myśl 39

Stary Testament, księga wyjścia, rozdzial 22

Nie pozwolisz żyć czarownicy. 

 

Cierpienia, jakich doświadczają dzieci oskarżone o czary, trudno sobie wyobrazić.

Gdy poczują, że w schronisku wreszcie są bezpieczne, opowiadają makabryczne historie. O tym, że nie kłamią, świadczą ślady maltretowania, blizny, rany, które nigdy się nie zagoją.

Twarz 8-letniego chłopca przypomina jedną wielką ranę. Gdy uznano go za czarownika, ojciec wylał mu na twarz benzynę.

Podobną metodę "walki z diabłem" zastosowali rodzice 15-latki, która flirtowała z kolegami ze wsi. Podobała się chłopcom, więc zdaniem dorosłych najwyraźniej miała konszachty z demonami. Sprawę załatwił kubek sody kaustycznej wylany na twarz nastolatki, który oszpecił ją raz na zawsze.

Kiedy 9-letni Etido trafił do schroniska, miał wbite w głowę kilka gwoździ. O wielkim szczęściu może mówić inny kilkulatek. Sąsiedzi z wioski tylko go pobili i wyrzucili na pole. Jego los nie interesował matki. Chłopiec bał się wrócić do chaty. Jednak strach nie pozwolił mu także odejść zbyt daleko od osady. Gdy szukał jedzenia przy drodze, mieszkańcy wypatrzyli go i sięgnęli po maczety. O mały włos nie stracił ręki. Udało mu się uciec. Przerażony długo biegł przed siebie. Na szczęście spotkał ludzi, którzy mu pomogli dostać się do schroniska.


Brutalne pobicie to nie najgorszy sposób na wypędzenie diabła z ofiary podejrzeń o opętanie. Wierzący w zabobony mają w zanadrzu jeszcze inne wymyślne tortury. Częste jest grzebanie dzieci żywcem. Nikt nie wie, ile takich przypadków zakończyło się tragicznie i jak wiele zwłok kryje nigeryjska ziemia. O istnieniu takich praktyk mówią ci, którzy cudem przeżyli makabryczny rytuał - kilkuletni chłopcy i dziewczynki. Niektórym dzieciom pod osłoną nocy udało się wygrzebać z płytkich grobów. Trauma po takim wydarzeniu pozostanie im do końca życia, zwłaszcza że zwykle zakopywali ich ukochani rodzice. Inną często spotykaną metodą przepędzania diabła jest przywiązywanie do drzewa poza obszarem wioski i zostawianie dziecka na wiele dni samego. Sznur lub drut wrzyna się w ciało, a dodatkowych cierpień przysparza głód i pragnienie. Jeśli "diabłu" udaje się przeżyć, poddawany jest kolejnym torturom lub po prostu wyrzucany z domu i zostawiony samemu sobie. Bywa i tak, że dziecko przywiązane do drzewa dodatkowo jest ranione, np. lekko podrzyna mu się gardło. Chodzi o to, by nie umarło szybko, ale powoli się wykrwawiało.

Diabeł musi przecież pocierpieć.

 

Potępianie jedynie rodziców ofiar za dopuszczenie do tego typu praktyk byłoby uproszczeniem sprawy. Przykładem na to jest historia dwóch dziewczynek. Pewnego poranka pracownicy schroniska Foxcrofta znaleźli je w pobliżu ośrodka. Ktoś zostawił je tu w nocy, najwyraźniej w nadziei, że znajdą pomoc. Jedna miała może siedem lat, druga była jeszcze niemowlęciem. Starsza opowiedziała, że jest czarownicą. Wierzyła w to. Skoro tak ją nazywali starsi, to zapewne tak właśnie musiało być. Ktoś w wiosce stwierdził, że jej czary przeszły na małą siostrę. Nie przeszkadzał mu fakt, że dziecko dopiero zaczynało raczkować. Znaleziono wiedźmy i koniec!

