szowinistą. Zabił swoją własną córkę, jest więc mordercą. Wypędził Adama i Ewę z ogrodu w obawie, że mogliby zjeść owoce życie wiecznego.


   Mówią, że kościół chrześcijański występuje w obronie prawdy, uczciwości i lojalności.
Po pierwsze należy zapytać, czy kościół chrześcijański zna prawdę? Wierzy w fikcyjnego Boga, wierzy w fikcyjnego diabła, wierzy w niebo i piekło, a nie ma żadnego dowodu na ich istnienie. Jakiej więc prawdy strzeże?

Kościół w istocie nie zna sposobu osiągnięcia prawdy. Modlitwa nie jest sposobem, ponieważ modlitwa opiera się na wierze w Boga. Już zaakceptowałeś jakieś wierzenie. Wierzenie nie jest prawdą. W prawdę nie musisz wierzyć.


   Chrześcijaństwo nie wierzy w ewolucję, wierzy w kreację. Powinniście wyraźnie zobaczyć tę różnicę.
Papież powiedział do Galileusza:
- Musisz zmienić swoją książkę. Musisz napisać, że słonce krąży wokół ziemi, ponieważ tak jest napisane w Biblii. Biblia jest świętym, boskim pismem, napisanym przez samego Boga, a Bóg nie może popełnić błędu. - Nawet papież nie może popełnić błędu, jest nieomylny.
Galileusz musiał mieć ogromne poczucie humoru. Powiedział:
- Nie widzę w tym problemu. Mogę zmienić swoją książkę, mogę napisać że słońce krąży wokół ziemi, ale pamiętaj; to niczego nie zmieni. Ziemia ciągle będzie krążyć wokół Słońca. Ziemia nie będzie czytać mojej książki. Tak samo Słońce. Dlaczego tak bardzo się tego boisz? Mogę to udowodnić w sposób naukowy.

Chrześcijanie zabili więcej ludzi w świecie, niż jakakolwiek inna religia. Na drugim miejscu są muzułmanie, ale to chrześcijanie tu przodują i to z dobrze znanych powodów. Zabijali ludzi, aby zmusić ich do stania się chrześcijanami. Oczywiście, jeśli staje się przed wyborem pomiędzy śmiercią, a chrześcijaństwem, to każda krucha ludzka istota wybierze raczej chrześcijaństwo, aniżeli śmierć. Pojawił się wiec strach: "Zostanę zabity. Jedyną alternatywą jest zostanie chrześcijaninem".

Nie tylko chrześcijanie tak mówią... Nawet Jezus powiedział: "Każdy, kto idzie do Raju Boga, idzie tam poprzez mnie, nie ma innej drogi. Ja jestem drogą. Sprowadź ludzi na tę drogę, nawet jeśli miałbyś ich do tego zmusić". Przyświecały mu dobre intencje. Trzeba to rozumieć. Ale był obrzydliwy tak samo jak jego ojciec https://www.poganin.eu/antyteizm/potomek-gwalciciela

Bardzo trafne jest stare przysłowie, które mówi: "Droga do piekła jest wybrukowana dobrymi nadziejami". Krucjaty chrześcijan przeciw poganom prowadzono z dobrymi intencjami. Chcieli, aby wszyscy poszli do raju. A ponieważ się opierali, musieli zostać zabici. Będą stanowić przykład dla innych pogan: "Jeśli nie chcesz zostać zabity, zostań chrześcijaninem!"

Dżinizm i buddyzm są najbardziej cywilizowanymi religiami świata. Nie zabiły nikogo, nawet jednej osoby, aby ją nawrócić. A kościół chrześcijański nazywa siebie kościołem wojującym. Wojsko i kościół? Z pewnością chrześcijanie zabili więcej ludzi, niż jakakolwiek inna religia. To jest kościół wojujący. Utrzymywał wielkie armie, które wysyłał do nawracania pogan. Poganie byli wspaniałymi ludźmi, o wiele wspanialszymi od jakiegokolwiek chrześcijanina. Byli czcicielami natury. Kochali drzewa, rzeki, góry, gwiazdy, słońce, księżyc... to był ich świat. Nie było w nim Boga, nieba ani piekła. Samo życie było rajem. To, co powiedział Budda, mówili również poganie. Ale chrześcijanie zabijali lub nawracali ich, traktowali ich jak podludzi, zabijali ich jak zwierzęta, tak jakby nie zaliczali się do ludzkiej rasy.

W Ameryce zdarzyło się to na ogromną skalę. Do Ameryki pojechali wypędzeni z Anglii kryminaliści. Założyli dwa pierwsze stany i zaczęli zabijać czerwonoskórych Indian, pierwotnych mieszkańców Ameryki. Ci, którzy przeżyli, zostali zmuszani do pójścia w głębokie lasy. Nazwano je rezerwatami, ale jest to tylko inne słowo. Są to obozy koncentracyjne, istniejące od tak dawna, że nawet Hitler nie był tego świadomy.

Chrześcijanie mówią, ze śmierć jest karą za grzechy. Dziwię się, że nawet inteligentni ludzie mówią takie nonsensy. To dlaczego święci umierają? Jeśli ludzie umierają wskutek grzechów, to dlaczego papieże umierają? Dlaczego umarł Jezus? I według Fryderyka Nietzschego... dlaczego Bóg umarł? Albo wszyscy popełniali grzechy, albo też cała ta idea jest absolutnie fałszywa. Śmierć jest zjawiskiem naturalnym, nie ma nic wspólnego z grzechem.

W istocie wszystko, co jest przyjemne, zostało zniszczone przez chrześcijaństwo, które mówi, że nie możesz cieszyć się życiem, kiedy inni cierpią. Cóż to oznacza? Jeżeli inni ludzie mają raka, to czy ty również powinieneś go mieć?

