Baśń

Co jakiś czas niektórzy mnie pytają w co wierzyć, skoro nie w boga.
odpowiem wam dziś w ten oto sposób.


"Ciągle to jutro, jutro i znów jutro. Wije się w ciasnym kółku od dnia do dnia, aż do ostatniej głoski czasokresu. A wszystkie wczoraj to były pochodnie, które głupocie naszej przyświecały w drodze do śmierci.
Zgaśnij wątłe światło!
Życie jest tylko przechodnim półcieniem. Nędznym aktorem, który swoją rolę przez parę godzin wygrawszy na scenie, w nicość przepada. Powieścią idioty. Głośną, wrzaskliwą, a nic nie znaczącą."
Makbet - Wiliam Szekspir

Był sobie chłopiec, który wierzył.
Szedł drogą prowadzącą przez wieś z bukietem świeżo zerwanych kwiatów w kierunku symbolu jego wiary na pobliskim skrzyżowaniu dróg.
Od jego domostwa do krzyża dzieliła go cała skąpana w melancholii wieś. Według niego nic tam ciekawego się nie działo. Nazywał to nudą, a sam popadał często w zmęczenie spowodowane znużeniem. Nie lubił się nudzić. Nie umiał sobie z tym radzić. Często czas ten wykorzystywał aby realizować pewien układ biznesowy z pewnym bogiem by w przypadku gdy mu się umrze, mógł żyć wiecznie w dużo ciekawszym miejscu. Lub też mógł uniknąć cierpienia w ogniu i smole. Aby to zrealizować wierzył, że musi wykonywać pewne działania. One miały mu zapewnić przyszłość po tym jak już tu umrze.
Zatem swoistym remedium na nudę była pewna monotonia, pewnej nie do końca zrozumiałej dla niego czynności. Nosił kwiaty pod symbol pewnego kogoś kto był drogą do jego przyszłości poza tym światem. Zaskakujące, że nigdy nie zastanawiał się nad tym aby rozejrzeć się po tym świecie.


Zabudowania mijał wolnym krokiem. Trapiły go różne myśli związane z jego przyszłością i z tym czy właściwie przypodobuje się temu kto dzierży klucz do jego przyszłości czyli bogu. Zatem kroczył od domu mijając po lewej stronie gruntowej drogi gospodarstwo starej wiedźmy. Tak ją nazywał, gdyż tak nazwał ją kapłan, który był dlań przewodnikiem duchowym. Chłopiec nauczony był tego, że jego woli i osądu się nie rozważa i nie podważa.
Stara wiedźma zazwyczaj siedziała w pogodę na ganku wśród kwiatów, na które przylatywały motyle ale chłopiec tego już nie widział. Bo był to chłopiec, który nie patrzył. On wierzył. Nie musiał już się niczemu przypatrywać gdyż wszystko już zostało mu wyjaśnione. Świat działał tak jak opowiedzieli mu o tym strażnicy pradawnego zabobonu. I nie można było tego zmieniać. Mijał jej obejście z głową wbitą w piach drogi, kątem oka jedynie dostrzegając jej postać. Ale nuda- pomyślał zdając sobie sprawę, że ona tak siedzi każdego dnia lata. I w dodatku po tym beznadziejnym życiu ta jędza umrze i będzie cierpieć w piekle bo taką przyszłość przewidział jego kapłan. Widocznie zasługuje, pomyślał chłopiec wspominając, że nigdy nie widział jej w budynku, w którym czarownik jego wiary odprawiał czary.
Kobiecina siedziała na ganku kiedy na drodze przechodziło dziecko sąsiadów. Przypatrywała mu się chwilę głaszcząc dłonią rozleniwionego, grzejącego się na słońcu kota. Motyle spijające nektar z kwiatów wokół niej absorbowały dwa leżące przy jej nogach psiaki. Nieopodal źrebak hasał wokół matki, a żurawie lądowały na stawie. Tyle bodźców naraz, pomyślała gdy chłopiec zniknął w dalszej drodze. Smutne dziecko- przejęła się. Wygląda jakby je ktoś krzywdził. Wiecznie ma skuloną głowę, a jego oblicze zawsze spowija frasunek. Zupełnie jakby bujał w obłokach. Zainteresowała się wstając i podchodząc pod płot. Odprowadzała przez chwilę wzrokiem malejąca postać, która kopała raz po raz piach na drodze, kwiaty zwisały wraz z lewą ręką, a głowa opuszczona w kierunku ziemi widziała tylko to co miał przed nosem. Nazbieram mu owoców i miodu, może kiedyś to zauważy: stwierdziła ochoczo odwracając się w kierunku swego ogrodu przepełnionego bodźcami i życiem. Drzewa kołysały się na wietrze, ptaki przefruwały pędem, kot zaczepiał psa łapą, a ten się uśmiechał całym pyskiem na to.
Pewnie jak co dzień idzie do krzyża – powiedziała na głos do zwierząt – a czyż nie wystarczy, że ogród jest piękny? – patrzyła na to czego była częścią. Na symbiozę - musi być w nim jeszcze bóg?- pies zaszczekał w odpowiedzi.
Chłopiec, który wierzył minął rozległą łąkę za którą rozpościerał się ogrodzony sad. Nie lubił tego miejsca bo trzymany tam pies zazwyczaj szczekał na niego. Dziś znów to uczynił. Pies zwracał na siebie uwagę ale chłopiec nie podnosił głowy wbitej w grunt. Był znużony tą wsią i życiem tutaj. Psy szczekały, wiedźmy siedziały, a gospodarz w następnym domu gdy nie bił żony i córki to grał na organach w kościele. Minął sad i dotarł do jego domu. Tym razem obrócił się w kierunku obejścia i skłonił życząc miłego dnia. Gospodarz wybełkotał z pełnymi ustami, obgryzając żebro zwierzęcia po czym rzucił resztki w dal pod budę z uwiązanym psem. Chude stworzenie rzuciło się na pokarm. Z okna za chłopcem spoglądała mała dziewczynka. Była umorusana sadzą z pieca, który czyściła. Przedchwilowe łzy i sadza tuszowały siniak na policzku. Chłopiec jednak nawet jej nie dostrzegł. Mało widział ale wierzył, że gospodarz mimo tego co mówią o nim we wsi, jest dobry. Musi być dobry. W końcu gra muzykę w domu czarownika. To nie może być byle kto.


