Ćma

Na początku była ciemność.
Później pojawił się ogień, a odgłosy nocy stały się mniej przerażające.
Mogliśmy przestać truchleć w jaskini i usiąść przed jej wejściem ze światłem aby się mniej bać. I tak narodził się człowiek grillujący.


Czynimy coś za coś. To nasza małość. Na przestrzeni dziesiątek lat obserwowałem niestrudzenie to setki jeśli nie tysiące razy.
Nie uczynię mu krzywdy bo to grzech i nie trafię do raju.
Zabiję go bo tak nakazał wielki bóg i tak trafię do raju.
Zarznę to bezbronne stworzenie na ołtarzu aby przekupić boga gdyż trafię do raju.
Nie zadepczę tej żaby bo może to ukryta nimfa i dzięki temu mnie wynagrodzi.
Nie skrzywdzę stworzenia bo wierze w karmę.
Nie uderzę go bo mi odda.


W pierwszej chwili karma jawi się to jako coś pozytywnego ale jest zgoła najpłytszym odruchem. Karma to interes. Nie uczynię krzywdy bo wierząc w karmę, taka krzywda spotka i mnie.
Cóż za okropieństwo. A czy mógłbyś nie uczynić krzywdy tylko dlatego gdyż zwyczajnie nie chcesz krzywdzić? Czy musisz mieć coś za coś? Bez nagrody, bez obietnicy, bez strachu przed rewanżem nie jesteś w stanie być dobry? Nie czynić krzywdy? Czy to zawsze musi być układ?


Zmagałem się z tym w tysiącach rozmów.
Dziś poszedłem do kąpieli. Mam wannę zamkniętą. Taki mix wanny z kabiną prysznicową. Prawie luksus z plastiku. Nim domknąłem drzwi wleciała do mnie mała ćma. Wypływająca już z góry woda zmoczyła jej skrzydła.
Ćma opadła.
Sięgnąłem po nią szybko ale delikatnie. Uniosłem na palcu i patrzyłem. Zrazu przywołały mi się te wspomnienia urojeń moich rozmówców i nie moich rozmówców, a relacjonowane w telewizorach, książkach, słuchowiskach.
A może ty jesteś wróżką. Moją wytęsknioną i oczywiście zasłużoną nagrodą. Oczywiście, że zasłużoną. Jestem wyjątkowy. Jestem istotny w wielkim kosmosie. Być może najistotniejszy.
Co jeśli spojrzę i powiem, to tylko ćma. Miliony ciem ginie każdego dnia w ten sposób. Jedna mniej czy więcej. Jakie to ma znaczenie. Dla mnie nie ma. Ale dla niej fundamentalne. Życie. Jakie znaczenie ma jeden człowiek w tą czy w tamtą. Żadne. Ale gdybym to miał być ja aby nie być to okazuje się, że jest to najbardziej znaczące.


Miałem sen.
Zajazd był niewielki i o tej porze roku grzązł w błocie, a jednak wnętrze zupełnie nie zgadzało się z wizerunkiem po tamtej stronie drzwi. Bohater mego snu był rad, iż tak przytulne miejsce stoi na drodze jego podróży.
-Rozgość się pielgrzymie, a ciepło ogniska tego domu, niechaj osuszy twe szaty. Widać żeś w dalekiej wędrówce- przywitała go swym gładkim, miłym głosem i równie przyjaznym spojrzeniem. Prawie się w niej zakochał, stęskniony dotyku boskości i ciepła ramion. Nie mógł jednak dać się zwieść cnej tęsknocie co częściej zamienia tombak w złoto, aniżeli odzwierciedla rzeczywistość. Ale kogo to obchodziło. Zakochujemy się w pragnieniach nie w rzeczywistości - A jeśliś jest już u kresu podróży, przystań tu i zagość na wieki, albowiem jam jest dawczynią szczęścia i czekam na ciebie długie lata. Masz u mnie dom i ciepło serca całego. Miłość, którą złożę w hołdzie dla ciebie – poczułem się jak w jakimś pastiszu. Ni to tkliwy romans ni pornografia. Był kominek i jakaś ona. Coś co można było mieć łatwo w życiu gdyby chcieć się zdecydować. Ale nie ma się bo się nie zdecydowało, a przecież podświadomość roi te sceny jak wytęsknioną rzeczywistość. Ale oprócz tego, że kominek już mam to jakieś jebane fantasy bo przecież nie since fiction. No, chyba, że dojdzie do tego organoleptyczna lekcja biologii to będzie i since albo i kurwa fiction. 


Mój senny bohater szedł z kraju do kraju, z miasta do miasta, ze wsi do wsi, a wszędzie tam podbijał serca, nie chcąc ich łamać. Oczywiście, że tak. Przecież śnię o sobie. Kobiety uginały przed nim głowy tonąc w cierpieniu jego oczu. Każda chciała być pocieszycielką skazanego. Mój Ci on kurwa, mój. Zawsze jesteśmy egoistami. Chcemy aby ktoś do nas należał, nawet gdy ten ktoś pragnie być po prostu jak najdalej stąd.
Te skromne mu schlebiały lotnym wejrzeniem, roztargnione raczyły jawną estymą, a reszta wraz z pięknymi i zadufanymi, albo bezwstydnie pragnęły go posiąść, albo kryły się nieudolnie, chcąc uchodzić za relikty dla orłów. Takich unikał, zaskrabiając sobie ich nienawiść, albowiem nie ma nic gorszego dla pięknej kobiety, jak nie uznanie jej atrakcyjności. Reszty, mimo, że pragnęły mu się oddawać, nie przyjmował niemal z przepraszającym uśmiechem na ustach. I chociaż, żył wśród tłumu, nie był częścią niego.


I mimo, że brak mu było troski, żadna z tych istot, nie mogła mu jej zagwarantować. A tak chciały się oddawać w całości.
Nie pasował tam, więc wyruszył.
- zostać nie mogę i nie z braku piękna w tobie, pani, lecz z powodu wewnętrznego imperatywu, który każe wątpić i walczyć, ruszać dalej muszę – podarował jej dwie srebrne monety- lecz jeśli pozwolisz, ogrzeję się ciepłem twego ognia i życzliwością twego serce, a i strawy nie poskąpię.
Przyjęła tą deklarację z nutą złości, z przebłyskiem nienawiści, acz nie mogła zarzucić mu zniewagi i nietaktu. Gadał jak jakiś kmiot chcący pasować do epoki późnośredniowiecznej. Ale po co śnić o średniowieczu nie będąc księdzem. To niezrozumiałe udręczanie samego siebie.
-światła w mroku szukasz - oddała mu dwa srebrniki, wciskając w jego dłoń i zamykając ją swoimi- jedynie ta myśl mnie cieszyć zaczyna, iż nie dla innej ostać przy mnie nie chcesz, lecz dla walki, jaką podjąłeś.- ściągnęła z niego ciężki od wody płaszcz, pod którym skrył się miecz i wywiesiła przy ogniu - A monety zatrzymaj. Jesteś gościem zaproszonym z mej intencji i nie zapłaty potrzebuję, lecz obecności szlachetnego człowieka. Daj mi to czego serce łaknie, ale na tyle ile możesz.
Siedzieli przy ogniu, co wypełniał komnatę blaskiem i ciepłem. Po kolacji rozmawiali, a on opowiedział jej o świecie, który przemierzy. Ona wsłuchawszy się w toń jego głosu, zwiesiwszy głowę ku ramieniu, wtuliła swe ciało w pierś przybysza i tak zasnęła w poczuciu bezpieczeństwa.
I ta jedna, niesamowita chwila, była warta oczekiwania latami.
Poranek przyniósł prócz deszczu i burzę. Wymknął się wcześnie, nim dawczyni szczęścia zdążyła się zbudzić i pozostawił po sobie dwa srebrniki, nie po to, aby ją obrazić, lecz dlatego, iż jej przydadzą się po prostu bardziej.
Ruszył w kierunku północnozachodnim, tam gdzie doliny zamieniały się w pagórki, a dalej pagórki ustępowały stromym szczytom.


Tę noc przespał w jaskini, a kolejnego, już nieco cieplejszego i suchego dnia podążył dalej.
Tuż przed południem znalazł się na rozstaju. Próbował dostrzec coś drobnego, na którymś ze szlaków, gdy z drogi prowadzącej na północ zbiegł człowiek.
-Uciekaj - ryknął łapiąc oddech - Uciekaj za mną. Tam zbóje. Idą i palą wszystko. Łupią i mordują. Wszystkich. Dzieci, kobiety - uchwycił się ramienia podróżnika- Zmierzają na niziny, do wsi, tam w dole, nad rzeką, panie skąd przyszedłeś - wrzeszczał, opluwając niechcący szatę wędrownika- uciekaj, albo kieruj się drogą na zachód - wskazał palcem wysokie góry - tam, gdzie zima wiecznie gości.