Chrześcijanie sprawili, że cały świat jest pełen smutku. Kościoły to najsmutniejsze miejsca; nawet cmentarze są bardziej radosne, z kwiatami i pięknymi drzewami. A kościoły?... Kiedyś byłem w kościele. Gdy wchodzisz do kościoła, czujesz się, jakbyś wchodził do piekła; brakuje tylko ognia,

Nauki chrześcijańskie są całkowicie nieludzkie! Ludzie cierpią, ponieważ Bóg chce, aby cierpieli. Nie śmiej się, ani nie uśmiechaj, nie ciesz się niczym... Dlaczego właściwie nie miałoby się popełnić samobójstwa? Po co żyjecie? Tylko po to, by patrzyć na cierpienie swoje i innych?

Chrześcijaństwo nie pozostawia innej alternatywy, jak tylko samobójstwo. To nie przypadek, że filozofowie Zachodu doszli do egzystencjalizmu, który poucza, że jedynym wyjściem jest samobójstwo. Chrześcijaństwo głęboko wewnątrz uczyniło ten świat tak smutnym, że wydaje się, iż prawie nie ma potrzeby, by wstać jutro rano. Po co? By przedłużać cierpienie?

Powód tego wszystkiego jest oczywisty. Tylko ludzie nieszczęśliwi będą szukać rady księży i papieży. Tylko ludzie nieszczęśliwi mogą zostać zniewoleni. Tylko im można powiedzieć: "Jesteście owcami, a my - pasterzami". Tylko nieszczęśliwi ludzie potrzebują zbawienia. Osoba szczęśliwa nie potrzebuje żadnego zbawienia.

Ja nie potrzebuję żadnego zbawienia! Rozwiązałem wszystkie swoje problemy. Odnalazłem siebie. Znalazłem drzwi do boskości. Nie potrzebuję żadnego pasterza i nie chcę, żeby mnie nazywano owcą.

Z przyjemnością dałbym klapsa jezusowi chrystusowi.

 

Chrześcijaństwo zmieniło lwy w owce.

Ktoś, kto mówi: "Wierzę w Boga", nie rozumie ani jednego słowa z tego, co mówi. To, że się w coś wierzy oznacza brak wiedzy. Jest to całkowita ignorancja. Ludzie wmusili w siebie tę ideę, a ty trzymasz się jej, tak jakbyś znał Boga. Człowiek, który wierzy w Boga, nie powinien być z tego dumny, ale powinien się wstydzić.

Wiara ukrywa twoją niewiedzę.

Jednak chrześcijaństwo i wszystkie inne religie stale wprowadzają chaos do umysłów ludzi. Nie widzą różnicy pomiędzy wiarą, a wiedzą. Ślepiec może wierzyć w światło, ale to mu nie pomoże. Aby ujrzeć światło potrzeba oczu, a wtedy nie ma już potrzeby, by wierzyć. Jeśli coś wiesz, czy potrzebujesz w to coś wierzyć?

Czy wierzysz w światło, w księżyc, w gwiazdy? Po prostu wiesz, nie jest to kwestia wiary. Wiara polega tylko na poparciu fikcji i kłamstw, nie po to, by wspomagać prawdę. Każdy system wierzeń stanowi przeszkodę na drodze rozwoju duchowego.


Reszta to tylko ludzkość. Nad ludzkością trzeba górować siłą, wysokością duszy; pogardą.
Fryderyk Nietzsche


Co jest dobre? Co jest dostojne? Wszystko, co zwiększa w człowieku poczucie mocy, wolę mocy, samą moc.
Co jest liche? Co jest ujemne? Wszystko, co pochodzi ze słabości.


Pytaniem jest co ma zastąpić ludzkość w łańcuchu istot, człowiek wydaje się być końcem. Szkopuł w tym, jaki typ człowieka należy wyhodować, jakiego typu człowieka należy chcieć, jako istoty wyższej pod względem wartości, jako istoty godniejszej życia.
Ten wyższy pod względem wartości typ dość często się już pojawiał: hodowano go i osiągnięto: zwierzę domowe, zwierzę stadne, chore zwierzę człowiek; chrześcijanin.
Chrześcijaństwa nie powinno się gloryfikować: wydało ono wojnę na śmierć i życie temu wyższemu typowi człowieka, wszystkie jego fundamentalne instynkty skazało na wygnanie. Chrześcijaństwo wzięło stronę wszystkiego, co słabe, co niskie, co nieudatne, sprzeciw wobec instynktowi samozachowawczemu właściwego życiu. Zepsuło rozum nawet najpotężniejszych duchowo natur, ucząc odczuwać naczelne wartości duchowe jako grzeszne, jako błędne, jako pokuszenie.
Zwierzę, gatunek, musi być zepsute, jeśli traci ono swe instynkty, jeśli wybiera, jeśli preferuje to, co dlań szkodliwe. Samo życie przejawia się instynktem wzrostu, instynktem trwania, instynktem mocy: gdzie brak woli mocy, tam następuje schyłek.
Chrześcijaństwo nazywa się religią współcierpienia, a ten kto współcierpi traci siłę.

Przekwalifikowaliśmy się. Staliśmy się pod każdym względem skromniejsi. Nie wywodzimy już człowieka z „ducha", z „bóstwa", na powrót postawiliśmy go między zwierzętami. Uważamy go za najpotężniejsze zwierzę, ponieważ jest on najbardziej przebiegłym zwierzęciem: następstwem tego jest jego duchowość. Z drugiej strony, bronimy się przed próżnością, która i tutaj chciałaby dojść do głosu: jakoby człowiek był wielkim, ukrytym celem ewolucji zwierzęcej. W żadnym razie nie jest on koroną stworzenia, każda istota obok niego stoi na tym samym szczeblu doskonałości. Twierdzę ponadto, że człowiek jest relatywnie biorąc, zwierzęciem najbardziej nieudanym, najbardziej chorowitym, które najniebezpieczniej zbłądziło i odeszło od swych instynktów

Ale coś się stało. Niemal dwa tysiąclecia i ani jednego nowego Boga. Zamiast tego wciąż jeszcze, ak coś uprawnionego w człowieku, ten godny pożałowania Bóg chrześcijańskiego monotonoteizmu, ten hybrydyczny twór upadku, twór z zera i sprzeczności.

