Antychrześcijanin

   

 

   Człowiek jest istotą ufną, łatwowierną. Tym samym stanowi on idealną bazę dla religii. Nie nasuwa to wątpliwości dopóki człowiek ma do czynienia z samym Bogiem, gdyż człowiek może ufać, że Bóg go nie zawiedzie, nie wywiedzie w pole. Ale człowiek w znacznie mniejszym stopniu ma do czynienia z Bogiem niż z jego przedstawicielami. To właśnie oni człowiekowi wiele opowiadają, zapewniając jednocześnie, że to, co głoszą, jest pomocne w osiągnięciu przezeń szczęścia wiecznego, zbawienia. I oto bez dalszego stawiania pytań ufnie akceptuje on to, w co według ich postępowania trzeba wierzyć i jak postępować; i jest to zrozumiałe, gdyż jeśli napotyka się na autorytet, który wychodzi człowiekowi naprzeciw mocą boskiego nakazu, wszelka wątpliwość wydaje się zbędna. Byłoby trudniej tak lepić na swą modłę gdyby obiekt do ulepienia używał mózgu. To bardzo przydatny organ, w który wyposażyła nas natura.


   Człowiek zostaje przez Kościół przywołany do wierzenia, a nie do myślenia. Tym sposobem człowiek przez całe swoje życie ćwiczy się w chrześcijańskiej gimnastyce mówienia - "TAK" i "AMEN". W religii, która błogosławi wierzących, nigdy zaś wątpiących, ci, którzy pytają, pozostają bez błogosławieństwa, a pytający w oczach niejednego wierzącego stają się podejrzani. Tymczasem pytanie jest chrześcijańską cnotą, choć rzadko jest cechą chrześcijan.

   Gdybyśmy relację o zwiastowaniu mogli potraktować jako opis wydarzenia o charakterze historycznym, należałoby Marii przyznać więcej teologicznego rozumu niż rozwijanej przez dwa tysiące lat katolickiej teologii dziewiczego poczęcia, to znaczy bocianiej teorii ginekologicznej Maria już wtedy swoim pytaniem jasno wyrażała to, o czym większość teologów w międzyczasie się dowiedziała, ale czego biskupi katoliccy do dzisiaj nie pojęli, a Jan Paweł II - tym bardziej nie: że według poglądów Marii Boże synostwo Jezusa i naturalne synostwo Jezusa nie wykluczają się. Dla Marii jedno bez drugiego jest raczej niemożliwe.

Judaizmowi myśl o narodzeniu się z dziewicy była całkowicie obca, nie oczekiwał też tego w odniesieniu do spodziewanego mesjasza. Na odwrót, jego nadzieje koncentrowały się na mesjaszu, który byłby człowiekiem narodzonym z człowieka. Dostępna od 1827 roku wiedza dotycząca fizjologii kobiety sprawiłaby, iż nauka o biologicznym dziewiczym poczęciu przysporzyłaby Kościołowi wielu nierozwiązywalnych problemów teologicznych, gdyby przyjął ją do wiadomości. Ale Kościół znalazł sposób, żeby sobie pomóc: jeśli chodzi o dziewicze poczęcie aktualna jest dlań nadal biologia arystotelesowska.

 

   Powyżej było o przydatności myślenia, poniżej będzie o śpiewających słowikach.

 

   Z całą pewnością i bez żadnego uproszczenia można by stwierdzić, że Kościół, w tym
szczególnie Kościół katolicki, stworzył najstraszniejszy w dziejach ludzkości mechanizm
struktur władzy i właściwą temu doktrynę moralną, której metodą była zbrodnia.
Zbrodnicze i antyludzkie systemy polityczne dziesiątego wieku, hitleryzm i stalinizm,
całymi garściami czerpały z doświadczeń i tradycji Kościoła, dokonując eksterminacji
całych narodów, a zwłaszcza wszystkich tych, których posądzano o nieposłuszeństwo i nieprawomyślność. Getta, żółte gwiazdy, obozy eksterminacyjne, a nade wszystko myśl
usprawiedliwiająca zbrodnię i uzasadniająca potrzebę zbrodni, nie są wynalazkiem
dwudziestego stulecia. Wszystko to dobrze znane jest z dziejów Kościoła.
Jakże daleko odszedł Kościół od doświadczeń pierwszych wieków swego istnienia.
Chrześcijanie, niepomni swej tragicznej historii, mając za nic nakazy Chrystusa o miłości
bliźniego, miast niesienia dobrej nowiny, przez przeszło półtora tysiąca lat szerzyli śmierć i zniszczenie. Dziesiątki milionów ludzi zginęło, by Kościół mógł nieść słowa zbawienia.