Chłopiec pozdrawiając gospodarza dotarł do miejsca po dawnej szkole. Teraz to były ruiny, w których okoliczni mieszkańcy wysypywali truciznę aby truć bezpańskie zwierzęta, które chronią się czasem przed deszczem czy zimnem w tych murach. Nie lubił tego miejsca, bo gdy wiał akurat południowy wiatr to na drodze śmierdziało zwłokami.
Podniósł głowę aby na horyzoncie ujrzeć cel swej podróży. Uśmiechnął się do siebie, że realizując odpowiedni rytuał przy okazji minie mu ponad godzina z nudnego dnia. Musiał tylko jeszcze minąć wielkie gospodarstwo tego brodatego potwora z dziwnymi znakami na twarzy. Ludzie mówili w niedzielę po wizycie u czarownika, że to sam belzebub, któremu nie można patrzeć w oczy gdyż można utonąć. Całe wakacje z niewidomych powodów bywały u niego obce dzieci. Jego czarownik mawiał, że tam z pewnością dzieje się Sodoma i Gomora i jeśli go nie przepędzimy to bóg ześle na nas plagę. Ale to nie te dzieci w niewiadomym celu wzbudzały niepokój chłopca tylko dziwne, wielkie, drewniane budynki, które zapełniał sianem i słomą, a przecież wiedzą wszyscy w okolicy, że rolnikiem nie był. No i ten cholerny jazgot dziesiątek psów w dalszej części wielkiej posiadłości. Dziwne miejsce, na które nie można nawet patrzeć. A już z pewnością nie w oczy potwora.
Dotarł do celu. Ukląkł, przywitał się rytualnie i położył kwiaty. Zaciekawił go odgłos z pobliskich krzewów. Coś się w nich ledwie szamotało jakby traciło siły. Ale nie przyjrzał się temu. Wstał zdezorientowany i cofnął się na drogę. Ruszył w kierunku powrotnym szybszym krokiem oglądając się jedynie na wielki krzyż.
Nie dostrzegł tego co działo się w krzewach bo był to chłopiec, który mało widział ale dużo wierzył. Wierzył w to co mówi czarownik w swoim domu i ludzie pod jego domem po spotkaniu z czarownikiem. I w to, że ktoś mu coś obiecał jeśli będzie dokładnie taki jakim chce aby był inny człowiek. W dodatku mu obcy. A on przecież chce tej obietnicy bo to życie to tylko nuda i często ból. Nic się nigdy nie dzieje na tej wsi i w jego życiu.


We wsi był też chłopiec, który widział ale mało wierzył. Latem łapał młodszą siostrę za rączkę i robił z nią spacer do końca wsi gdzie rósł piękny dąb i z powrotem. Tak mijało mu czasem i kilka godzin, aż do obiadu, który pomagał przygotować zbierając ziemniaki i ogórki. Dziś zrobił tak samo. Mieszkał tuż za domem wiecznie zatroskanego chłopca. Nie przyjaźnili się gdyż tamtego nic nie cieszyło. Ani wyjście do lasu odkrywać nieznane odstępy ani zabawa w pobliskiej piaskowni.
Rodzeństwo minęło puste gospodarstwo sąsiada i dotarło do domu starszej kobiety, którą dzieci z okolicy nazywały wiedźmą. Chłopiec podszedł po płot, a jego siostra krzyknęła kobiecie na przywitanie. Ta podeszła doń i podała dzieciom po dorodnym jabłku zapraszając je w obejście. Dwa psiaki podbiegły do przybyszów witając się. Znali się dobrze i często bawili. Dziewczynka zaczęła z nimi hasać, a chłopiec spojrzał na węgiel rozrzucony przy bramie. Widział jak dzisiaj dostawca go przywiózł. Roztropna kobieta, pomyślał sobie. Węgiel najtańszy jest latem.
Podszedł do budynku gospodarczego i wyjechał z taczką. Wiedźma rzuciła mu ckliwe spojrzenie i uśmiechnęła się. Chłopiec szuflą napełniał taczkę. Samo się nie zrobi, a kobiecina nie ma na to zdrowia- powiedział do siebie w myślach, gdy gospodyni oznajmiła, że zrobi racuchy. I tak oto dzieci zjedzą pyszne śniadanie za to tylko, że chłopiec widział i zobaczył węgiel. Spędzili u kobiety niemal dwie godziny. W międzyczasie minął ich zafrasowany chłopiec, który nawet nie zauważył znajomego wożącego węgiel. Za to sam został dostrzeżony.


Rodzeństwo ruszyło dalej. Chłopiec ściągnął koszulkę aby jego spocony tors ostudzał wiatr. Chłonął ten bodziec, a siostra hasała poboczem najedzona racuchami. Znaleźli się przy sadzie, w którym zamknięto psa jako element dozorujący. Pies gdy ich zobaczył zaczął się cieszyć i szczekać. Nie był to jednak szczek samej radości lecz i prośby. Chłopiec rozejrzał się po czym przeskoczył przez płot. Pies zaczął lizać go po twarzy w radości i nadziei. Dziewczynka przerzuciła przez płot zawinięty pakunek racuchów, a chłopiec wziąwszy je chwycił puste wiaderko i podał jej. Ona czym prędzej pobiegła z nim w kierunku rzeki.
Chłopiec który widział, usiadł i karmił po kawałku psiaka. Siostra wróciła z wiaderkiem wody, dźwigając je z wysiłkiem ale ochoczo. Przetarła czoło, chłopiec przeskoczył na powrót i powiesił wiaderko na gałęzi, która rosła nad obu stronami ogrodzenia. Przedostał się na powrót do sadu i zdjął wiaderko aby podać psu, który napił się dlatego, że chłopiec go widział.
Śniadanie z psem skończyło się. Dzieci się pożegnały i ruszyły w dalszą drogę. Nie lubiły kolejnego miejsca na niej. Mieszkał tam agresywny człowiek, który nie pozwalał swojej córce na radosną zabawę lecz gonił ją do wszelkich prac, które wykonywała gdy on najczęściej siedział przed telewizorem lub leżał pijany. Poza tym to było smutne miejsce jeszcze z innego powodu. Mimo wielkiego obejścia żył tam smutny pies przywiązany na krótkim łańcuchu do budy. Nie było to życie lecz funkcja alarmu. Smutny widok, który wiecznie napawał chłopca nie tylko tym smutkiem ale i gniewem. Nie lubili się z tym sąsiadem. Nigdy go nie pozdrawiał, a tylko planował jak uratować to stworzenie. Był młody, nie miał jeszcze odwagi do takich czynów ale marzył o tym bo to co widział było złe.
-Dlaczego?- zapytała siostra obserwując przez płot leżące na skraju budy, na wydeptanej ziemi stworzenie. Wyglądało jakby było mu już wszystko jedno. Jakby chciało umrzeć.
- niektórym się wydaje, że jak uwiążą stworzenie na jego całe życie na łańcuch i rzucą czasem kość to mu pomagają – pogłaskał siostrę po głowie.
- on cierpi – powiedziała z przejęciem, a jej oczy spotkały się z beznamiętnym już ale błagalnym wzrokiem stworzenia. Chłopiec też to widział, a serce mu przyspieszyło w gniewie. Ta bezradność go paraliżowała, a obraz stworzenia, które powinno biegać wolne, a które całe życie przyczepione było łańcuchem łamało mu serce. Pociągnął siostrę delikatnie za sobą. Szli smutno bez słowa patrząc na kładące się na wietrze zboże.


