Śmierć za ateizm

Czy wiecie, że to właśnie w Polsce zabito publicznie z wyrachowaniem i pod okiem Państwa człowieka jedynie za ateistyczne poglądy?
Publicznie z właściwą dla morderczych katolików pompą. Wszak ich bóg nakazuje zabić bluźniercę. Taki to bóg.
Nakazuje on w zasadzie zabijać każdego zgodnie z jego 27 orzeczeniami w kwestii zabijania.
Ten mord to precedens na skalę światową.
Tak właśnie katolicy ze swoją doktryną nazywaną "miłosierną" i "dobrą" zabili człowieka jedynie za to, że nie podzielał ich wiary. Za zgodą Państwa.
Wcześniej oczywiście zrobili to co katolicy uwielbiają robić najbardziej; torturowali go. To ich specjalizacja.
Oczywiście zabili więcej ludzi, wszak to chrześcijanie są liderami mordów w dziejach ludzkości. Z bogiem na ustach i biblią w dłoni.
Dziś jednak zarezerwujmy ten dzień na ten jeden mord. Bo to rocznica.
To ten nasz Polski myśliciel i filozof powinien być bohaterem narodowym, a nie degenerat wojtyła czy bandyci wyklęci., którzy mordowali Polaków nie katolików.
Tym się kończy związek Państwa z kościołem katolickim.
Dziś chcemy wrócić do tego z roku na rok rozpatrując coraz więcej spraw o obrazę uczuć religijnych.
Pisałem już kiedyś o tym aby nie wydawało się nikomu, iż proceder taki jak inkwizycja to jakaś gorliwa walka z ich urojonym szatanem.
To był swoisty skok na kasę. Ksiądz gdy chciał majątek bądż ziemię wystarczy że oskarżył właściciela o herezje. Właściciel gnił w lochu lub był zamęczony, a własność jego przepadała na rzecz proboszcza, biskupa, zakonu czy innego nikczemnego człowieka od boga.
Tak kościół katolicki przejął niezliczona ilość europejskich majątków i strachem zdobył niepodzielna władzę.
Katolickie tępaki, to wy obrażanie uczucia wszelkich innych ludzi, zdrowego rozsądku, rozumu, etyki, a nawet zwykłej przyzwoitości.

 

Spłonął na stosie ustawionym na warszawskim rynku, bo był ateistą - artykuł Agaty Diduszko-Zyglewskiej

Historia Kazimierza Łyszczyńskiego pokazuje destrukcyjny wpływ zbyt bliskich relacji między państwem a Kościołem w Polsce na naszą mentalność i praworządność. Ten spalony na stosie wolnomyśliciel jest postacią w dużej mierze zapomnianą. A szkoda, bo niczym dobrze pamiętany we Włoszech Giordano Bruno, mógłby z pomników i kart podręczników przypominać o tym, co się dzieje, kiedy religia miesza się z prawem.

30 marca mija 332. rocznica spalenia na stosie na Rynku Starego Miasta w Warszawie sędziego Kazimierza Łyszczyńskiego. Przebieg egzekucji znamy z listu jednego z hierarchów kościelnych, którzy z zacięciem walczyli o ten wyrok śmierci, zadowolonego z siebie biskupa Andrzeja Załuskiego: „Wyprowadzono go na miejsce stracenia i okrutnie znęcano się najpierw nad jego językiem i ustami, którymi on okrutnie występował przeciw Bogu. Potem spalono jego rękę, która była narzędziem najpotworniejszego płodu, spalono także jego papiery pełne bluźnierstw i na koniec on sam, potwór, został pochłonięty przez płomienie, które miały przebłagać Boga, jeżeli w ogóle za takie bezeceństwa można Boga przebłagać".

Jakich bezeceństw i okrucieństw dopuścił się Kazimierz Łyszczyński? Co zasługiwało na wyrwanie obcęgami języka i tortury przed śmiercią w płomieniach?