Pogromy całych miast południowej Francji, tysiące stosów płonących od Portugalii po
Polskę, noc świętego Bartłomieja, śmierć zakonu templariuszy, wojny husyckie, eksterminacja Indian, rzezie w Azji i w Ameryce, wreszcie kary wymierzane z całą surowością najwierniejszym nawet sługom Kościoła - oto formy i metody szerzenia dobrej nowiny.
Jedną z największych zbrodni Kościoła były wyprawy krzyżowe. Nie były to zbrojne najazdy, jak inne. Krucjaty odbywały się w imię Chrystusa. I dziś -z perspektywy wieków - wiemy, że dawały fałszywe świadectwo jego nauce. I jeśli coś zepsuło reputację chrześcijaństwu, na pewno były to wyprawy krzyżowe.

   Efektem wypraw krzyżowych było umocnienie barier oddzielających chrześcijaństwo od islamu. Krucjaty
zatruły ich wzajemne relacje. Chrześcijanie przyszli do muzułmanów i żydów z ogniem i
mieczem, z rasizmem i nienawiścią, z poczuciem kulturowej wyższości i ekonomiczną
dominacją, z kolonializmem i wyzyskiem. I nie można zapomnieć, że to hierarchia
kościelna apelowała do chrześcijańskich rycerzy i wojowników, by poniechali waśni
między sobą i udali się na rubieże chrześcijaństwa, aby stanąć do walki z niewiernymi.
Warto też przypomnieć, że to papiestwo przejęło kierownictwo świętych wojen, samo
często inicjowało kampanie zbrojne i wyznaczało ich wodza, a papież rościł sobie prawo
do władzy zwierzchniej nad zdobytymi obszarami.
Trudno zapomnieć, że wyprawy krzyżowe były pielgrzymką zbrojną. Ogniem i
mieczem torowały drogę wierze w Chrystusa, a więc tego, który głosił pokój Boży.
Rodzącemu się właśnie feudalnemu rycerstwu Kościół wyznaczył wzniosły cel - przy czym
przelewanie krwi nie było grzechem a wojna zapewniała żywot wieczny.
Cóż może być bardziej cynicznego?
Może to, że wyprawy krzyżowe dały szansę złoczyńcom - bo uczestnicząc w nich mogli
uniknąć kary za zbrodnie. Może to, że niezdyscyplinowanym księżom pomogły zrzucić
jarzmo, zbuntowanym mnichom umożliwiły ucieczkę z klasztorów, a upadłym kobietom
dały jeszcze większą swobodę w niemoralnym prowadzeniu się.

Wszystkich pobił swą propagandą papież Urban 11. W 1095 roku zwołał do Clermont synod, na którym rozpoczął od tego, że należy przyjść z pomocą braciom-chrześcijanom zamieszkałym na
Wschodzie, ponieważ Turcy posuwają się coraz bardziej w głąb ziem chrześcijańskich.
Wskazał na fanatyzm Turków Seldźuckich, którzy nie dopuszczają chrześcijańskich
pielgrzymek do Palestyny, a opisując cierpienia pątników, podniósł też specjalną świętość
Jerozolimy. W końcu zwrócił się z apelem, by chrześcijaństwo zachodnie wyruszyło na
ratunek Wschodu. Zagwarantował przy tym, że jak ktoś polegnie w walce, otrzyma
rozgrzeszenie i odpuszczone zostaną mu wszystkie grzechy.

Jeszcze nie skończył przemawiać, jak rozległy się pierwsze okrzyki: "Deus le volt!" (Bóg
tak chce!). Entuzjazm przeszedł oczekiwania Urbana. Ogłosił, że wszyscy winni być gotowi do opuszczenia swoich domostw w dniu Wniebowzięcia następnego roku, po zebraniu plonów z pól. Armie gromadzić się maj ą w Konstantynopolu.
Papież Urban nasilił kampanię propagandową. W jego imieniu akcję agitacyjną
poprowadził wędrowny mnich. Piotr Pustelnik. To za jego przyczyną przez całe lato 1096
płynął na Wschód chaotyczny, lecz nieustający strumień pielgrzymów, pozbawionych z
początku i przywódców, i organizacji. On sam poprowadził z Kolonii dwadzieścia tysięcy
ludzi, nie myśląc o tym, jak taką armię wyżywić. Nic dziwnego, że już na Węgrzech -
katolickich przecież - w grodzie Zemuń, doszło do zażartej bitwy. Poległy w niej cztery
tysiące Węgrów, w ręce napastników dostały się znaczne zapasy żywności. Dzielni ludowi
krzyżowcy Piotra Pustelnika w strachu przed zemstą króla węgierskiego z najwyższym
pośpiechem przeprawili się przez Sawę. Aby zbudować tratwy, zrabowali całe drewno,
jakie tylko udało się uzyskać z domów mieszkalnych. Armia Pustelnika zanim ujrzała
jakiegokolwiek niewiernego, zdążyła doszczętnie najpierw splądrować, a potem puścić z
dymem Belgrad.
Kiedy dotarła do Konstantynopola, grabieże wśród wschodniochrześcijańskich braci
stały się czymś powszednim. I gdyby tylko chodziło o żywność, można byłoby to
zrozumieć - człowiek głodny jest nieobliczalny. Jednak ludzie Piotra Pustelnika włamywali
się do pałaców i willi na przedmieściach nie tylko dla zdobycia jedzenia. Grabili wszystko,
co wpadło im w ręce, kradli nawet blachę ołowianą, którą kryte były kościoły. Przewodził
im Walter bez Mienia - którego miano mówiło samo za siebie. Jego oddziały napadały na
wsie i łupiły miejscową ludność, która składała się przecież wyłącznie z chrześcijan
greckich.
Postępowanie krzyżowców było szokujące - nie tylko z dzisiejszego punktu widzenia,
ale także w oczach współczesnych. A jednak w ślad za ludźmi Piotra Pustelnika szli
następni i pustoszyli kraje, przez które wiodła ich trasa - Czechy, Węgry, Bułgarię i
Bizancjum. Ich przejście znaczyły stosy trupów, ale rzadko mówiło się: wojna, częściej
zaś: iterhieroso-lymitanum (szlak jerozolimski) lub via Sancti Sepul-cri (droga Grobu
Świętego, za który radośnie śpiewały poznańskie słowiki).