Weszli na teren dawnej szkoły i zaczęli poszukiwania od piwnicy. Tą czynność wykonywali każdego dnia, traktując jak tajemniczą zabawę ale nie była to zabawa. To było być albo nie być dla stworzeń, które tu zbłądziły i umarły z powodu nienawiści człowieka. Szukali trutek i wrzucali wszystkie do worka po czym wyrzucali je kubła na śmieci. Nie mogli ocalić wszystkich stworzeń, które zjadały zatruty ludzką intencją pokarm ale każde uratowane życie miało znaczenie.
Słońce było już w najwyższym punkcie kiedy weszli przez furtkę na teren największej posiadłości w okolicy. Pomachali do rozsypującego korę człowieka z tatuażami na twarzy. Nie był stary ale jego bujna broda nadawała mu rys niemal pradawnej postaci. Z domu, który miał latem i wiosną wiecznie otwarte drzwi wyszło kilkoro dzieci niosąc do stołu owoce. Zaprosiły gestem przybyszów. Dziewczyna pobiegła, a chłopiec chwycił worek kory i rozsypywał razem z człowiekiem pradawnym. Przy stodołach krzątali się chłopcy wwożąc siano. Karmili zwierzęta. Człowiek z rysunkami na twarzy i całym ciele wrzucił na taczkę kilka worków z pokarmem dla psów i kiwnął na chłopca głową. Ruszyli w kierunku zagrody na końcu posiadłości. Były tam psy. Większość skrzywdzona, kaleka, stara. Tak jakby ktoś je zabrał z jakiegoś piekła, a one były tylko odebrane ludziom. Chłopiec wpatrzył się w twarz człowieka z rysunkami. Mówiono we wsi, że nie wolno patrzeć w jego oczy bo się utonie. Ich wzrok się spotkał. Chłopiec się zanurzył w niebieskich, pełnych melancholii oczach. Był w nich wielki ból ale nie było w nich pustki. Razem z bólem emanowały mocą. Mocą wyciągania z piekła. Chłopiec zobaczył i nagle zrozumiał. Ujrzał i pojął, że i wie. Przeprosił szybko i nagłym susem ruszył pędem w kierunku furtki. Wybiegł z niej zdyszany. Minął zrujnowaną szkołę i stanął przed ogrodzeniem organisty. Załopotał w bramę. Raz i drugi. Ujrzał jak firana w oknie się odchyla, a w niej maluje się umorusana twarz. Załopotał w płot kolejny raz. Po dłuższym czasie drzwi domu się rozwarły, a z nich wyłoniła postać człowieka. Pies leżący przed budą ze skulonym ogonem czmychnął do niej jakby w poczuciu, że to bezpieczna nora. Człowiek z ledwo rozbudzoną twarzą podszedł do bramy, łypiąc z furią na dziecko.
Chłopiec wyciągnął z kieszeni banknot o wartości 200 zł i wzniósł go w dłoni przed twarz mężczyzny. Twarz tamtego się natychmiast rozbudziła. Chłopiec wskazał ręką budę psa. Gospodarz otworzył furtkę, pod która opadł banknot wypuszczony pogardliwie z dłoni chłopca. Ruszył on do budy i usiadł przed nią. Wyjął jedno z ciastek, które poukładał w kieszeniach gdy szedł karmić psy i wywabił stworzenie z piekła. Wyszło kierując się głodem i zjadło ciastko z dłoni. Spozierało na to dziwne zachowanie przybysza. Nikt nigdy nie usiadł przy nim i nikt nigdy nie nakarmił go z dłoni. I nigdy nie pogłaskał kojąco po głowie.
Ktoś mnie zauważył – pomyślało stworzenie ale strach tego miejsca nie pozwolił na radość. Chłopiec odczepił łańcuchy i ciasną obrożę. Stworzenie pierwszy raz od maleńkości nie miało więzów. Patrzyli na siebie. Chłopiec się smutno uśmiechnął. Stworzenie zrozumiało gdy powiedział, chodź.