W chrześcijaństwie na czoło wysuwają się instynkty podległych i uciemiężonych: swego zbawienia szukają w nim najniższe stany społeczne.
Jako zajęcie, jako środek na nudę uprawia się tu kazuistykę grzechu, samokrytykę, inkwizycję sumienia; stale podtrzymuje się poprzez modlitwę uczucie wobec Mocarnego, nazywanego „Bogiem"; rzeczy najwyższe uważa się tu za nieosiągalne, za dar, za „łaskę".
Gardzi się tu ciałem, higienę odrzuca jako zmysłowość; Kościół broni się nawet przed czystością (po wypędzeniu Maurów pierwszym krokiem chrześcijan było zamknięcie łaźni publicznych, których
sama Kordoba liczyła 270).


Chrześcijański charakter ma pewien zmysł okrucieństwa, wobec siebie i wobec innych; nienawiść do inaczej myślących; wola prześladowania. Na pierwszym planie znajdują się posępne i pobudzające wyobrażenia; najbardziej pożądane stany, które określa się najwyższymi nazwami. Wymyśla się znaczenia.
Czymś chrześcijańskim jest nienawiść do ducha, do dumy, odwagi, wolności, do Wolności ducha; czymś chrześcijańskim jest nienawiść do zmysłów, do radości ze zmysłów, do radości w ogóle.

 

Nawet człowiek o najskromniejszych aspiracjach do prawości musi dziś wiedzieć, że teolog, kapłan, papież każdym swym zdaniem nie tylko błądzą, ale i kłamią; że nie wolno im już kłamać z „niewinności", z „niewiedzy". Również kapłan, tak jak każdy inny, wie, że nie ma już „Boga", „grzesznika", „odkupiciela", że „wolna wola", „etyczny porządek świata" są kłamstwem. Wiemy już dziś czym są wszystkie kościelne pojęcia, mianowicie najzłośliwszym, jakie tylko może istnieć, fałszerstwem, które ma na celu odwartościowanie natury.
Kapłan jest mianowicie najniebezpieczniejszym pasożytem.
Wiemy dziś, wie nasze sumienie, co w ogóle są warte, do czego służyły niesamowite wynalazki kapłanów i Kościoła, dzięki którym udało się osiągnąć ów stan samopohańbienia ludzkości, stan, którego widok może budzić odrazę. Pojęcia, takie jak „zaświaty", „Sąd Ostateczny",
„nieśmiertelność duszy", sama „dusza"; są to narzędzia tortury, są to systemy okrucieństwa, dzięki którym kapłan stał się panem, pozostał panem. Każdy to wie: a mimo to wszystko pozostaje po staremu.

 

Wszystko co trwa od tysięcy lat to fałsz. Sfałszowane pojęcie Boga, sfałszowane pojęcie moralności: żydowscy kapłani nie poprzestali na tym. Żydowscy kapłani dokonali owego cudownego dzieła fałszerstwa, którego dokumentem jest znaczna część Biblii: bezprzykładnie urągając wszelkim przekazom, wszelkiej rzeczywistości historycznej, przeszłość swego własnego ludu przełożyli na język religijny, to znaczy uczynili z niej głupi mechanizm zbawienia, oparty na winie względem Jahwe i na karze, na pobożności względem Jahwe i na nagrodzie. Ten najhaniebniejszy akt zafałszowania historii odczulibyśmy znacznie boleśniej, gdyby kościelna interpretacja dziejów przez tysiąclecia nieomal nie stępiła w nas zmysłu prawości.


Kościołowi wtórowali filozofowie: kłamstwo „etycznego porządku świata" ciągnie się przez cały okres rozwoju nawet nowszej filozofii. A „etyczny porządek świata" znaczy tylko tyle, że istnieje, ustalona raz na zawsze, wola Boża, która wyznacza, co człowiek ma czynić, a czego zaniechać; że wartość ludu, wartość jednostki tym się mierzy, w jak dużym czy w jak małym stopniu są oni posłuszni woli Bożej. Że w losach ludu, w losach jednostki wola Boża okazuje się wolą panującą, to znaczy wolą karzącą i nagradzającą, zależnie od stopnia posłuszeństwa..
Wszystko w celu pasożytniczego rodzaju człowieka; kapłana, który rozwija się kosztem wszelkich zdrowych tworów życia, nadużywa imienia Boga: „Królestwem Bożym" nazywa taki stan rzeczy, w którym to właśnie kapłan określa wartość rzeczy; „wolą Bożą" nazywa środki, dzięki którym można taki stan osiągnąć czy utrzymać; z zimnym cynizmem ocenia ludy, epoki,
jednostki wedle tego, czy przynosiły pożytek dominacji kapłanów, czy też się jej przeciwstawiały.


Wystarczy ich widzieć przy robocie: w rękach żydowskich kapłanów wielka epoka w dziejach Izraela stała się epoką upadku; wygnanie, długotrwałe nieszczęście przeobraziło się w karę wieczną za okres wielkości. Okres, w którym kapłan był jeszcze niczym. Z potężnych, wolnych postaci w dziejach Izraela czynili, zależnie od potrzeb, nędznych świętoszków i bigotów bądź „bezbożników", upraszczali psychologię każdego wielkiego wydarzenia, sprowadzając ją do idiotycznej formuły „posłuszeństwo bądź nieposłuszeństwo względem Boga".