Widząc, że zaczepiony nie reaguje, puścił się biegiem w dół, posyłając kilka przekleństw pod jego adresem.
Idą ku doliną - przypomniał sobie - Ku rzece, a opodal jest dom- spojrzał na drogę, jaką tutaj przyszedł, a następnie na obie te, jakie rozwidlały się przed nim – dom dawczyni szczęścia.- powiedział - jego krok był pewny. Pierwszy, po czym drugi i kolejny, który prowadził na północ, naprzeciw hordy morderców, jakiej uciekał z drogi każdy, ratując własną skórę, bo było to wszystko co mieli. Bez duszy, bez serca, bez odwagi.
Ratując swoje życie ucieczką, bądź wyminięciem przeszkody, zabiłby w sobie wszystko co sprawiało kim był. I do czego dążył. Zabiłby w sobie człowieczeństwo, na które tak wiele pracował.
Najpierw ujrzał dwóch, śmiejących się, co na kamieniu siedzieli i z bukłaków popijali. A gdy las odsłonił polankę, wyłoniła się kolejna para, sarnę młodą dźwigająca.
-A to ci dopiero- żachnął się jeden, spostrzegając go- pielgrzym, aż tutaj - wycedził wstając i w kpinie ukłon składając.
-Nie brak ci odwagi, mości wędrowniku - śmiał się drugi, zrzucając martwe zwierzę z pleców.- Alboż tak głupi, iż zdać sobie sprawy z zagrożenia nie możesz.
Przybysz stanął na skraju zagajnika, mierząc osiłków pogardliwym wejrzeniem. Stał i patrzył, spokojny i wyprostowany.
-Jako, że pewnie Bogom służysz- ciągnął następny omyłkowo biorąc go po skromnych szatach za pielgrzyma - Nie istotne jest jakim, przejdź tędy, drobną tylko opłatę uiszczając, acz zważ, iż życie zachowując, a toć ponoć skarb najcenniejszy.
-Bardzo hojny jesteś, jak na podły zwierzęcia gatunek- odparł spokojnie, bez wahania, głosem mrożących najbardziej zuchwałych - I gdybym pewnie pielgrzymem się okazał, przeszedł bym tędy, życie zachowując. Nie moje, lecz wasze - czwórka morderców z wolna zaczęła się orientować w tym, że przestają, panować nad sytuacją - Jednak jam człowiekiem przeciwko ludziom, z tego też względu przejdę tędy, życie zachowując, nie wasze, a moje tylko - odchylił płaszcz, spod którego dobył miecza- I od tej prawdy nie ma wyjątku.
Pierwszy padł najtrzeżwiejszy, wciąż z bukłakiem w dłoni. Dwaj kolejni wydali tchnienie w ciągu kolejnej chwili nim gwałtownie oderwany liść od gałęzi drzewa opadł na ziemię, a czwarty, nad którym miecz śmierci wisiał i patrzył wprost w oczy, słaniał się w przerażeniu u stóp przybysza.
- Oszczędź panie, bowiem żyć pragnę - kasłał strachem.
-Tak jak z pewnością ludzie, któryś pomordował - rzekł wędrowiec- I ta sarna. A żyć ci nie pozwolę, gdyż ciebie szczędząc, dawczyni szczęścia zamorduję - płynny ruch, w górę i dół, odebrał tchnienie grabieżcy, a jego zdruzgotana krtań trysnęła krwią- A jej pozwolić umrzeć nie mogę.

 


Brak myśli, zmysłów, uczuć – nic-
Jak pośród głazów głazem być
Wszystko owionął grozy cień
Umarła noc i umarł dzień

 


Co więc jeśli imperatyw, którzy sprawił, że wyłowiłem to stworzenie z topieli to deal. Interes z tajemniczą siłą, która sprawi, że uratowana ćma zmieni się w ponętną ale koniecznie inteligentną wróżkę. Albo też w mniej inteligentną ale koniecznie ponętną nimfę. Nie, nie, nie nimfetkę. To za dużo. To nie ta baśń.
Co jeśli moje czyny, moje ratowanie ciem, pszczół ze szklanek soków, myszy z ust niewygłodniałych przecież kotów i wszelkich innych stworzeń to samolubna idea czegoś za coś. Patrz "Coś" jak jestem dobry. Patrz i pamiętaj aby mi to wynagrodzić.
Kierujemy się osobistą korzyścią. Zawsze. I nazywamy to dobrem. To nic dziwnego. Czujemy się wtedy dobrzy więc i nazywamy to po imieniu. Kierujemy się osobistą korzyścią ale i tak czujemy się dobrzy.
Uratowałem to stworzenie gdyż wierze w karmę. Nie zdeptałem tego ślepego kreta gdyż może to moja nagroda i jutro stanie u mych drzwi ktoś wymarzony. Królewicz lub królewna. Nie zdeptałem, a mogłem. Zobacz lustereczko jaki jestem dobry. Mogłem, a nie zdeptałem.


Ruszył w dalszą drogę, wstecz nie spoglądając, a pod wieczór, krocząc kamiennym szlakiem, tuż przy łagodnym potoku, spotkał starca, siedzącego na pniu.
-Teraz cię na sąd powiodę - przywitał go starzec tymi słowy- za czyn na polanie, godzien oklasków, bądź łez - obracał drewnianą laskę w dłoni i spoglądał na młodzieńca - A ty, rycerzu, co wybierasz?
-Pominąłbym oklaski i nie upuszczał łez, albowiem tylko brak wzruszeń wyraża pogardę należną zmarłym tam bandytom. I nie nazywaj mnie rycerzem lecz zabójcą rycerzy.
-Nie wzrusza cię to?
-Wszak nie wzrusza to wody, że ogień ugasiła - przysiadł obok staruszka- Tacy jak oni, nie są w stanie przyprawić mnie o emocje. Są za mali, aby wzruszyć me serce.
-A ja cię muszę mimo to osądzić.
-Jako człowiek, czy jako Bóg?
-Jako człowieka.
-A kim jest sędzia mój? Bo jeśli bogiem jesteś, a sądzić mnie chcesz to patrz na me czyny nie jako bóg, lecz jako człowiek. Możesz być przy mnie jako Bóg, lecz sądź mnie jako człowiek. Jednak jeśli człekiem jesteś, to odstąp, starcze, gdyż prawa nie masz wyroków na mnie wydać, ani czynów mych oceniać. Jeśliś zaś bogiem to ja Cię zatem osądzę jako człowiek. A uwierz, że wtenczas cało z tego nie wyjdziesz za spartolenie tak bardzo tak pięknego ogrodu.
-Takich jak ty było wielu - zaczął rzecz starzec- Drobni bohaterowie, co w rzeczy samej skroś złodziei i cwaniaczków prześwitywali, niźli herosów, których ludzkość z nich zrobiła - podał młodzieńcowi orzecha- idziesz i co myślisz, że znajdziesz? Dostać się chcesz do bogów i skraść roślinę życia, by przynieść do ludzi? I po co? Spójrz dookoła. Naprawdę chcesz, aby ci szubrawcy żyli wiecznie. Aby wstali z tej polany i poszli do dawczyni szczęścia. I fakt, że wówczas i ona nie umrze, ale jakie zło potrafią jej wyrządzić- urwał, wsłuchując się w śpiew słowika- Znałem Prometeusza i to ja go skazałem. Drobny cwaniaczek, który ma czelność oszukać bogów na rzecz tej hołoty. Wcale nie był bohaterem. Miał swoje pięć minut i to wszystko. Zdradził łajdak własną rodzinę. Wystąpił przeciw swym boskim kuzynom i ośmieszył bogów. Powiedz, czy chcesz być taki jak on? Jesteś zdrajcą?- roztrzaskał w starej dłoni dwa orzechy i ponownie poczęstował pielgrzyma- Najpierw czyni z siebie zdrajcę, a później złodzieja. Kiedy ukryłem ogień, aby ukarać jego niesubordynację, on go ukradł. Jak zwykły złodziej. Mój kuzyn.


Jeżeli zechcesz, inne wyłożę ci teraz słowo
Składnie i umiejętnie, a ty przechowaj je w sercu.
Jak z jednego są szczepu bogowie i śmiertelni ludzie."
„Prace i Dnie" Hezjod


-A Ty oczywiście musiałeś się zemścić i zesłałeś Aidoie (Pandorę), aby po raz kolejny udręczyć ludzkość.
-Nie bądź taki protekcjonalny - rzekł z wyrzutem- Przypomnij sobie dawczyni szczęścia i powiedz, czy aż tak bardzo cię udręczyła - chyba się zaśmiał, co na jego starej twarzy niezbyt dokładnie się odzwierciedlało, po czym wstał i ruszył w kierunku pobliskiego stoku- Chodź bowiem nadciąga burza. Tam, dalej, od południowego zbocza tamtej góry jest karczma. Przeczekaj nawałnicę i ruszaj dalej. I pamiętaj, że zabijając mordercę, sam stajesz się mordercą
- A przechodząc obojętnie jestem gorszy od mordercy, gdyż pozwalam umrzeć, jak tchórz. Bękart od matki podłości i ugiętego karku.
-Pamiętaj, że bohaterowie nie żyją długo, ani szczęśliwie. Tchórze to co innego. Nimi nikt się nie przejmuje. Są nieistotni. Oni dożywają starości , a po drodze pieszczą te, których ty szukasz w deszczu i ciemności, pokonując strach i potwory. Broczysz w bagnach i toniesz w zaspach, a oni grzeją się przy ogniu kominka i w łonie dawczyni szczęścia. Są tchórzami, ale mają więcej. A ty- zerknął po raz ostatni na wędrowca - a ty idziesz i idziesz jak debil w łachmanach i mimo, że masz wielkie i szlachetne serce, zawsze przegrywasz, bo los i bogowie nienawidzą herosów. Kochamy głupców i tchórzy. Z nimi możemy uczynić wszystko, a tacy jak ty zawsze gdzieś się wyrywają i nie oczekują, ale sięgają bez strachu po to co jest udziałem bogów, a nie ludzi. Chcą wyrosnąć z bycia człowiekiem, a my nie po to stwarzamy ludzi takimi jakimi są aby ktoś miał z nich wyrastać.
Starzec znikł, wraz z zachodzącym słońcem. Bohater mojego snu natomiast obszedł górę i dotarł do karczmy, wtedy, kiedy rozpętała się burza.


To nie są Elfy; to same dzierlatki.
Dziunie, dzieweczki, gwiazdy i szmatki.