Ruszyli do wyjścia. Chłopiec srogo spojrzał na mężczyznę.
- nigdy więcej – wymówił beznamiętnie – nigdy więcej albo naślę na Ciebie diabła - wskazał ręką kierunek, w którym mieszkał człowiek z malunkami na twarzy.
Mężczyzna ocknąwszy się z podziwu banknotu, czym prędzej przeżegnał się gdy zorientował się o kim to dziecko mówi. Za nic w świecie nie chciał mieć do czynienia z tym diabłem, którego spojrzenie mroziło ludziom krew w żyłach, a twarz wyrażała jedynie pogardę i gniew. Mawiano, że przepędza myśliwych, a nawet i przepędził i wielkiego czarownika, który chodził po domach w corocznym rytuale. Mówią, że wydaje olbrzymie pieniądze na jakieś tam nieistotne zwierzęta, jakie pan bóg stworzył aby człowiek nad nimi panował, zamiast sfinansować rozbudowę kościoła. Bezbożnik i diabeł. Jak tak można marnotrawić pieniądze gdy przydrożna kapliczka kryjąca święty posążek ma cieknący daszek. To nawet on biedny dał pieniądze na to, zamiast ocieplić i uszczelnić budę temu stworzeniu bezbożnemu jakie pan bóg wszechmogący uczynił dla naszej korzyści.
Splunął w kierunku chłopca i zwierzęcia i zatrzasną za nimi furtkę patrząc jak oba stworzenia idą w kierunku szkoły. Wolne. Ależ go ten widom mierził. Chłopiec wszedł z nowym przyjacielem na posesję człowieka z pomalowaną twarzą. Tamten usiadł i spojrzał sobie z psem w oczy. Widzieli siebie. Przytulił swoją głowę do jego. Ten gest będący jedynie emocją, a nie układem wzajemnej korzyści wprawił stworzenie w osłupienie. Instynktownie te stworzenia umiały odróżnić agresję od czułości i troskę od obojętności. Niektórzy tresowali uważając, że wychowują. Inni wychowywali siebie wzajem, dostosowując siebie do siebie.
Przyjdę do Ciebie nocą mroczną.

 

Przyjdę do Ciebie nocą mroczną.
W chwili rozpaczy, drogi nie znając,
Przyjdę do Ciebie podczas deszczu
Chcąc uwolnić, a nic nie mając.


Mroczno będzie, a Ty się nie zlękniesz.
Chwycisz mą dłoń i się przekonasz,
że w noc upiorów nadludzie powstają
i że z nimi ciemności pokonasz.


Do Ciebie przyjdę mroźnym wieczorem.
Wieczorem mroźnym nie spytasz kim jestem,
Przystanę na chwilę u twego boku.
I ukołyszę do snu łagodnym gestem.


W kojącym obliczu wzmoże się noc.
Łagodnie w ramionach uśniesz spokojnie.
Nie dla mych ramion zrobisz to wszakże
Jednak by wyciągnąć twą duszę wojnie.

 

 

Siostra gdy dostrzegła co to za pies rzuciła się w ramiona brata. Była autentycznie szczęśliwa. Podniosła na niego wzrok i rzekła
- dzisiaj jest dobry dzień abyś kupił sobie wreszcie ten rower za te dwieście złotych, które uzbierałeś. Zasłużyłeś. Głaskał ją po głowie i odwzajemnił uśmiech. Nic nie powiedział. Uciekł wzrokiem na twarz mężczyzny z malunkami. Widział, że mężczyzna wiedział. A mężczyzna wiedział, bo widział. Wstał, poszedł do pomieszczenia gospodarczego i wyszedł po chwili prowadząc rower górski. Postawił przed chłopcem.
- po co kupować skoro stoi i czeka. Wystarczyło go tylko zobaczyć- jego oczy wpatrywały się w siedzące między nimi stworzenie – prawda? Wystarczyło Cię tylko zobaczyć aby zmienić Twoje życie. Aby powiązać jedno z drugim. Twój wzrok z Twoim pragnieniem. Twój stan z tym co dobre i tym co być powinno - przeniósł wzrok na twarz chłopca - niektórzy ludzie wierzą w niebo i piekło. I całe życie skupiają się na tym aby zasłużyć na jedno bądź uniknąć drugiego, wykonując wole prymitywnego, dawnego człowieka lub obcego lokalnego kmiota pełniącego rolę czarownika – teraz jego wzrok utkwił w dziewczynce, która zanurzyła się w jego oczach – a niektórzy ludzie nie wierzą ale mają moc wyciągania z piekła i czynienia nieba.


Okłamali nas. Pomyślała dziewczynka. Wcale nie utonęłam. Zanurzyłam się i pływam. I doskonale się z tym czuję.
Kiedy pierwszy raz ujrzała ten błękit drgnęła jej powieka. Jednocześnie z jakąś złośliwością powiedziała sobie, że przecież wcale nie jest fanką pływania. Poczuła, że spaceruje po brzegu nad wielką tonią uważając aby się nie zamoczyć.
Na początku fale oblały jej stopy. Wciąż trzymała się brzegu, a fale niestrudzenie wdzierały się dalej. Albo też to ona słaniała się ku nim.
Jak już się zorientowała było za późno; znalazła się po kolana w wodzie. Uśmiechnęła się do siebie wiedząc zarazem, że będzie chciał głębiej. Zaczęła się pluskać. Z początku musiała walczyć z falami. Ale nie dlatego, że była kiepskim pływakiem, a dlatego, że błękit był wzburzony. Te niespokojne fale, które chciały wyrzucić ją daleko na plażę, tak samo mocno nie pozwalały jej wyjść z morza.
Pływało jej się wyśmienicie dopóki nie zamoczyła głowy. Piękno tej emocji na zmęczonym czole była niewysłowiona. Wydało jej się, że nie może być bardziej, mocniej, lepiej, intensywniej. Aż tu nagle nurkowała wśród rafy. I nic w tym złego gdyby nie świadomość, że nie można pływać tyle bez oddechu. I bez zatracenia
Świadomość, że musi wypłynąć i wyjść i odejść była równie mocna co pragnienie zagłębienia się w toń. W tą zachęcającą, tajemniczą toń.
Opuściła rafę ale nie po to aby wypłynąć mimo, że to jedyny kierunek który pozwoliłby jej zachować życie, ale po to aby opadać w tą ciepłą morską przepaść. Po to aby mimo spoglądania na powierzchnię móc z czymś zuchwałym w oczach dać ciągnąć się głębiej. I wciąż głębiej. I zamienić się z człowieka w syrenę. I stać się już innym stworzeniem. Ewoluować.