   Tenże Gotszalk, gdy sformował już armię, ta przechodząc przez Węgry bez opamiętania
grabiła wsie, kradła wino, zboże, owoce i woły. A kiedy chłopi węgierscy stawili opór tym
gwałtom, krzyżowcy wbili na pal kilkunastoletniego chłopca. Król węgierski, Koloman,
sam wymierzył sprawiedliwość, skoro nie mógł się jej doczekać od rycerzy Chrystusa.
Zmasakrował oddziały Gotszalka, tak że nie został nikt przy życiu.


   W końcu, 3 czerwca 1098, krzyżowcy zdobywają Antiochię. Turcy giną w
straszliwej rzezi, a obok nich wyrzyna się też wielu chrześcijan, którzy mieszkali w
Antiochii. Nikt nie pyta, jaką wiarę wyznaj ą mieszkańcy grodu.


Podobnie będzie w Jerozolimie, pod mury której 7 czerwca 1099 podchodzi pierwsza
krucjata. W oblężeniu Jerozolimy uczestniczyło tysiąc dwustu rycerzy i dwanaście tysięcy
piechurów. Zaś w mieście, w którym znajdował się Grób Boży, żyło więcej chrześcijan niż
muzułmanów. I to również oni stali się bezbronnymi ofiarami zwycięzców szturmu z 13
na 14 lipca. Krzyżowcy, pijani zwycięstwem odniesionym po tylu udrękach, rozbiegli się
po ulicach i wdzierając się do domów i meczetów zabijali każdego, kto wpadł im w ręce,
nie wyłączając kobiet i dzieci. Kiedy Rajmund z Aguilers wszedł do meczetu Al-Aksa,
musiał się przedzierać przez stosy trupów i brodzić we krwi, która sięgała mu do kolan.
"Nie można było bez przerażenia patrzeć na tę masę zabitych, na te członki odrąbane,
walające się wkoło, na te strugi krwi zalewające ziemię..." - pisał Wilhelm z Tym. Rzeź
trwała trzy dni. Krew spływająca w wąskich uliczkach sięgnęła, jak mówiono, aż do kolan,
a w mieście nie ostał się żywy ani jeden muzułmanin, ani jedna muzułmańska kobieta i
dziecko.
Nie było też w Jerozolimie Żydów, bo schronili się wszyscy w wielkiej synagodze
i w niej zostali spaleni żywcem.
Masakra w Jerozolimie odbiła się szerokim echem w całym świecie. Nikt nie wiedział, ilu
ludzi zginęło. Nawet wśród wielu chrześcijan rzeź ta wywołała zgrozę, tym bardziej że ten krwawy dowód jednego fanatyzmu religijnego zagrażał odrodzeniem fanatyzmu drugiej strony.

Chrześcijańska Europa wiadomość o zdobyciu Jerozolimy przyjęła z entuzjazmem i radością. Wszyscy ówcześni kronikarze przerywali opisywanie miejscowych wydarzeń, aby odnotować ów dowód wspaniałej łaski Bożej. Uczestnikom pierwszej z siedmiu wielkich wypraw krzyżowych udało się bowiem zdobyć Jerozolimę, dokonać likwidacji jej mieszkańców i ustanowić w Palestynie królestwo łacińskie, którego zwierzchnikiem został papież.


   W 1001 roku rozpoczęło się oblężenie Cezarei. Miasto zostało wzięte szturmem przez
krzyżowców 17 maja. Zwycięskim rycerzom dowódcy pozwolili plądrować bez żadnych
ograniczeń, doszło wszakże do aktów tak przerażających, że oburzyły one nawet wodzów
wyprawy.
Najstraszniejszej masakry dokonano w Wielkim Meczecie, dawnej synagodze
Heroda Agrypy. W świątyni tej schroniło się wielu mieszkańców, którzy błagali o litość.
Wycięto ich w pień, zarówno mężczyzn, jak i kobiety, na posadzce utworzyło się jezioro
krwi. W całym mieście uratowała się tylko garstka dziewcząt i dzieci, a także główny
sędzia oraz dowódca garnizonu.