Sen przeniósł moją postać na rynek starego europejskiego miasta w dzisiejszym wieku. Pamiętam skwar tego letniego wieczora unoszący się nad wypłowiałym brukiem.
- To nie tak, że nie chcę - zrobił głupawą minę, kiedy jej drżały palce - Jesteś marzeniem każdego faceta całującego żaby, ale - pomyślał, że jednak nie powie jej prawdy. Nikomu nie potrzebna jest prawda. Stał się pragmatykiem, zaczął wszystko racjonalizować - ale ja przestałem marzyć - a jednak nie umiał nie być sobą. Nawet nie musiał kłamać, wystarczyło, że udowodnił, iż jest przybyszem z innej planety.
- Chłopcy nie całują żab - rzekła bez przekonania ale miło - zostaw takie romantyczne podrygi dziewczynom i bądź sobą. Męski, ponury, obrażony na niebo. Tylko trochę oprócz tego co naturalne w Tobie, spróbuj zaprzyjaźnić się z tutejszym plemieniem, skoro już tutaj wylądowałeś.
- A co tutaj robi moje słodkie kochanie? - przerwał im męski głos. Kobieta obróciła się do głosu, a on ją objął - Czy moje słodkie kochanie flirtuje z tym, tutaj obcym na naszej dzielnicy- taksował wzrokiem faceta z dłońmi ubrudzonymi w smarach i potarganej podkoszulce. To nie jest twoja dzielnica skurwysynu. Pomyślał śniący. Nic nie jest twoje. – kimś?
- Nie jest w moim typie - odparł mój bohater nawet nie spoglądając na przybysza. Zabłądził gdzieś na horyzoncie, opierając się o zepsuty pojazd.
- Twój typ jest o wiele głupszy od niej - dodał pewnie przybysz. Objął dziewczynę i pocałował czule w policzek.
- Dlatego tak bardzo chcę naprawić ten pojazd, aby czym prędzej lecieć dalej - podrapał się nadgarstkiem pod nosem, lekko się brudząc - ja w ogóle nie pasuję do tej planety. Tutaj wszystko jest na odwrót. Ładne samice chodzą z brzydkimi samcami, a głupie samice zachowują się jakby były najciekawszym zjawiskiem na Ziemi. Tak jakby wesoła wiewiórka skacząca po konarach nie istniała. Wszystko na odwrót. Ja nie powinienem był się tutaj rozbijać. To jest zbyt bezsensowne jak na mój logiczny umysł.
- Czyli, że niby jesteś jakimś obcym? - uśmiechnął się barczysty brunet. Objął dziewczynę i kołysał ją delikatnie. Ona patrząc milcząco w niebo szukała szczęścia w gwiazdach, których nie było widać - I, że ten gruchot za Tobą to niby statek kosmiczny?
- Tania wersja, ale zawsze coś. Silnik ładnie brzmi.
- Kochanie słyszałaś - zwrócił się do dziewczyny, budząc ją z marzeń - Twój flirciarz jest kosmitą - mówił do niej ale ona już o tym wiedziała. Wciąż się świetnie bawił ale teraz jego oczy poszyła ciemność, skronie drgały nerwowo, a szczęka zamieniła się w ociosany głaz - Jeszcze nigdy nie widziałem jaki kolor krwi mają ufoludki - brudny od smarów obrócił w jego kierunku głowę. Ich oczy spotkały się; pełne furii i nienawiści ślepia barczystego bruneta mierzyły ciężkie, monotonne spojrzenie faceta w brudnym podkoszulku. Ten otworzył drzwi pojazdu i wydobył z niego duży kawał stali. Zgrabnym ruchem obrócił nóż w palcach i przeciął jego ostrzem wierz dłoni. Poczynił dwa kroki w przód i wystawił rękę przed obściskującą się parę. Krew z początku spływała na ziemie strugami lecz już po chwili rana broczyła jej coraz mniej. Dziewczyna nigdy nie widziała tak szybko gojących się ran toteż cały jej strach zaabsorbowało zdziwienie i fascynacja.
- Coś jeszcze? - zapytał mężczyzna z raną stojąc twarzą w twarz z żądnym krwi - Czy korona stworzenia chce ujrzeć jeszcze jakiś kolor krwi? Z ciekawości? Z pragnienia? Z nienawiści? - zbliżył się i poczuł oddech bruneta. Ten nie wiedział co się z nim dzieje. Agresja, która ustąpiła miejsca konsternacji nagle przerodziła się w obawę. Nie był byle kim i jego życie już mu to udowodniło ale w tym momencie oczy obcego, jego obojętność, zupełny brak emocji, zimny wzrok wywołały w nim niepokój. A tamten stał jak niby nic, gotów na dosłownie wszystko co się wydarzy - gdybyście jako ludzie z równą pasją pragnęli widoku własnej krwi co innych ludzi i stworzeń, świat zacząłby się robić coraz piękniejszy. Wtedy nawet mógłbym tu zostać dłużej.
- Chciałem tylko wiedzieć w jakim stopniu odłączyłeś się od gatunku ludzkiego - wzruszył ramionami - Już wiem.
- Wiesz dlaczego koncepcja waszego boga jest z gruntu idiotyczna -bohater snu spoglądał na złoty krzyż zwisający u szyi bruneta – bo stworzył kogoś takiego jak ty i powiedział, że to dobre.


"Ciemność i światło. Cierpienie i miłość. Czy to wytwór jednego umysłu? Rysy tej samej twarzy? O duszo moja, niech się stanę Tobą. Spójrz moimi oczyma, spójrz na stworzone przez siebie rzeczy, skąpane w cieniu. Zamknięty w grobowcu nie umiem unieść wieka." Cienka Czerwona Linia


-Wejdź. Wejdź strudzony podróżniku - z okna, które starała się zatrzasnąć, wyjrzała kobieta. Oczywiście, że kobieta. W końcu to ja śnię - Nadchodzi okropna noc, a tutaj będziesz bezpieczny, bo nie wiem, czy wiesz, ale to noc demonów - mimowolnie starała się zachować radosną kontorsję na swej ładnej twarzy. Oczywiście, że ładnej. Już ustaliliśmy, że to ja śnię - Wejdź.
Uporała się z oknem i kiedy schowała się do środka, on spojrzał na drzwi. Gdy sięgał do ich otwarcia, rozpadał się deszcz, ciężkimi, nagłymi kroplami. Cofnął rękę, przypominając sobie uśmiech gospodyni, po czym zrobił krok w tył i ruszył w ciemność, drogą ku odmętom północy.


Wyszedłem z wanny aby położyć ćmę na oknie by wyschły jej skrzydła. Uśmiechnąłem się do niej tylko przez chwilę gdy wyobraziłem ją sobie bez stanika ale z majteczkami. Nie, nie stringami. Nie cierpię stringów u ciem. Ćmy jak i kobiety wcale nie wyglądają seksownie w stringach. Ale może to dlatego, że mam specyficzny gust. Już ustaliliśmy, że jestem ułomny. Ten uśmiech pojawił się i zniknął w ułamku sekundy, mimo, że mam wrażenie iż to co się za nim kryło czyli niemy flirt z ćmą trwał wieki.

Ale jaki kurwa flirt zwyrodnialcu jak to piękne elfie stworzenie nie flirtuje tylko stara się przeżyć. Czemu jesteś taki samolubny - krzyczy lustereczko, a lusterka w łazience mam dwa więc i wrzask podwójny.
Patrzę w twarz faceta w szklanym odbiciu. Gardzi mną. Lustereczko, lustereczko, powiedz przecie, kto jest najważniejszy w świecie; drwi pysk w lustrze. Czuję ciężar tego spojrzenia więc wzrok mój opada na ćmę na skraju agonii.


„Jestem najlepszą ciała twego cząstką.
Z moich się objęć nie wydzieraj, błagam."
Wiliam Szekspir. Komedia Omyłek


Dwa dni później, po swobodnym marszu, nie nękany, ani wścibskimi demonami, ani natrętnymi gospodyniami, dotarł nad brzeg jeziora, za którym dalej na północ zapraszająco leżały doliny.
Niezwykła cisza zrodziła myśli o tym, że coś się musiało wydarzyć. Żaden dźwięk nie zagłuszał spokoju, żaden ptak nie śpiewał, ani gryzoń nie biegał w gęstej trawie. Znajdując się bliżej wody uświadomił sobie, iż okolicę tą przed chwilą musiał nawiedzić wicher. Mniejsze drzewa były połamane, a dookoła panował nieład. Spojrzał na taflę jeziora i gdy ujrzał tysiące motyli na powierzchni, zrzucił toboły i wszedł do wody. Piękne i kolorowe starały się wyrwać śmierci i w odmętach złowieszczej dla nich toni, traciły siły. Bezlitosny wiatr musiał targnąć nimi, tak majestatycznymi i pełnymi harmonii, a one pod ciężarem większej siły utraciły kontrolę swego łagodnego lotu i opadły w rozłożone ręce śmierci.
Delikatnie podbierając umieszczał na dłoni po kilka owadów, po czym przenosił na ląd. Słońce szybko suszyło ich skrzydła, a koniec rozpaczliwej walki z wodą miał zwrócić siły.
Po chwili brzeg mienił się setkami kolorowych skrzydeł, ale jezioro więziło ich jeszcze więcej.
- Jaki to ma sens, człowieku?- z brzegu doszedł wędrowca głos chłopca. Kucał na kamieniu i kapryśnie obserwował poczynania unurzanego do połowy mężczyzny w łachmanach - Ich jest tysiące, z czego połowa pewnie już nie żyje - beztrosko rzucił gałąź do wody- nie uratujesz wszystkich - urwał- Daj spokój. To nie ma sensu.
-Masz rację chłopcze - odparł bez akcentu. Robił swoje - Nie uratuję wszystkich, ale ma to sens dla każdego, który przeżyje.
Chłopiec zamarł w bezruchu, a jego beztroska gdzieś uciekła. Teraz wyraz jego młodych oczu spowiła zaduma, a twarz umalowała się w kontorsji smutku.
Nagłym susem powstał i wskoczył nieopodal mężczyzny. Woda sięgała mu do szyi, a on pospiesznie, jakby w walce o swe życie począł pomagać i ratować życie motylom.
Wiedział, że nie uratuje wszystkich, ale nie to miało znaczenie.