- nic ciekawego się nie działo. Dzień jak co dzień – powiedział chłopiec, do mamy gdy ta wróciła z pracy - Babcia wiedźma siedziała na gangu. Jak zwykle. Pies z sadu ujadał i zmówiłem modlitwę pod krzyżem na rozstaju dróg. Jak zwykle. Nuda. Jak zwykle.
- jedz synku – rzekła matka składając dłoń do modlitwy – dziękujemy Ci Panie za te dary – oczy chłopca podczas tych słów opadły na zwłokach ugotowanego stworzenia jako daru boga dla nich. Przez chwilę tylko przez myśl mu przeleciało czemu bóg darował jedne stworzenia na pokarm drugich ale odegnał od siebie tą myśl, wzdrygając się. Nie chciał bluźnić.
Chłopiec, który widział wraz z siostrą, która ujrzała szli dalej zgodnie z celem swego spaceru jakim był piękny dąb. Już niemal znaleźli się w jego cieniu kiedy po lewej stronie drogi w krzewach za nie pasującym do krajobrazu elementem kultu religijnego coś się szamotało. Zdążył tylko pomyśleć, że dla tych ludzi drzewo nabiera wartości dopiero wtedy gdy staje się krzyżem i ruszył w kierunku podejrzanego ruchu. Rodzeństwo zbliżało się ostrożnie, słysząc jednocześnie słabnący oddech. Dziewczynka została nieco z tyłu, wstrzymywana gestem brata, a ten odchylił zarośla i oczom jego ukazała się młoda sarna. Nie miała nawet już sił zerwać się do ucieczki. Krwawiła z uda. Rodzeństwo szybko doszło do wniosku, że to po postrzale przez myśliwego. Chłopiec czym prędzej rzucił się do biegu w kierunku domu człowieka z malunkami.


Po niedługiej chwili na drodze przed dębem zatrzymał się samochód. Chłopiec z mężczyzną, któremu nie można było zaglądać w oczy wyskoczyli z samochodu i podeszli. Mężczyzna usiadł i przyłożył dłoń do rany. Wziął się za tamowanie jej, gdy stworzenie podniosło nań ostatkami sił wzrok. Człowiek, w którego spojrzeniu ludzie się mogli utopić zaczął sam tonąć. Moc tych ciemnych, sarnich oczu jakie na nim zamierały wdzierała się do jego umysłu, wypełniając go emocją. Słyszał wszystko co czuło to stworzenie, a ono wiedziało wszystko co powinno aby się go nie bać. Mogła wreszcie usnąć spokojnie w poczuciu, że nie musi już czuwać wypatrując drapieżników. Była bezpieczna i ta świadomość sprawiła, że puściły ją wszelkie emocje. Teraz już było jej nawet obojętne czy przeżyje. Ważne, że już się nie boi.


Kiedy z największego gospodarstwa wyjeżdżał weterynarz, który uratował życie sarnie, dzień miał się już ku schyłkowi. Z tą porą pod bramą pojawiło się kilka postaci. Jedną z nich był lokalny czarownik, drugą kobieta będąca sołtysem tej wsi, która pojawiła się z synem patrzącym w ziemię, a trzecią agresywny gbur wrzeszczący i wymachującymi rękami. Gbur nakazywał oddać jego łup. Łupem tym miała być postrzelona sarna. Dzieci, które przebywały w tym azylu jaki dawał im wikt, opierunek i dach nad głową odpoczywały od pracy. Były uciekinierami, które z własnej woli zatrzymywały się tu i za ciepły kąt, ludzkie traktowanie oraz opiekę pomagały w pracach przy zwierzętach. Przy zwierzętach, które też albo skądś uciekły przed piekłem albo zostały wyciągnięte z piekła. Z piekła ludzkiej intencji i ręki.

- nic do ciebie nie należy – powiedział spokojnie człowiek z malunkami na twarzy – nie masz żadnego prawa odbierać życia innym. A jeżeli uważasz, że życie jakiegoś stworzenia jest jakimś twoim trofeum to czym prędzej powinieneś stąd odejść abyś sam nie stał się trofeum – myśliwy patrzył nań jak zaczarowany. Chciał coś wrzeszczeć ale uprzedziła go pani sołtys.
- myśliwy ma prawo polować i to co upoluje należy do niego. Musi pan oddać sarnę.
- nie interesuje mnie wasze prawo. Nie podpisywałem się pod nim i nie zgadzam się na ten prymitywizm. Jesteście prymitywni, a skoro tak to nie macie żadnego moralnego prawa cokolwiek stanowić. Każde stworzenie, które zobaczę i biorę w opiekę jest dla was niedostępne. Jedyną formą człowieczeństwa jaką powinniście uprawiać to powzięcie w opiekę, a nie ściganie aby mordować dla rozrywki. Zatem czy chce mi pani powiedzieć, że jako władza wspiera pani bestialstwo i sadyzm?- kobieta patrzyła nań ze zdumieniem. Chyba mało z tego rozumiała ale poczuła się nagle bezsilna. Twarz tego człowieka wyglądała jakby była dla niego to ostatnia rzecz na świecie o jaką będzie walczył do ostatniej kropli krwi. A widać było, że się nie boi – rozumiem, że ten wielki krzyż na pani szyi oznacza, że w pewnym wyjątkowym dniu jakim jest pani wigilia, zwierzęta przemówią ludzkim głosem – mówił spokojnie ale stanowczo - I co chciałaby pani usłyszeć od psa uwiązanego na łańcuchu na całe jego życie? Co chciałaby pani usłyszeć od tych, które porzuciliście, a które w schroniskach cierpią ziąb i głód, bo utrzymanie waszego boga pochłania państwowe pieniądze więc nie ma dla nich. Krzyże przy drogach, kapliczki czy kościoły są dla was ważniejsze niż one. Prawda pani sołtys? – nie czekał na odpowiedź. Była bezbronna, nawet nie widziała sensu w bronieniu się - Ale w ten jeden dzień w roku, gdy pani jestestwo osiąga kulminację współczucia zabitemu bogu, oczywiście dla pani nagrody, stajecie się też tkliwi dla zwierząt jakie dręczycie lub które ignorujecie nawet gdy błagalnym wzrokiem proszą o uwolnienie czy miskę wody. Albo nie gonienie ich i prześladowanie aby zabić. Wystarczy kurwa abyście pozwolili im żyć. Niczego więcej one nie chcą. Ale to dla was za dużo – teraz mężczyzna spojrzał po twarzach wszystkich. Na końcu jego oczy zatrzymały się na czarowniku - Zatem przypomnę raz jeszcze abyście już więcej nie oczekiwali tego swoistego cudu waszej wiary; gdyby zwierzęta umiały mówić, wy byście płakali.