W  1187 roku Jerozolimę zdobywa sułtan Sala-dyn. Sułtan ów, o którym wizjoner Joachim da Fiore mówił, że podobnie jak Herod, Mahomet i Antychryst, uosabiał jedną z siedmiu głów bestii Apokalipsy -w rzeczywistości był nad podziw szlachetnym wojownikiem, którego cnót próżno by szukać wśród tych, którzy mienili się rycerzami Chrystusa. Kiedy z broniącej się jeszcze przed jego oddziałami Jerozolimy przyszedł do Saladyna dowódca garnizonu, Balian, sułtan oświadczył mu, że poprzysiągł zdobyć Jerozolimę mieczem i że tylko bezwarunkowa kapitulacja może zwolnić go z tej przysięgi. Przypomniał Balianowi masakrę, jakiej dopuścili się chrześcijanie w tym mieście w 1099 roku. Dlaczego miałby postąpić inaczej? Balian ostrzegł wówczas Saladyna, że jeżeli nie zgodzi się na honorowe warunki kapitulacji, doprowadzeni do rozpaczy obrońcy obrócą całe miasto w perzynę, nie wyłączając świętych przybytków islamu, i wymordują wszystkich uwięzionych jeńców muzułmańskich. Saladyn znany był z wspaniałomyślności, zwłaszcza gdy uznawano jego władzę. Zależało mu też na tym, by Jerozolima możliwie jak najmniej ucierpiała. Zgodził się więc na ustalenie warunków kapitulacji. I tu raz jeszcze okazał się wspaniałomyślny. Zamiast proponowanych z początku stawek: mężczyzna za dziesięć dinarów, kobieta za pięć, a dziecko za jednego dinara - wiedząc, że w mieście przebywa około dwudziestu tysięcy chrześcijan, z czego większość to ludzie ubodzy, których nie stać na zapłacenie takiego okupu - zgodził się za kwotę stu tysięcy dinarów uwolnić wszystkich. Jednak Balian wiedział, że nie zdoła zebrać i takiej kwoty. Uzgodniono więc, że za trzydzieści tysięcy dinarów zostanie uwolnionych siedem tysięcy mieszkańców. Na rozkaz Baliana garnizon złożył broń i w piątek, 2 października, Saladyn wkroczył do Jerozolimy. Był to 27 dzień miesiąca Radżaba, rocznica dnia, kiedy Prorok odwiedził we śnie Jerozolimę i został stamtąd przeniesiony do nieba.

   Arabscy zwycięzcy zachowywali się przyzwoicie i po ludzku. O ile przed osiemdziesięciu
laty Frankowie brodzili we krwi swych ofiar, muzułmanie nie plądrowali ani nikomu nie
uczynili krzywdy. Za to ci, co mienili się wyznawcami Chrystusa, który głosił błogosławieństwo ubogim, okazali teraz swe prawdziwe oblicze. Wprawdzie Balian opróżnił całkowicie skarbiec
królewski, ale niełatwo przyszło mu skłonić szpitalników i templariuszy do wyrzeczenia się
zgromadzonych przez nich bogactw, zaś zachowanie się patriarchy Jerozolimy i jego
kapituły zasługuje na specjalną uwagę.
Patriarcha ów wywołał wręcz prawdziwe zgorszenie u Arabów. Wprawdzie zapłacił za siebie dziesięć dinarów, ale opuścił miasto, uginając się pod ciężarem złota, ze sznurem wozów wyładowanych dywanami i zastawą stołową. Jak pisze Steven Runci-man, dzięki resztkom donacji cesarza Henryka II uzyskało wolność siedem tysięcy ludzi, ale gdyby zakony rycerskie i Kościół okazały się mniej skąpe, można byłoby oszczędzić niewoli jeszcze wielu tysiącom.


   Barbarzyństwo krzyżowców wobec Bizantyjczyków przeszło -jak pisze Steven
Runciman - wszelkie wyobrażenia. Od dziewięciu stuleci to wielkie miasto było stolicą
cywilizacji chrześcijańskiej. Przetrwało w nim mnóstwo pomników starożytnej sztuki
greckiej, wszędzie też spotykało się arcydzieła znakomitych rzemieślników bizantyjskich.
Wenecjanie znali się na wartości tych dzieł, więc korzystali z każdej możliwości grabieży
bezcennych skarbów, które wywozili do siebie, by zdobić nimi tamtejsze pałace i
świątynie.
Natomiast Francuzów i Flamandów ogarnął szał niszczenia. Rozpasany motłoch rozbiegł
się po ulicach, rabując wszystko, co błyszczało, a niszcząc to, czego nie można było
zabrać. Zatrzymywano się zaś tylko po to, by mordować, gwałcić lub włamywać się do
piwnic z winem.
Nie oszczędzono ani klasztorów, ani kościołów, ani bibliotek. W kościele
Bożej Mądrości pijani żołnierze zdzierali jedwabne zasłony, rozbili w proch srebrny
ikonostas, deptali po świętych księgach i ikonach. W klasztorach gwałcono zakonnice. Ów
rozlew krwi i grabież trwały trzy dni, aż w końcu piękne miasto obrócono w kompletną
ruinę. Nawet Saraceni okazaliby więcej miłosierdzia -wołał z rozpaczą historyk Nicetas - i