"Jesteśmy samolubnymi, prymitywnymi zwierzętami pełzającymi po ziemi. Ponieważ mamy mózgi staramy się z całych sił i czasami udaje nam się coś, czego nie da się uznać za czyste zło"
Dr House-"one day, one room"


Moja nagroda umierała. Była zbyt mała aby przeżyć nawałnice z prysznica. Moja egoistyczna wspaniała przyszłość konała na parapecie.
Wierzycie w karmę i nie krzywdzicie aby was krzywda nie spotkała. Czy naprawdę uratowałem Cię powodowany egoizmem? Obracam się do faceta w lustrze. Jest nagi. To dziwne uczucie być nagim nad umierającym elfem.
Dlaczego w drugim co do wielkości raju religijnym daje ci bóg 72 elfy dla twojej seksualnej rozkoszy. Dlaczego drugi co do wielkości bóg na tej planecie hoduje w klatkach dzieci aby zachować je w dziewictwie i oddać pojebowi, który wysadził autobus pełen obcych ludzi z powodu przypodobania się bogu. Tylko po to aby móc ruchać dzieci wbrew ich woli. I to nazywacie rajem, a wiarę w to cnotą.
Dlaczego sam bóg kusi nagrodą. Dlaczego bóg stwarza kogoś kto za wykonywanie jego nakazów dostanie nagrodę. Dlaczego jesteśmy tacy płytcy.
Dlaczego uratowałem ćmę. Nie mam boga, a żaden znany mi bóg nie oferuje nagrody za dobro wobec zwierząt.
Czy uratowanie Ciebie było zwyczajnym odruchem czy wypełnieniem układu biznesowego? Patrzę na ćmę, a ona chyba patrzy i na mnie.


Patrzyła nań ze zdumieniem. Nic z tego nie rozumiała lecz bardzo jej się to podobało.
- Nie umówię się z Tobą do kina - rzekła ze smutkiem- bo mam swego chłopca. Powiedz czym jesteś? Bibliotekarzem? Mówisz jak z książek - mężczyzna uśmiechnął się
z czarującą melancholią do ćmy
- jestem wrakiem ludzkim - rzekł dość dramatycznie - człowiekiem nieszczęśliwym i podłym. Żegnaj dziewczyno z kąpieli – umierała i oboje o tym wiedzieli.
Poczuła naraz przez chwilę, że rzuciłaby wszystko i poszła za tym chłopcem patrzącym niebieskimi, ciężkimi oczyma, lecz natychmiast odepchnęła od siebie tą myśl i wróciła do równowagi.
Niepoważny facet- pocieszyła się zaraz - Nie taki jak mój. Ciem z naszego wspólnego ogrodu.


Przyjechała mama aby przypilnować rzetelnego zrywania czereśni z obfitego drzewa. Mawia, że trzeba zerwać bo zjadają je szpaki. Patrzę na nią i mówię spokojnie. Ale skąd pomysł, że to moje czy nasze drzewo? W równym stopniu należy do tych szpaków co do nas. Nie dość tego. Dla nich pełni ważniejszą funkcję gdyż daje potrzebny pokarm. Dla mnie to jedynie rarytas – patrzy na mnie utwierdzając się w przekonaniu, że już całkowicie oddalam się od gatunku ludzkiego jaki ona i wszyscy znają. Ale to nie szpaki płacą podatki za ziemię, za deszczówkę i za energie słoneczną z paneli, którą trzeba oddawać w wysokości 20 procent elektrowni. Mimo, że słońce nie należy do nikogo na ziemi, a jednak ktoś je opodatkował. Jasne- mówię mamie- ale to nie szpaki chcą od nas tych podatków lecz ludzie. Mój własny gatunek robi mnie w chuja, nie zwierzęta.
Dlaczego? Dlaczego uważacie, że to wasze drzewa. Tak mówicie. Moje drzewo. Dlaczego uważasz, że masz większe prawo do tego drzewa niż zwierzęta jedzące z niego? I dlaczego odstraszasz je zamiast się podzielić. Dlaczego chcecie władać. Dlaczego sądzicie, że wszystko jest wasze.


"Życie jest szpitalem, w którym każdy pacjent jest opanowany chęcią zmiany swego łóżka. Są tylko trzy istoty godne szacunku: myśliciel, wojownik, poeta. Wiedzieć, zabijać i tworzyć. Wszyscy inni są do obciosania i pańszczyzny, stworzeni do obory, czyli do wykonywania tak zwanych zawodów."
Charles Baudelaire


Elf umarł zanim się nim stał.
Wciąż była ta fantazyjna elfica w ciele ćmy. Moje starania nie zmieniły losu. Byłem zbyt wolny. Nagrody nie zdobędę. Nieżyjące ćmy nie zmieniają się we wróżki, skrzaty, elfice. Tak samo jak nieżyjące ciało waszego boga nie jest waszym pokarmem głupcy.


Miałem się czasem za twardziela co to przeżyje w lesie na obcym terytorium, z kawałkiem stali w rękach i ocali w dodatku pobliską wieś od zwichrowanych skurwysynów. Myliłem się co udowadniał mi świat każdego dnia. Wyrywam kotu ptaka. Żyje. Dyszy wystraszony. Wygląda jakby miało mu wyskoczyć serce. Kładę go w miejscu bezpiecznym aby się uspokoił. Trudno krzyczeć na kota, taka jego natura. Patrzę z nad motocykla, w którym dokonuję drobnych napraw, a ptak wciąż dycha. Odpocznie i odleci.
Później idę do niego aby dać mu wody, a on przewrócony na plecy. Ma otwarte częściowo oczy, bardzo ciemne, piękne oczy. Nie wierzę, że nie żyje, dmucham na niego, brat mówi abym dał spokój. Nie chcę dać spokoju. Siadam na schodach podtrzymując go na rękach, wciąż ma te piękne oczy które jakby wpatrywały się we mnie. Jednak oczy te cichną, stają się zimniejsze. Nie wierzę, że nie żyje ale to bez znaczenia. To wszystko toczy się obok, bez względu czy chcemy i czego chcemy. Kładę go znowu w bezpieczne miejsce, może tylko śpi.


Czy ja to robię dla końcowej nagrody? Czy ja już wówczas widziałem powabna elficę przepoczwarzająca się z ciała ptaka?
Jak do cholery zrobić resuscytację malutkiej ćmie. Moje usta nie pasują do jej ust. Tak, tak wiem, odeszło się od wdechów na rzecz samych uciśnięć klatki piersiowej ale nie chcę jej połamać. Mam wielkie palce w porównaniu do jej dekoltu. W tej sytuacji wskazany jest dotyk ust. Z baśni wiem, że w takich przypadkach jest szansa, iż to stworzenie stanie się piękną kobietą. Z drugiej strony po co mi trup kobiety w domu.
Popadam często w melancholijną zadumę i wspominam dobre chwile; jestem szczęściarzem, gdyż zostały mi dane, po czym nostalgia ukazuje mi rewers mego losu, a melancholia przybiera twarz ironii; bo jednak wypaczyły moje życie. Spoglądam melancholijnie wiecznie zmrużonymi oczyma i jestem bardzo, bardzo daleko. Cały czas odbiegam gdzieś myślami. Nigdy nie jestem z tym, na kogo akurat patrzę, kogo akurat tulę. Zawsze mogę być gdzie indziej. Zawsze jestem gdzie indziej; ale sam. Całkowicie sam.


„Teraz moc srogą stalowego klina
na wskroś mu przegnaj przez pierś ciosem młota."
Ajschylos


Stoję na trupem. Umarła. Już pogodziłem się z tym, że nie musi być moja ważne aby była tylko żywa. To przecież nie o mnie chodzi. To nigdy nie chodzi o nas, a o te istoty po drugiej stronie. Nasz kaprys to często ich dramat. Nasza uciecha to często ich piekło. Wystarczy przyjrzeć się czynom ludzkim. Nazywamy to tradycjami i sportami. Nauką gdy zadajemy cierpienie aby opracować coś co wyłagodzi nam zmarszczki. Jesteśmy kosmicznymi narcyzami. I oprawcami. Okaleczamy i zabijamy inne istoty aby stał nam lepiej kutas. Obwieszamy się ciałem zwierzęcia i nazywamy to modą. Wieszamy na ścianach głowy bezbronnych istot i mlaskamy przy tym w poczuciu wyższości. Czułość skurwysyny. Czułość to jest to do czego jako gatunek nie dorośliśmy. I nie dorośniemy bo czułość wymaga od nas skupienia się na kimś drugim. A my skupiamy się tylko na sobie. I nie na kimś drugim kto da nam dupy lecz na kimś drugim który nic nam nie da.
Słowa to moja największa pasja i miłość. Być może jedyna. Rosłem z nimi i towarzyszyły mi od zawsze i wiernie. Ocalały mnie z koszmaru. Byłem magikiem, z one były moim mieczem, którym mogłem ratować, ranić i zabijać. Na końcu ginę ale pochyla się nade mną mała dziewczynka. Nie kobieta. Kobieta zakrzywia miłość. To zawsze musi być dziewczynka. Dziewczynka albo inna istota, która nie może sama się obronić. Istota która może tylko patrzeć i płakać. A Ty musisz wówczas spojrzeć i zrobić wszystko aby to cudo przeżyło. I nie coś za coś.