Dziewczynki przyprowadziła do ośrodka ich matka. Zostawiła je przy wejściu, po czym wróciła do swojej wioski. - Jak można porzucić niemowlę?! - oburzała się jedna z pracownic. - Co to za matka, która jest zdolna do czegoś takiego! A jednak taka jednoznacznie negatywna ocena nie do końca jest sprawiedliwa. Zawiadomiona o zdarzeniu miejscowa policja rozpoczęła poszukiwania krewnych dziewczynek. Funkcjonariusze chodzili od wsi do wsi, pytając mieszkańców o dzieci, które nagle zniknęły. Wszędzie napotkali na mur milczenia. W tym miejscu należy też przyznać, że sami słabo angażowali się w pracę. Nie wierzyli, że uda się znaleźć rodziców porzuconych dzieci lub nie widzieli w tych poszukiwaniach większego sensu. Wyrodna matka jednak odnalazła się sama.

Przyszła zapłakana do schroniska i tłumaczyła, że musiała się pozbyć córek. Gdyby tego nie zrobiła, mężczyźni z wioski zapewne by się z nimi rozprawili. Nie zawahaliby się zabić małych wiedźm. Schronisko okazało się dla nich jedynym ratunkiem.

Gary podjął się trudnego zadania. Poszedł do wioski, by przekonać ludzi, że dziewczynki są normalnymi dziećmi, że nie mają nic wspólnego z czarami i że nie one odpowiadają za tegoroczny słaby urodzaj czy choroby. Matka niosła młodszą córeczkę na rękach, starsza szła za nią, czepiając się jej nóg. Ich przybycie wywołało niemałe poruszenie. Kiedy wkroczyli do wsi, przerażone dziecko schowało się za matką. Już z daleka zobaczyli kilku rosłych mężczyzn z maczetami w rękach. Ich twarze wyrażały wściekłość - oni nie żartowali. Byli gotowi odrąbać małej wiedźmie głowę. Negocjacje Gary'ego trwały w nieskończoność. Wreszcie przyniosły połowiczny skutek. Starszyzna wioski zgodziła się, by młodsza z dziewczynek została. Siedmiolatka musiała natychmiast odejść, w przeciwnym wypadku groziła jej śmierć. - Sam ją zatłukę! - krzyknął jeden z mężczyzn. Gary'emu nie pozostało nic innego, jak zabrać dziecko z powrotem do schroniska. Mała wydawała się to rozumieć, z ulgą opuściła rodzinną wioskę, chociaż już zawsze będzie tęsknić za mamą i siostrzyczką.

 

 

Wiara czyni okrutnym.
Co skłania ludzi do tak niewyobrażalnego okrucieństwa wobec dzieci? Paradoksalnie nie jest to tradycyjna wiara ich przodków, ale... skutek chrystianizacji.

Przedstawiciele organizacji charytatywnych i publicyści za rozpowszechniające się w Nigerii polowania na czarownice oskarżają głównie kościół zielonoświątkowy, który zyskuje w tej części Afryki coraz większe rzesze wyznawców.

Biblia jest dla nich bezpośrednim źródłem wiedzy o religii, wykładnikiem wiary, każde słowo w niej zawarte odczytują jak wyrok. A więc także zdanie z biblijnej Księgi Wyjścia "Nie pozwólisz żyć czarownicy" traktują dosłownie.

 

Nabożeństwa zielonoświątkowców w Nigerii wyglądają niezwykle malowniczo, nawet gdy odbywają się w prowizorycznych świątyniach. Kapłani prowadzą je wręcz widowiskowo, wierni tańczą i śpiewają. Nierzadko podczas nabożeństwa dochodzi do wydarzeń, które dla wyznawców w cywilizowanych krajach są nie do pomyślenia. Kiedy już wszyscy uczestnicy takowej mszy są w półtransie, kapłan potrafi wskazać jakąś kobietę, którą nie wiadomo z jakiego powodu wybrał z tłumu wiernych, i krzyknąć: - U ciebie w rodzinie zamieszkał diabeł! Widzę wyraźnie, to może być twój syn!