miał rację. Odtąd w pamięci chrześcijan wschodnich utrwaliło się barbarzyństwo
łacinników. Nigdy też im go nie wybaczyli. Schizma w oczach wschodnich chrześcijan była
już zupełna, nieodwracalna i ostateczna.


   W ocenie historyków czwarta krucjata była największą w dziejach zbrodnią przeciwko
ludzkości. 
Doprowadziła do zniszczenia lub rozproszenia bezcennych skarbów przeszłości,
gromadzonych w Bizancjum z tak wielkim pietyzmem, i zadała tym samym śmiertelny
cios kulturze i cywilizacji. Efektem tej krucjaty stała się też narastająca odtąd stała
wrogość między wschodnim a zachodnim chrześcijaństwem. Dokonane - w imię
Chrystusa - zniszczenia kultury bizantyjskiej stało się największą tragedią średniowiecza.

 

   Koszty krucjat w kategoriach straconego życia i zmarnowanego wysiłku były
nieobliczalne.
Ich wydźwięk - moralnie wątpliwy, straty - niepowetowane. I ponad
dwieście lat chybionych celu wypraw krzyżowych nie nauczyło rycerzy Chrystusa nawet
ani krzty humanitaryzmu. Dali temu dowód w Aleksandrii w 1365 roku.  Tu nie szczędzono
nikogo. Nie mniejsze piekło niż muzułmanie przeszli aleksandryjscy chrześcijanie i żydzi.
Splądrowano również warsztaty i magazyny należące do kupców europejskich. Krzyżowcy
grabili meczety i grobowce, rabując lub niszcząc wszystkie ich ozdoby, nie pomijając
również kościołów. I tylko pewna bogata, ułomna Koptyjka zdołała uratować część
drogocennych przedmiotów należących do jej gminy, oddając w zamian cały swój
majątek. Wdzierano się do domostw, a mieszkańców, którzy nie oddali natychmiast
swego mienia, zabijano na miejscu całymi rodzinami. Około pięciu tysięcy jeńców -
zarówno chrześcijan, jak i żydów, i muzułmanów - przeznaczono na sprzedaż w niewolę.
W mieście panował odór ludzkich trupów i zwierzęcego ścierwa. Masakra w Aleksandrii
raz jeszcze ukazała prawdziwy finał wypraw krzyżowych, które stawiały sobie za cel
odzyskanie Ziemi Świętej.

 

   Historycy w ocenie krucjat i popełnianych w imię Chrystusa zbrodni są zgodni. Życie i
trud milionów ludzi, których pochowano na Wschodzie, można było z większym
pożytkiem wykorzystać dla naprawy ich rodzinnego kraju - mówił Gibbon. "Prawdę
mówiąc, jedynym owocem, jaki chrześcijanom na trwałe przyniosły wyprawy krzyżowe,
była morela
" - pisał Jacques Le Goff. Wszystkie wyprawy krzyżowe znaczyły swój szlak
okropnościami, które trudno sobie wyobrazić nawet tym, którzy przeżyli masakry i mordy
XX stulecia.


  Czas krucjat wykazał, jak można było skalać najwyższe ideały okrucieństwem i
chciwością, a ludzką energię i wytrwałość zniweczyć ślepą, ciasną obłudą
. Święta wojna,
prowadzona w imię Boga, okazała się pasmem nietolerancji, zakończyła zaś ruiną krajów
Bliskiego Wschodu i Bizancjum. Upadły kwitnące miasta, żyzne dotąd pola i winnice
obrócone zostały w pustynię. I pustynia ta w wielu miejscach pozostała do dziś.

 

   U progu trzeciego tysiąclecia chrześcijanie nie chcą się już w imię Chrystusa wzajemnie zabijać, wojny religijne - przynajmniej na zachodzie - nie cieszą się popularnością, tendencja do jednoczenia się wszystkich chrześcijan przybrała szlachetną nazwę ekumenizmu. Nie znaczy to jednak, by na drodze "zbłąkanych owieczek" nie pojawiały się kłody. Nowym hobby chrześcijaństwa staje się inkwizycja.