- mnie nie obchodzi spór o to stworzenie bez duszy. Przyszedłem z panią sołtys aby zapytać czy wreszcie złoży się pan na remont kapliczki – próbował czytać z twarzy mężczyzny gdy ten delikatnie uśmiechnął się kącikami ust. Odwrócił się i wszedł do domu aby po chwili wyjść. W drodze do płotu minął samochód dostawcy solidnych schronisk dla zwierząt, które zamówił aby ułożyć w stodole. Dostawca przywiózł też kocioł olejowy do zainstalowania również w niej by móc ogrzewać pomieszczenie. Mężczyzna podszedł pod płot i wyciągnął portfel.
- ile to będzie?- zapytał nie spoglądając nawet na czarownika. Dziewczynka, która się temu przypatrywała, ścisnęła mocniej rękę brata jakby w gniewie. Czarownik zachłannym wzrokiem taksował gruby plik banknotów mieniących się w portfelu.
- no wie pan. Daszek przecieka na najświętszy posążek Maryi, szybka frontowa pęknięta, a i witrażyki nowe trzeba. Witraż drogi. Nadchodzi jesień, a później zima i to niedobrze będzie gdy na posążek święty będzie kapał deszcz i wsypywał się śnieg.
Mężczyzna z malunkami na twarzy wyjął wielki plik banknotów i oparł wraz z nim dłonie o ogrodzenie. Uniósł wzrok na czarownika.
- tak – wymówił monotonnie, głosem, który mroził krew w żyłach – nadchodzi jesień i zima, a to niedobrze aby przeciekało i zasypywało śniegiem – czarownik wyglądał jakby wygrał właśnie z diabłem. Przepełniała go satysfakcja ze swojej misji. Już witał się z gąską gdy mężczyzna z malunkami na twarzy odwrócił się i zrobił kilak kroków w kierunku pijącego wodę kierowcy auta dostawczego. Podał mu wszystkie banknoty jakie miał i rzekł – wezmę jeszcze sześć. Rozwiozę po wsi aby jebana korona stworzenia z duchem pełnym frazesów o miłosierdziu nie musiała odwracać wzroku od uwiązanego psa na łańcuchu, któremu deszcz wlewa się przez dach budy do środka ciurkiem, a zimą wieje z każdej strony - odwrócił się i posłał kobiecie pełniącej funkcje sołtysa pytające spojrzenie – zastanawia mnie czemu władza egzekwuje prawo do mordowania przez pewną uprzywilejowaną grupę sadystów, a nie egzekwuje przepisu prawa zabraniającego trzymać zwierzęta na łańcuchu dłużej niż 12 godzin na dobę. I nie reaguje na przemoc domową, udając, że takowa nie istnieje gdyż podejrzany jest organistą czyli uznaną głową, tradycyjnej, katolickiej rodziny. I dlaczego stawia na drogach gusła za publiczne pieniądze, zamiast nakarmić i napić umierające z głodu i pragnienia stworzenia.
Dziewczynka puściła rękę brata i susem stanęła przy furtce. Cała się sobą śmiała
- nie dość, że nie wygraliście – mówiła do przybyszów z uniesioną główką- to jeszcze przegraliście – teraz jej twarz spoważniała jakby zdając sobie z czegoś sprawę - mordercy. Nic ponad to. Mordercy – uniosła dłoń i wskazała oskarżycielsko palcem na myśliwego – mordujesz dla rozrywki- teraz jej palec skierował się na czarownika – głosisz niby jakąś prawdę o tym, że mordowanie zwierząt nie jest mordowaniem bo nie mają duszy i nic nie czują – jej oczęta wpatrzyły się w twarz sąsiadki pełniącej funkcję sołtysa – wydajesz publiczne pieniądze na posążki, zamiast życie, które potrzebuje naszego wsparcia i opieki. Mordercy!


Brat dumny był z nastoletniej siostry, a mężczyzna z malunkami powrócił pod płot.
- tak oto dwunastoletnie dziecko prześcignęło was o tysiąc lat w ewolucji – uśmiechnął się do nich – a teraz wypierdalajcie w pokoju - spojrzał na myśliwego – morderco – przeniósł wzrok na panią sołtys – osobo zgadzająca się na mordy – na koniec zostawił sobie czarownika – głosicielu morderczej cywilizacji. I pamiętaj następnym razem, że nie wypada witać się z kimś "szczęść boże" . Można tym kogoś obrazić. Równie dobrze można mówić na przywitanie "heil hitler".
- proszę nie kpić. Porównywać boga z Hitlerem - obruszył się czarownik.
- przepraszam. Masz łachmaniarzu rację. Jakkolwiek Hitler był potworem to daleko mu do boga.
Czarownik stoi z otwartą buzią, a myśliwy zrobił się czerwony. Pani sołtys nosząca na szyi krzyż nie może oderwać wzroku od twarzy mówiącego – a teraz „heil hitler" – odwraca się plecami do nich - zastanów się czarowniku zanim następnym razem zechcesz na przywitanie wychwalać największego zbrodniarza w dziejach i witać ludzi tym okrzykiem jak zwiastunem największego szczęścia – sięga po jabłko z koszyka i powraca do płotu.
- a Ty chłopcze wstań wreszcie z kolan i podnieś wzrok. Przemykasz każdego dnia po tej drodze jak cień ludzki, który czeka w nadziei tylko aby ten czas minął – chłopiec ujrzał spod opuszczonej głowy wyciągniętą przed nim dłoń z jabłkiem. Spojrzał na nie i podniósł wzrok. Ujrzał oczy, które różniły się od oczu jego matki, ojca, sąsiada i czarownika. Zupełnie jakby były z innej planety.


