"dobry" kościół

Joanna Gierak-Onoszko, autorka książkowego reportażu "27 śmierci Toby'ego Obeda"

Joanna Gierak-Onoszko, autorka książkowego reportażu "27 śmierci Toby'ego Obeda"

"Dzieci były przypinane do krzesła elektrycznego". Tam Kościół prowadził szkoły, w których stosowano tortury"

 

"Kolonizatorzy, a potem władze kanadyjskie, miały pomysł na całkowitą akulturację i wynarodowienie rdzennych mieszkańców. Nie mieli za to pieniędzy na prowadzenie wojny i podbijanie militarne tych ziem, więc postanowili opleść Kanadę siecią szkół z internatem. Miały one wychować "nowego Kanadyjczyka"

Z historii wiemy, że kolonizacja w różnych rejonach świata była brutalna, stosowano podobne mechanizmy. Kanada nie jest jedynym krajem, na którego terenie doszło do tak okrutnych wynaturzeń i zbrodni - zbrodni głównie na dzieciach. Jest jednak jedynym krajem, który mówi o tym otwarcie i który za swoje i nieswoje grzechy przeprasza.

 

Kolonizatorzy, a potem władze kanadyjskie, miały pomysł na całkowitą akulturację i wynarodowienie rdzennych mieszkańców. Nie mieli za to pieniędzy na prowadzenie wojny i podbijanie militarne tych ziem, więc postanowili opleść Kanadę siecią szkół z internatem. Miały one wychować "nowego Kanadyjczyka".

To był przykład eugeniki i inżynierii społecznej na usługach i państwa i religii. Architektami systemu były kanadyjskie władze, ale szkoły w przeważającej większości były zarządzane przez Kościół - przede wszystkim katolicki, ale i po części przez protestancki.

 

Szkoły były obowiązkowe, a zamykane w nich dzieci były odbierane rodzicom w wieku ok. 10 lat. Nie można się było odwołać, nie można było dziecka do takiej szkoły nie posłać. Przyjeżdżała policja i przedstawiciele Kościoła i często przemocą wyrywali dzieci z rąk rodziców.

Dzieci, które trafiały do takich szkół, miały zakaz używania swoich rodzimych języków. Były przymuszane do pracy, często ponad swoje siły. To nie były izolowane przypadki nadużyć, ale dobrze zorganizowany system.

Gorliwie wymazywano też ich kulturę i tożsamość, katechizowano je, a także uczono, że ich rodzice są "brudnymi dzikusami". Zaczynały nienawidzić nie tylko mamy i taty, ale i tego, kim one są. Tak, by nowy Kanadyjczyk był oderwany od rdzennej kultury.

 

Wiemy też, że ten straszny eksperyment się nie powiódł. Szkoły przyniosły dużo więcej szkody, niż pożytku. Wychowały całe pokolenia niesamowicie okaleczonych i skrzywdzonych ludzi. Uruchomiły także spiralę przemocy i różnych społecznych patologii, z którymi Kanada cały czas się mierzy.

Co ważne, współcześni mówią, że nie jest to problem rdzennych, ale wszystkich Kanadyjczyków, kwestia kanadyjska.

Szokujące jest to, że ten cały proceder miał miejsce kilkaset lat po wielkich kolonizacjach europejskich. W czasach, można by powiedzieć, bardziej "cywilizowanych". Dlaczego wprowadzano ten system dopiero w XIX wieku?

 

Przedstawiciele Pierwszych Narodów pomagali i wspierali przybyszów ze Starego Kontynentu. Obie strony prowadziły bardzo korzystną dla obu stron wymianę handlową. Europejczycy importowali drewno i futra, a rdzenni bogacili się zyskując np. dostęp do broni palnej. Współpraca była owocna, ale powstała na fundamentalnym nieporozumieniu.

Rdzenni uważali, że użyczają terenu, tak jakby robili miejsce nowo przybyłym. Europejczycy byli za to przekonani, że te ziemie kupują na własność. Zaczęli zawłaszczać tereny i to pokojowe współistnienie przerodziło się w otwartą agresję. Rdzenni zostali odcięci od wody, łowisk, terenów rolnych i zamknięci w rezerwatach, w których głodowali. Zostali w brutalny sposób zepchnięci na margines kanadyjskiego społeczeństwa.