No cóż, napisał książkę – a dokładnie 256 stron traktatu De non existentia Dei, w którym dowodził, że Bóg nie istnieje. A do tego otwarcie twierdził, że jest ateistą, czyli zwyczajnie uderzał w interesy Kościoła katolickiego. Co prawda, akurat swoim traktatem uderzał w nie bardzo symbolicznie, bo rękopis, a zarazem jedyny egzemplarz owego dzieła, trzymał w szufladzie własnego biurka, ale jak poucza jego historia, już w 1689 roku w Polsce należało mieć się na baczności przed sąsiadem katolikiem, który swój katolicyzm traktuje jak sprawne, choć mordercze, cóż zrobić, narzędzie pomnażania majątku.

 

Ale zacznijmy od początku. Kazimierz Łyszczyński urodził się w rodzinnym majątku w okolicach Brześcia. Tak jak jego ojciec walczył podczas potopu szwedzkiego i w wielu innych bitwach krwawego XVII wieku. Kiedy zrobiło się spokojniej, wstąpił do zakonu jezuitów i przez siedem lat studiował filozofię. To właśnie studia filozoficzne oraz oglądanie od środka kościelnych struktur doprowadziły go do przekonania, że Bóg nie istnieje, lecz został wymyślony przez tych, którzy chcieli podporządkować sobie innych, a ciemiężenie ich usprawiedliwiać „boskim prawem" i „naturalnym porządkiem". To właśnie opisał po ukończeniu przygody z jezuitami i opuszczeniu klasztoru w swoim traktacie. W wieku 48 lat został mianowany podsędkiem ziemskim brzeskim (a przy okazji jego dokonania wojenne docenił na piśmie sam Jan III Sobieski) i zaczął rozstrzygać sprawy sądowe.

W XVII-wiecznej Rzeczpospolitej niezawisłość sędziów w pewnych kontekstach była cechą równie „cenioną", jak to ma miejsce w obecnej Polsce „dobrej zmiany" – nie warto było oczywiście, nie zgadniecie, zadzierać z Kościołem katolickim, który w tamtych czasach nie tyle pozostawał w bliskiej relacji z władzą, ile zwyczajnie był władzą, ponieważ najlepszą drogą do objęcia diecezji było urodzenie się w magnackiej rodzinie.

Łyszczyński z Kościołem zadzierał. Po pierwsze, krótko po nominacji na podsędka orzekł, że jezuici mają zwrócić krewnym pewnego brzeskiego mieszczanina ogrody, które sobie przywłaszczyli po jego śmierci. Po drugie, biskupowi łuckiemu, który krytykował ślub jego córki ze zbyt bliskim krewnym, kazał pilnować własnego nosa, bo – jak miał czelność twierdzić – małżeństwo to umowa świecka (!). Biskup go ekskomunikował, a oko katolickiego Mordoru zaczęło mu się przyglądać ze złowrogą uwagą.

I w tym momencie do akcji wkracza sąsiad, stolnik bracławski i przykładny polski katolik Jan Kazimierz Brzoska, który potrzebuje pieniędzy. Zaprzyjaźnia się z Łyszczyńskim na tyle, że zaczyna bywać u niego w domu, a ten pożycza mu pokaźną kwotę opisywaną jako „sto tysięcy fortun". Brzoska nie zamierza spłacać zaciągniętego długu – zamiast tego kradnie Łyszczyńskiemu rękopis traktatu o nieistnieniu Boga i niesiony świętym katolickim oburzeniem (nie w sprawie dokonanej przez siebie kradzieży, ma się rozumieć) zawozi go wojewodzie wileńskiemu Kazimierzowi Sapiesze, który nie czekając na wyrok sądowy lub jakiekolwiek uzasadnienie – niczym policja na demonstracji Strajku Kobiet – bierze się za oczyszczenie podległego sobie terenu z herezji, więzi groźnego ateistę i przekazuje go w ręce biskupa wileńskiego, Konstantego Brzostowskiego, i sądu kościelnego.