Nie warto nawet się zastanawiać, dlaczego kapłan zwrócił uwagę właśnie na nią. Prawdopodobnie był to czysty przypadek, ale przecież nikt nie przeciwstawi się guru. Jego słowa przyjmuje się na wiarę. On tu jest ostateczną wyrocznią, a przez to panem życia i śmierci niejednego dziecka.

Tego typu "religijne" obrazki to od pewnego czasu norma w tej części Afryki. Niektórzy twierdzą wręcz, że dla wielu kaznodziejów liczba wykrytych diabłów w ludzkim ciele jest dowodem ich wartości. Tym duchowny "świętszy", im więcej wskaże opętanych. Takie praktyki podnoszą prestiż Kościoła i przyciągają do niego jeszcze więcej zwolenników. Czasem sami kapłani biorą udział w torturowaniu opętanych. Według niektórych doniesień, zdarzały się przypadki wyjątkowo wymyślnych okrucieństw, jakich dopuszczali się chrześcijańscy pasterze, np. piłowania dziecięcych ciał. Trudno jednak na to znaleźć jednoznaczne dowody. Współsprawcy milczą, ofiary nie żyją.

Podręcznik egzorcysty.

Helen Ukpabio z upodobaniem podejmuje wątek kradzieży dziecięcej duszy przez diabła. W swojej książce "Unveiling the Mysteries of Witchcraft" ("Odkrywamy tajemnice czarnoksięstwa") podaje nawet konkretne symptomy tej działalności szatana. Przekonuje np., że jeżeli małe dziecko często choruje, ma gorączkę i krzyczy po nocach, to znaczy, że jest sługą złego. Tego typu wymysły działają na wyobraźnię wiernych. Instrukcje Ukpabio wykorzystują zabiegający o popularność duchowni, by oskarżać innych o czary. Jest jeszcze inny bulwersujący aspekt tego zjawiska - biznes.

Ukpabio zbija majątek na swoich produkcjach, mieszka w luksusowym domu, jeździ drogim terenowym samochodem. Na popularności Ukpabio i głoszonych przez nią poglądach pieniądze zarabiają ponadto liczni cwaniacy, którzy twierdzą, że są w stanie wypędzić diabła z... każdego stworzenia. Należą do nich zarówno pastorzy, pobierający opłatę za obrzędy "oswobodzenia", jak i różnej maści samozwańczy egzorcyści, żerujący na naiwnych wieśniakach.

Cena za egzorcyzm zwykle jest wysoka - to równowartość kilkumiesięcznego wynagrodzenia przeciętnego pracownika w Nigerii. Mało kogo na to stać. Jeśli ktoś jednak chce ratować swoje dziecko, musi zapłacić.

Bywa, że na rytuał zrzuca się cała rodzina. Jego wartość jest czysto symboliczna. Jeden z rzekomych biskupów leczy opętanych za pomocą specjalnie przyrządzonej w tym celu mikstury. Składa się ona głównie z czystego alkoholu i... krwi egzorcysty. Dziecko pije to świństwo posłusznie, ale i tak nie wiadomo, czy mikstura zadziała. Ocena skuteczności przeprowadzonych egzorcyzmów zależy wyłącznie od widzimisię uzdrowiciela duszy. Może on na przykład uznać, że kurację trzeba będzie powtarzać wielokrotnie.

A za każdą kolejną sesję, rzecz jasna, płacić.

 

Świat nie będzie lepszy jeśli nie odejdziemy od religii, zabobonów i kultów i nie rozwiniemy bogatego ducha,w którym pielęgnowanie etyki będzie nadrzędne.

PS Wystarczy przyjrzeć sie zdjeciu z posta aby zrozumieć czym różni się przestrzeganie nakazów boga od moralności świadomego człowieka.

Zaloguj się