Dzisiaj brak jakiegokolwiek uzasadnienia, by poglądy heretyków uważać za zbrodnie, karać ich za nie torturami i śmiercią. A jednak w średniowieczu Kościół rzymskokatolicki opanował istny szał nienawiści do heretyków. Wypowiedziano im krwawą wojnę, podczas której zginęły ich tysiące. To tylko jeden z przypadków w historii, gdy żarliwa i ślepa wiara występując w obronie cnoty i prawdy, ginęła w mordach i krwi. Kościół stawał się coraz bardziej bogaty i chciwy, mnisi i dostojnicy kościelni lubieżni i okrutni, a nadto także skorumpowani. Coraz trudniej było znaleźć wśród duchownych ludzi przestrzegających głoszonych przez Kościół zasad miłosierdzia, ubóstwa, czystości. Papieże dążyli do niepodzielnego panowania nad światem chrześcijańskim, l tylko kwestią czasu stało się, kiedy ich racje zaczęto poddawać w wątpliwość. 

Dziwny i okrutny los spotkał także templariuszy. Tym dziwniejszy, że aż do XIV wieku powszechnie uważani byli za bohaterów. Zakon rycerski templariuszy powstał w 1119 roku, powołał go pobożny rycerz, Hugues de Payns, w celu walki z muzułmanami, choć głównym ich celem stało się zapewnienie bezpieczeństwa pielgrzymom na szlaku wiodącym do Jerozolimy. W uznaniu dla bohaterstwa rycerzy, król Jerozolimy, Baldwin II, oddał im skrzydło swego pałacu, znajdujące się w bliskim sąsiedztwie świątyni Salomona. Czasy krucjat przeminęły. Templariusze zawsze gotowi byli walczyć z niewiernymi na Wschodzie. Skoro jednak główny cel ich działalności przestał istnieć, zakon wszedł w nową rolę. Dzięki licznym nadaniom i operacjom finansowym zgromadzili templariusze wielkie bogactwa w Palestynie i Europie, co zapewniło im ogromne wpływy polityczne i przywileje. Szybko to dostrzeżono zgodnie z zasadą, że bogactwo zawsze wzbudza zawiść. Na początku XIV wieku król Francji, Filip IV Piękny, zapragnął zagarnąć majątek rycerzy. Inkwizycja stała się jego bronią. Oskarżył templariuszy o herezję. Pierwotny cel zakonu poszedł w zapomnienie. Oskarżenia Filipa IV, nieprawdziwe w każdym calu, wzięły górę. Filip IV stwierdził, że templariusze opluwaj ą krucyfiks, oddają cześć diabelskiemu bożkowi, Bafohometowi, utrzymują związki homoseksualne. W 1307 roku Filip IV skonfiskował dobra zakonu. Potem rozpoczął się proces oskarżycielski połączony z torturami, zakończony wyrokiem skazującym na śmierć przez spalenie na stosie. Około czterdziestu żołnierzy zginęło podczas tortur w Paryżu. Żaden z nich nie oskarżył współbraci. W 1313 roku papież, Klemens V, ogłosił bullę potępiającą zakon. Oznaczało to koniec templariuszy. Ostatni mistrz zakonu, Jacques de Molay, został spalony na stosie.

  Warto wspomnieć o jeszcze jednym fakcie. Wśród nieprawomyślnych wyznawców Kościoła znalazł się także Galileusz. Został uznany za heretyka, ponieważ hołdował prawdzie niezgodnej z wiedzą Kościoła. Rzym zaś odmawiał uznania dla odkryć naukowych, jeżeli nie wynikały one z Biblii lub nie zyskały aprobaty papieża. Nieomylność papieża była przecież zasadniczym elementem religii katolickiej. Otóż Galileusz ogłosił, że to Ziemia obraca się wokół Słońca, a nie na odwrót. Teorię tę wprawdzie zaprezentował wcześniej Mikołaj Kopernik, ale odkrycie swoje zdradził jedynie najbliższym, a pełny tekst dzieła "De revolutionibus orbium coelestium" opublikowano dopiero na rok przed jego śmiercią, w 1543 roku. Galileusz w 1614 roku napisał list, w którym wyłożył swojąteorię. Jego kopia została przesłana św. inkwizycji. Uznano jednak, że teoria ma niewiele związków z Kościołem, więc nie wniesiono przeciwko uczonemu oskarżenia. Gdy jednak Galileusz udał się do Rzymu, wówczas papież. Paweł V, postanowił ponownie przedstawić teorię tę inkwizycji. Galileuszowi wytoczono proces. Teorię kopemikańską uznano za niedorzeczną, bo sprzeczną z Pismem Świętym i odstąpiono od oskarżania Galileusza o herezję. Wydano jednak orzeczenie, by zaprzestał nauczania i obrony teorii kopemikańskiej. Gdy Galileusz zażądał od Rzymu certyfikatu, w którym byłoby wyraźnie napisane, czego mu się zabrania, Watykan prośbie odmówił. W 1632 roku Galileusz opublikował "Dialog o dwóch najważniejszych układach świata. Wyraźnie kpił w nim z poglądów Kościoła. Wówczas ponownie postawiono go przed trybunałem. Galileusz był już wtedy starym człowiekiem i w obawie przed torturami poglądy swe odwołał. Skazano go na dożywotni areszt domowy.