Część szlachty, działając we własnym dobrze pojętym interesie i na serio obawiając się wprowadzenia metod działania inkwizycji w Polsce, uznaje to za złamanie zasady wolności szlacheckiej i domaga się postawienia sprawy przed świeckim sądem sejmowym. Sprawa trafia zatem w 1688 roku przed komisję sejmową, w której zasiada między innymi... czterech biskupów, w tym Jan Witwicki, który kilka lat wcześniej ekskomunikował Łyszczyńskiego.

 

Biskupi diecezjalni, jako członkowie magnaterii, są także senatorami, a więc „świeckość" ówczesnego Sejmu jest mocno naciągana – zwłaszcza że wśród biskupów diecezjalnych zainteresowanych sprawą jest też biskup inflancki Mikołaj Popławski pełniący funkcję inkwizytora, który przed papieżem odpowiada za przebieg procesu (a wcześniej wydał już wyrok na Łyszczyńskiego w sądzie kościelnym).

Głosy biskupów brzmią bardzo współcześnie – nie wątpię, że czytanie tych mów oskarżycielskich przyśpiesza oddechy i rumieni policzki obecnych szefów Episkopatu Polski, którzy znajdują w nich bezcenne inspiracje. Biskupi żądają tortur, wyroku śmierci, a każdą próbę obrony Łyszczyńskiego przez inne osoby śmiało określają jako atak na Boga, zasługujący także na tortury i śmierć.

W efekcie ich chrześcijańskiego zapału i kaznodziejskiego daru przekonywania Łyszczyński i jego traktat płoną na stosie (z niektórych źródeł wynika, że przed ostatecznym spaleniem z łaski króla ścięto mu głowę, ale cytowana wyżej relacja biskupa o tym nie wspomina). Dlatego z 256 stron dzieła o nieistnieniu Boga, które z pewnością wyprzedziło swoją epokę, znamy tylko pięć fragmentów przywołanych w mowach oskarżycieli.

 

Wyrok zawiera także inne haniebne postanowienia: donosiciel Brzoska otrzymuje za swoją katolicką czujność połowę majątku Łyszczyńskiego, drugą połowę przejmuje skarb królewski. Żonie zostaje tylko to, co wniosła jako wiano, bo nawet dworek, w którym razem z mężem mieszkała, ma zostać, jako siedlisko zarazy, spalony...

Jeśli ktoś czytał Nowy Testament, to zapewne zgodzi się w tym momencie ze mną, że wbrew intencji biskupów, dawnych i obecnych, przebieg i makabryczny rezultat procesu Kazimierza Łyszczyńskiego świadczą dobitnie o tym, że ostatnie zdanie jego traktatu: „ergo non est Deus", tak jak poprzedzające je tezy, jest bez wątpienia prawdziwe. A zatem Bóg nie istnieje.

Choć z historii Łyszczyńskiego można wyciągnąć istotne wnioski, nie tylko na poziomie metafizycznym, ale także te praktyczne, na temat destrukcyjnego wpływu zbyt bliskich relacji między państwem a Kościołem w Polsce na naszą mentalność i praworządność, ten spalony na stosie wolnomyśliciel jest postacią w dużej mierze zapomnianą. A szkoda, bo niczym dobrze pamiętany we Włoszech Giordano Bruno, mógłby z pomników i kart podręczników przypominać o tym, co się dzieje, kiedy religia miesza się z prawem.

Taka refleksja jest nam obecnie potrzebna nie tylko na potrzeby akademików analizujących okrucieństwa czasów przednowoczesnych. Jak wiemy, IV RP to niestety pole trwającego eksperymentu na temat powtarzalności pewnych nieprzepracowanych mechanizmów oraz ogólnopolska rekonstrukcja destrukcyjnej mocy Kościoła katolickiego dopuszczonego do bezprawnego udziału we władzy.

 

I niestety rekonstruktorzy coraz bardziej się rozkręcają. Na stosy, ku ich słabo skrywanemu żalowi, jeszcze za wcześnie, ale religijna przemoc już jest faktem – dowodów na to jest już wręcz nazbyt dużo, ale wystarczy przywołać choćby wydarzenia z ostatnich tygodni. Kobiety, które niosą pomoc innym kobietom oraz walczą o prawo do aborcji, m.in. ze Strajku Kobiet i Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny, otrzymały serie listów z groźbami śmierci i ataków bombowych w „obronie Kościoła", „Boga" i „tradycyjnych wartości rodzinnych". Policja do tej pory nie zidentyfikowała sprawców.