Idąc dalej: „wola Boża", to znaczy warunki utrzymania władzy przez kapłana, musi być znana; do tego potrzebne jest „objawienie". Mówiąc prostym językiem: niezbędne jest wielkie fałszerstwo literackie, odkrywa się „Pismo święte" i podaje do publicznej wiadomości z hieratyczną pompą, z dniami pokutnymi i z lamentami nad długotrwałym „grzechem".
„Wola Boża" była od dawien dawna ustalona: całe nieszczęście bierze się stąd, że oddalono się od „Pisma świętego". Już Mojżeszowi objawiła się „wola Boża". Co się zdarzyło? Kapłan, z całą surowością, z całą pedanterią, aż po małe i duże podatki, które należy mu płacić. Nie zapominając o najsmakowitszych kawałkach mięsiwa: bo kapłan jest pożeraczem befsztyków, raz na zawsze sformułował, co chce mieć, „co jest wolą Bożą".
Odtąd wszystkie sprawy życia są tak urządzone, że kapłan jest wszędzie niezbędny; przy wszystkich naturalnych wydarzeniach życiowych, przy narodzinach, ślubie, chorobie, śmierci, nie mówiąc o ofierze („posiłku"). Pojawia się świątobliwy pasożyt, by życie człowieka pozbawić naturalności; ale w jego języku nazywa się to „uświęceniem". Trzeba bowiem pojąć, że każdy naturalny obyczaj, każda naturalna instytucja (państwo, sądownictwo, małżeństwo, opieka nad chorymi i ubogimi), wszystkie przez instynkt życia wysuwane żądania, krótko mówiąc, wszystko, co samo w sobie jest wartością zostaje przez pasożytnictwo kapłana (czyli „etycznego porządku świata") uczynione czymś z gruntu bezwartościowym, sprzecznym z wartością: wymaga dopiero usankcjonowania. Niezbędna jest użyczająca wartości moc, która neguje w nich naturę. Moc, która właśnie dopiero tym sposobem stwarza wartość. Kapłan pozbawia naturę wartości, świętości; kapłan może się w ogóle ostać tylko za tę cenę. Nieposłuszeństwo względem Boga, to znaczy względem kapłana, względem „prawa", otrzymuje teraz miano „grzechu". Środki, dzięki którym można się ponownie „pojednać z Bogiem", są, rzecz jasna, środkami, które jeszcze gruntowniej gwarantują podporządkowanie kapłanowi. Jedynie kapłan „odkupuje". Naturalnym jest zatem, że w każdej zorganizowanej przez kapłanów społeczności niezbędne stają się „grzechy"; są one właściwymi instrumentami władzy, kapłan żyje z grzechów, potrzebuje, by „grzeszono". Naczelna zasąda: „Bóg przebacza temu, kto czyni pokutę w języku rozumiejącego: kto podporządkowuje się kapłanowi.

Na tym oto fałszywym gruncie, na którym wszelka natura, wszelka wartość naturalna, wszelka realność miały przeciwko sobie najgłębsze instynkty klasy panującej, wyrosło chrześcijaństwo, forma śmiertelnej wrogości wobec rzeczywistości, forma, której nic dotychczas nie prześcignęło.
Pierwszorzędny przypadek: mały, buntowniczy ruch, ochrzczony imieniem Jezusa z Nazaretu. Przyjrzyjmy się więc temu terroryście.
Powstaje ruch, który nie znosi już kapłana jako rzeczywistości. Nie widzę, przeciwko czemu miałby się kierować bunt, za którego sprawcę uchodził, w ludzkim rozumieniu Jezus, jeśli nie przeciwko Żydowskiemu Kościołowi. Kościołowi w dokładnie tym sensie, w jakim dziś używamy tego słowa. Był to bunt przeciwko „dobrym i sprawiedliwym", przeciwko „świętym Izraela", przeciwko hierarchii społeczeństwa, a nie przeciw jego zepsuciu, lecz przeciw kaście, przywilejom, porządkowi, formule. Był on niewiarą w „ludzi wyższych", był vetem powiedzianym przeciw wszystkiemu czym był kapłan i teolog. Ten święty anarchista, który wezwał pospólstwo, odepchniętych i „grzeszników", do sprzeciwu wobec panującego porządku - językiem, który, jeśli ufać Ewangeliom, i dziś jeszcze prowadziłby na Sybir, był zbrodniarzem politycznym, był terrorystą I to doprowadziło go do wymierzenia kary. To doprowadziło go na krzyż. Dowodem napis na krzyżu. Umarł za swą winę; brak jakichkolwiek podstaw do twierdzenia, które często głoszono, że umarł za winę innych.
Gdybyśmy mogli go teraz obserwować w szpitalu aby ocenić stan psychiczny, nie potrzebowalibyśmy nawet doktora aby stwierdzić, że Jezus był osobowością pełną wzniosłości, chorowitości i dziecięcości.
Pojawia się też absurdalne pytanie Jak Bóg mógł do tego dopuścić". Zaburzony rozum niewielkiej wspólnoty znalazł wręcz przeraźliwie absurdalną odpowiedź: Bóg oddał swego Syna dla odpuszczenia grzechów, jako ofiarę. Za jednym razem skończono z ewangelią. Ofiara za winy, ofiara
w swej najwstrętniejszej, najbardziej barbarzyńskiej formie, ofiara z niewinnego za grzechy winowajców.

Przecież to jakieś straszliwe pogaństwo!

Łatwo dostrzec, co skończyło się wraz ze śmiercią na krzyżu: nowy, na skroś źródłowy zalążek buddyjskiego ruchu pokojowego, zalążek faktycznego, a nie tylko obiecywanego szczęścia na Ziemi.
Pozostaje to bowiem, podstawową różnicą między obiema religiami dekadenckimi: buddyzm nie obiecuje, lecz dotrzymuje, chrześcijaństwo obiecuje wszystko, lecz niczego nie dotrzymuje.
Za „radosną nowiną" krok w krok szła najgorsza nowina. Nowina Pawła. Paweł jest ucieleśnieniem typu, który stanowi przeciwieństwo „posłańca dobrej nowiny", ucieleśnienie geniuszu nienawiści, wizji nienawiści, nieubłaganej logiki nienawiści. Czegóż ten dysangelista wszystkiego nie złożył nienawiści w ofierze. Przede wszystkim odkupiciela: przybił go do swojego krzyża. życie, przykład, nauka, śmierć, sens i prawo całej ewangelii; niczego już nie było, gdy ten nienawistny fałszerz pojął, co może tylko jemu być potrzebne. I stał się mistrzem manipulacji, w której wciąż miliony umysłów dnia dzisiejszego broczą.
Kobieta jeszcze dziś klęczy na kolanach przed błędem, ponieważ powiedziano jej, że ktoś umarł zań na krzyżu. Czy krzyż jest jakimś argumentem"?