Męstwo istnieje dla niewinności i bezbronności. Pamiętajcie myśliwskie skurwysyny. To co robicie to nie męstwo. To bycie małym. Męstwo to opieka, to ochrona, to obrona. Każdego słabszego i niewinnego stworzenia.
- A może chcesz ją uratować co? – podniósł się i ściągnął swoją sfatygowaną kurtkę. Nie słysząc mego głosu, uniósł głowę i wpatrzył się w moje oczy. Ponownie wścibski uśmiech zagościł na jego twarzy – Poważnie? Ratować młodą kozicę, pachnącą jeszcze mlekiem i kwiatami z łąki, z ciałem jędrnym jak wcześnie zerwana brzoskwinia, z ustami wciąż nie grzesznymi i wstydliwymi oczyma? Ratować ludzkie cudo?
- tak - przytakuję - ratować cudo życia. Jestem złym człowiekiem - mówię mu - powinienem chodzić po świecie i zabijać. Tylko wówczas byłbym spełniony.
- to ratować czy zabijać? Bo wiesz to dwie różne rzeczy.
- zabijać aby ratować.
- wtedy stajesz się mordercą.
- nie. Wtedy staję się obrońcą. Wyjaśnie Ci to matematyką. Ludzie są niezdolni do walki ze złem innych ludzi gdyż 1/4 z nich to ludzie czyniący zło, 1/4 to ludzie jak ty, którzy uważają, że przeciwstawianie się im uczyni mnie złym, a więc nie mogę nic zrobić bo ja dobry. 1/4 to ignoranci, którzy uważają, że to nie ich sprawa i jest im to obojętne, a 1/4 to ludzie dobrzy, którzy są bez szans gdyż stoją w opozycji do każdej grupy pozostałej. Bo gdy zlikwidujesz zło to jesteś oczywiście wrogiem zła, oraz stajesz się zły dla drugiej grupy, a i trzecia grupa jest oburzona bo zabiłeś człowieka, a to przecież człowiek. Ludzie mają problem bo mają zjebany kompas moralny. Według was wszystkich jakieś prawa do życia ma mieć ten, który bez skrupułów intencjonalnie krzywdzi innych. Bo trzeba zachować jakąś jego ludzką godność. Tyle, że ludzkość nie ma żadnej godności. To nasz wymysł i tylko dla nas coś znaczy. Patrząc na nas z perspektywy zwierząt jesteśmy diabłem. Wykreowaliśmy idiotyczny humanitaryzm dla morderców. A co dla ofiar? To niemal selektywny humanitaryzm przeznaczony w zasadzie dla zbirów, sadystów, gwałcicieli. Bo oni mają przecież prawa, a my aby nazywać się dobrymi nie możemy im się radykalnie przeciwstawić. Więc przed lustrem z dobrą miną aby czuć się lepiej czekamy na cud. Ale cud nie nadchodzi bo cudów nie ma. Za to tamci każdej godziny sprawiają kolejne zło. Nasza bierność to ich festiwal. Nasza bierność to cierpienie ich ofiar i śmierć. Ich ofiary liczą, że ktoś zareaguje, pomoże ale cóż, ludzkość jest niezdolna bo mamy humanitaryzm wobec oprawców. Ideały inwalidzkiego myślenia. A likwidacja zła według tej ludzkości stawia ją po stronie zła. Co za obrzydliwość. A prawda choćby statystyczna jest prosta; kara odstrasza, a kara śmierci odstrasza bardzo. To działa. Teraz mała sztuczka. 1/4 ludzi dobrych czyli tych, którzy nie krzywdzą niewinnych, zabija 1/4 ludzi złych czyli tych, którzy intencjonalnie krzywdzą innych i inne istoty. Jaki mamy efekt? Nie ma na planecie tych, którzy krzywdzą intencjonalnie innych. Zostają ci dobrzy, których reszta ludzi okrzyknie teraz złymi, gdyż zabili tamtych. Ale o dziwo nic się nie dzieje. Nie ma już sadyzmów, nie ma niewinnych ofiar. Ci dobrzy nazwani złymi nie wyrządzają intencjonalnej krzywdy nikomu. Wasz fundament upada. nazywacie ich złymi, a to tylko sprawcy tego, że nie ma już złych. I nie ma zła ale w waszych umysłach oni są złym.


„Czas nie chce się zatrzymać, każdy upływający dzień postarza mnie, a ja wciąż szukam tego czego szukałem rok temu, dziesięć lat i dwadzieścia lat - bezskutecznie. Świat pędzi, ja zaś stoję w miejscu, biegnąc za chimerami i coraz mniej wierzę, iż można je doścignąć. Nie ma bezinteresownych uczynków i uczuć, nie ma prawdy, przyjaźni i wierności, nie istnieją idee bez skazy i przysięgi bez pułapek, jest tylko zgorzknienie, które odkłada się we krwi, niczym słoje trującego drzewa."
Łysiak; „Wyspy bezludne.

 