Joanna Scheuring-Wielgus podczas konferencji prasowej ujawniła nagrania, na których niejaki ksiądz Wojtek, podający się za współpracownika biskupa opolskiego, żąda od innego księdza (Rafała Cudoka) „ściągania gaci" oraz grozi jemu i jego rodzinie – i w efekcie sama stała się obiektem gróźb karalnych. Policja od wielu miesięcy nie jest w stanie namierzyć telefonu, z którego swoje groźby wobec osób z otoczenia księdza Cudoka wysyła ksiądz Wojtek.

W efekcie homofobicznej nagonki prowadzonej od wielu miesięcy przez biskupów wzrasta przemoc wobec osób LGBT – w ostatnich tygodniach dźgnięto nożem chłopaka, który trzymał swojego partnera za rękę, oraz pobito ludzi ćwiczących pod tęczową flagą w gdańskim parku. Po październikowym usunięciu na życzenie Kościoła katolickiego trzeciej przesłanki umożliwiającej przerwanie ciąży (co stanowi wprowadzenie tortur wobec ciężarnych kobiet w Polsce, bo tym według Europejskiego Trybunału Praw Człowieka jest przymus donoszenia skazanych na śmierć płodów) fundamentaliści uznali, że czas przejść do kolejnego etapu, i zaczęli zbierać podpisy pod projektem ustawy, która ma wprowadzić kary więzienia dla kobiet za przerwanie ciąży.

 W czasie, kiedy liczby zachorowań i zgonów na COVID-19 nieprzerwanie rosną, państwo wyłącza z lockdownu kościoły, a minister zdrowia negocjuje (!) z biskupami przestrzeganie obostrzeń, narażając ludzi na utratę zdrowia i życia. Komendant główny policji zapytany o egzekwowanie przestrzegania limitu wiernych w kościołach odpowiada: „Liczymy na odpowiedzialność duchownych i wiernych. Dzielnicowi nawiązali kontakt z proboszczami, jest prośba o przestrzeganie przepisów. Nie mamy w zwyczaju kontroli doraźnych w świątyniach, nigdy takiej potrzeby nie było". Co prawda zapowiada rozliczanie osób odpowiedzialnych za łamanie obostrzeń, jednak kontrole obywatelskie w kościołach pokazują, że w przeciwieństwie do wszystkich innych ludzi, którzy dostają mandaty np. za brak maseczki, księża za wielokrotne przekroczenie dopuszczalnej liczby wiernych dostają najwyżej pouczenia.

Morał? Jest prosty. Im bardziej jako społeczeństwo nie pamiętamy o tym, co i dlaczego spotkało wolnomyśliciela, filozofa i sędziego Kazimierza Łyszczyńskiego, tym bardziej zbliżamy się do sytuacji, w której to samo może przydarzyć się każdemu, a zwłaszcza każdej, z nas.

 

Kazimierz Łyszczyński był żołnierzem, sędzią, posełem na sejm. Umarł za rozumowanie. Za swoje poglądy.

"Gorzej grzeszy od diabła, kto przez to zapiera Boga na niebie; słusznie trzeba takich palić.". Z takim to miłosierdziem chrześcijańskim wyrażał się o nim współczesny mu poeta Wacław Potocki w Moraliach

 

 

Zachowane fragmenty traktatu

 

Zredagowała Nina Sankari

Traktat «De non existentia Dei» nie zachował się do naszych czasów. Z 265 stron, które zawierał, ocalały tylko poniższe (skrócone) fragmenty cytowane w mowie oskarżycielskiej Instygatora Wielkiego Księstwa Litewskiego, odnalezionej w Bibliotece Kórnickiej:

I. „Zaklinamy was, o teologowie, na waszego Boga, czy w ten sposób nie gasicie Światła Rozumu, czy nie usuwacie słońca ze świata, czy nie ściągacie z nieba Boga waszego, gdy przypisujecie Bogu rzeczy niemożliwe, atrybuty i określenia przeczące sobie».