Uważać, że Paweł, którego ojczyzną była główna siedziba stoickiego oświecenia, jest uczciwy, gdy z halucynacji sporządza sobie dowód, że Odkupiciel jeszcze żyje. Albo choćby tylko dawać wiarę jego opowieści, że miał tę halucynację, jest delikatnie to nazywając głupotą. Paweł chciał celu, przeto chciał też środków. Idioci, między których rzucił swą naukę, uwierzyli w to, w co on sam nie wierzył. Jego potrzebą była władza; w osobie Pawła kapłan jeszcze raz chciał osiągnąć władzę.
Paweł mógł posługiwać się tylko pojęciami, doktrynami, symbolami, którymi tyranizuje się masy i tworzy stado.
Co w późniejszym czasie Mahomet zapożyczył od chrześcijaństwa? Jedynie wynalazek Pawła, jego instrument kapłańskiej tyranii, tworzenia stada, wiarę w nieśmiertelność; to znaczy naukę o „Sądzie".
Jeśli się umieszcza punkt ciężkości życia nie gdzieś w życiu, lecz w „zaświatach" - w nicości - to zabiera się życiu w ogóle punkt ciężkości. Wielkie kłamstwo o nieśmiertelności osobowej niszczy wszelki rozum, wszelką naturę w instynkcie. Wszystko, co w sferze instynktów ma dobroczynne działanie, co wspiera życie, co stanowi porękę przyszłości, budzi odtąd nieufność. Żyć tak, by życie nie miało już żadnego sensu ; to staje się teraz „sensem" życia. To dzięki pożałowania godnemu schlebianiu, osobistej próżności człowieka zawdzięcza chrześcijaństwo swój triumf przyciągając do siebie wszystkich nieudatnych, buntowniczo usposobionych, pokrzywdzonych, wszystkie wyrzutki i odpadki ludzkości.

Chrześcijaństwo, gdy opuściło swój pierwotny grunt, najniższe stany społeczne, podziemie antycznego świata, gdy sięgnęło po władzę nad ludami barbarzyńskimi, za przesłankę nie miało już ludzi zmęczonych, lecz ludzi wewnętrznie zdziczałych i rozdartych. Człowieka potężnego, ale
nieudatnego. Niezadowolenie z samego siebie, cierpienie z powodu samego siebie nie jest tu, jak u buddysty, nadmierną wrażliwością na bodźce i podatnością na ból, lecz, odwrotnie, przemożnym pragnieniem zadawania bólu, wyładowania napięcia wewnętrznego we wrogich działaniach i wyobrażeniach. Chrześcijaństwo potrzebowało barbarzyńskich pojęć i wartości, aby zapanować nad barbarzyńcami; czymś takim są ofiara z pierworodnego, picie krwi jako element komunii św., pogarda dla ducha i kultury; tortura we wszystkich formach, zmysłowa i pozazmysłowa. Niebywały przepych form kultu. Buddyzm jest religią dla ludzi późnych, dla dobrych, łagodnych ras, które stały się nadmiernie duchowe, które zbyt łatwo doznają bólu. Europa jeszcze wówczas, a prawdopodobnie wciąż do niego nie dojrzała. Buddyzm na powrót prowadzi je do pokoju i pogody, do diety w dziedzinie duchowej, do pewnego zahartowania w sferze cielesności. Chrześcijaństwo chce zapanować nad zwierzętami drapieżnymi; jego środkiem jest rozsiewanie wśród nich choroby ,osłabianie stanowi chrześcijański sposób oswajania, „cywilizowania".

Z każdą ekspansją chrześcijaństwa na coraz szersze, coraz surowsze masy, coraz bardziej oderwane od przesłanek, z których zrodziło się chrześcijaństwo, coraz bardziej niezbędną stawała się potrzeba jego wulgaryzacji, barbaryzacji. Wiara chrześcijańska musiała, koniecznością losu chrześcijaństwa, stać się tak chora, tak niska i tak wulgarna, jak chore, niskie i wulgarne były potrzeby, które miała zaspokajać. Na koniec samo chore barbarzyństwo jednoczy się w potęgę jako Kościół. Kościół, ta forma śmiertelnej wrogości do wszelkiej prawości, wszelkiej wzniosłości duszy, do dyscypliny ducha, do wszelkiego szczerego i dobrotliwego człowieczeństwa.


Z drugiej strony, zdziczała cześć, okazywana przez te rozchwiane dusze, nie utrzymała już owego ewangelicznego zrównania wszystkich jako dzieci Bożych, o którym uczył Jezus: ich zemsta na tym polegała, że przesadnie wywyższyli Jezusa, że oderwali go od siebie: zupełnie tak samo, jak niegdyś żydzi z zemsty na swych wrogach oddzielili swego Boga od siebie i wynieśli go na wysokości. Jeden Bóg i jeden Syn Boży: dwa świadectwa resentymentu.


Syn Boży cierpiał, a wyznawcy uwielbili cierpienie. Dla barbarzyńcy cierpienie nie jest czymś przyzwoitym: potrzebuje on dopiero wykładni, by się przyznać przed sobą, że cierpi (jego instynkt skłania go raczej ku wypieraniu się cierpienia, ku cichemu znoszeniu cierpienia) Słowo „diabeł" było tu dobrodziejstwem: miało się przemożnego i straszliwego wroga; można się było nie wstydzić, że się cierpi przez takiego wroga. A jeśli, w ogóle, potrzebna jest przede wszystkim wiara, to trzeba zdyskredytować rozum, poznanie, badanie: droga do prawdy staje się drogą zakazaną.
Cierpiących trzeba podtrzymywać nadzieją, której nie może zaprzeczyć rzeczywistość; której nie usuwa spełnienie: nadzieją zaświatów.
Grecy uważali nadzieję, właśnie ze względu na jej zdolność zwodzenia nieszczęśliwych, za największe zło, za prawdziwie zdradzieckie zło: pozostało ono w puszce zła (Pandory) jako Elpis.