Każdy gest może być relikwią pod warunkiem, że ten gest jest jedynym świadectwem, iż życie miało sens choćby przez pół godziny czy też chwilę dłużej, choćby do świtu.
- Jesteś teraz tak nieszczęśliwy jak się wydaje.
- Myślisz, że jedyną liczącą się prawdą jest ta, którą można zmierzyć. Że nie liczą się intencje, serce, troska?
- I tak byłbyś nieszczęśliwy.
- Moim celem miało być poświęcić się i nie dostać nic w zamian?
- Nie. Ty zwyczajnie nie wierzysz aby cokolwiek miało jakikolwiek cel. Niszczysz każdą dobrą rzecz w swoim życiu. Pozbawiasz ją znaczenia. Nie wiem po co miałbyś chcieć żyć.
Siedzieliśmy na moście z nogami zwieszonymi nad wodę kiedy nadjechał autobus.
- Ty nie żyjesz - stwierdzam bez przejęcia siedząc w środku i obserwując małą dziewczynkę, która kiedyś umarła mi na rękach.
- Wszyscy umierają - uśmiecha się – Nie wsiadaj do tego autobusu za mną – wstaje - nie zawsze możesz mieć to co chcesz. Czasem możesz mieć to czego potrzebujesz – wchodzi na schodki pojazdu i się uśmiecha - Nie martw się. Tragedia trwa chwilę, reszta Twojego cierpienia to Twoje dzieło.
Muzyka wypełniła pomieszczenie, tancerki tańczyły w rytm migających świateł.
- Są ludzie którzy swym charakterem niszczą wszystko co zbudowali rozumem.
- Dzisiaj byłem w miejscu gdzie było czterech mężczyzn i dwa wielkie psy.
- Tak, tak - przerwała całując mnie w usta - i zaraz opowiesz mi o tym, że wybrały Ciebie - wzięła mnie za rękę i pociągnęła w kierunku wejścia do lokalu- Jeśli będziesz miał wciąż minę jak kretyn to Cię nie wpuszczą.
- Tak. Już dzisiaj nie wpuścili mnie do autobusu
- Dlatego jesteś taki smutny?
- Nie jestem smutny. Mam bogate wnętrze. Laski na to lecą.
- Decyduje Twój wygląd. To jak mieć laurkę w sypialni. Charakter masz najgorszy. Na Twoim czole jest napis " nie wchodzić"
- Dziwne – mijam patrzącego na mnie groźnie ochroniarza - Mieli go umieścić na furtce mojej posesji
- Jesteś błyskotliwy, zaskakujący, seksowny. Ale z Tobą byłabym samotna. Zrozum. Przy nim jest dla mnie miejsce.
- Idealny związek. O niczym sobie nie mówicie więc nie macie się o co kłócić. Duża miłość, duże kłamstwa.
- Jest łatwiej kiedy nie dba się o uczucia innych.
- Już je zraniłaś, tylko on o tym nie wie.
- Jeżeli mu nie powiem to nie będzie cierpieć- przystaje na chwilę aby uważniej przyglądnąć się mojej twarzy - Czy Ty czujesz odrazę - pyta prawie z oburzeniem
- Jestem skomplikowanym facetem. Czuje odrazę z wielu powodów.
- Nie da się zapanować nad emocjami.
- Tak, ale można panować nad działaniami.
- Czy miłość oparta na kłamstwach nie jest realnym uczuciem? Nie daje rozkoszy?
Nie odpowiedziałem. Nie wiem co miałbym odpowiedzieć. Że życie w złudzeniu przynosi uczucie zmarnotrawienia na końcu.
- Pobaw się. Potańcz, wyluzuj, zapomnij - zarzuca mi ręce na ramiona - To święto zakochanych.
- Dla mnie to piątek.
- Czemu nie spotykasz się z ludźmi?
- Bo zawsze jestem nieszczęśliwy.
- I nie musisz przynajmniej udawać, że wszystko jest ok?
- Wiara w to, że ludzie są fajni nie czyni ich takimi. Dzisiaj spotkałem dwa wielkie psy z czterema facetami...
- Tak, Tak. Zaraz usłyszę, że wybrały Ciebie. Dlaczego większa wartość ma dla Ciebie uznanie zwierząt niż ludzi?
- Daj mi się napić - podszedłem do baru - Na to kim jesteśmy składa się milion rzeczy. Zmienimy jedną, zmienia się wszystko.
- Fajnie, że nie dbasz o pozory. Że życie jest krótkie i przykre więc trzeba mówić co się myśli. Ale wysil się. Będę zaraz kolejną która skreśli Cię na kartce. Tak chamsko, jednym, szybkim pociągnięciem ołówka.
- Musisz stanąć na końcu kolejki.
- Nie chcę używać ołówka - znów całuje mnie w usta - Chodź dzisiaj ze mną.
- A Ty co? Jesteś zakochana. Co się stało, że chcesz dymać ludzi wprost?
- O Rany - wypija mi drinka jednym haustem- Jesteś tak nieszczęśliwy jak się wydaje. Niektórzy blokują uczucia i emocje i czekają aż zaczną ich boleć - podnosi głos - Zdrowi - rzuca we mnie kostkę lodu wydobytą z mojej literatki - Zdrowi wolą je wyrażać choćby w postaci zdrad.
- I to czyni Cię lepszą ode mnie?
- Nie zawsze chodzi o seks.
- Naprawdę? Od kiedy?
- Nigdy nie będziesz wolny. Nigdy się nie zmienisz.
- Posłuchaj - pochylam się nad barem i patrzę w oczy kelnerki, która od dłuższego czasu przysłuchuje się nam - Miłość zwyczajnie wywołuje złe decyzje.
- Czy to coś okropnego, że chcę się z Tobą kochać, a nie być z Tobą?. Naprawdę?
- Dla Ciebie czy dla mnie?
- Dla Ciebie.
- Ja wiem co Ci dolega - odezwała się śliczna barmanka. One wszystkie tutaj były śliczne. To znów musiał być sen - Musisz cierpieć. Nie lubisz sam siebie ale siebie podziwiasz. Boisz się zmian, utraty wyjątkowości. Uważasz, że cierpienie Cię uszlachetnia - zapaliła papierosa i wydmuchała dym wprost w moją twarz.- A zwyczajnie przez cierpienie nie jesteś lepszy od innych tylko bardziej nieszczęśliwy.
- Są dziewczyny które prześpią się nawet z bezkręgowcem - mówię wyciągając dłoń po papierosa z jej paczki. Nie palę ale czasem chcę poczuć się jak literacki bohater - Nie Ona, bo Ona sypia tylko ze mną i ze swoim facetem ale. Ale są takie - patrzyłem na nią głupkowato.- Dzisiaj spotkałem czterech facetów i dwa wielkie psy w jednym...
- Jasne...wiemy wszyscy. Psy, zupełnie obce psy lgnęły do Ciebie. A o mrocznej porze dnia jesteś latającym zabójcą. Masz zajebiste życie. Psy, ciemne ulice, samotność, jaskinie. I wieczna tortura możliwością życia normalnie.
- Musisz już wyjść – wraca ona i mówi do mnie zdecydowanie.
- Dlaczego? - pyta ją barmanka.
- On zwyczajnie tutaj nie pasuje.
- Chcesz mieć na niego monopol?
- Właśnie.
- Może kiedyś, kiedy w okolicy zabraknie napalonych kocic.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
- Że on nie jest dla tej jedynej...
Dochodziły mnie ich głosy i głosy muzyki. Ciała na podeście wiły się w erotycznym spazmie. Ludzka masa w odwiecznym tańcu godowym. Gdy nie mordują i niewolą to się pieprzą.
- Widziałem dzisiaj czterech mężczyzn i dwa psy w jednym miejscu - mówię do dziewczyny tańczącej nade mną - Dwa ogromne psy z których jeden spał, a drugi podszedł. Zupełnie obcy. Chodził dookoła, wciskał głowę pod moją rękę, a kiedy kucnąłem zmęczony w oczekiwaniu, zwyczajnie przycisnął swój łeb do mojego policzka.
- Posłuchaj - mówi Ona do Niej - w życiu jest tak, że siódemki związują się z siódemkami, czwórki z czwórkami, czasami zmienia to duża forsa lub ciąża ale Ty masz przynajmniej 2 punkty straty nad nim.
- Więc myślisz, że błąd matematyczny sprawi, że będzie Ci wierny?
- Liczby nie kłamią kochana. Jestem pewna, że chcesz go po prostu uprowadzić do swojego gniazda, powiesić nogami do góry i złożyć w nim larwy. Taka wyrachowana suka jak Ty.
- I w czym problem? Nie jesteście już przyjaciółmi.
- I słusznie. Co nie znaczy, że pozwolę mu umrzeć.
Biały, wielki kaukaz który lizał mnie po uchu, zupełnie obcego przedstawiciela najgorszego z gatunków wywołał jedyną nutę radości na twarzy kiedy spadłem na dno przepaści. To on sprawił, że usiadłem i jestem tutaj. Nawet gdy masz nietęga minę i wpatrujesz się w dal jak w nicość przychodzi stworzenie które czuje instynktem, zapachem, gestem. I wtula się w Ciebie jakbyś był ostatnią istotą na ziemi. Różnica gatunków? Uwierz mi, że więcej znaczy pysk potężnej bestii przy policzku niż uśmiech niegroźnego człowieka. Tylko potęga międzygatunkowej więzi pokazuje kim jesteś. To w jaki sposób traktujesz inne stworzenia. Bezbronne, słabsze. To nie fakt jak dobrze grasz na niedzielnym obiedzie po odbębnionej mszy lecz to w jaki sposób traktujesz tych, których przez prymat gatunkowy możesz krzywdzić.
"Świetną to rzeczą mieć siłę olbrzyma, Ale tyranią, siły tej używać jak olbrzym."
Miarka za miarkę Wiliam Shakespeare
Kiedyś co jest dosyć dziwne byłem malutki i co jest dziwniejsze; uroczy. W szkole siadałem na parapecie jeśli akurat na przerwie nie grałem w piłkę.
- Podobam Ci się?- zapytała smagła dziewczyna o kruczych, pachnących szamponem włosach. Miałem zwichniętą nogę, więc nie grałem z innymi na korytarzu.
- Jesteś bardzo ładna - znaliśmy się z sąsiednich klas.
- Chciałbyś ze mną chodzić?
- Nie chciałbym - jej piętnastoletnie pośladki dotykają mojej stopy spoczywającej na parapecie. Ludzie, gdybyście ją tylko widzieli. Jak zdjęta z obrazka.
- Masz już dziewczynę, tak?- wpada na taki pomysł lekko urażona.
- Nie - kiwam głową.
- No to czemu nie chcesz ze mną być?
- Bo być lubię sam.
- Jak to sam?
- Po prostu. Sam. Lubię być sam.
- O jejku - prycha śmiechem uderzając chcący dłonią o moje udo - Ja mówię o takim byciu, jak dziewczyna z chłopakiem. No, że chodzą razem.
- Nie lubię tego.
- Nie lubisz?- wpatruje się w moją chłopięcą twarz, a ja jak zwykle szukam czegoś za oknem w deszczu - Słuchaj, może Ty pedał jesteś.
- Nie jestem.
- No to dlaczego nie lubisz się spotykać z dziewczynami?- jej koleżanki szepczą, jedzą śniadaniowe kanapki i wskazują na nas ukradkiem.
- Lubię się spotykać z dziewczynami.
- Ejj, no - uderza mnie piąstką w buta - Ty jakiś dziwny jesteś. To lubisz czy nie?
- Lubię się spotykać z nimi ale nie lubię z nimi chodzić.
- No ale przecież jak się z nimi spotykasz...
- Spotykam się z dziewczynami, które chcą się przespać ze mną na tym spotkaniu ale nie chodzę z nimi.
- Tylko po to się spotykasz?- otwiera usta w zdawkowym zdumieniu; piękne, pełne, śniade usta.
- A po co innego można się spotykać z dziewczynami?
- Szpaner! - obraca się w stronę okna, widzę jej profil gdy już decyduję się na nią spojrzeć.
- To nie jest prawda. Nie jestem szpanerem, jestem zwyczajnie szczery.
- Jesteś po prostu głupi i nadęty.
- To też nieprawda.
Patrzeliśmy chwilę w milczeniu w okno, gdy zupełnie od niechcenia nasz wzrok się spotkał. Była dwa lata młodsza i pełna blasku. Kiedy grałem w piłkę w szkole z powodu deszczu i innych niedogodności ona często siadała na schodach i się przypatrywała. Kiedy mieliśmy wspólną lekcję wychowania fizycznego składałem swymi dłońmi jej nadgarstki do właściwego odbierania piłki siatkowej. Czasem pokazywałem jak zrobić dobrze przewrót w przód dotykając jej bordowych szortów. W pozostałych chwilach chwytaliśmy się spojrzeniem, magia dziecięca poczynała tańczyć, ona się wówczas lekko uśmiechała, a ja po prostu się wpatrywałem tym monotonnym wzrokiem ale jakże pełnym pasji.
Dopiero pół roku później gdy dowiedziała się od mojego znajomego, że nigdy nie spałem jeszcze z dziewczyną, podeszła i bez słowa przywaliła mi w gębę. Stałem wpatrując się w pączka jakiegoś chłopca, podczas gdy nie jadłem słodyczy od długiego czasu.
- Szpaner- powiedziała wówczas wyciągając do mnie drugą dłoń z kanapką. Miała łzy w oczach. W tych pięknych, dziewczęcych, niczym nieskażonych oczach, miała łzy. Nie musiała w życiu płakać. Już nawet myślałem, że nie umiała, ale chyba pomyliło mi się ze mną.
Nikt nie musiał wiedzieć, że to kolejny szpan.
Krople deszczu i brukowane uliczki jesiennym, środkiem nocy. Od ściany muru kamienicy odbija się liść niesiony wiatrem, nad głową skrzypi wisząca rynna, siadasz na murze, opuszczasz nogi, szczelnie okrywasz płaszczem nagą szyję. Na końcu drogi, tuż pod latarnią jakiś szczur porywa resztki jedzenia, w klimatyzowanym lokalu, pośród wyperfumowanych ciał i wypacykowanych mężczyzn stoi dziewczyna obok chłopaka. Barman podaje im ostrożnie drinka, przyjaciele śmieją się do rozpuku z przed chwilą opowiedzianego kawału. Słyszysz przez zimne mury zgiełk, podnosisz delikatnie głowę trzymawszy płaszcz, aby wiatr znów go nie zerwał. Patrzysz, a w zaparowanej szybie jakaś gęba filuje na Ciebie z ukosa. Uśmiecha się, a kiedy już wie, że ją dostrzegłeś unosi drinka w toaście. Mógłbyś stłuc szkło gdyby ciężki wzrok umiał roztrzaskiwać przedmioty, a nie tylko serca. Gęba znika w alkowie, przez szybę wydostaje się śmiech kobiet, szczur dzieli się z drugim gryzoniem jedzeniem, nieopodal po moście przemyka tramwaj z pijanym pasażerem, tuż pod jednym z jego filarów młody chłopiec zarzuca sznurek na stalową szynę. Sprawdza naprężenie liny po czym podkłada pod nią przygotowaną wcześniej skrzynkę po owocach. Unosi na chwilę twarz ku górze jakby chciał spojrzeć Bogu w ślepia. Ma zapłakane oczy, a Bóg pije toast w klimatyzowanym lokalu z tymi których sobie wybrał. Chłopiec umiera z niemym krzykiem swego dramatu.
Deszcz się wzmógł targany powiewami smaga teraz Twoje policzki. Zerkasz na kolebiąca się rynnę, jakaś natrętna łza miesza się z kroplą wody. Mógłbyś sobie pójść gdzieś, przed siebie. Mógłbyś pójść nad rzekę, a tam spotkałbyś chłopca. Mógłbyś ale to już niczego nie zmieni. Mógłbyś też wejść do lokalu i mógłbyś spojrzeć na ludzi. Mógłbyś ale to też już niczego nie zmieni.