 

Kiedy Kościół rzymskokatolicki został ogarnięty szałem nienawiści do heretyków, wypowiedziano im krwawą wojnę, w której zginęły ich tysiące. W obronie cnoty i wiary zapłonęły stosy. Kościół wykorzystał wszystkie znane sobie od lat metody, by na heretykach wymusić przyznanie się do winy. Przez lata walki z heretykami metody te usprawnił i wzbogacił. Dzięki inkwizycji Kościół realizował tylko własne cele. Zadaniem inkwizytorów było uzyskanie od heretyków przyznania się do winy. Dobór metody zależał tylko od oprawców. Kościół posiadał pełne uprawnienia śledcze i podejrzanych nie przekazywał już władzom świeckim. Od momentu posądzenia o herezję nie mieli oni żadnych praw obywatelskich. Majątki ich były natychmiast konfiskowane, pomnażając tym samym bogactwo Kościoła. Zyskiwali na tym także inkwizytorzy. Nic więc dziwnego, że i biskupi, początkowo odnoszący się z rezerwą do walki z heretykami, dołączyli z czasem do inkwizytorów w zamian za konkretne materialne zyski.


Najważniejszym warunkiem i zarazem kryterium doboru była odraza do heretyków. Do stwierdzenia winy potrzebne były zeznania dwóch świadków. Zawsze znaleźli się usłużni donosiciele. Zadenuncjować heretyka mógł każdy, nawet kryminalista. Zeznania takiego świadka stanowiły pełnowartościowy dowód w procesie. Drugiego świadka nietrudno było znaleźć. Zawsze można go było przekupić - albo też zmusić torturami - by potwierdził zeznania pierwszego. Oskarżony teoretycznie nie pozostawał bez szans. Zamykano go najpierw w jego własnym domu i poddawano intensywnemu przesłuchaniu. Jeżeli nadal odmawiał odstąpienia od herezji, doprowadzano go przed inkwizycję. Obrońcę zapewniała mu tylko władza papieska. Każdy inny prawnik, który podjąłby się obrony, oskarżany był o taką samą zbrodnię. Inkwizytorzy byli zaślepieni nienawiścią i żądzą zysku. Upajali się swoją władzą. W ich fanatyzmie nie było miejsca na sprawiedliwość. Jedynym ich celem było zmuszenie ofiar do przyznania się do winy. Cel uświęcał środki. Nieprzyznanie się do herezji oznaczało, że oskarżony nie chce się wyrzec swojej wiary.

 

 Według inkwizytorów światu zagrażali nie tylko heretycy, ale także i czarownice. Inkwizycja wynajdowała ich niezliczone rzesze. Papież Innocenty VIII był przerażony "epidemią" czarownic w Europie. Najwięcej spalono ich w Niemczech. W dwudziestu dwóch miasteczkach w pobliżu Triem, w Nadrenii, w ciągu sześciu lat spłonęło trzysta sześćdziesiąt osiem kobiet. Większość kobiet spalono na stosie, jednak co bardziej wyrafinowani kaci wynajdowali coraz to nowe sposoby tortur i pozbawiania życia. I tak czarownice poddawano próbom: łez, wody, szpilek, ognia i wagi. Były to ordalia, czyli sądy boże.

   Próba wody nie dawała kobiecie posądzonej o czary żadnej szansy ujścia z życiem. Gdy
pławiona z kamieniem u szyi tonęła - oznaczało to jej niewinność. Gdy unosiła się na
powierzchni, czemu sprzyjały ówczesne ubiory - oznaczało to jej związek z czarną magią,
ponieważ ciało nie chciało się zanurzyć w wodzie, którą była chrzczona.
Próba łez miała udowodnić, że czarownica jest nieczuła na ból, nie umie płakać nawet
podczas wymyślnych tortur. Inkwizytorzy twierdzili przy tym, że czarownice nie ronią łez
dlatego, ponieważ służą one grzesznikom do zmywania grzechów. Jednak gdy nawet
ofiara zalewała się łzami, nie świadczyło to jeszcze ojej niewinności. Inkwizytorzy bowiem
dokonywali oceny i orzekali, które z łez były prawdziwe, a które udawane.
Próba wagi miała natomiast wykazać, że cza-• rownice są lekkie jak piórko. Zamiast
odważnika kładziono na szalę Biblię. Jeżeli czarownica okazy- wała się cięższa,
podejrzenie było słuszne. Tylko gdy szale równoważyły, poddawana próbie uznawana
była za oczyszczoną z zarzutów. To się oczywiście nie zdarzało.
Próba ognia nakazywała przejście przez szpaler ognia. Kiedy kobieta zapłakała bądź
zapaliła się lub nie miała znamienia, przypisywano to jej czarom szatańskim.

Każdy wynik był zły.