 

Kolejna rzecz, która może szokować, to kadra prowadząca internaty. Były prowadzone przez sadystycznych księży i zakonnice. Stworzyli dzieciom istne piekło na ziemi.

 

Kanadyjskie władze nie miały personelu do wychowywania posłusznych obywateli. To był kraj w budowie i nie było tam wykształconej kadry, która mogłaby zarządzać tak dużym obszarem.

Zakasano tam rękawy sutann i habitów, ponieważ Kościół katolicki, ale i protestancki, widział tam ogromną korzyść dla siebie. Chciał nieść dobrą nowinę ludziom, którzy tego w ogóle nie oczekiwali. To był projekt nie tylko cywilizacyjny, ale również i duchowy. W Kanadzie był rząd dusz, które trzeba było zbawić, często wbrew ich woli.

 

I jak "zbawiano" niewiernych? Oni mieli normalne lekcje, czy to bardziej przypominało obozy dla dzieci.

Rzeczywiście, często przypominało to bardziej obozy, niż zwykłe szkoły. Kadra była przypadkowa. Najczęściej nie była przygotowana do opieki nad dziećmi, nie miała wykształcenia pedagogicznego, nie znała ich języków. Była ogromna przepaść kulturowa, a do tego nauczycieli i duchowni byli słabo opłacani. Pracowali praktycznie za dach nad głową.

Dzisiaj, dzieci w takich szkołach, byłyby od razu zabierane przez opiekę społeczną, a placówka zamknięta. Wtedy to był standard i cena, którą uważano, że rdzenni muszą zapłacić za możliwość skoku cywilizacyjnego i szansę na zbawienie.

Postęp akademicki był fikcją. Dzieci bardzo często po ukończeniu szkoły nie umiały czytać i pisać. Szkoły były zlokalizowane w lasach, na preriach, na odległych misjach, a te trzeba było jakoś utrzymać. Dzieci, nawet 5-6-letnie, pracowały na roli i w gospodarstwie. Uczyły się niewiele, a jeśli już, to dowiadywały się o królach z Europy. Wiodącym przedmiotem była przede wszystkim katecheza.

 

Nie chcę zdradzać za dużo z treści książki, ale przeczytają w niej państwo o metodach wychowawczych stosowanych przez duchownych wobec dzieci. Metody te wyczerpują znamiona tortur, jak choćby przypinanie do dziecięcych krzeseł elektrycznych.

W Kanadzie na osoby, które ukończyły katolickie szkoły z internatem, nie mówi się dziś "absolwenci", ale "ocaleńcy". Podobnie jak my nazywamy ocalonych z Holocaustu.

To właśnie ocaleńcy są bohaterami mojego reportażu i nie potrafię wybrać najbardziej wstrząsającej historii, bo każda jest głęboko poruszająca, na wielu poziomach. Wszystkie łączy jedno: całkowita bezradność rodziców i dziecka, które zostaje wcielone do systemu, gdzie nie ma żadnej instytucji kontrolnej i wyższej instancji, do której się można odwołać. Nie ma nikogo, kogo można poprosić o pomoc.

 

Warto powiedzieć, że do takich okrucieństw dochodziło w każdej epoce pod każdą szerokością geograficzną, to wyjątkowe jest to, że Kanada wyciąga na światło dzienne ciemne karty ze swojej historii i za nie przeprasza. Również za grzech zaniechania, bo wszystko odbywało się to rękami Kościoła, ale Kanadyjczycy zbudowali system, który na to milcząco pozwalał."

 

Posłowie.

To fragmenty wywiadu Joanny Gierak-Onoszko, autorki książki z magazynem na:Temat

 

To wyciągnięte z historii zdarzenie jakich było miliony. Wcale nie najwiekszy dorobek chrześcijańskiego szału udowadniający wprosty, że chrześcijaństwo nie ma nic wspólnego z dobrem. Z tym dobrem nie mają też nic wspólnego orędownicy i wierni tej doktrynie. 

Dzisiaj historia głośno nam mówi, że nie było na planecie ziemia bardziej zdegenerowanej machiny zbrodniczej niż chrześcijaństwo i kościół katolicki.

Z faktami historycznimi nie da się dyskutować nawet jeżeli uważacie inaczej.

 

Zaloguj się