II. "Człowiek jest twórcą Boga, a Bóg jest tworem i dziełem człowieka. Tak więc to ludzie są twórcami i stwórcami Boga, a Bóg nie jest bytem rzeczywistym, lecz bytem istniejącym tylko w umyśle, a przy tym bytem chimerycznym, bo Bóg i chimera są tym samym".

III. Religia została ustanowiona przez ludzi bez religii, aby ich czczono, chociaż Boga nie ma. Pobożność została wprowadzona przez bezbożnych. Lęk przed Bogiem jest rozpowszechniany przez nielękających się, w tym celu, żeby się ich lękano. Wiara zwana boską jest wymysłem ludzkim. Doktryna bądź to logiczna, bądź filozoficzna, która się pyszni tym, że uczy prawdy o Bogu, jest fałszywa, a przeciwnie, ta, którą potępiono jako fałszywą, jest najprawdziwsza.

IV. Prosty lud oszukiwany jest przez mądrzejszych wymysłem wiary w Boga na swoje uciemiężenie; tego samego uciemiężenia broni jednak lud, w taki sposób, że gdyby mędrcy chcieli prawdą wyzwolić lud z tego uciemiężenia, zostaliby zdławieni przez sam lud.

V. Jednakże nie doświadczamy ani w nas, ani w nikim innym takiego nakazu rozumu, który by nas upewniał o prawdzie objawienia bożego. (...) Ale nawet są tacy, co zaprzeczają objawieniu, i to nie głupcy, ale ludzie mądrzy, którzy prawidłowym rozumowaniem dowodzą czegoś wręcz przeciwnego, tego właśnie, czego i ja dowodzę. A więc Bóg nie istnieje.

Założenia i znaczenie filozofii Kazimierza Łyszczyńskiego

Według prof. Andrzeja Nowickiego „Ateizm Łyszczyńskiego nie był prymitywnym antyklerykalizmem, ale opartą na solidnych studiach wiedzą z fundamentem filozoficznym. To był jeden z najwybitniejszych umysłów XVII-wiecznej Polski. W historii myśli ateistycznej ma Łyszczyński pozycję wyjątkową. On pierwszy użył kategorii „my, ateiści" (Nos Athei ita demonstramus, non est Deus" – pol. „my ateiści tak twierdzimy, że Bóg nie istnieje"). „Traktatów o istnieniu Boga napisano na świecie setki. O nieistnieniu – tylko jeden i to właśnie w Polsce." Zdaniem prof. Nowickiego „pamięć o ponurej egzekucji nie powinna nam przesłaniać czegoś znacznie ważniejszego: wartości wniesionych przez Łyszczyńskiego do kultury polskiej, był on bowiem myślicielem niezależnym i śmiałym. Szczególne znaczenie ma myśl Łyszczyńskiego dla polskich ateistów, gdyż studia nad jego dokonaniami przekonują nas o istnieniu rdzennie polskich tradycji naszego ateizmu."

Na podstawie zachowanych fragmentów, a także innych źródeł historycznych zawierających wzmianki o traktacie, można wnioskować, że był to traktat o dużej wartości filozoficznej, który zadziwia swoją nowoczesnością i aktualnością. Zgodnie z opinią prof. Andrzeja Nowickiego, najwybitniejszego znawcy Łyszczyńskiego, jego dzieło obejmowało następujące dziedziny filozofii:

1. Ontologię, której centralną kategorią jest wieczna Natura. Dla Łyszczyńskiego wszelkie zjawiska są naturalne, w jego filozofii nie ma miejsca na cuda czy jakiekolwiek zjawiska nadnaturalne.

2. Filozofię języka. Dla Łyszczyńskiego, są pojęcia, które nie oznaczają żadnych istniejących bytów, mają one charakter „chimeryczny" ponieważ istnienie tego rodzaju bytów jest niemożliwe i mogą one być jedynie pomyślane.