Nie da się ukryć, że Chrześcijaństwo jest buntem wszystkiego, co pełza po ziemi, przeciw wszystkiemu; co wysokie: ewangelia „niskich" czyni niskim.
Myślicie, że właściwie, zrozumiano sławną historię, która rozpoczyna Biblię. Historię o piekielnym lęku boga przed nauką? Nie zrozumiano. Ta kapłańska księga zaczyna się, jakże by inaczej, od wielkiej trudności wewnętrznej kapłana: ma on tylko jedno wielkie niebezpieczeństwo, zatem „Bóg" ma tylko jedno wielkie niebezpieczeństwo. Stary Bóg, który cały jest „duchem", cały doskonałością, przechadza się po swym ogrodzie: tyle tylko, że się nudzi. Nawet u Bogów walka z nudą jest daremna. Cóż robi? Wymyśla człowieka. Człowiek jest zajmujący. Lecz oto patrzcie, także człowiek się nudzi. Litość Boga nad tą jedyną niedogodnością, jaka cechuje wszelki raj, nie zna granic: zaraz stworzył on jeszcze inne zwierzęta. Pierwszy błąd Boga: człowiek nie uznał zwierząt za zajmujące. Zapanował nad nimi, nie chciał być „zwierzęciem". Przeto stworzył Bóg niewiastę. I faktycznie, nastąpił koniec nudy; ale i czegoś innego jeszcze. Niewiasta była drugim błędem Boga. „Niewiasta jest wedle swej istoty wężem" wie to każdy kapłan; „od niewiasty pochodzi wszelkie nieszczęście na świecie", również to wie każdy kapłan. „Zatem od niej pochodzi także nauka". Dopiero dzięki niewieście nauczył się człowiek kosztować z drzewa poznania. Co się stało? Starego Boga przejął piekielny lęk. Sam człowiek stał się jego największym błędem, Bóg stworzył sobie rywala, nauka czyni człowieka równym Bogu ; na kapłanów i bogów przychodzi kres, gdy człowiek staje się istotą naukową. Morał: nauka jest czymś, co samo w sobie zakazane ; tylko ona jest zakazana. Nauka jest pierwszym grzechem, zalążkiem wszystkich grzechów, grzechem pierworodnym. Tylko taki jest morał. -„Masz nie poznawać" -z tego cała reszta. Piekielny lęk Boga nie przeszkodził mu być roztropnym. Jak bronić się przed nauką? Pytanie to na długi czas stało się jego głównym problemem. Odpowiedź: wypędzić człowieka z raju. Szczęście, bezczynność nasuwają myśli, wszystkie myśli są złymi myślami. Człowiek nie powinien myśleć. I „kapłan sam w sobie" wynajduje niedolę, śmierć, ciążę jako zagrożenie dla życia, wszelkiego rodzaju nędzę, starość, mordęgę, a przede wszystkim chorobę ;wszystko jako środki w walce z nauką. Niedola nie pozwala człowiekowi na myślenie. A mimo to, okropność. Dzieło poznania piętrzy się, szturmując niebo, przynosząc zmierzch bogów. Co czynić? Stary Bóg wymyśla wojnę, dzieli ludy, sprawia, że ludzie się wzajemnie unicestwiają (kapłani zawsze potrzebowali wojny) Wojna; wielki
wichrzyciel nauki, między innymi. Niewiarygodne; poznanie, emancypacja od kapłanów, rośnie nawet mimo wojen.
Staremu Bogu przychodzi ostatnia decyzja: „człowiek stał się istotą naukową; nic nie pomoże, trzeba go utopić.

Zrozumieliście? Początek Biblii zawiera cała psychologię kapłana. Kapłan zna tylko jedno wielkie niebezpieczeństwo: naukę. Zdrowe pojęcie przyczyny i skutku. Nauka zaś, generalnie biorąc, rozkwita tylko w szczęśliwych warunkach. Trzeba mieć nadmiar czasu, trzeba mieć nadmiar ducha, by móc „poznawać" „ Zatem trzeba człowieka unieszczęśliwić"; taka była zawsze logika kapłana. Łatwo już zgadnąć, co, dzięki tej logice dopiero, przyszło na świat: - „grzech". Pojęcie winy i kary, cały „etyczny porządek świata" został wynaleziony przeciwko nauce. Przeciwko uwolnieniu się człowieka od kapłana. Człowiek nie powinien patrzyć poza siebie, powinien patrzyć w siebie; nie powinien, jako uczący się, roztropnie i przezornie wglądać w rzeczy, w ogóle nie powinien wglądać: powinien cierpieć. Powinien tak cierpieć, by cały czas potrzebował kapłana.

Precz z lekarzami! Człowiek potrzebuje zbawiciela. Pojęcie winy i kary, włącznie z doktryną „łaski", „odkupienia", „przebaczenia"
Powiedzmy jeszcze raz; grzech, tę formę samopohańbienia człowieka wynaleziono, by uniemożliwić naukę, kulturę, wszelkie wywyższenie człowieka i dostojność człowieka; kapłan panuje dzięki wynalazkowi grzechu.
„Wierzyć", znaczy nie chcieć wiedzieć, co jest prawdą. Nabożniś, kapłan obojga płci, jest fałszywy, ponieważ jest chory. Jego instynkt pragnie, by prawda nie doszła w żadnym punkcie do głosu. Dobre jest to, co wywołuje chorobę; złe jest to, co pochodzi z pewności siebie, z mocy.