 

   Wolter obliczył, że w imię wiary 9 468 800 chrześcijan straciło życie za sprawą innych
chrześcijan. Większość z nich to ofiary inkwizycji.

 

   Teologowie katoliccy odpowiedzialność za inkwizycję zrzucaj ą wyłącznie na
średniowieczną hierarchię kościelną, która w tej materii weszła we współpracę ze
średniowiecznymi władcami politycznymi i włączyła do kościelnego prawa elementy
przymusu i represji, tak przecież obce duchowi Ewangelii. To ludzie Kościoła są winni, a
nie Kościół - mówią także i dziś, kiedy Jan Paweł II u progu trzeciego tysiąclecia chce
przeprosić świat za zbrodnie w imieniu Kościoła.

Cóż, można i tak. Kościół katolicki jest niezrównanym mistrzem hipokryzji.


Z dziewięciu papieży zasiadających w Watykanie w latach 1555-1591 ośmiu było
poprzednio inkwizytorami. Wiedząc, że gorliwa działalność inkwizytorska toruje drogę do
najwyższych godności i dochodów kościelnych, biskupi i inkwizytorzy prześcigali się w
akcji palenia książek, w prześladowaniach uczonych i w posyłaniu na stosy wszystkich
tych, którzy ośmielili się myśleć i czuć inaczej, niż głosiła to oficjalna doktryna katolicka.
Jedno jest pewne. Wbrew temu, co się oficjalnie głosi, wszystkie podstawy ideowe
średniowiecznej inkwizycji pozostały w Kościele rzymskokatolickim nadal żywe i aktualne
po dziś dzień. Nie płoną dziś stosy, ani nikogo nie poddaje się fizycznym torturom, ale
nadal istnieje średniowieczny trybunał inkwizycyjny - niegdyś zwany Congregatio Sanctae
Inquisitionis Haereticae Pravitatis, dziś natomiast krócej: Congregatio Sancti Officii - i
tak, jak kiedyś, zgromadzeniu temu przewodzi sam papież.


   Początki inkwizycji sięgaj ą czasów późnego cesarstwa rzymskiego, kiedy to w IV wieku
chrześcijaństwo stało się religią oficjalnie obowiązującą w imperium rzymskim, a cesarze
zobowiązywali wszystkich poddanych im chrześcijan do wyznawania ortodoksyjnej nauki
chrześcijańskiej. 
W średniowieczu w myśl tej tradycji heretyków uznawano za wrogów Kościoła i
państwa, papiestwo zaś stało się tyranem świata wyposażonym w najstraszliwsze
narzędzie nacisku - inkwizycję. Nic więc dziwnego, że cesarze i królowie świata
chrześcijańskiego bezwolnie poddawali się zarządzeniom rzymskich biskupów. Ci zaś
gorliwie tropili wszystko, co mogło być uznane za heretyckie, co było choćby tylko śladem
sprzeciwu wobec doktryn i dekretów Watykanu. Wystarczało, że usłyszano o najmniejszej
wątpliwości lub kwestionowaniu dogmatów papieskich, by pozbawić życia bogatego lub
biednego, wysoko lub nisko urodzonego.

Nie ma wątpliwości, że inkwizycja była instytucją szatańską, bo tylko szatan ma władzę nad umysłami złych ludzi. Miliony ciał męczenników skazanych przez inkwizycję wołały i nadal wołają do Boga o pomstę. To Fiodor Dostojewski odważył się pierwszy użyć słowa inkwizycja jako słowa klucza,
słowa-syntezy, służącego do opisania wszystkiego, co w Kościele urządzone jest nie na sposób Chrystusowy, lecz ludzki lub, co gorsza, diabelski właśnie.

I nie rzecz w tym ile diabła odnajdujemy teraz jako bardziej świadomi w poczynaniach kościoła przez wieki. Nie da się usprawiedliwić ideologii zrzucając winę na ludzi bo to właśnie owa ideologia tworzy dokładnie takich ludzi. Takie zachowania to nie wyjątek lecz reguła. Rzecz w tym, że znakomita większość z nas wciąż w dogmaty, tą skrzywioną ideaologię, "prawdę" tworzoną przez jeśli nie tych samych to takich samych ludzi w imię jakiegoś dziwnego tworu boga lub niby zbawiciela anarchisty wierzy. Wierzy ślepo i amen. 

   

   Na koniec dla żarliwych broniących swej wiary, miłosiernego chrześcijaństwa. Dla tych którzy wciąż mówią tylko „tak” i „amen”-  rarytasik: „ Stosowano także inne narzędzie tortur, tak zwaną gruszkę. W zależności od kategorii przestępstwa wkładano j ą bądź to do gardła, odbytu albo do pochwy, po czym uwalniano sprężynę lub śrubę, która rozwierała to urządzenie. Posądzenia o stosunki z szatanem karano otwarciem gruszki w pochwie. Mało która kobieta miała szansę to przeżyć”

Zaloguj się