3. Antropologię filozoficzną. Człowiek jako „stwórca": człowiek nie został stworzony przez Boga, przeciwnie, Bóg został stworzony przez człowieka.

4. Aksjologię, w której najważniejszymi wartościami negatywnymi są „ucisk" i „kłamstwo", będące narzędziami opresji, podczas gdy wartościami pozytywnymi są „prawda" i „wyzwolenie od ucisku".

5. Ateistyczną krytykę religii. Jest to krytyka, która neguje istnienie diabła, cudów, opatrzności; odrzuca religijne nakazy i zakazy oraz odsłania społeczną funkcję religii.

6. Społeczno-polityczną utopię. Łyszczyński kreśli wizję społeczeństwa bez „ciemiężycieli" (panów, sędziów, kleru); społeczeństwa opartego na prawdzie i wyzwolonego z ucisku.

„A więc Bóg nie istnieje" – tymi słowami kończył się traktat spalony 330 lat temu wraz ze swoim autorem, patronem Fundacji im. Kazimierza Łyszczyńskiego, myślicielem, który zbytnio wyprzedził swoją epokę. Nadszedł jednak już czas, by oddać mu sprawiedliwość historyczną i pozwolić zająć należne mu miejsce pomiędzy filozofami jego epoki, takimi jak Cesare Giulio Vanini czy Giordano Bruno.

Znaczenie ateizmu Kazimierza Łyszczyńskiego dziś

Postać Łyszczyńskiego i jego traktat zadają kłam oskarżeniom prawicy, jakoby ateizm został zawleczony do Polski na bagnetach Armii Czerwonej. Zgodnie z tym nadużyciem dobry Polak to dobry katolik, a ateista to bolszewik i zdrajca ojczyzny, co prowadzi do prób wykluczania ateistów ze wspólnoty Polaków. 

Musimy zmienić sytuację, w której w Polsce na cokołach stoją pedofile, ludzie bezkarnie wykorzystujący dzieci. Nie da się zliczyć pomników, ulic czy placów nazwanych imieniem Jana Pawła II, którego świętość jest coraz głośniej kontestowana, a Kazimierz Łyszczyński, który walczył o „światło rozumu" nie ma choćby jednej tablicy pamiątkowej. 

 

Andrzej Nowicki pisał

Szczególnie cenną częścią rozważań Łyszczyńskiego są jego myśli o stosunkach między ludźmi i o społecznej funkcji religii i ateizmu.

Z zachowanych tekstów wynika, że według Łyszczyńskiego istnieją dwie zasadnicze funkcje społeczne religii, zresztą ściśle ze sobą powiązane. Jedną jest „gaszenie światła rozumu" i usypianie umysłów ludzkich, drugą jest ujarzmianie prostego ludu.

 

Źródłem myśli Łyszczyńskiego o „gaszeniu światła rozumu" mogły być dzieła Giordana Bruna. Do dialogów Vaniniego z 1616 r. zdaje się nawiązywać myśl Łyszczyńskiego o wykorzystywaniu religii do ujarzmiania prostego ludu. W rękopisie polskiego ateisty znajdowało się zdanie odczytane 15.2.1689 r. przez oskarżyciela: „prosty lud oszukiwany jest przez mądrzejszych wymysłem wiary w Boga na swoje własne uciemiężenie". Myśli takie — podobnymi słowami — wypowiadał wielokrotnie Vanini.

 Jeśli funkcją religii — określanej przez Łyszczyńskiego epitetami "figmentum" (wymysł), "mendacium" (kłamstwo) — jest "decipere" i "opprimere" (oszukiwać i w ten sposób umacniać uciemiężenie), to funkcją ateizmu jest wyzwalanie. Propagowanie ateizmu określa Łyszczyński wyrażeniem „wyzwalać prawdą z uciemiężenia" 

 

 

https://www.poganin.eu/antyteizm/cywilizacja-zla

 

Zaloguj się