- to w co wierzyć – wykrztusił chłopiec niemal błagalnie.
- patrzeć i widzieć, a dzięki temu wiedzieć. Gdy wiesz to przestajesz się bać. Akceptujesz śmierć jako jeden z aspektów życia. Gdy to zrozumiesz będziesz wiedział, że jedyne życie o jakie musisz się zatroszczyć jest teraz i tutaj. I nie jesteś niczego, nikomu winien. Nie urodziłeś się przestępcą, obarczonym grzechem, za którego wolność po śmierci niby ktoś oddał życie. Dzisiejszego dnia chłopiec, który widział uratował trzy życia, a biorąc pod uwagę sprzątanie starej szkoły to i więcej. Ty szedłeś tą samą drogą. Nie ujrzałeś nic idąc z opuszczoną głową w przeświadczeniu, że to czego doświadczasz teraz jest nic niewartym gównem i że musisz prosić urojenie o nagrodę po śmierci. Chodzisz do końca drogi gdzie rośnie piękne drzewo ale nie siadasz pod nim. Klękasz przed krzyżem i wymawiasz słowa, które wprogramowali w ciebie tacy jak ten tutaj obrzydliwy oszust – mówiąc to wskazał na czarownika – który uważa, że może decydować o twojej przyszłości. I to on cię skazuje na piekło gdy mu się nie spodobasz bądź gdy nie zrobisz tego czego od ciebie chce. I nie zostawisz pieniędzy jako ofiary aby za nie biesiadował i żył. A czy kiedykolwiek on zaproponował aby kupić ci trampki, bo twoje dziurawe? A gdy widział Cię w kościele w obdartych dżinsach to czy wciąż nie wyciągał łap po twoje pieniądze? Czy kiedykolwiek on dał Ci pieniądze? Czy dał Ci na czekoladę? – urwał na chwilę - spójrz na niego. Czy naprawdę uważasz, że ten człowiek zna jakąkolwiek prawdę. I że ma prawo mówić ci jaki masz być i jak postępować? Czy kiedykolwiek widziałeś jakiegoś boga? Czy kiedykolwiek on widział jakiegoś boga? Czy kiedykolwiek ci co spisywali jego świętą księgę widzieli boga? Nikt i nigdy go nie widział. Zatem to nie jest wiara w boga lecz w opowieści pewnej grupy mężczyzn, którzy zaczęli o tym bogu pisać. Znasz ich? Kolegujesz się z nimi? Co za tym idzie ufasz im? Być może wcale byś ich nie lubił. Dlaczego zatem im wierzysz? Czy on kiedykolwiek dał Ci jabłko. Czy kiedykolwiek zrobił dla ciebie coś za wyjątkiem składania obietnic? – teraz kiwnął głową aby chłopiec wyciągnął z jego dłoni jabłko. Zrobił to – wiesz dlaczego ci je dałem? – dziecko kiwnęło przecząco głową – bo cię zauważyłem – delikatny uśmiech w kącikach ust rozświetlił jego twarz – a wiesz dlaczego on ci nic nie dał? Bo cię nie widzi. Jesteś tylko numerem w jego domu czarów, który nie może ukazać się przed nim z pustymi rękami. Płacisz mu za towar, którego ani nie produkuje ani nie ma. On cię okłamuje i okrada czyli eksploatuje ale aby to robić skutecznie musi najpierw uczynić cię chorym samemu mając się za kogoś kto ma lekarstwo na tą chorobę. Wyobraź sobie, że on nie wie o życiu absolutnie nic więcej niż ty. A gdy zaczniesz widzieć i wiedzieć on stanie się kpiną. On został na moralności sprzed trzech i pół tysiąca lat i na banialukach jako niejakich naukach sprzed dwóch tysięcy lat. Dlaczego masz być na tym etapie? Chcesz wiedzieć tylko tyle ile wiedzieli ludzie sprzed kilku tysięcy lat? Dlaczego nie chcesz być punktem wyjścia. Pytasz w co wierzyć. Uwierz w to, że nie potrzebujesz ani zbawienia, ani czarownika ani boga, ani aprobaty innych. Zacznij być chłopcem, który widzi i który jest odważny. Gdy będziesz odważny, będziesz chciał spotykać na swej drodze gnomy. Zrozum, że nie istniałeś przed urodzeniem od wszechczasów i tego nie czułeś. I tak samo przestaniesz istnieć nie czując tego. Możesz spędzić całe życie wykonując jakieś obrzędy aby przekupić coś czego nigdy nikt nie widział, a w co uwierzył twój umysł. Ale to nie poprawi twojego życia. Nie uczyni go lepszym. Jedynie co zmieni to fakt o śmierci w nadzieję o życiu wiecznym. Jeśli go nie ma to nie warto zaprzątać sobie tym głowy. A jeśli cokolwiek jest po tym życiu to z pewnością nie jest to konstrukcja boga jaką sprzedają ci czarodzieje. I twoje rytuały niczego nie zmienią. Spójrz jeszcze raz na niego. Chcesz dalej mu wierzyć? Dla niego posąg ma większe znaczenie niż to czy jesteś głodny. Nie musisz też wierzyć w nic mi. Zacznij się rozglądać i poznaj świat. Im bardziej poznasz świat, tym bardziej zdasz sobie świadomość, że z tym kreowanym ci przez większość ludzi światem jest wiele nie tak. Aby być właściwym w określonej religii, musisz iść w kierunku wyznaczonym cI przez prymitywnych i mało wiedzących ludzi, mających swoje społeczne i polityczne cele. Tak, ten człowiek tutaj ma swój cel. Chce żyć za twoje pieniądze. Cała religia sprowadza cię do roli wykonawcy starodawnych wskazań i starych bogów. Ich nakazów i zakazów, które przez orędowników tej religii podawane są jako jakaś najwyższa prawda, podczas gdy jak się nad tym zastanowisz, jawi się jedynie jako brud. Brud, który oni ci wręczają na mocy objawień, orzeczeń i księgi pełnej obrzydliwości. I wszystko to nazywa świętością, podczas gdy nie jest to nawet przyzwoite. Gdy natomiast się z tym nie zgadzasz, obiecują ci wieczną mękę. Jak można chcieć w ogóle mówić tak do dziecka? Jak można chcieć wiecznych tortur dla dziecka? Jak można chcieć pielęgnować boga, który obiecuje takie rzeczy dziecku? – patrzyli na siebie – Czyż nie obiecywał ci on obrzydliwości gdy nie będziesz robił tego czego chciał?