"Z Kołnierzami do góry
Budząc postrach wśród bliźnich
Późną nocą się włóczą
Niekochani mężczyźni


Gwiżdżąc bluesa przez zęby
Snują się ulicami
Nie wracają do domu
Może nie chcą, nie chcą być sami


W nocnych knajpach im w uszy
Tłoczą jazz saksofony
Strip-tease oczy ich kusi
Pięknem nienasyconym


Z papierosów się wokół

Kręci dym siwo-mglisty

I w oparach swych skrywa
Byt ich wciąż nieparzysty


Niekochanym mężczyznom
Błyszczą oczy wilgotne
Gdy nad szkłem pochylają
Swoje serca samotne


Choć nie wierzą w kabałę
Czasem sobie powróżą:
Mieli szczęścia za mało,
Czy też może... za dużo?


Chociaż wrócą nad ranem
Nikt się na nich nie skrzywi:
Nieszczęśliwi mężczyźni
Albo właśnie... szczęśliwi?


Nieszczęśliwi mężczyźni
Albo właśnie... szczęśliwi

" M.Bajor

 

- Mimo, że ukarałem nie mogę patrzeć na samotność tytana.- wyszedł z mroku i podszedł bardzo blisko tak jakby chcąc wyczuć zapach mego osamotnienia- Jestem tu po to, aby wręczyć ci ogień. Nie będziesz musiał tak jak Prometeusz go kraść. Dostaniesz płomień i zaniesiesz do ludzi. - mówi gdy podnoszę na niego monotonny wzrok.
-„Przebiegłego łańcuchem spętał niezmożonym, Ciężkimi kajdanami, wbił klin w środek ciała i szerokoskrzydłego napuścił nań orła. Ten nieśmiertelną zżerał wątrobę, lecz nocą odrastało z niej wszystko co ptak za dnia wyrwał."- przypominam jak "Teogonia" relacjonuje karę za taki czyn - Dzięki za propozycję. Zawsze cierpią bohaterowie. Tym razem poudaję głupca. Wejdę tam i wypiję razem z nimi
- Pozwolisz umrzeć ludziom z zimna?- zapytał donośnie wyciągając z kieszeni monumentalnego płaszcza cygaro. Przez chwilę się mu przypatrywał z prawdziwą satysfakcją.
- Powiedzmy, że świetlista przyszłość ludzkości ściągnie na świat tylko większe zło.
- Co nie znaczy, że musisz przejść obojętnie - zapalił w deszczu.
- Za jaką nagrodę?- wskakuje na murek obok - Za życie wieczne na brukowanych ulicach?
- Za świadomość, że przeżyłeś swoje życie godnie.
- Masz rację - puściłem kołnierz płaszcza bowiem i tak już byłem cały mokry, a wiatr wydawało się jakby ustał - Ja je przeżyłem.
- Chodź.- kładzie mi dłoń na ramieniu tak jakby ten gest miał mnie przekonać.
- Tam gdzie kocice robią miau?
- Chodź- powtórzył zdobiąc twarz w kontencie. Pchnął ciężkie drzwi aby ciepło lokalu mogło zaprosić nas chętniej do środa.
- Dlaczego wybrałeś mnie? - pytam go gdy przechodzimy pod bar. Niektórzy rzucają nam ciekawskie spojrzenia. Dwóch facetów w płaszczach i ze śpiącymi oczami.
Czasem ludzie nie umieją oderwać oczu od kamiennych twarzy.
- Jest w Tobie coś takiego - mówi kiwając palcem na kelnerkę - Jakbyś Ty też cierpiał- strzepuje deszcz z włosów, krople spływają po jego ogorzałej twarzy. Kelnerka zamarła tuz przed nim jakby nie mogąc oderwać wzroku.
- Dwa razy wódkę z sokiem, lodem i cytryną kwiatuszku - mruży do niej oko. Kurewski Bóg, myślę sobie. Staję między nimi i pochylając się kieruję twarz naprzeciw niej.
- Co jest z Tobą?- pytam ze szczerym przejęciem- Przecież on liczy sobie wieki.
- Wow.- wyjękuje nie mogąc ruszyć głową - Muszę przestać brać koks- mówi chyba sama do siebie, zaczarowana dziewczynka- Jesteście tacy.
- fajni.- wtrąca mój kompan z za moich pleców
- i podobni- oznajmia ona, podczas gdy odwracam się w stronę Boga.
- Twarz człowieka przeraża mnie najbardziej, gdy widzę jak bardzo podobna jest do mojej- dodaje, podczas gdy ona stara się obudzić.
-No, goń już kwiatuszku. Pić nam się chce - dotykam jej ramienia aby ją zbudzić. Wzdryga się, znów patrzy na mnie. Robi krok naprzód, delikatnie przechyla głowę, jej usta dotykają moich ust, wzdycha cicho, tak aby tylko musnąć najwrażliwszego punktu w moim mózgu.
Kiedy czuję, że jej głowa się cofa, ona nie odrywając ust, obsuwa je w dół tak, że moja dolna warga znajduje się na ułamek sekund między jej obiema. Smakuje jak ambrozja. Stoję chwilę zamrożony, nie chcąc nawet drgnąć aby nie utracić tej chwili. Ona cichutko mlaskając znika w za stolikami.
- No widzisz - częstuje mnie fajką, a przecież wie, że nie palę- Zawsze lepiej pić chłodnego drinka w ciepłym wnętrzu i smakować ust kobiety niż moknąć na bruku ciemnej uliczki.
- jasne- ruszam przed siebie w ostatniej chwili chwytając fajkę którą sobie przypalił - Poczekaj tu na mnie - mówię do niego zaciągając się głęboko
- Ej - krzyczy- Myślisz, że jestem tylko Twoim Bogiem?
- Jesteś moim kawalarzem - wkraczam w mrok przecinany czerwonymi lampkami - Uwielbiasz wycinać mi kawały - zwężam powieki, źrenice dostosowują się braku światła. Widzę skurwiela jak przytrzymuje za rękę dziewczynę. Ma czarne zęby i czerwone rogi. Milknie na chwilę ze swojego rubasznego śmiechu gdy moja sylwetka znajduje się naprzeciw.
- No i?- dziewczyna zdolna jest się uwolnić, on zaciska ręce, ona załzawionymi oczyma patrzy z boku - marny człowieczku - dodaje gdy w tej samej chwili odchylając ciało do tyłu, mój but ląduje na jego podbródku. Jego głowa uderza o oparcie kanapy, z ust wypadają dwa zęby.
- nie jestem już człowiekiem - ponownie się zaciągam, posyłając mu monotonne wejrzenie. Chrząka, prostuje kark, rozmasowując go, opierając dłonie na udach, podnosi się. Po chwili dobre ponad dwa metry skurwysyna mieni się przede mną. Nawet nie ujrzałem ruchu jego nogi gdy brakło mi oddechu. Czułem tylko w tej samej chwili, że w plecy uderza mi mur. Opadłem u podnóża ściany.
Ktoś zgasił wszystkie światła.
- Straciłeś przytomność - budzi mnie kobiecy szept rozbrzmiewający tuż przy mej głowie. Otwieram oczy i widzę dwie piękne piersi w zalotnym dekolcie.
- Poważnie?- sprawdzam czy żyję chcąc usłyszeć własny głos - Mój penis stracił przytomność - teraz patrzę w jej ślepia - Mogłabyś go reanimować?
Wydawało mi się przez chwilę, że ona się uśmiecha więc czemu przywaliła mi w twarz. Wstała i odeszła.
Patrzę w górę, nade mną majaczy postać czerwonego skurwiela. Nigdy nie widziałem diabła, aż do dziś. Staram się podnieść, czując jakby żebra wbijały mi się w płuca. Przezwyciężając problemy z oddychaniem, staję na nogach. Znowu mu sięgam głową do klatki piersiowej. Pochyla się aby móc zerknąć na moją gębę. Gdybym nie miał cięższego wzroku pewnie bym się zląkł. Widywałem taki wzrok każdego dnia w lustrze. W tej samej chwili walę go czołem w nos. Słychać tylko chrzęst łamanej kości, ale to go nie osłabia. Dostaję w głowę z pięści większej od niej. Lecę na drugą ścianę. Tym razem mur roztrzaskuje ramie.
- Trzymaj - nawet nie wiem czy cknę się po dłuższej chwili niż poprzednio. Kelnerka, która wcześniej mnie pocałowała wkłada mi coś do ust - To nie łagodzi bólu - mówi ocierając chusteczką mój pęknięty łuk brwiowy - To go eliminuje - wypluwam natychmiast to świństwo - Czego chcesz?- pyta rozczarowana.
- Nie możesz spełnić moich życzeń - mówię starając się usiąść prosto na podłodze.
- Nie musisz czuć bólu aby być dobrym człowiekiem. - głaszcze mnie po skroni- Boisz się być szczęśliwym?
- Dlaczego interesuje Cię czy jestem szczęśliwy?
- Boisz się zmian. Umysł to jedyne co masz. Myślisz, że jak on nie działa jak należy, to nie zostanie Ci nic.
Wstaję, diabeł przykrywa dłonią nos, unosi gniewne spojrzenie na mnie. Jego brwi się marszczą.
- Czy Ty aby nie jesteś jakiś pojebany?- zapytuje prężąc mięśnie gotowe na atak.
Ruszam w jego kierunku. Mam tylko cztery kroki a czuję się jakbym miał nigdy nie dojść.
Przyspieszam. Ostatnie dwa kroki wyskakuję w przód, wpadam na niego łokciem, obaj lądujemy na stoliku, który rozpada się w drzazgi. Ściska mnie dwoma potężnymi ramiona tak jakby chciał utulić , aż tracę oddech.
Zasypiam.