Chrześcijaństwo nie było religią narodową, nie było uwarunkowane rasowo, zwróciło się ono ku wszelkiego rodzaju wydziedziczonym, wszędzie miało swych sprzymierzeńców. Chrześcijaństwo zwróciło urazę, instynkt ludzi z gruntu chorych, przeciwko zdrowym, przeciwko zdrowiu. Wszystko, co udatne, dumne, butne, zwłaszcza piękno, kłuło je w oczy i uszy.
Dziś na każdym kroku dudni echem ta manipulacja, ta indoktrynacja. To straszliwa idea symboliki krzyża. Wszystko, co cierpi, wszystko, co wisi na krzyżu, jest boskie. Chrześcijaństwo było zwycięstwem, przyniosło zagładę bardziej dostojnemu usposobieniu; chrześcijaństwo było do tej pory największym nieszczęściem ludzkości.

https://www.poganin.eu/antyteizm/ciag-krotkich-mysli/mysl-56

Imperium Rzymskie, które istniało jest najwspanialszą z dotychczasowych form organizacji, osiągniętych w ciężkich warunkach, w porównaniu z którą wszystko wcześniejsze i późniejsze jest tandetą, partaniną. Ci świątobliwi anarchiści zrobili sobie „pobożność" z tego, że zburzyli „świat" Hellenistyczny. Nie pozostał kamień na kamieniu , aż mogli nad nim zapanować nawet Germanie i inne chamy. Chrześcijanin i anarchista: obaj dekadenci, obaj niezdolni do działania innego niż likwidowanie, zatruwanie, dewastowanie.

Imperium Rzymskie było godnym największego podziwu dziełem sztuki ale było ledwie początkiem. Jego budowa była obliczona na tysiąclecia. Organizacja ta była dostatecznie mocna, by wytrzymać marnych cesarzy: przypadkowość osób lecz nie była dostatecznie mocna, by oprzeć się najbardziej zepsutemu rodzajowi zepsucia, by oprzeć się chrześcijanom. Za sprawą skrytego robactwa, które pośród nocy, mgły i dwuznaczności wkradało się we wszystkie jednostki i z każdej wysysało powagę wobec rzeczy prawdziwych, w ogóle instynkt realności, za sprawą tchórzliwej, niewieściej i słodkiej bandy ta ogromna budowa stawała się coraz bardziej obca duszom.


Krętactwo bigotów, potajemność konwentykli, posępne pojęcia, takie jak piekło, jak ofiarowanie niewinnego, przede wszystkim zaś powolnie rozniecany ogień zemsty, zemsty czandalów ; to zapanowało nad Rzymem, ten sam rodzaj religii, którego pierwotnej formie wydawał walkę już Epikur. Epikur zwalczał nie pogaństwo, lecz „chrześcijaństwo", to znaczy zepsucie dusz przez pojęcie grzechu, przez pojęcie kary i przez pojęcie nieśmiertelności. Zwalczał on podziemne kulty, całe ukryte
chrześcijaństwo. I Epikur byłby zwyciężył, każdy zacny duch w Cesarstwie Rzymskim był epikurejczykiem: wtedy pojawił się Paweł. Paweł, ten żyd. Odgadł on, w jaki sposób z pomocą niewielkiego sekciarskiego ruchu chrześcijan na poboczach judaizmu można rozniecić „pożar świata",w jaki sposób z pomocą symbolu „Boga na krzyżu" można skupić w ogromną moc wszystko, co nizinne, co potajemnie buntownicze, całe dziedzictwo anarchistycznych intryg w Cesarstwie.
Cała praca antycznego świata na darmo: brak mi słów, by wyrazić swe uczucie wobec czegoś tak potwornego. Cóż po Grekach? Cóż po Rzymianach? Wszystkie przesłanki uczonej kultury, wszystkie metody naukowe już istniały, ustaliła się już wielka, niezrównana sztuka dobrego czytania, ta przesłanka przekazu kultury, jedności nauki; na najlepszej drodze było przyrodoznawstwo, powiązane z matematyką i mechaniką. To wszystko już istniało. Już przed ponad dwoma tysiącleciami. A także dobry, subtelny takt i smak. Przy czym nie jako tresura mózgu! Nie jako kultura o chamskich manierach! Lecz jako ciało, jako gest, jako instynkt. Jednym słowem, jako rzeczywistość.
I wszystko to na marne. Przez noc stało się to jedynie wspomnieniem.
Grecy! Rzymianie! Dostojność instynktu, smak, metodyczność badań, geniusz organizacyjny i administracyjny, wiara, wola ludzkiej przyszłości; i wszystko zasypane przez noc nie w wyniku jakiegoś zdarzenia naturalnego. Nie rozdeptane przez Germanów czy innych ciężkostopych. Lecz zhańbione przez podstępnego, potajemnego, niewidzialnego, anemicznego wampira. Nie pokonane; wyssane. Skryta żądza zemsty, małostkowa zawiść stała się panem! Wszystko, co mizerne, co samo w sobie cierpiące, co nawiedzane przez liche uczucia, cały do getta podobny świat dusz za jednym razem wzięły górę. I sprawił to Jezus terrorysta.

Chrześcijaństwo pozbawiło nas plonu kultury antycznej, a w późniejszym czasie także plonu kultury islamskiej. Cudowny świat kultury hiszpańskich Maurów, pokrewny nam u swych podstaw, przemawiający do zmysłów i smaku został zdeptany. Krzyżowcy zwalczali później coś, przed czym leżeć w prochu bardziej by im przystało - kulturę, wobec której nawet dziewiętnasty wiek zapewne wydałby się sobie nader ubogim, nader „późnym".
Oczywiście, chcieli łupić. Wschód był bogaty.

https://www.poganin.eu/antyteizm/zalamka


Tym oto sposobem jestem już u końca i ogłaszam swój wyrok.
Potępiam chrześcijaństwo, podnoszę przeciwko Kościołowi chrześcijańskiemu najstraszliwsze z wszystkich oskarżeń, jakie kiedykolwiek oskarżyciel miał na ustach. Kościół chrześcijański jest dla mnie najwyższym, jakie sobie można wyobrazić, zepsuciem. Jego wola dążyła do ostatecznego, czy choćby tylko do możliwego, zepsucia. Kościół chrześcijański niczemu nie oszczędził swego zepsucia, z wszelkiej wartości uczynił bezwartość, z wszelkiej prawdy kłamstwo, z wszelkiej prawości nikczemność duszy.
Anarchista i chrześcijanin wywodzą się z jednego źródła.
Anarchista i chrześcijanin to terrorysta. Zamach Jezusa zakończył istnieje wspaniałej kultury Hellenistycznej, cofnął rozwój o naście wieków. Chrześcijanie, bereciary, nisko rosnący, głupki natomiast wciąż oddają mu cześć.