- chłopiec pokiwał przytakująco głową - kiedy byłem dzieckiem też mówiono mi jak mam myśleć i co mam robić. Patetycznie przy tym obarczali mnie słowami niejakiego boga „ nawet jeśli powiecie tej górze: "Podnieś się i rzuć się w morze!", stanie się. I otrzymacie wszystko, o co na modlitwie z wiarą prosić będziecie" (Ewangelia wg świętego Mateusza, rozdział 21) Poszedłem więc jako chłopiec pod drzewo, które dawało mi i psu z którym spacerowałem schronienie przed letnim słońcem. Chciałem je przenieść mocno w to wierząc ale drzewo stało. Mój pies patrzył na mnie chcąc abym rzucał mu piłkę. Po godzinie patrzył na mnie prosząco z wywalonym językiem z pragnienia. A ja siedziałem. Siadałem pod tym drzewem po kilka godzin każdego dnia i wciąż próbowałem ale ono wciąż stało. Mój pies, który uwielbiał długie spacery ze mną, przestał się z nich cieszyć. Ktoś mnie omamił, a ja traciłem czas i zapomniałem o tym co realne. Zorientowałem się, że mogę tak wierząc spędzić całe życie oddalony od tego co doczesne i od tego na co mam wpływ. A mój pies, który patrzy na mnie cierpi z pragnienia, a ja tego nie widzę bo wierzę. Więc porzuciłem to złudzenie i poszedłem z psem nad rzekę aby się o niego zatroszczyć i aby pił jej wodę. To jej woda poiła życie, a nie ta, o której czytał kapłan w kościele: (Apokalipsa św. Jana, rozdział 22) „I kto odczuwa pragnienie, niech przyjdzie, kto chce, niech wody życia darmo zaczerpnie." Zrozumiałem, że to kolejna bzdura, kolejne kłamstwo, kolejny dowód sprzeciwu wobec cenienia tego co nas otacza. Kolejna próba oderwania mnie od tego co namacalne. Od tego na co mam realny wpływ. I od tego co jest naprawdę ważne. Cała religia tworzy wiarę w złudzenia w ludziach. Daje im jedynie ułudę i zaburza realizm. Masz żyć marzeniami. Uwierz, a góry przeniesiesz. I takimi próbami możesz spędzić całe życie, a na końcu umrzeć nie zmieniając swego życia tylko wierzyć w siłę wypływającą z wiary. Nie z możliwości. Nie z samokształtowania. Nie ze świadomości. Jedynie z wiary. Tak zabija się ludzkie pragnienia i dążenie do polepszania rzeczywistości. Czy naprawdę myślisz, że codzienne chodzenie pod krzyż zmieni twoją rzeczywistość? Pamiętaj. Możesz wierzyć ale w wierze chodzi o to jaką dla siebie widzisz przyszłość. Urojoną. Chodzi o ciebie. A w widzeniu chodzi o tego, którego dostrzeżesz. I dzięki temu zmienisz jego życie. I dzięki niemu zmieni się i twoje życie. Poczujesz, że coś zapełnia kolejne cząstki ciebie. W końcu poczujesz, że coś cię wypełnia. Poczujesz się częścią czegoś. I będziesz miał realny wpływ na jakość tego. Twoja siła i moc z jaką będziesz kreował rzeczywistość zmieni jakość życia wszystkiego czym się otoczysz w mikroskali. Zrozumiesz, że tym co wypełnia duchowość, inteligencję i jestestwo jest czułość i opieka, a nie ignorancja czy pogarda – mężczyzna mówił skierowany do chłopca ale doskonale wiedział, że mówi do wszystkich. Zarówno dzieciaków stojących za nim jak i ludzi przed nim – gdy nauczysz się widzieć, twoja droga dnia codziennego każdego dnia będzie inna. A dzięki temu i inna dla wszystkiego wokół. Kiedy zrozumiesz jak działa świat zorientujesz się, że cię okłamywali. We wszystkim się mylili. Czarownik mówi ci, że zwierzęta nie czują bólu bo nie mają duszy. Czy zaglądałeś kiedyś w twarz zwierzęciu? Czy widziałeś jak się smuci lub cieszy? Zwierzęta czują wszystko jak i my łącznie ze strachem. Dlaczego oni uważają że aby czuć ból potrzeba jakiejś duszy. To znaczy, że nigdy nie przyjrzeli się temu. To znaczy, że nie mają pojęcia o świecie i nie wiedzą jak działa on i każdy żywy organizm. To znaczy, że oni nie znając prawdy i myląc się chcą cię uczyć. Czego więc oni mogą cię nauczyć? I dlaczego uważają, że tylko oni mają jakąś duszę i że tylko ludzie czują ból? Zatem nie tylko są głupi ale i są egoistami. Czy naprawdę chcesz aby byli twoim wzorcem? Głupcu i egoiści? - chłopiec milcząco kiwał głową w prawo i lewo – naucz się świata ale aby się go nauczyć musisz wstać z kolan i stanąć wyprostowany. Otworzyć oczy, zamknięte przez na siłę wciskaną ci zabobonną ideę, której fundamentem jest to abyś wykonywał tylko pradawną wolę i niczego nie chciał poznać. Nie jesteś ślepy, prawda? Więc czemu chcesz zachowywać się jak ślepiec? Gdy ujrzysz to zaczniesz i rozumieć. A kiedy zrozumiesz to zechcesz być mostem dla chcącego przejść przez rzekę, lampą do przebywającego w ciemności. Punktem wyjścia do lepszego człowieka. Nie będziesz chciał być jak oni, jak twoi rodzice, jak twoi przodkowie. Nie będziesz chciał powielać ich zachować. Będziesz chciał wszystko zmieniać i ulepszać. Staniesz się mostem między tym co było, a między tym co będzie gdy sam będziesz tym co być powinno.

Privacy preferences
__cookiemgr_infotext__

Privacy declaration

Show details
Our webpage stores data on your device (cookies and browser's storages) to identify your session and achieve basic platform functionality, browsing experience and security.
__cookietype_func__
__cookietype_analytic__
We may use cookies and third party tools to enhance products' and/or services' offer of ourselves or those of our partners, its relevancy to you, based on products or pages you have visited on this site or on other websites.

Zaloguj się