„Tak przyjdź i teraz do mnie, spod udręki
wyrwij mię takiej ciężkiej! Czego serce
łaknie, wypełnij wszystko. Sama moim
bądź sprzymierzeńcem."
-Safo-


- Ej - łapię za rękaw faceta wsuwającego mnie do samochodu podczas gdy leżę bez ruchu na plecach - Nie możecie mnie zawieść do szpitala - mówię mu na wpół przytomny - Ja nie mam ubezpieczenia
- To nie karetka - wyjaśnia bez emocji- To karawan -wsuwa mnie pod dach i zatrzaskuje klapę.
- Ufff - wyjękuję z ulgą - Udało się - zamykam oczy aby zostać sam. Całkowicie sam.
- Nigdy nie prosiłam abyś opowiedział swoją smutną historię - dochodzi do mnie damski głos.
Nie otwieram oczu bo jest mi to obojętne. Oni znani i nieznani są już obojętni. Zaraz przekroczę ciemną wodę.
- Dlaczego?- zapytuję korzystając z ostatnich możliwości obracania z kimś słowami.
- Masz ją wypisaną na twarzy - mówi ona i czuję jak kładzie mi dłoń na ręce.
Nic nie mówię.
Skakanie z samolotu, każda kobieta na świecie, noc pod drzewem, szare uliczki, bicie po mordzie, pokój wypełniony samotnością, ołówek między zębami. Tulące się do mnie zwierzęta.
- Czemu odchodzisz - przerywa milczenie.
Otwieram oczy, jej twarzy i tak w mroku nie mogę dojrzeć ale otwieram oczy.
To każda kobieta na świecie, a ja zatrzymuję wzrok w ciemności ponad mną. Nigdy nie bałem się ciemności.
- Każdy musi opuścić dom.


"Lubię tę aurę ciemności, która go otacza. Lubię jego twarz, smutne oczy. Jest dziwnie piękny, niczym noc bez gwiazd." - Isabel Abedi "Nawiedzony dom"

 

Te słowa mną zawładnęły, spadałem i nie chciałem się zatrzymywać.


" Idziemy na taras. Kobiety rozstępują się, w mroku widać tylko wysepki białych zębów jaśniejsze od żaru. Któraś uniosła głownię i dopiero teraz zobaczyłem maleńką istotę, całą drżącą i boleśnie skurczoną. Kilkumiesięczny gorylek, przypomina mi Tytusa. Powieki ma wepchnięte w oczodoły, plecy skatowane grudkami żaru. Dotykam go. Odskakuje, zakrywając główkę łapkami. Nie próbuje jednak uciekać.
Serce rozrywa mi litość, a skronie pulsują mi rytmem gniewu. Czuję nienawiść wprost morderczą. Biorę malucha na dłonie i przytulam ale to bezcelowe, zero reakcji. Zabito w nim już wszystko, jeżeli zabito instynkt rodzinny, który każe małpiej sierocie tulić się do człowieka.
Kładę go na ziemi. Jedna z dziewcząt celuje rozżarzonym węglem w kłębek bólu. Trafia. Kłębek podskoczył jak ukłuty machając łapkami rozpaczliwie. Lecą kolejne rakiety, czuć swąd gorejącej sierści. Dziewczęta cieszą się i klaszczą.
- Muszę wracać Panie komendancie.
- Już?
- Tak, już późno, a ja mam dziś sporo pracy.
- Dobrze, jest Pan wolny poruczniku.
- Chciałbym zabrać swoją spluwę, panie komendancie.
Kapitan Saturn daje znak. Z ciemności wysuwa się delikatna, upierścieniona dłoń, trzymająca mój pistolet. Strzelam gorylkowi w głowę dwa razy, tyle zdążyłem. Potem ta dłoń całuje mi czoło z siłą młota kowalskiego i tracę przytomność...
...leżę na tarasie, obok kłębka dymiącej sierści. Widzę pysk komendanta, pełen dzikiej pogardy i wstrętu.
- Myliłem się! Sądziłem, że jesteś inną kreaturą! Ale ty jesteś po prostu idiotom błądzącym między romantycznym idealizmem, a obojętnością niedzielnych cyników, i niemogącym się zdecydować. Inteligentne gówno!... zrobiło ci się żal małpy! Małpy!...uważaj byś nie musiał żałować samego siebie!...powinienem zamknąć cię w ZOO, wśród twoich przyjaciół, lub od razu rozwalić za to co zrobiłeś w moim domu. (...)
Podnoszę się nie bez wysiłku. Dotykam czoła. Mokro. Coś lepkiego, chyba krew. On dalej gada, tym samym syczącym głosem rozczarowanych przyjemniaczków.
- Szukasz swojej szczęśliwej wyspy w drugim świecie, w halucynacjach i snach? Nie jestem takim mądralą jak ty poruczniku ale czytałem, że w dawnych wiekach uważano, że śmierć to bliźnięta z brzucha jednej Matki Mrocznej Nocy. Uważaj! Pamiętam też jak w szkole kazano mi dwadzieścia razy przepisać rozdział z Saint - Exupery'ego. Rozdział o zasypiających porucznikach. Pamiętam każde słowo, a najlepiej ostatnie zdanie : i morduje się pięknych śpiących poruczników.- Uważaj!
Na co uważać? Niebo jest puste. Ziemia też jest pusta i prawie każdy jest zupełnie sam we świecie, o czym byś wiedział kapitanie gdybyś musiał dwadzieścia razy przepisywać rozdział Singera lub kogoś podobnego.(...)
- Nie, uderzono mnie w łeb czymś.
- Czym?
- Pierścionkiem.
- Kto to zrobił?
- Jedna z dziewczyn Saturna.
- Dlaczego?
- Bo zastrzeliłem gorylątko, znęcali się nad nim...
- Jak?
- Miało wydłubane oczy, przypalali mu skórę rozżarzonymi węglami, turlali ślepego...
- Po co?
- Dla zabawy...
- Dla zabawy...- powtarza Robert tym samym monotonnym szeptem - Dla zabawy...dobrze, zabawa jeszcze się nie skończyła...
Gdybym był kapitanem Saturnem, miałbym już tylko jeden cel w życiu - wykończyć Roberta. Lub zwiać stąd na koniec świata. Ale Saturn nie słyszał tego szeptu.
Kinga też eksterminowano dla zabawy.
(...) ...Robert miał tam coś co nie istnieje - był szczęśliwy. Czy jest szczęśliwy teraz? Skoro się jeszcze nie zastrzelił - to chyba tak. (...)Musiał maszerować parę kilometrów. Ale nie sam, bo kiedy wysiadł na tym przystanku, ujrzał Kinga siedzącego między słupkami. Witali się długo i gorąco, i ruszyli razem przez las. Przy sosnowych młodnikach ścieżka skręcała w prawo, ale kiedy chciał iść dalej, pies zastąpił mu drogę i nie pozwalał zrobić kroku. Zębami chwytał nogawki dżinsów i ciągnął boczną ścieżką ku kotlinie, którą można było obejść wioskę i trafić tam z drugiej strony. Robert ustąpił psu, pomaszerowali tą okrężną drogą.
Babcia stojąca w progu dała Robertowi rękę do ucałowania pytając:
- Czy otrzymałeś mój list?...ten gdzie pisałam, że na starej drodze jest teraz bagno, i że utopił się tam kowal i że trzeba iść krajem młodnika?
- Nie, babciu.- odpowiedział Robert.
- Więc chwała Bogu, że nic ci się nie stało!
- King nie dał mi iść starą drogą, poprowadził mnie dołem.
- King?...Mój chłopcze, jesteś zmęczony...To nie mógł być King.
- To był King babciu. Czekał na mnie koło przystanku autobusowego.
Babcia wzięła go w ramiona mówiąc:
- King już od roku nie żyje. Zatłukli go jacyś miastowi, przyjechali tu na pomiar. Upili się i zatłukli go kijami. Nie pisałam Ci o tym, żebyś się nie martwił ale teraz i tak byś się dowiedział.
Dowiedział się wszystkiego od wieśniaków, każdego szczegółu jaki znano. Spakował manatki, ucałował babcię i dziadka, i ruszył na przystanek autobusu. Dziewczynę zostawił pełną łez, ale miał serce skaleczone tak głęboko, że jej miłość i jej rozpacz nie znaczyły już dla niego nic prócz bladych wspomnień.
Wkrótce potem przyszło od babci parę listów. Pisała, że Robert zamienił się w wilkołaka, gdyż dziewczyna rzuciła na niego klątwę i urok, i że mieszkańcy okolicznych wsi boją się wędrować lasem. "
Waldemar Łysiak „Flet z mandragory"

 


Ludzie z przedziału, którym to czytałem przestali istnieć, stukot kół jadącego pociągu nie umiał dogonić nawet rytmu bicia mego serca. Las na horyzoncie przecinał biel ziemi. Nieba nie było.
Skronie poczęły odgrywać mi rytm wojennych pieśni. Moja twarz musiała być czerwona. Wiedziałem tylko jakie mam oczy, wiedziałem też, że jak któryś ze śpiących ludzi zbudzi się i spojrzy na mnie to będzie musiał uciec. Wiedziałem też, że gdy wysiądę z tego pociągu to już jako ktoś inny.
Nie zamykałem oczu, nie umiałem zamknąć oczu. Bałem się, że spod zaciśniętych powiek, przemknie się woda jak kaskada wodospadu.
Musiałem umierającymi oczami patrzeć na świat bez nieba.
Na początku była ciemność.
Później pojawił się ogień, a odgłosy nocy stały się mniej przerażające.
Mogliśmy przestać truchleć w jaskini i usiąść przed jej wejściem ze światłem aby się mniej bać. I tak narodził się człowiek grillujący.
Po dziesiątkach wieków robiący dokładnie to samo tyle, że przed domem z drewna i cegły, a cały jego światopogląd jest efektem ekscesu gdy jedna małpa zdołała przekonać drugą, że ktoś niewidzialny kazał oddać jej banana i się za nią bić i zabijać innych.
Ciąży na nas to cały czas jako ułomność gdyż uznajemy to za słuszny i w zasadzie patetyczny pomysł. W imieniu którego składamy w ofierze życie niewinnych stworzeń i zabijamy każdego kto się z tym nie zgadza. I krzyczymy głośno do bogów, że jesteśmy dobrzy i zasługujemy na życie wieczne.
Mamy się za inteligentnych podczas gdy jesteśmy jedynie wykonawcami starodawnej woli obcego człowieka nie wiedzącego nawet o istnieniu kangura. Dla którego ziemia była płaska. Oprócz elektrycznego dziś grilla nic się nie zmieniło.
Jesteśmy jaskiniowcami.

Zaloguj się