Doszliśmy do świata fatalnego, nie dość, że zatrzymaliśmy się w rozwoju to jeszcze gloryfikujemy marność i godzimy się na nasze miejsce w klatce.
Dlaczego rząd mojego Państwa czy biskup i papież ma być wartością nadrzędną?

https://www.poganin.eu/antyteizm/jak-watykan-zniszczyl-polske

 

Wiara nie przenosi gór, z pewnością natomiast wznosi góry tam, gdzie ich nie było.

Nie powinniśmy trzymać się religii. Wiemy już wystarczająco dużo aby przestać wierzyć w gnomy.

Zjednoczmy się w imię człowieczeństwa. Zaczynijmy tworzyć w sobie nadczłowieka. Posłuchajcie Nietzchego.

https://www.poganin.eu/antyteizm/ubodzy-duchem

 

"Silne państwo polskie istniało na długo przed rokiem 966 a więc chrztem Polski. Dlaczego oficjalna historia ukrywa prawdę?
Wszyscy jesteśmy przyzwyczajeni do mitu (powstałego całkiem niedawno, bo.. w XX wieku), że Polska istnieje dopiero od daty chrztu. Czyli od 966 roku.

A wcześniej? Z jednej strony mówi się nam, że osadnictwo Słowian zaczęło się aż 10.000 lat temu.
A z drugiej strony – aż do 966 roku naszej ery – nic, zero, null, biała plama. Jakby żadnych struktur państwowych tam nie było.
W takim razie, jeśli Słowianie byli, cytuję: “nieokrzesanymi dzikusami” bez własnego pisma, to czemu tych terenów nie zajęło Imperium Rzymskie, które przez wieki musiało się zadowalać co najwyżej wyprawami handlowymi na nasze ziemie? I to też w ograniczonym zakresie?


Taki trick historyczny, że Polska istnieje od momentu chrztu w 966, ma także inne podłoże – typowo socjotechniczne. Oto bowiem podświadomie łączy organizm państwa polskiego z kościołem katolickim, a więc najbardziej zbrodniczą organizacją na świecie. Organizacją, która nie tylko błogosławiła inkwizytorów, ale także pobłogosławiła hitlerowskie tanki ruszające najpierw na podbój II RP a potem ZSRR (Cytat: “nowa wyprawa krzyżowa” – ówczesny papież).
Badania genetyczne wykazują wielowiekową obecność Słowian na ich ziemiach od Łaby po Wołgę, najstarsza mutacja – haplogrupa wywodząca się z naszych ziem szacowana jest na ponad 10 000 lat, ale nawet chcąc oprzeć się na dokumentach pisanych możemy wskazać „Historię wojen” Prokopiusza z Cezarei z roku 512 n.e. mówiącą o germańskich Helurach, którzy przeszli ze swych siedzib nad Dunajem przez ziemie Sklawinów. Tu warto wspomnieć, że Rzymianie wszelkie ludy zamieszkujące na terenach Środkowej Europy określali terminem Germanie, a ziemie przez nich zamieszkiwane Germanią.
Dość cennym dla opisania przedchrześcijańskiej historii naszych ziem jest dokument szpiegowski sporządzony około roku 844 dla króla wschodnich Franków Ludwika II Niemieckiego, czyli ponad 120 lat przed chrztem Mieszka. Dokument ten zawiera listę ludów zamieszkujących na wschód od państwa wschodnich Franków, wraz z podaniem liczby osad i grodów. Dokument ten pozwala nam się zorientować o sile gospodarczej związków zamieszkujących nasze ziemie.
I tak dla przykładu Goplanie posiadali około 400 grodów, lud określany jako Thafnezi, zamieszkujący prawdopodobnie gdzieś na Mazowszu posiadał 257 grodów, Thandesi, lud zamieszkujący nad Obrą podbity przez Mieszka, 200 grodów. Miloxi, zamieszkujący Wielkopolskę – ziemie rodowe Piastów, 67 grodów, w sumie na terenach dzisiejszej Polski Geograf Bawarski wymienia ponad 1200 grodów, a mówimy o czasach na 100 lat przed Mieszkiem. To nie były puste tereny, po których tylko wilk i niedźwiedź grasował, to były prężne organizacje, które można porównywać do państw. Podlegały one dalszym łączeniom, podbojom. Właśnie z tych organizmów wzięły się dzisiejsze krainy takie, jak Mazowsze, Wielkopolska, Małopolska, Śląsk, które w średniowieczu określano ziemiami. Do boju stawało rycerstwo ziemi Mazowieckiej..
Polska nie powstała wraz z chrztem, Polska to długi proces, na który składała się praca kolejnych pokoleń, budowniczych, rolników, rzemieślników, wojów, władców i poddanych. Chrzest, a w zasadzie nie chrzest, a dokument Dagome iudex, w którym Mieszko oddaje Polskę we władanie papieżowi, stając się jego lennikiem wpisuje Polskę w orbitę krajów chrześcijańskich."


   Znowu okazuje się, że religia tylko pogorszyła sprawę łagodnie mówiąc. Odnajdźmy w sobie to dziedzictwo. Dziedzicwto Słowian.

 https://www.poganin.eu/antyteizm/zbezczescic-przodkow

 

Zaloguj się